Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Trzy dni Marszałka - ebook

Format:
EPUB
Data wydania:
20 maja 2026
4941 pkt
punktów Virtualo

Trzy dni Marszałka - ebook

Zginęło blisko czterysta osób, ale to tylko dane oficjalne. Nie podano choćby tego, ilu zmarło później w wyniku odniesionych ran, a rannych zostało niemal tysiąc osób – spora część z pewnością ciężko. Wydarzenia, które rozegrały się w Warszawie w połowie maja 1926 roku, nazywano puczem, rokoszem, przewrotem, zamachem stanu. Niezwykle rzadko określano je tym, czym były w istocie. Bitwą.

„Strzelać raczej za dużo niż za mało” – zalecał major Bolesław Schwarcenberg-Czerny. W ciągu trzech dni Warszawa ostrzeliwana była z ciężkiej broni maszynowej i dział. Na ulicach i w mieszkaniach wybuchały granaty wrzucane tam przez otwarte okna, a ściany kamienic pękały pod ostrzałem prowadzonym przez jeżdżące ulicami czołgi. Na miastem latały samoloty, z których nie tylko strzelano, ale też zrzucano bomby. Śródmiejskie ulice przeorały okopy i barykady. Nikt nie podliczył zniszczeń, jakich doznało w tych dniach miasto. Powstanie 1944 roku przyniosło ich nieporównywalnie więcej, podobnie jak strat w ludziach. Wtedy jednak walczono z brutalną okupacją nazistowskiego mocarstwa, a celem była wolność. W maju 1926 roku to jedni Polacy walczyli przeciwko drugim, a celem było zaspokojenie ambicji jednego człowieka. Józefa Piłsudskiego.

„Nie będę wdawał się w dyskusje nad wypadkami majowymi. Zdecydowałem się na nie sam, w zgodzie z własnym sumieniem i nie widzę potrzeby, żeby się z tego tłumaczyć” – powiedział później. Nie musiał. To on pisał historię.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura faktu
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788384303139
Rozmiar pliku: 7,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

(…) TERRORYZOWAĆ DROGĘ MARSZU, STRZELAJĄC DO WSZYSTKIEGO, CO PODEJRZANE, ALBO WROGIE, A W OGÓLE STRZELAĆ RACZEJ ZA DUŻO NIŻ ZA MAŁO – MAJOR BOLESŁAW SCHWARZENBERG-CZERNY.

BOMBY MUSZĄ BYĆ ZRZUCANE Z WYSOKOŚCI MINIMUM PIĘCIUSET METRÓW – Z TEJ WYSOKOŚCI WEDŁUG PRAWDOPODOBIEŃSTWA NA DZIESIĘĆ BOMB ZRZUCONYCH JEDNA TRAFI W ULICĘ, RESZTA W OKOLICZNE DOMY” – PUŁKOWNIK CZESŁAW MŁOT-FIJAŁKOWSKI.

(Referat Komisji Likwidacyjnej gen. Broni L. Żeligowskiego o doświadczeniach wojskowych z przebiegu działań w dniach 12–14.05)BITWA WARSZAWSKA 1926 ROKU, CZYLI WSTĘP

12 maja 1926 roku oddziały marszałka Józefa Piłsudskiego przekroczyły linię Wisły na Moście Kierbedzia i wkroczyły do Warszawy. Sześć lat po zakończeniu jednej Bitwy Warszawskiej rozpoczęła się druga. Z tą różnicą, że zamiast do Rosjan teraz Polacy strzelali do Polaków.

Przyczyn było wiele, ale większość była pretekstem. Zasadniczo sprowadzały się do zaspokojenia ambicji marszałka i jego najbliższego otoczenia. Skutek natomiast był jeden. Marszałek przejął w Polsce całkowitą władzę i, początkowo zachowując pozory demokracji, z czasem transformował ją do postaci coraz bardziej represyjnej dyktatury.

Przewrót majowy, żołnierze na stanowisku podczas obrony Belwederu, maj 1926 r., źródło: NAC

To była jednak przyszłość. Począwszy od 12 maja, przez kolejne dwa dni po ulicach Warszawy jeździły i strzelały czołgi oraz samochody pancerne. Pociski ciężkiej artylerii trafiały w pełne mieszkańców domy, przez okna i balkony wpadały lub wypadały granaty i serie z ciężkich karabinów maszynowych. Latające nad miastem samoloty dokonały kilkudziesięciu bombardowań – pierwszych w dziejach stolicy (o ile nie liczyć nalotów sterowców podczas Wielkiej Wojny) – głównie na przypadkowe cele cywilne. Żołnierze zaś zabijali się nie tylko „anonimowo”, z odległości strzału, ale też patrząc sobie w oczy i wbijając w siebie nawzajem bagnety.

Niezależnie od głębszych przyczyn i dalekosiężnych skutków w ciągu tych trzech dni zginęło blisko czterysta osób, a około tysiąca zostało rannych. Niektórzy tak ciężko, że w końcu oni również zasilili listę zmarłych. Tyle tylko, że nieco później i już poza oficjalną ewidencją. Przewrót majowy Józefa Piłsudskiego był najbardziej krwawym zamachem stanu, jaki miał miejsce w Europie okresu międzywojennego, a konkurencję miał ogromną.

Jeśli zaś chodzi o miasto, to z dwóch bitew warszawskich ta z maja 1926 roku okazała się dla niego nieporównywalnie bardziej destrukcyjna.UMYSŁY UZBROJONE

Magdalena Samozwaniec miała tego dnia trzydzieści dwa lata i tak naprawdę wcale nie nazywała się Samozwaniec. Jej panieńskie nazwisko brzmiało Kossak i fakt ten miał swoje konsekwencje. Jedną z nich była możliwość korzystania z apartamentu jej ojca Wojciecha Kossaka, który artysta wynajmował na stałe w ekskluzywnym Hotelu Bristol, wznoszącym się w samym centrum ówczesnej Warszawy, przy Krakowskim Przedmieściu. Zazwyczaj zarówno ona, jak i jej nieco starsza siostra Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, korzystały z tego luksusu, by spędzić w stolicy kilka dni, zrobić zakupy w eleganckich butikach, przypomnieć o sobie w miejscowym towarzystwie czy po prostu korzystać ze wszelkich dobrodziejstw pękatego portfela taty – już wówczas postaci uważanej za klasyka. Choć tak po prawdzie wcale nie musiała. Raz, że była właśnie w korzystnym finansowo związku małżeńskim. Dwa, że od kilku lat odnosiła spore sukcesy jako pisarka pełnych humoru i popularnych wówczas powieści oraz drobniejszych form publikowanych regularnie na łamach takich pism jak „Bluszcz”, „Tygodnik Ilustrowany” czy „Naokoło Świata”, co czyniło ją kobietą niezależną pod każdym względem.

Zazwyczaj jej pobyt w Bristolu wiązał się w każdym razie z całkowitą beztroską i pławieniem się w luksusie. Jeszcze tego dnia wszystko wskazywało, że ten nie będzie niczym różnił się od wszystkich innych. Miała poumawiane spacery i wieczorne testowanie wielkomiejskich atrakcji, wybierała się także na zakupy; choć ani ceny, ani najmodniejsze kroje dostępne w Warszawie wcale nie różniły się od tych, które widywała wówczas bodaj najczęściej, w Paryżu.

Lipiec 1923 roku, Józef Piłsudski podczas przyjęcia w Sali Malinowej warszawskiego Hotelu Bristol

Pani Magdalena szykowała się właśnie do wyjścia, gdy mniej więcej o godzinie 18 świat za oknem w jednej chwili nagle się zmienił. Do tego momentu panowała tam wiosna – po mroźnym i ponurym początku maja były to pierwsze naprawdę ładne, słoneczne dni. I nagle jakby się skończyły. „Ściemniło się jak przed gradem – słońce zasłoniło się chmurami, jak jasna twarz brudnymi rękami” – zanotowała później w swoim dzienniku. I wspominała dalej:

„Równocześnie doleciał mnie z daleka grzechot karabinów maszynowych, podobny do odgłosu rozdzieranego płótna, a znany mi tylko z opisów wojny. Rzeczywiście padał grad, ale żelazny. Tłum sfrunął w jednej chwili w boczne ulice i ukrył się po sieniach, jak przed ulewą. Co chwilę ktoś wystawiał rękę, by sprawdzić, czy jeszcze kule padają. Po chwili tłum wyłonił się z ukrycia i natychmiast znów dał nura, bo właśnie Krakowskim Przedmieściem przebiegał patrol policji na rozbieganych koniach. Domyśliłam się, że jest wojna. Z kim, dlaczego…? Czyżby Niemcy?”1.

Choć była żoną cenionego dyplomaty; żołnierza o legionowej przeszłości i noszącego oficjalnie gwiazdki kapitana, rzeczywiście niespecjalnie chyba orientowała się w zawiłościach politycznych ówczesnej Polski. Były zresztą tak zawiłe, że mało kto tak naprawdę się w nich orientował. Dość wspomnieć, że na przestrzeni ośmiu lat niepodległości Polska zdążyła mieć już czternaście rządów, z których większość nie istniała dłużej niż pół roku, czyli o wiele za krótko, by którakolwiek z podjętych przez nie decyzji mogła realnie choćby wejść w życie. Samozwaniec istotnie miała więc prawo nie zdawać sobie sprawy, że grad kul zalewających tego wieczora Krakowskie Przedmieście pochodzi wyłącznie z polskich karabinów, niezależnie od tego, która ze stron właśnie pociągała za spusty.

Wyglądając zza firanki przez hotelowe okno, Magdalena Samozwaniec była świadkiem pierwszych walk zbrojnego zamachu stanu Józefa Piłsudskiego.

***

Dla większości pogrążonych w swoich codziennych sprawach Warszawiaków zamach był być może do ostatniej chwili niespodzianką w takim samym stopniu jak dla Magdaleny Samozwaniec. Ale nie trzeba było być szczególnie uważnym obserwatorem ulicznej rzeczywistości Warszawy pierwszych miesięcy niepodległości, by zdziwić się raczej tym, że do podobnego zamachu doszło tak późno. Pierwsza próba obalenia legalnej władzy w odrodzonej Polsce została podjęta dosłownie kilka dni po owym odrodzeniu, jeszcze w listopadzie 1918 roku. Niewiele wiadomo o tym puczu, głównie dlatego, że ostatecznie nie doszedł do skutku. Z całą pewnością był jednak zorganizowany przez siły politycznej prawicy, a najgłośniejsze nazwisko, które przewijało się w związku z całą sprawą, należało do skądinąd bardzo już zasłużonego Wojciecha Korfantego. Najaktywniejszą postacią w gronie niedoszłych zamachowców był jednak nie on, lecz dyrektor antysemickiego Towarzystwa „Rozwój”, a przy okazji poseł na sejm, niejaki Tadeusz Mścisław Dymowski. Jego też wspomnienia jak mało które oddają słabo znaną stronę ducha polskiej polityki tuż po odzyskaniu niepodległości.

„Ogarnął wtedy Warszawę obłęd organizowania zamachów. Przeróżne grupy i grupki układały pomysły najdziwaczniejszych wystąpień, zmierzających do usunięcia istniejącego rządu” – notował po latach2.

A rząd, podobnie jak wszyscy inni, doskonale zdawał sobie z tego sprawę, co potwierdzał przedwojenny jeszcze historyk Józef Skrzypek:

„Wytworzyła się atmosfera spisków i przygotowań zamachowych. Współczesne informacje, a także późniejsze wspomnienia stwierdzają zgodnie, że Warszawa niemal codziennie alarmowana była wiadomościami o gotującym się lub też lada chwila mającym nastąpić zamachu na rząd. Ministrowie gabinetu Moraczewskiego w swoich późniejszych relacjach stwierdzają, że pogłoski, a nawet ostrzeżenia o zamachach były im znane” – notował3.

Jest w tym pewna ironia, bo przed odzyskaniem niepodległości środowiska nacjonalistyczne, z bardzo niewielkimi wyjątkami, nie wykazywały poważniejszych skłonności rewolucyjnych, a mówiąc wprost – właśnie one należały do najbardziej uległych rządom zaborczym. W odróżnieniu od ówczesnych socjalistów, którzy właśnie pod kierunkiem Piłsudskiego już od początku stulecia podejmowały całkiem otwartą walkę zbrojną – nie tylko o socjalizm, ale też niepodległość – narodowcom bliższa była raczej idea szerokiej autonomii pod patronatem któregoś z mocarstw niż pełna niepodległość, którą uznawali, zdaje się, za mrzonkę. Teraz zaś, dosłownie z dnia na dzień, niedawni jeszcze „pacyfiści” zamienili się w agresywnych bojówkarzy ogarniętych obsesją obalenia pierwszego od ponad stulecia czysto polskiego rządu. „Konflikt między skupioną wokół Józefa Piłsudskiego lewicą niepodległościową, której udało się w drugiej dekadzie listopada 1918 r. przechwycić ster rządów, a opozycyjną prawicą od początku przybierał gwałtowne formy” – ujmował to dyplomatycznie Jarosław Tomasiewicz4. Dyplomatycznie, bo narzędziami tej „gwałtowności” były głównie rewolwery.

Jakkolwiek było, początkowo to właśnie Dymowski wykazywał w tych kręgach największą aktywność. Po fiasku pierwszego spisku, zaledwie kilkanaście dni później, zorganizował wielką manifestację nacjonalistyczną na Placu Saskim w Warszawie. Zdaje się, że w tym przypadku nie było dalszych planów; zamierzano po prostu wymachiwać flagami w rytm skandowanych tłumnie nacjonalistycznych haseł, nastroje były jednak takie, że podobne sytuacje łatwo wymykały się spod kontroli. Po pewnym czasie rozgorączkowany tłum przeniósł się więc spontanicznie na Krakowskie Przedmieście, gdzie wdarł się i bez większych oporów opanował Pałac Namiestnikowski. Reprezentacyjny gmach był wówczas siedzibą rządu, sprawy więc przez pewien czas zapowiadały się dość groźnie. Z jakichś jednak powodów tłum nie zastał w budynku ani premiera Jędrzeja Moraczewskiego, ani żadnego z jego ministrów i po kilkugodzinnym okupowaniu, a podobno też dewastowaniu budynku, spokojnie rozszedł się do domów.

Dymowski zapewne także wrócił do domu, choć jego dalsze posunięcia trudno już uznać za spokojne. Niemal natychmiast przystąpił mianowicie do organizowania kolejnego zamachu stanu, i tym razem sprawa robiła się już nieco poważniejsza. Szczegóły znów nie są znane, ale w trakcie przygotowań Dymowski natknął się na konkurencyjny spisek; organizowany również przez siły nacjonalistyczne i dokładnie w takim samym celu – obalenia rządu i powołania nowego, z którymś z luminarzy polskiej prawicy na czele. Oba spiski nic o sobie nie wiedziały, ale rozsądnie postanowiono połączyć siły. Dymowski zapewne nie protestował, bo w ten drugi zaangażowane były tak wpływowe postaci, jak choćby pułkownik Marcin Żegota-Januszajtis – przy okazji również jego dwaj bracia, też oficerowie – ale przede wszystkim książę Eustachy Sapieha; skądinąd postać bardzo barwna i zasadniczo dobrze przez historię zapamiętana, a co nie bez znaczenia – także bardzo zamożna. Pomysł był prosty. Zamierzano przegonić z polskiej młodej polityki socjalistów i proklamować powszechną szczęśliwość w duchu radykalnego nacjonalizmu, z minimalną być może, powierzchowną nutą demokracji. Jeśli chodzi o premierów, do wyboru było kilka nazwisk. Pojawiał się więc znów Korfanty, myślano z pewnością o Romanie Dmowskim, a także generale Józefie Hallerze – choć tak po prawdzie nie wiadomo, czy którykolwiek z nich był o spisku poinformowany. Tak czy inaczej, 4 stycznia 1919 roku przystąpiono do akcji.

Najpierw, nieco po północy, do budynku Komendy Miasta przy Placu Saskim wkroczył Januszajtis w towarzystwie niewielkiego oddziału żołnierzy. Pora była nietypowa, ale oficer był tu doskonale znany, wartownicy nie zadawali więc zbędnych pytań. Wobec braku oporu sprawy toczyły się bardzo szybko. Januszajtis część ludzi porozstawiał jako straże, z częścią zaś zajął i zabezpieczył budynek. Dalej poszło jeszcze sprawniej. Przygotowany zawczasu oddział wkroczył do centrali telefonicznej – wszystkie rozmowy były odtąd kontrolowane przez spiskowców, podobnie zresztą jak łączność telegraficzna. Jednocześnie rozmieszczone na mieście grupy przystąpiły do aresztowań czołowych polityków rządu. Do tego momentu przebieg zamachu mógł imponować iście wojskową precyzją.

„Wywiad zamachowców ustalił uprzednio tryb życia i rozkład zajęć poszczególnych ludzi, a materiał ten posłużył do przeprowadzenia aresztowań prawie bez przeszkód. Pierwsi aresztowani zostali: premier Moraczewski i minister spraw zagranicznych Leon Wasilewski, kiedy wracali z codziennej nocnej konferencji odbywanej w Belwederze. Kierowca samochodu ministrów, wciągnięty w spisek, zatrzymał samochód w umówionym miejscu Alej Ujazdowskich, pozorując zepsucie. Ustawiony tam zawczasu patrol Straży Narodowej aresztował pasażerów i odwiózł do garażów III autokolumny przy Alejach Jerozolimskich 79. W mieszkaniach własnych aresztowani zostali: Witold Jodko-Narkiewicz i Jan Jur-Gorzechowski, przy czym ten ostatni został pobity na skutek stawiania oporu” – pisał profesor Skrzypek, mający do dyspozycji unikalne dziś materiały z późniejszego śledztwa.

Nawiasem mówiąc, bójka porywaczy z Gorzechowskim nie była zaskakująca, dziwne było raczej to, że pozostali politycy dali się aresztować tak łatwo. Większość z nich to bowiem nikt inny, jak tylko dawni terroryści z Organizacji Bojowej Piłsudskiego; osoby o renomie rewolucyjnych zakapiorów i takich też doświadczeniach, a w dodatku wciąż dość jeszcze młodzi, bo koło czterdziestki. Sam Gorzechowski, który już wkrótce stanie się małżonkiem Zofii Nałkowskiej, zasłynął przed laty brawurowym uwolnieniem dziesięciu skazanych na śmierć więźniów z carskiego jeszcze Pawiaka, wielu innych miało na koncie liczne zamachy bombowe lub niemal niezliczone rewolwerowe. Jakkolwiek było, większość aresztowań przebiegła gładko, z jednym właściwie wyjątkiem – ministra spraw wewnętrznych, Stanisława Thugutta. Skrzypek określa je „poniekąd zabawnym”, ale sam aresztowany miał w tej kwestii, zdaje się, nieco inną opinię.

„Wyznaczony patrol dotarł do jego mieszkania i kiedy na pukanie Thugutt uchylił drzwi zabezpieczone łańcuchem, jeden z przybyłych strzelił do niego, ale chybił. Po oddaniu strzału cały patrol uciekł, nie wiadomo zresztą dlaczego, bo nikt go nie ścigał” – tłumaczył Skrzypek. Polityk rozsądnie postanowił zaalarmować policję, nie wiedział jednak, że rozmowy przekierowywane są do Komendy Miasta i kontrolowane przez spiskowców. „Po złożeniu relacji otrzymał zaproszenie, by wsiadł do samochodu, który zostaje po niego specjalnie wysłany, i przybył osobiście do Komendy Miasta celem bliższego ustalenia szczegółów. Oczywiście samochód zawiózł łatwowiernego ministra w Aleje Jerozolimskie do prowizorycznego aresztu, gdzie zamachowcy powitali go zdziwieni, uważając go za zabitego” – dodawał profesor. Według jednej z wersji spiskowcy wyjątkowo uwzięli się właśnie na Thugutta i usiłowali utopić go w Wiśle, na to jednak nie ma żadnych dowodów.

Nie wiemy, ile dokładnie czasu upłynęło od rozpoczęcia akcji, ale trzeba zapewne mówić o godzinie, półtorej. Do tej chwili wszystko wskazywało, że przewrót w zasadzie już się dokonał, a Polacy obudzą się rano w świecie nacjonalistycznej dyktatury. I być może tak właśnie by się stało, gdyby wcześniej nie obudził się generał Stanisław Szeptycki. Był starym oficerem, który doświadczenia zdobywał na frontach wojen prowadzonych przez Austro-Węgry jeszcze w poprzednim stuleciu, a korzystał z nich także podczas ostatniej wojny, między innymi w Legionach. Teraz był szefem Sztabu Generalnego, co dla rozgrywających się tej nocy wydarzeń miało głównie takie znaczenie, że przysługiwał mu nocleg w pobliskim, bardzo ekskluzywnym Hotelu Bristol – tym samym, w którym nocowała później Magdalena Samozwaniec. Samo rozpoczęcie zamachu generał przespał, kiedy jednak zbudził go w środku nocy ówczesny komendant miasta pułkownik Antoni Zawadzki, losy zamachowców i samego zamachu zostały przesądzone.

Jeśli dotąd zamach wyglądał bardzo poważnie i wydawał się dopięty na ostatni guzik, od tej chwili stał się groteską. Generał po prostu wyszedł z pokoju i ruszył w kierunku pobliskiej Komendy Miasta. Po drodze zaalarmował napotkane oddziały wojskowe, które otoczyły budynek, sam zaś generał wszedł do środka i przez nikogo niezatrzymywany wkroczył do pokoju, w którym przebywali spiskowcy. Jeśli wierzyć relacjom, pojawienie się oficera całkiem dosłownie ich „zatkało”.

„Równocześnie generał Szeptycki wszedł do pokoju, gdzie urzędował płk Januszajtis i członkowie przyszłego rządu. Pojawienie się generała wywołało, jak stwierdzają wszyscy świadkowie, olbrzymią konsternację. Szef miał być przecież aresztowany i nikt nie doniósł o nieudanym przedsięwzięciu. Zaskoczenie było zupełne, wszyscy stracili głowę – a najbardziej zdetonowany był sam płk Januszajtis, który w pierwszym momencie bąkał coś niezrozumiałego. Na powiedzenie Szeptyckiego: «Sława panu, panie Januszajtis, i sława tym, którzy aresztują swoich przełożonych», zdołał wyksztusić tylko, że generała aresztowali przecież cywilni, a nie wojskowi. Szeptycki opuścił kwaterę wodza zamachu i nie zatrzymywany przez nikogo udał się na wartownię, skąd wydał dalsze rozkazy. Równocześnie gen. Szeptycki informował o przebiegu wypadków Piłsudskiego” – relacjonował Skrzypek.

Kiedy kilka godzin później Warszawiacy budzili się w swoich łóżkach, świat za oknem zupełnie się nie zmienił. Premierem wciąż był Jędrzej Moraczewski, nie uległ też zmianie skład jego rządu – wszyscy zaś dawno już opuścili prowizoryczny areszt w Alejach Jerozolimskich i zapewne odsypiali właśnie nerwową noc. W areszcie natomiast przebywali teraz spiskowcy. Choć niezbyt długo, i to było właśnie najdziwniejsze. Z jakichś powodów Piłsudski potraktował ich niezwykle łagodnie, w zasadzie „zbeształ ich” tylko – jak ujmowali to historycy – i nie wyciągając konsekwencji, puścił wolno. Robili w dalszym ciągu kariery, bywali posłami na sejm i awansowali jako żołnierze – w ich życiorysach nie nastąpiło żadne zauważalne tąpnięcie. Jeśli dodać do tego, że rząd Moraczewskiego wkrótce sam podał się do dymisji, ustępując miejsca prawicowemu gabinetowi Ignacego Paderewskiego, w teoriach spiskowych głoszących, że przyszły marszałek tak naprawdę o wszystkim wiedział, jest być może ziarno prawdy?

W tym konkretnym momencie przymykanie oczu na nacjonalistyczną agresję miało dla Piłsudskiego polityczny sens, ale był to sens na bardzo krótkich nogach. Ponurym finałem atmosfery wznieconej w listopadzie 1918 roku była śmierć prezydenta Gabriela Narutowicza zaledwie trzy lata później. Choć tak naprawdę wcale nie był to finał. Już do końca dwudziestolecia międzywojennego przemoc będzie stałym elementem arsenału większości polskich ugrupowań nacjonalistycznych. Osławiony ONR, który za kilkanaście lat stworzą młodzi adepci nacjonalizmu, będzie tylko ponurym epilogiem drogi rozpoczętej w roku 1918.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij