-
nowość
-
promocja
Trzody - ebook
Trzody - ebook
Trzody to poezja totalna, w której język staje się organicznym przedłużeniem świata natury.
Stanisław Kalina Jaglarz, tworząc w sercu Beskidu Wyspowego, zaciera granicę między frazą a grzybnią, między słowem a sierścią zwierząt. Trzody to fascynująca i mroczna przygoda lingwistyczna, w której autor „wysławia” to, co nieme: świat owiec, ptaków i ślimaków, przenikając pod ich skórę, by zaświadczyć o ich istnieniu i bólu.
Nowatorska fraza
Jaglarz operuje nowatorską frazą, gdzie zderzenia wyrazów są jak tektoniczne ruchy ziemi – surowe, mięsiste i nieprzewidywalne.
Zapis zmagania
Dramatyczna kronika walki o własną tożsamość. Poezja staje się tu jedynym narzędziem do werbalizacji dysforii i wychodzenia z mroku depresji.
Etyka obecności
Autor stawia nas twarzą w twarz z prawem śmierci i ludzkim okrucieństwem, budząc w czytelniku głębokie, oczyszczające poczucie współodpowiedzialności.
Świat poezji, która pulsuje rytmem lasu. Lektura, która boli, ale i przywraca zdolność widzenia tego, co niewidoczne.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Poezja |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8427-109-4 |
| Rozmiar pliku: | 1,7 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
tylko rozbiorę się a ubrania cicho osuną się na stopy
świerszcze złotodajne słyszę was i czuję że płonę
miasto zwodne i głośne odchodzę i nie odwracam się
wołają mnie tuczne trzody ich ślady w wilgotnym podłożu
o zmierzchu dojny przyjmij mnie
jak nigdy jestem spragniony i wyją we mnie pustułki
tylko osłonię ręką tors opuchnięte piersi
sutki które nie wyczują chłodu wody
będę pokorny i pracowity schylę się nisko jak trzeba
żeby ugasić we mnie te dymy gryzące
które wypuszczam nozdrzami jak stada much
bo oddychałem z krowami
o zmierzchu odległy odezwij się
rozumiem już tylko dźwięki owadów słowa
tak odległe rozpadają się w fale
i rozłąkę podzielę pomiędzy siebie i czarne zwierzętawolny od zgiełku miast darowany lasom i polom
pełen obaw błękitnooki w posiadaniu klucza do bram obwarowań
połykam go jak przynętę jak glistę pociągam za spławik
zanim runie na mnie archipelag nazw dwoisty
nie osuszę bagien kładąc się na nich jak gąbka
chciałbym sycić i być nasyconym to jest
_opisanym rzetelnie_ opatrzonym naiwnie
gazą w kolorach które znaczą horyzont
nie do tych ruin aspirowałem do tego
przeludzkiego biwaku przygody wojny
którą raczą się przepastne gardła mówcy
co pozostanie archeologom przyszłości
ojcom i matkom gleby i gliny
dolin ograbionych z przyczyn i siary
sutek nagi pusty dziś zapełni się krwią
i zawiśnie nad dziurawym miastem
oddalam się odmykam już zawias uszkodzony
_jest tyle ran zadanych ile oczu patrzących na nie_
_Dalsza część w wersji pełnej_