Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Trzy Ciernie - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
27 czerwca 2026
7,99
799 pkt
punktów Virtualo

Trzy Ciernie - ebook

"Trzy Ciernie" to zbiór trzech mrocznych opowiadań, w których las jest nie tylko tłem wydarzeń, lecz także miejscem pełnym tajemnic, grozy i rzeczy, które nigdy nie powinny zostać odnalezione. Pod ziemią kryje się zapomniany kompleks, a przy pustym poboczu snuje się postać, która niekoniecznie potrzebuje pomocy. W starej wieży natomiast litość może okazać się najniebezpieczniejszą pułapką.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Opowiadania
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 3,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

POD POZIOMEM LASU

Uwielbiał spacery o tej porze dnia. Było coś uspokajającego w późnym popołudniu, kiedy słońce zaczynało opadać coraz niżej ponad linią drzew, a powietrze robiło się nieco chłodniejsze. W miejscu, w którym mieszkał, panował wtedy ten szczególny rodzaj ciszy, niebędącej wcale ciszą — gdzieś szczekał pies, nieopodal przejeżdżał samochód, ktoś zamykał metalową bramę. Dźwięki codzienności, które powoli cichły wraz z końcem dnia. Dominik zatrzasnął furtkę i spojrzał na psa.

— No dobra, Gizmo. Idziemy.

Czworonóg odpowiedział natychmiastowym machaniem ogona i krótkim, wysokim szczeknięciem. Był mieszańcem owczarka niemieckiego z… właściwie to Bóg jeden wie z czym. Wyglądem przypominał właśnie owczarka, ale miał krótką brązową sierść, nieco zbyt duże uszy i bystre oczy. Dominik zawsze twierdził, że pies wygląda, jakby cały czas coś kombinował. Był prezentem od jego byłej dziewczyny. Jedyną rzeczą, która została po związku, który rozpadł się niemal dwa lata temu, ale Dominik nigdy nie żałował, że go zatrzymał. Uwielbiał go.

Przeszli spokojną ulicą niewielkiego osiedla domków jednorodzinnych. Miejscowość nie była typową wsią — raczej czymś pomiędzy. Kilka sklepów, stacja benzynowa, dwie szkoły — podstawowa i średnia — i niewielki rynek. Do dużego miasta było jakieś dwadzieścia, może dwadzieścia pięć minut samochodem. W sam raz, żeby mieć ciszę i jednocześnie nie czuć się odciętym od świata.

Niewielki, parterowy dom, w którym mieszkał, kupił na kredyt. Piętnaście lat spłacania, ale było warto. Osiemdziesiąt pięć metrów kwadratowych z ładnym podwórkiem i starą jabłonią rosnącą na tyłach, które należały tylko do niego. Ideał. Zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że całe życie spędził w bloku, gdzie musiał dzielić pokój ze starszym bratem, który aktualnie prowadził niewielki, acz dobrze prosperujący, warsztat samochodowy w mieście. Dominik z kolei pracował jako copywriter i w związku z tym, że większość dni spędzał przy komputerze pracując zdalnie, spacery z psem były jego jedyną prawdziwą aktywnością na świeżym powietrzu.

Las zaczynał się ledwie kilkaset metrów od jego domu. Nie był szczególnie gęsty ani zbyt dziki. Miejscami poprzetykany był starymi drogami i pozostałościami po dawnych wycinkach. Dominik większość ścieżek znał niemal na pamięć. Skręcili w jedną z nich. Gizmo natychmiast ruszył przodem, węsząc w ziemi z ogromnym zaangażowaniem.

— Tylko nie uciekaj za sarnami — mruknął Dominik — Najwyraźniej nie jesteś w ich typie.

Pies oczywiście go zignorował. Nic nowego. Spacer był jak każdy inny, ale rutyna mu nie przeszkadzała. Czuł dzięki temu większą stabilizację i zakotwiczenie w życiu codziennym. Dominik szedł powoli, słuchając szumu drzew i sporadycznego trzasku gałęzi pod butami, co jakiś czas zaciągając w płuca dym z e-papierosa. Powietrze pachniało wilgotną ziemią i żywicą. Od czasu do czasu zatrzymywał się, żeby sprawdzić skrzynkę pocztową w telefonie albo zrobić zdjęcie Gizma na tle zachodzącego słońca. Kochał te spokojne dni, niezapowiadające niczego szczególnego. Szli tak już kilkanaście minut, do momentu, kiedy Gizmo nagle zniknął między drzewami. Tym razem na dłużej niż zwykle. Dominik podniósł głowę i krzyknął.

— Gizmo!

Zero reakcji. Najwyraźniej tym razem uwagę czworonoga musiało przykuć coś naprawdę ciekawego. Po chwili z krzaków dobiegło szczekanie.

— No świetnie… — westchnął Dominik, patrząc w stronę gęstych zarośli.

Zszedł ze ścieżki i ruszył w stronę dźwięku. Po kilkunastu krokach w końcu zauważył psa stojącego przed niewielkim zagłębieniem w ziemi. Pysk miał skierowany ku dołowi. Szczekał, jakby próbował coś przepłoszyć.

— Coś ty tam znów znalazł?

Dominik podszedł bliżej. Początkowo nie widział tam nic konkretnego. Dopiero po dokładnym przyjrzeniu się ujrzał kawałek betonu. Nie zdziwił się tym od razu. Pomyślał, że to resztki jakiegoś bardzo starego fundamentu. Po bliższych oględzinach okazało się jednak, że było to coś znacznie większego. Częściowo zasypanego ziemią i porośniętego mchem. Odgarnął butem warstwę liści, a jego oczom ukazał się metalowy właz. Serce zabiło mu trochę szybciej.

— No proszę…

Właz był lekko uchylony. Wyglądał tak, jakby ktoś próbował go zamknąć, ale w pośpiechu nie zrobił tego do końca. Mężczyzna uklęknął i złapał za krawędź. Zimna i chropowata stal uniosła się na kilka centymetrów. Z dołu powiało chłodnym powietrzem. Poczuł też zapach stęchlizny i wilgoci. Tuż pod włazem znajdowały się betonowe schody prowadzące w dół.

— Tego tu wcześniej nie było…

A przynajmniej Dominik był niemal pewien, że nie było. Spacerował po tym lesie już od dwóch lat i nigdy nie zauważył tego miejsca. Z drugiej jednak strony nigdy też nie zbaczał z wydeptanych ścieżek. Schody znikały w ciemności. Dominik wyjął telefon i włączył latarkę. Światło sięgnęło zaledwie kilku metrów w dół, zanim zostało połknięte przez czarną pustkę.

— Nie — powiedział do siebie po krótkim namyśle

Nie był idiotą. Nie schodzi się do przypadkowego bunkra w środku lasu bez żadnego przygotowania. Zamknął właz, a Gizmo spojrzał na niego z wyraźnym rozczarowaniem.

— Spokojnie — powiedział Dominik. — Nie dzisiaj.

Wrócił następnego dnia. Tym razem odpowiednio przygotowany. Mimo że plecak nie był duży, to zapakował do niego wszystko, co uznał za przydatne: mocną latarkę czołową, zapasowe baterie, robocze rękawiczki, niewielki nóż, butelkę wody, taśmę izolacyjną, marker i zapasową, mniejszą, latarkę, którą miał w kieszeni. Dorzucił też kawałek kredy — na wypadek gdyby okazało się, że pod ziemią jest więcej korytarzy niż się wydaje i trzeba by oznaczać drogę. Z jednej strony czuł się trochę jak mały chłopiec, który wyprawia się eksplorować pobliskie zagajniki w „tajemnicy” przed rodzicami. Z drugiej jednak — jak ktoś robiący coś, czego robić tak do końca nie powinien. Gizmo chciał iść z nim, najwyraźniej zachwycony powrotem do miejsca wczorajszej przygody. Dominik jednak wolał, żeby został na podwórku. Nie wiedział jak rozległy jest bunkier i czy nie ma tam zbyt wielu odnóg, w których pies mógłby się zgubić.

Las wyglądał tak samo jak zawsze. Spokojny. Cichy. Zwyczajny. „Odkrywca” znalazł właz bez większego problemu. Metal skrzypnął, kiedy go podniósł i przesunął na bok. Tym razem zapach stęchlizny pomieszanej z kurzem uderzył mocniej. Było w nim też coś jeszcze. Nuta czegoś trudnego do określenia. Najbardziej przypominało mu to zapach starej piwnicy, w której od lat nic nie było ruszane. Dominik założył latarkę czołową, włączył ją i zaczął powoli zstępować w dół. Schody były wąskie, betonowe i nieco wilgotne. Krople wody spływały po ścianach i znikały w pęknięciach. Już po kilku stopniach odczuł wyraźny spadek temperatury, nawet pomimo bluzy z długim rękawem, którą miał na sobie.

Na samym dole znajdował się krótki korytarz. Betonowe ściany były surowe i w wielu miejscach popękane. Z sufitu smętnie zwisały stare przewody i pordzewiałe uchwyty po lampach. Dominik ostrożnie stawiał krok za krokiem, a ich echo odbijało się głucho od ścian. Po kilku minutach zaznaczył kredą pierwszą strzałkę na ścianie. Tak na wszelki wypadek. Korytarz prowadził dalej. Po kilkunastu metrach przechodził w większe pomieszczenie. Dominik zatrzymał się i szeroko otworzył oczy.

— O cholera…

To nie był tylko zwykły bunkier czy też schron. . Pomieszczenie, w którym aktualnie się znajdował, przypominało raczej coś pomiędzy magazynem a laboratorium. Przy ścianach stały metalowe regały z częściowo zawalonymi półkami. Na podłodze leżały porozrzucane skrzynki i resztki jakichś urządzeń, których Dominik nie potrafił rozpoznać. Wszystko to pokrywała solidna warstwa kurzu. Podszedł do jednego z metalowych stołów, aby przyjrzeć się leżącym na nim papierom. Bardzo stare i pożółkłe. Podniósł jeden z nich i zdmuchnął zalegający kurz. Zakaszlał i przyjrzał mu się uważnie. Tekst napisany był w rodzimym języku, ale brzmiał dość… technicznie.

„Etap trzeci: stabilizacja tkanki po ekspozycji na czynnik C.”

Dominik zmarszczył brwi i przekartkował kilka kolejnych stron. Wszędzie pojawiały się podobne fragmenty.

„Reakcja mięśniowa przekracza przewidywania.”

„Obiekt przejawia zwiększoną agresję.”

„Niezbędna dalsza izolacja.”

— Co tu się, do cholery, działo… — mruknął.

Odłożył notatki. Mimo że były napisane po polsku, ciężko było mu je zrozumieć. Rozejrzał się wokoło. Bunkier, jak pierwotnie o nim myślał, przytłoczył go swoją wielkością. Przypominał bardziej niewielki kompleks niż mały schron. Z pomieszczenia, w którym stał odchodziło kilka korytarzy. Każdy w innym kierunku. Niektóre prowadziły do niewielkich pomieszczeń magazynowych, inne do pustych sal z metalowymi stołami i rozbitymi szafkami.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij