Trzy boginie - ebook
Trzy boginie - ebook
Tytułowe trzy boginie to bezcenne, stare figurki, zdekompletowane przed wiekiem. Jedną z nich posiadał pradziadek bohaterów, drobny złodziejaszek. Gdy odziedziczona figurka znika z domu jego potomków, rodzeństwo Malachi, Gideon i Rebecca Sullivan
postanawiają odnaleźć wszystkie i zdobyć fortunę. Ale nie oni jedni wpadają na ten pomysł… Wciągająca mieszanka suspensu, romansu i wyrazistych postaci – to, z czego słynie Nora Roberts – w powieści o nieprzewidywalnej fabule, rozgrywającej się od
Nowego Jorku po Irlandię, Helsinki i Pragę.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-273-0130-7 |
| Rozmiar pliku: | 1,6 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Henry W. Wyley, nieświadomy, że za dwadzieścia trzy minuty będzie martwy, wyobrażał sobie, że szczypie miło zaokrąglony kuperek młodej blondynki, która znajdowała się dokładnie na linii jego wzroku. Była to całkowicie niewinna fantazja, niesprawiająca najmniejszej krzywdy ani blondynce, ani żonie Henry’ego, jego zaś wprawiała w doskonały nastrój.
Henry siedział nad filiżanką herbaty Earl Grey, rozkoszując się orzeźwiającym morskim powietrzem oraz widokiem tyłeczka blondynki. Jego pulchne kolana okrywał pled. Obok siedziała żona Henry’ego, Edith, o zadku płaskim niczym naleśnik.
Henry, mężczyzna korpulentny, o gromkim śmiechu i wrażliwy na wdzięki dam, nie fatygował się, by dołączyć do innych pasażerów stojących przy barierce, aby podziwiać migoczące wybrzeże Irlandii. Widywał je wielokrotnie, a jeśli zechce, zobaczy je jeszcze nieraz.
Nie bardzo wiedział, czemu inni tak bardzo zachwycają się klifami i zielenią trawy. Henry był zaprzysięgłym mieszczuchem, lubującym się w solidnej stali i betonie. A w danej chwili o wiele bardziej interesowały go podane do herbaty eleganckie czekoladowe ciasteczka niż oglądanie perspektywy.
Zwłaszcza gdy blondynka wdzięcznie się poruszała.
Chociaż Edith awanturowała się o to, że tuczył się jak wieprz, Henry radośnie pożarł trzy ciasteczka. Edith, jak to Edith, powstrzymała się od łakomstwa. Szkoda, że w ostatnich chwilach życia odmówiła sobie tej drobnej przyjemności, ale miała umrzeć tak samo, jak żyła, niepokojąc się nadwagą męża i strzepując okruszki, które niedbale rozsypywał po gorsie koszuli.
Henry wszakże lubił sobie dogadzać. Na co komu majątek, skoro nie może sobie kupić tego, co mu najbardziej smakuje? Dawniej był biedny i głodny. Znacznie lepiej być bogatym i dobrze odżywionym.
Nigdy nie był przystojny, ale gdy mężczyzna posiada pieniądze, zyskuje miano solidnego, a nie tłustego, oraz interesującego, nie zaś nieatrakcyjnego. Henry chętnie się godził na absurdalność takiego rozróżnienia.
Tuż przed trzecią po południu owego świetlistego majowego dnia jego dziwaczną czarną jak węgiel peruczkę rozwiewał wiatr, a na pulchne policzki wypływał rumieniec. Henry miał złoty zegarek w kieszonce, a w krawacie spinkę z rubinem. Jego chuda jak patyk Edith wystroiła się z paryskim szykiem. Henry posiadał niemal trzy miliony dolarów. Nie tyle wprawdzie, co Alfred Vanderbilt, który także przeprawiał się przez Atlantyk, ale Henry i tak był zadowolony. Wystarczająco wiele – myślał z dumą, przyglądając się czwartemu ciasteczku – aby opłacić wszystkie wygody na tym pływającym pałacu. Wystarczająco wiele, by jego dzieci otrzymały najlepsze wykształcenie. Obecnie zdobywanie wykształcenia czekało jego wnuki.
Pomyślał, że podróżowanie pierwszą klasą nie jest równie ważne dla Vanderbilta. Wszakże Alfred, w przeciwieństwie do niego, nigdy nie zakosztował klasy drugiej.
Słuchał jednym uchem, jak jego żona trajkocze na temat planów, jakie ma zamiar realizować po przybyciu do Anglii. Owszem, będą składać i przyjmować wizyty. A on nie będzie spędzał czasu wyłącznie ze wspólnikami ani na zbijaniu pieniędzy.
Zapewniał ją o tym z charakterystyczną dla niego dobrodusznością. Po czterdziestu latach małżeństwa był bowiem do niej naprawdę przywiązany. Zamierzał dopilnować, aby się dobrze bawiła podczas pobytu za granicą.
Ale miał swoje własne plany i to właśnie one stanowiły jedyny powód jego wiosennej przeprawy przez Atlantyk.
Jeżeli informacje, które otrzymał, są prawdziwe, wkrótce zdobędzie drugą Mojrę. Poszukiwał owej srebrnej figurki, odkąd udało mu się nabyć pierwszą ze sławetnej trójki.
Gdy tylko dostanie drugą statuetkę, zacznie szukać trzeciej. A gdy zostanie posiadaczem wszystkich trzech, to będzie naprawdę coś nadzwyczajnego.
Antyki Wyleya będą nie do pobicia.
Satysfakcja zawodowa i osobista – rozmyślał. Wszystko z powodu trzech małych srebrnych damulek, z których każda jest warta ładną sumkę. Wszystkie zaś razem mogą osiągnąć niewyobrażalną cenę. Na jakiś czas wypożyczy je Metropolitan Museum of Art. Tak, to dobry pomysł.
TRZY MOJRY
WYPOŻYCZONE Z PRYWATNEJ KOLEKCJI
HENRY’EGO WYLEYA
Edith będzie mogła kupować nowe kapelusze – myślał – wydawać proszone kolacje, odbywać popołudniowe spacery. A on zdobędzie najcenniejszy eksponat.
Z pełnym zadowolenia westchnieniem Henry opadł na oparcie, by rozkoszować się ostatnią filiżanką earl greya.
Felix Greenfield był złodziejem. Nie napawało go to ani dumą, ani wstydem. Po prostu nim był. Zawsze. Henry Wyley zakładał, że jeszcze nieraz rzuci okiem na wybrzeże Szkocji, Felix zaś zakładał, że pozostanie złodziejem przez wiele lat.
Był dobry w swoim fachu – nie genialny, co sam przyznawał, ale wystarczająco dobry, by związać koniec z końcem. Wystarczająco dobry – myślał, pospiesznie przechodząc przez korytarze pierwszej klasy w skradzionym mundurze stewarda – aby zgromadzić środki pozwalające na nabycie biletu trzeciej klasy na rejs powrotny do Anglii.
W Nowym Jorku zrobiło się trochę gorąco. Po spartaczonym włamaniu gliny deptały mu po piętach. Nie była to tylko jego wina. Jedyny błąd, jaki popełnił, polegał na tym, że łamiąc swoją pierwszą zasadę, zabrał na tę robotę wspólnika.
Okazało się, że dokonał złego wyboru. Wspólnik złamał inną ważną zasadę. Nigdy nie kradnij tego, co nie jest ukryte. Starego Mnicha o przezwisku Kwarta Piwa zaślepiła chciwość – pomyślał Felix z westchnieniem, wchodząc do prywatnej kabiny Wyleya. Co on sobie wyobrażał, kładąc lepkie paluchy na diamentowo-szafirowym naszyjniku? A potem spił się – jak zwykle kwartą jasnego piwa – i zaczął się przechwalać.
Cóż, teraz Kwarta Piwa przechwala się za kratkami, chociaż nie pije tam jasnego piwa, które rozwiązuje język. Ale wcześniej rozgadał się jak kapuś i podał nazwisko Felixa gliniarzom.
W tej sytuacji najbezpieczniej było wynieść się za ocean. A czyż istnieje miejsce lepsze od statku ogromnego niczym miasto?
Felix trochę się niepokoił wojną w Europie; pogłoski o niemieckich okrętach nieco go zniechęcały. Ale to takie odległe i niesprecyzowane zagrożenia. Nowojorska policja i perspektywa spędzenia długich lat za kratkami to problemy o wiele bardziej bezpośrednie.
Krótko mówiąc, Felix nie podejrzewał, że statek tak wspaniały jak Lusitania wypłynąłby z portu, gdyby istniało realne niebezpieczeństwo. Nie z tymi wszystkimi bogaczami na pokładzie. Jest to przecież cywilna jednostka pływająca, a Niemcy z pewnością mają ważniejsze rzeczy na głowie niż atak na luksusowy liniowiec. Zwłaszcza że większą część pasażerów stanowili bogaci Amerykanie.
Miał dużo szczęścia, bo udało mu się wmieszać w tłum pasażerów i umknąć depczącym po piętach gliniarzom.
A że musiał wyjechać w pośpiechu, wydał na bilet prawie wszystko, co miał.
Oczywiście, liczył na to, że na tak luksusowym statku, pełnym bogatych i eleganckich pasażerów, uda mu się zwinąć to czy owo.
Najlepsza byłaby gotówka, bo ona nigdy nie miewa nieodpowiednich rozmiarów ani kolorów.
Znalazłszy się w kabinie, gwizdnął cichutko. Na chwilę rozmarzył się, że to on podróżuje w takim luksusie.
Na temat stylu umeblowania wiedział nie więcej, niż wie pchła na temat rasy psa, którego krew wysysa. Ale wiedział jedno. To było coś.
Salon był większy niż cała kajuta trzeciej klasy, a ogrom sypialni wprost nie mieścił się w głowie.
Ci, co w niej sypiali, nie mieli pojęcia o ścisku, mrocznych zakamarkach i smrodzie, w jakich podróżowali pasażerowie trzeciej klasy. Nie zazdrościł szczęśliwcom ich wygód. W końcu, gdyby nie było na świecie bogaczy, kogóż miałby okradać?
Dosyć gapienia się i podziwiania. Dochodziła trzecia i jeżeli państwo Wyleyowie przestrzegają form, przed czwartą żona wróci do kabiny na popołudniową drzemkę.
Felix miał delikatne dłonie i szukając gotówki, starał się nie pozostawić śladów. Grubszą forsę – myślał – zostawia się u głównego stewarda, ale eleganckie panie i dżentelmeni lubią mieć pod ręką zwitek banknotów.
Najpierw natrafił na kopertę z napisem STEWARD i rozerwał ją uszczęśliwiony. Było w niej sporo banknotów dolarowych przeznaczonych na hojny napiwek. Włożył je do kieszeni spodni wypożyczonego munduru.
W ciągu dziesięciu minut znalazł i przywłaszczył sobie sto pięćdziesiąt dolarów oraz lekkomyślnie pozostawione w jedwabnej wieczorowej torebce kolczyki z granatami.
Nigdy nie okradał szkatułek z biżuterią – ani męską, ani damską. Ale starannie przeszukując szuflady, natknął się na jakiś twardy przedmiot owinięty w aksamitną tkaninę.
Wiedziony ciekawością rozpakował zawiniątko.
Nie był znawcą sztuki, ale potrafił rozpoznać prawdziwe srebro. Damulka – bo była to kobieta – mieściła się w jego dłoni. Trzymała coś w rodzaju wrzeciona i była ubrana w jakąś długą szatę.
Miała śliczniutką buzię i kształtną figurę. Niczego sobie – pomyślał – chociaż jak na jego gust sprawiała wrażenie nieco zbyt chłodnej i wyrachowanej.
Felix wolał niewiasty mniej sprytne i bardziej pogodne.
W zawiniątku znajdowała się również kartka papieru z nazwiskiem i adresem oraz nabazgraną notatką: _Kontakt w sprawie drugiej Mojry_.
Felix zamyślił się i z przyzwyczajenia zapamiętał notatkę. Gdy już przybędzie do Londynu, oskubie następną kurę.
Zamiast zawinąć figurkę i odłożyć na miejsce, stał i obracał ją w rękach. W ciągu swej długiej kariery złodzieja nigdy nie pozwolił sobie na to, by czegoś łaknąć, pragnąć, pożądać dla siebie.
To, co zabierał, zawsze było środkiem służącym jakiemuś celowi, niczym więcej. Ale teraz Felix Greenfield, ostatnio zamieszkały w cieszącej się złą sławą dzielnicy Hell’s Kitchen, poprzednio działający w zaułkach Londynu, stał w wyłożonej pluszem kabinie na wspaniałym statku, z którego okien widać było wybrzeże Irlandii, i zapragnął mieć tę małą srebrną kobietkę na własność.
Była taka... ładniutka. I tak doskonale pasowała do jego dłoni. Taki mały przedmiot. Nikt nawet nie zauważy braku.
– Nie bądź głupi – mruknął, owijając posążek w aksamit. – Bierz pieniądze, brachu, i zmywaj się stąd.
Zanim odłożył figurkę na miejsce, do jego uszu dotarł huk, który uznał za dudnienie grzmotu. Podłoga pod jego stopami zadrżała. Straciwszy równowagę, gdy statek zakołysał się z boku na bok, zatoczył się w kierunku drzwi, cały czas trzymając zawiniętą w aksamit figurkę.
Bez zastanowienia wepchnął ją do kieszeni i wypadł na korytarz po unoszącej się pod nim podłodze.
Teraz rozległ się odgłos podobny nie do grzmotu, lecz do uderzenia ogromnego młota, który spadł z niebios prosto na statek.
Felix rzucił się do ucieczki.
Pędził jak oszalały.
Przednia część statku stromo opadła i Felix stoczył się w dół, niczym potrząsana w kubku kość do gry. Słyszał wrzaski i dudnienie kroków. Poczuł smak krwi w ustach i ogarnęła go ciemność.
Góra lodowa! – przemknęło mu przez myśl. – Wspomniał, jaki los spotkał Titanica. Ale w jasnym świetle wiosennego popołudnia, u brzegów Irlandii, coś takiego nie było możliwe.
Nie pomyślał o Niemcach ani o wojnie.
Pozbierał się i wpadając na ściany w ciemnym korytarzu, potykając się o własne stopy i stopnie, z tłumem współpasażerów wydostał się na pokład. Spuszczano na wodę szalupy ratunkowe i wykrzykiwano rozkazy, by wsiadały do nich kobiety i dzieci.
Co teraz będzie? – zastanawiał się przerażony Felix. W oddali migotało szmaragdowe wybrzeże Irlandii. Statek znów zadygotał i jedna ze spuszczanych na wodę szalup odwróciła się do góry dnem. Pasażerowie, przeraźliwie krzycząc, wpadali do morza.
Felix ujrzał pokaleczone i poparzone twarze tych, których unieruchomiło rumowisko. Niektórzy – stwierdził wstrząśnięty – już nie krzyczeli.
I oto na pokładzie przechylonego statku Felix poczuł dobrze znaną z Hell’s Kitchen woń. Woń śmierci.
Kobiety tuliły do siebie dzieci i niemowlęta. Jedne łkały, inne się modliły. Ogarnięci paniką mężczyźni biegali lub usiłowali wyciągnąć rannych spod rumowiska.
Stewardzi i stewardesy zachowali w tym chaosie spokój i pospiesznie rozdawali kamizelki ratunkowe. Zupełnie jakby podawali filiżanki z herbatą – pomyślał Felix. I wtedy ktoś podbiegł do niego.
– Rusz się, człowieku! Rób, co do ciebie należy! Zajmij się pasażerami!
W pierwszej chwili nie zrozumiał, ale potem uzmysłowił sobie, że wciąż ma na sobie skradziony mundur stewarda. I dopiero wtedy dotarło do niego, że toną, naprawdę toną.
Cholera – pomyślał, otoczony wrzeszczącymi i modlącymi się ludźmi – my umieramy.
Z wody docierały rozpaczliwe krzyki. Wołanie o pomoc. Felix przepchał się do barierki i spojrzał w dół. Zobaczył unoszące się na wodzie ciała, ludzi miotających się pośród odłamków. Tonących.
Zobaczył, że spuszczana jest następna szalupa. Zastanawiał się, czy uda mu się do niej wskoczyć. Usiłował wspiąć się wyżej i ustać na nogach, zanim wskoczy do szalupy, by przeżyć.
Zobaczył dobrze ubranego mężczyznę, zdejmującego kamizelkę ratunkową, by oddać ją płaczącej kobiecie.
A, więc bogacze bywają bohaterami – pomyślał. Mogą sobie na to pozwolić.
Statek znów się przechylił. Felix wraz z falą innych osób ześlizgnął się po pokładzie w stronę wodnej otchłani. Szybko uniósł rękę i wprawnymi palcami złodzieja uchwycił się barierki. Druga ręka w jakiś magiczny sposób zacisnęła się na toczącej się w dół kamizelce ratunkowej.
Wznosząc dziękczynne modły, szybko ją włożył i zawiązał. To znak – pomyślał – znak od Boga, że wyjdę z tego żywy.
Szamocząc się z kamizelką, spostrzegł kobietę, która uwięzła pod przewróconymi krzesłami. I dziecko o anielskiej twarzyczce, które do siebie tuliła. Nie płakała. Nie krzyczała. Po prostu kołysała małego chłopca, jakby do snu.
– Święta Mario, Matko Boża – mruknął Felix i przeklinając własną głupotę, przeczołgał się po nachylonym pokładzie. Poodsuwał przygniatające kobietę krzesła.
– Mam coś z nogą – powiedziała, głaszcząc włosy dziecka, a pierścienie na jej palcach zalśniły w jaskrawym świetle słońca. Głos brzmiał spokojnie, ale oczy miała ogromne, pełne bólu i przerażenia. Serce Felixa galopowało.
– Nie mogę chodzić. Weźmie pan chłopca? Proszę zabrać mego synka do szalupy ratunkowej. Niech go pan uratuje.
– Proszę to na siebie włożyć i mocno trzymać dzieciaka.
– Włóżmy kamizelkę memu synkowi.
– Jest za duża. Na nic mu się nie zda.
– Straciłam męża. – Mówiła wyraźnie, tonem osoby kulturalnej, nie spuszczając szklistych oczu z twarzy Felixa, który wkładał na nią kamizelkę ratunkową. – Wypadł za burtę. Obawiam się, że utonął.
– Ale pani żyje. I dzieciak też. – Poprzez odór paniki i śmierci czuł delikatny zapach dziecka – pachniało zasypką, młodością, niewinnością. – Jak ma na imię?
– Steven. Steven Edward Cunningham Trzeci.
– Zabierzmy panią i Stevena Cunninghama, niech mu będzie trzeciego, do szalupy.
– Toniemy.
– Nie da się ukryć. – Wlókł ją, usiłując dotrzeć do położonej wyżej części statku.
Czołgał się, czepiając się wilgotnego pokładu.
– Trzymaj się mocno mamy, Steven – usłyszał jej głos. Potem zaczęła się czołgać.
– Nie bój się – jęknęła, oddychając szybko i z wysiłkiem. Jej ciężka spódnica nasiąkła wodą, krew umazała lśniące klejnoty na jej palcach. – Musisz być dzielny. Nie puszczaj mamy, choćby nie wiem co.
Felix patrzył, jak chłopaczek, nie miał więcej niż trzy lata, przywiera do matki niczym małpiątko. Pełznąc z wysiłkiem, pomyślał, że na twarzy tej kobiety są wypisane odpowiedzi na wszystkie pytania świata.
Z pokładu zsuwała się lawina krzeseł, stołów i Bóg wie czego jeszcze. Wciągnął kobietę o centymetr wyżej, o dwa, o kilkadziesiąt centymetrów.
– Jeszcze tylko trochę. – Wydyszał te słowa, nie wiedząc, czy odpowiadają prawdzie.
Coś uderzyło go w plecy i ręka kobiety wyślizgnęła się z jego dłoni.
– Paniusiu! – wrzasnął, chwytając na ślepo. Ale złapał tylko piękny jedwab rękawa jej sukni. Gdy tkanina się rozdarła, bezsilnie spojrzał na kobietę.
– Niech cię Bóg błogosławi – powiedziała z trudem i mocno obejmując syna, zsunęła się do wody.
Nie zdążył nawet zakląć. Pokład przechylił się jeszcze bardziej i Felix wpadł do wody.
Gwałtowny kontakt z zimną wodą pozbawił go tchu. Zaczął młócić wodę na ślepo, starając się wynurzyć. Przebiwszy się na powierzchnię, wciągnął haust powietrza i stwierdził, że otacza go istne piekło.
_Ciąg dalszy w wersji pełnej_