Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Trzy kroki we mgle - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
3980 pkt
punktów Virtualo

Trzy kroki we mgle - ebook

Niewielkie miasteczko w Szkocji. Jesień jak co roku jest tu chłodna, mglista i deszczowa. Hope Hill kocha to miejsce do tego stopnia, że gdy jej rodzice wylatują w cieplejsze rejony świata, ona przyjmuje spadek po dziadkach i prowadzi hotel dla turystów.

Pozornie dobrze jej się żyje i mieszka z Anthonym.

Pozornie.

Mężczyzna od dłuższego czasu źle ją traktuje, zamieniając jej życie w koszmar. Nie pomaga również fakt, że kiedyś Hope związana była z ich wspólnym przyjacielem Emmettem, który złamawszy jej serce, wyjechał do Londynu i ślad po nim zaginął. Nigdy nie odwiedził ani Hope, ani swoich dawnych przyjaciół.

Wszystko zaczyna się psuć, gdy dziewczyna postanawia zerwać z Anthonym i przywrócić w swoim życiu spokój.

Jej nagła choroba, kłótnia z partnerem, powrót Emmetta i niespodziewana śmierć sprawią, że jej świat się zawali, a podejrzenia spadną bezpośrednio na nią.

Zostały jednak pewne notatki i tajemnice do rozwikłania. Jest też miłość, dla której być może jeszcze będzie ratunek, gdy wszystko, co złe, wyjdzie na jaw.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8290-941-8

FRAGMENT KSIĄŻKI

Rozdział 1

Hope

Deszcz pada tak mocno, że dosłownie po chwili nawet płaszcz przeciwdeszczowy nic nie daje, a ja sama czuję się, jakby mnie wrzucono do morza w ubraniach.

Jesień w Hillside w Szkocji jest jak co roku mglista, deszczowa i chłodna. Brodzę po mokrych pastwiskach w poszukiwaniu jednego jagniątka, które odłączyło się od stada. Nie darowałabym sobie, gdyby gdzieś zdechło z głodu i zimna.

– Gdzie ty jesteś, mały łobuzie? – mruczę pod nosem, nasłuchując jakiegokolwiek dźwięku, który mnie do niego doprowadzi. – Karma! Szukaj! – wydaję komendę do mojemu owczarkowi australijskiemu.

– Szlag by to! – klnę, gdy mój but zapada się w grząskiej ziemi, głęboko ponad kostkę, a gęsta, zimna maź wlewa się do środka.

Musiałam wdepnąć w jakąś norę wykopaną przez lisa lub innego stwora. Świetnie! Zwariuję, przysięgam. Zaraz nastanie noc, a ja niczym jakaś zjawa snuję się po polach.

Niebo nade mną ani na trochę nie chce przestać być szare i ponure. Z uporem maniaka oblewa mnie coraz to większymi porcjami deszczu, który głośno uderza o gruby materiał kurtki.

Czas odpuścić, bo przypłacę te poszukiwania zdrowiem, a nie uśmiecha mi się spędzić tydzień w łóżku z katarem i gorączką, bo tak zawsze kończy się u mnie przeziębienie.

Wychodzę na żwirową drogę, by choć trochę otrzepać się z błota. Woda chlupie mi w kaloszach, a mokre włosy, zlepione w grube strąki, przyklejają się do twarzy. Muszę wyglądać naprawdę żałośnie i ze smutkiem stwierdzam, że odeszłam dość spory kawałek od domu, do którego teraz trzeba jakoś wrócić.

Zdejmuję buty i na boso ruszam przed siebie po kamienistej ścieżce.

Pastwiska ciągną się po horyzont, ponieważ mieszkam na obrzeżach wsi. Niegdyś bogate, tętniące życiem gospodarstwo moich dziadków, teraz jest jedynie namiastką dobrych czasów. Hodowla zwierząt nie przynosi już takich zysków. Wełna z owiec sprzedaje się coraz słabiej i jedynie turystyka kwitnie w najlepsze, przyciągając co rusz to nowych amatorów mokrej pogody i wyludnionych dróg.

Nie narzekam, bo dzięki temu mnie się całkiem dobrze tutaj żyje. Tak wybrałam. Moi rodzice odmówili przyjęcia spadku, przekazując go w całości mnie. Sprzedali swój dom i stwierdzili, że dla bezpieczeństwa stawów i płuc, opuszczają deszczowe wyspy, i osiedlili w nieco bardziej przyjaznym włoskim klimacie.

Co jakiś czas namawiają mnie, bym również rzuciła wszystko w cholerę i zamieszkała koło nich. Tylko że ja kocham Szkocję, deszcz i te mgliste krajobrazy, które za każdym razem wypełniają mnie nostalgią.

Zawsze zastanawiam się natomiast, dlaczego inni ludzie tu przyjeżdżają. Chyba tylko po to, by móc na własnej skórze przekonać się, że życie w tym miejscu przeznaczone jest dla prawdziwych koneserów lub szaleńców.

Trzepot skrzydeł nad głową, a później śmieszne bulgotanie zwiastuje, że mój mały przyjaciel nie mógł się mnie doczekać.

– Wyglądasz jak zmokła kura – żartuję, gdy ląduje mi na dłoni, otrzepując piórka. Stroszy je, tworząc z siebie czarną puchatą kulkę.

Zazu jest krukiem, którego znalazłam jako pisklaka poturbowanego prawdopodobnie przez jakiegoś drapieżnika. Odkarmiłam i został już ze mną. Nie chciał wrócić na wolność, mimo że nigdy mu jej nie odebrałam. Od tamtej pory nie odstępuje mnie na krok. Swoje imię zawdzięcza bohaterowi z bajki Król Lew, którą uwielbiam i nawet mając już dwadzieścia cztery lata, wciąż oglądam.

Kocham go. W przeciwieństwie do mojego chłopaka, który twierdzi, że jest przerażający i śmierdzi, co jest oczywiście nieprawdą.

– Oszalałaś?! – warczy na mnie Anthony, gdy wracam w końcu do domu. – Jak ty wyglądasz? Dzwonię do ciebie od dobrej godziny. Zdejmuj te ubrania! Gdzieś ty w ogóle była?

– Szukałam jednego z jagniąt. Nie wróciło ze stadem. A telefon zostawiłam chyba w samochodzie.

Jestem wolnym duchem, który nie lubi być ograniczony technologią i niewidzialną smyczą, jaką jest telefon.

Wbiegam do łazienki, rozbierając się tam do naga. Przez cały dom zostawiam za sobą brudną ścieżkę, na co mój facet reaguje głośnym sapnięciem, a po chwili słyszę, że przeciera wszystko mopem. Nienawidzi bałaganu i chwilami jest przesadnym pedantem. Dlatego też tak bardzo denerwują go moje zwierzęta.

Mnie z kolei denerwuje on.

Ciepła woda w wannie rozgrzewa i odpręża. Nie słucham już więcej marudzenia, że jestem nieodpowiedzialna, gdy wybieram się na samotne poszukiwania jakiegoś głupiego zwierzęcia. Jakbyśmy co najmniej żyli w dzikiej dżungli amazońskiej, w której na każdym kroku czyhają drapieżniki. No w Szkocji raczej mnie aligator czy wąż boa nie zabije. Poza tym żadne zwierzę nie jest mi obojętne i jeśli będzie trzeba, znów wyruszę na poszukiwania tego małego uciekiniera. Niestety, muszę zaraz iść do pracy, której szczerze nie znoszę, i w zasadzie nie wiem, co ja w niej jeszcze robię.

Tym się różnimy z Anthonym. Ja kocham zwierzęta bardziej niż ludzi, a on nie kocha nikogo. Chyba nawet mnie nie za bardzo. Jesteśmy ze sobą, bo tak jakoś wyszło, trochę przez przypadek.

Już nawet sama nie wiem, w którym momencie przeszliśmy z przyjaźni do miłości. I to takiej jednostronnej. Chociaż w zasadzie sama nie wiem, czy go jeszcze kocham. Ostatnio nam jakoś nie po drodze do siebie.

Zazu siedzi sobie grzecznie na wieszaku na ręczniki, czyszcząc piórka, a ja rozleniwiona spoglądam na zegarek. Trochę się zamyśliłam i straciłam poczucie czasu.

– Cholera jasna! – Zrywam się z wanny, rozlewając jej zawartość dookoła. – Znowu się spóźnię!

Stawiam pospiesznie nogę na śliskich kafelkach i na efekty oczywiście nie muszę długo czekać. Tracę równowagę i jak długa ląduję z głośnym plaśnięciem na podłodze.

Chwilę leżę nieruchomo, upewniając się, że niczego sobie nie połamałam. Gdy próbuję na nowo spionizować moje obolałe ciało, do pomieszczenia wpada mój chłopak, a wyraz jego twarzy jest tak samo ponury jak ten dzień.

– Co ty wyprawiasz? – Stoi jak słup i ani myśli mi pomóc.

Nie jestem zaskoczona, nigdy tego nie robi. Od zawsze jestem zdana sama na siebie.

– Nudzi mi się, więc postanowiliśmy z Zazu zrobić piana party. Przyłączysz się? – odpowiadam z przekąsem i owijam ciało ręcznikiem. Już wiem, że na prawym udzie wyjdzie mi ogromny siniak.

– Jesteś nienormalna. – Prycha.

– A kiedykolwiek obiecywałam ci, że będę inna? – Mierzę go wściekłym spojrzeniem, drugim ręcznikiem wycieram wodę i wychodzę przygotować się do pracy. Dyskusję uważam za zakończoną.

Kruk jakby wyczuwał, że nie warto przebywać z mężczyzną sam na sam, wzbija się do lotu i przysiada mi na ramieniu, raniąc pazurami skórę.

– Aua! Zazu, ty niedobry chłopaku.

– I jeszcze ten ptak… – Słyszę za sobą, na co jedynie przewracam oczami.

Ignoruję go. Jestem i tak już mocno spóźniona, a kolejna kłótnia nie dość, że wydłużyłaby ten czas, to jeszcze sprawiłaby, że zamiast ścigać morderców, chociaż i tak ich nie ścigam, bo ich nie ma, sama stałabym się jednym z nich.

Po piętnastu minutach z mokrymi jeszcze włosami, ale już w mundurze, wsiadam do samochodu. Deszcz wciąż nie ustaje. Pada od tygodnia, uprzykrzając życie wszystkim dookoła. Jakby wyczuwał mój nastrój.

Wzdycham, wbijam bieg i ruszam.

Przede mną nocny dyżur, na który się w sumie trochę cieszę. Od jakiegoś czasu zauważyłam, że lubię uciekać z domu, byleby tylko nie przebywać zbyt długo z moim chłopakiem. To smutne i musi się skończyć w bardziej lub mniej radykalny sposób.

Wiem, nie tak to powinno wyglądać, ale jakoś trudno mi zerwać z nim znajomość, kiedy łączy nas kilka wspólnych lat. Wcześniej przez długi czas się przyjaźniliśmy.

W liceum mieliśmy swoją paczkę znajomych. Byli w niej między innymi Anthony oraz kilka dziewczyn, które razem wyjechały na studia do Hiszpanii i tam zostały. Był też Emmett. Emmett Anderson. Moja pierwsza wielka miłość, która zakończyła się wraz z jego zdradą i wyjazdem na studia do Londynu.

Wielka, płomienna, młodzieńcza miłość, która rozerwała mnie dosłownie od środka, gdy nakryłam go z jedną z dziewczyn, której imienia już nawet nie pamiętam, na całowaniu się w bramie opuszczonego zamku, który był naszym miejscem. Moim i Emmetta. To mnie tam zabierał na randki, gdy jako nastolatkowie powinniśmy byli uczyć się do sprawdzianów, a nie udawać, że znamy się na miłości.

Nie znaliśmy się i tym oto sposobem ja zostałam tutaj, a Anderson, podeptawszy wszystko, co stworzyłam w swojej młodej, naiwnej głowie, wyjechał jak gdyby nigdy nic i przestał się odzywać.

Później dowiedziałam się, że zmienił numer telefonu i zamieszkał w Londynie u siostry swojej matki. Tam poszedł na studia, a później do pracy. Był ode mnie o cztery lata starszy. Gdy ma się piętnaście lat, ma to kolosalne znaczenie; dzisiaj się z tego śmieję, że uważałam go za dojrzałego i takiego męskiego.

Tak naprawdę zachował się jak skończony dupek.

Kręcę z dezaprobatą głową na te wspomnienia, które teraz wydają się tak odległe, jakby Emmett był jedynie wytworem mojej wyobraźni. Nie widziałam go od co najmniej pięciu lat, chociaż podobno czasami bywa u swoich rodziców. Nigdy go nie spotkałam.

– Czy ty, Hill, chcesz być zwolniona za wieczne spóźnialstwo? – grzmi mój przełożony, gdy wparowuję niczym huragan na posterunek policji, ani trochę nie czując skruchy.

– A czy ty nie pamiętasz, że pracuję tu tylko dlatego, że nie macie ludzi? – Krzyżuję ręce na piersiach, wpatrując się w niego zuchwale. – Ja mam co robić w życiu i wierz mi, że nie jest moim marzeniem, by ganiać za jakimiś podrzędnymi kieszonkowcami.

– Nie uprawnia cię to do spóźniania się – warczy.

– Wiem i przepraszam. Uganiałam się za owieczką, której… – Dostrzegam jego minę. – No tak, masz to gdzieś, co robiłam. Coś się stało przez te piętnaście minut, jak mnie nie było? Jakiś napad na bank, morderstwo?

– Nie.

– No i fajnie. Mogę zająć się swoją ciężką pracą? Mam zaległy raport z kradzieży worka ziemniaków u pana Evansa i złapania starego Jamesa Johnsona za jazdę po pijaku rowerem po polnych drogach – wymieniam.

– To są publiczne drogi, a kradzież to kradzież! – mówi głośno, po czym wzdycha i wychodzi bez słowa.

Zostaję sama. Na zewnątrz jest już ciemno. Mrok w pokoju rozświetla mi tylko jałowe światło lampki ustawionej na starym, zdezelowanym biurku.

Nasz posterunek policji jest malutki i bywa, że pies z kulawą nogą tu nie zagląda.

Przyznam, że kiedyś myślałam o tym, żeby wyjechać do większego miasta i robić karierę. Szybko mi przeszło, gdy któregoś ranka wstałam i wyjrzałam przez okno, na rozpościerające się zielone łąki, pasące się na nich owce i to, co do tej pory udało mi się osiągnąć. Jestem spełniona i szczęśliwa, mimo tych kilku niedogodności pomiędzy mną a Anthonym.

Opieram się wygodnie o fotel i zamykam oczy. Wsłuchuję się w miarowy stukot kropel deszczu, obijających się o metalowy parapet.

Anthony, no właśnie. To moja jedyna przeszkoda do pełni szczęścia. I jeśli szybko nie zrobię coś ze swoim życiem w tym kierunku, utknę w takim bagnie, że już żadna siła mnie z niego nie wyciągnie. Stanę się sfrustrowaną babą, której jedynym zajęciem będzie oglądanie pięćdziesiąty raz serialu Przyjaciele i zajadanie smutków słodyczami. Ewidentnie ten mężczyzna ciągnie mnie w dół.

Myśląc o tym, przyłapuję się na wkładaniu do buzi trzeciej kostki czekolady, którą miałam schowaną w szufladzie biurka. Odrzucam ją z obrzydzeniem, jakby była co najmniej trująca, a słodycz ląduje u stóp mojego partnera, z którym pracuję już od ponad pół roku.

– Nie strzelaj! – Śmieje się, podnosząc ręce.

– Wybacz, zamyśliłam się. – Podchodzę, by podnieść kostkę z ziemi.

– Chyba nie chcę wiedzieć, co masz aktualnie w głowie. – Siada na krześle po przeciwnej stronie biurka i przygląda mi się badawczo. – A może jednak potrzebujesz się wygadać?

– Chyba wszystko jest w porządku. Takie tam, egzystencjalne przemyślenia. Nic specjalnego.

Noc mija nam jak zawsze spokojnie. Żaden obywatel w naszej wiosce nie potrzebuje takich superbohaterów jak my. Peleryny nieruszone wiszą od samego początku, jak tylko zaczęłam pracę w policji.

Nie liczyłam na nic wielkiego, zatrudniając się tutaj. Komendant wiedział, że skończyłam szkółkę oficerską i jestem zdolna do służby. Ja nie miałam sumienia mu odmówić ze względu na jego wieloletnią znajomość z moim tatą.

Rano, gdy wracam do domu, ostatnim, o czym marzę, jest wejście do łóżka i położenie się obok mojego śpiącego faceta. Z przykrością stwierdzam, że chyba czas zakończyć ten związek.

Zakradam się niczym złodziej, by zabrać ze sobą Zazu i Karmę oraz przebrać się w coś wygodniejszego. Ze stajni wyprowadzam konia i nie założywszy mu siodła, dosiadam go, kierując się w stronę plaży.

Deszcz w końcu przestał padać, dając teraz pole do popisu mgle, która gęsto ścieli się po ziemi, tworząc mistyczną powłokę oblepiającą moje całe ciało drobnymi kropelkami wody.

Zazu kręci kołowrotki w powietrzu, a Karma gna przed siebie. Wszyscy w tym momencie czujemy się wolni.

Popędzam konia do galopu, rozpościeram ręce i mocniej zaciskam uda, by nie spaść.

Chłodny wiatr omiata moją skórę, a rześkie powietrze wpada do płuc. Żadne miejsce na ziemi nie da mi tego, co aktualnie czuję. Jestem lekka niczym wiatr i choć przez chwilę wolna od wszelkich trosk.

Tutaj, teraz, o godzinie piątej rano, nie jestem Hope Hill, ale bezimienną dziewczyną, odzianą w suknię z mgły. Cisza i pustka panujące dookoła są najlepszym lekarstwem na wszelkie zmartwienia.

Plaża ciągnie się w nieskończoność, a widoki zapierają dech w piersiach. Nigdzie nie ma piękniejszych.

Wracając, postanawiam pojechać w jeszcze jedno miejsce. Do niewielkiego zamku, a raczej ruin po nim. Miejsca, w którym kiedyś i chyba tylko wtedy, byłam tak naprawdę, w pełni szczęśliwa. To uczucie już nigdy później do mnie nie wróciło.

Przysiadam na kamieniu, pozwalając, by koń swobodnie się pasł gdzieś nieopodal. Karma siada tuż obok mnie, a Zazu robi chyba swój tradycyjny oblot po okolicy.

Pozwalam również, by mój puls się wyciszył, a oddech ustabilizował. Zmęczenie powoli bierze nade mną górę, więc zaraz powrót stanie się nieunikniony, choć odwlekam go, ile mogę.

To mój dom, a czuję się w nim jak intruz.

Do czego ja doprowadziłam? Kiedy moje życie tak bardzo zmieniło kierunek, że przestałam za nim nadążać?

Wracam i bez słowa kładę się spać. Wiem, że długi sen nie będzie mi dany, bo niedługo Anthony zacznie się domagać pomocy przy sprzątaniu pokoi po turystach. Na szczęście wypuściłam już owce, bo on by tego nie zrobił. Uparcie twierdzi, że to moja fanaberia, przy której on nie kiwnie palcem.

Czas z tym skończyć, ale najpierw sen.Rozdział 2

Hope

– Hope! Hope!

Słyszę lekko zniecierpliwiony głos Anthony’ego, a po chwili czuję, że zbyt mocno szarpie mnie za ramię. Nienawidzę, gdy budzi się mnie w tak mało delikatny sposób. Gdy się mnie ogóle budzi.

– Która godzina? – mruczę zaspana, próbując otworzyć oczy.

– Jedenasta – odpowiada wzburzony. – Za godzinę meldują się kolejni goście, a ty śpisz w najlepsze!

Jego pretensjonalny ton działa na mnie jak płachta na byka. On nie pracuje, bo umowa była taka, że większość w domu i gospodarstwie ogarnia on. Ja miałam zająć się ratowaniem mieszkańców i w wolnej chwili zwierzętami. Coś z tego naszego planu nie wyszło, bo większość rzeczy teraz i tak robię ja. Dałam się wkręcić niczym pięciolatka, a Anthony to wykorzystuje, żerując na mnie i moim majątku.

– Odsypiam nockę – mówię wściekła, nakrywając głowę kołdrą. – Byłam w pracy, jakbyś nie zauważył! – warczę.

– Gdybyś położyła się jak normalny człowiek, a nie wymykała potajemnie, cholera wie gdzie, to nie marudziłabyś teraz, że jesteś niewyspana!

Tego już zdecydowanie za wiele.

– Wiesz, czemu się wymykam? – Odrzucam kołdrę i siadam wściekła na łóżku. – Bo mam cię dość! – Prawda niekontrolowana wylewa się na mój język, a ja nie chcę i nie próbuję nad nią zapanować.

Mężczyzna cofa się o krok, wyraźnie urażony tym, co usłyszał. Trudno. Ja codziennie muszę zagryzać jego nieuzasadnione docinki i pretensje. Mam wrażenie, że uznał nasz związek za wieczny i że nic nie jest w stanie już nas rozdzielić. Przestał się starać, zamieniając wcześniejsze żarliwe uczucie na niechęć i złośliwość. Jakbym mu czymkolwiek zawiniła. To ja go przygarnęłam, gdy nie miał gdzie zamieszkać. Ja dałam mu pracę, bo co chwilę go zwalniano. Ostatecznie to ja oddałam mu serce, które bezdusznie każdego dnia ranił.

Emmett przynajmniej zrobił to raz a porządnie. Jakby zrywał plaster. Boleśnie, ale po jakimś czasie przestaje tak mocno piec.

– Tak, Anthony, mam dość… – szepczę, po czym wstaję, zaglądając mu w oczy, w których odnajduję pustkę. Nawet najmniejszego cienia emocji.

Naprawdę już mu na mnie nie zależy? Po co w takim razie były te wszystkie lata i jego starania?

To on chciał ze mną być, nie odwrotnie. On za mną biegał jak szalony. Czyżby miłość tak szybko wygasała? Najpierw Em… Teraz on?

– Co to znaczy? – pyta zmieszany, choć powiedziałabym, że jest bardziej wściekły. Jego źrenice są szerokie, przez co spojrzenie robi się niebezpieczne.

– Nie wiem. – Spuszczam głowę. – Chyba to, że powinniśmy się rozstać…

Bałam się tego słowa, ale już setki razy przerobiłam je w swojej głowie. Ostatni czas pokazał mi, że jeśli zostanę z nim dłużej, zatracę całą swoją radość z życia i chęć znalezienia w końcu prawdziwej miłości. Może naprawdę do trzech razy sztuka?

Duszę się w tym związku, który zamiast dawać szczęście i swobodę, zaczyna mnie ograniczać i tłamsić.

Jeśli nakryje się płonącą świecę szklanką, szybko odcina jej się dopływ tlenu, a ona zwyczajnie zgaśnie. Tak właśnie się czuję, mój płomień staje się z każdym dniem coraz mniejszy.

– Po tylu latach, które ci ofiarowałem? Po tym, jak przyjąłem cię, gdy Emmett w bezduszny sposób złamał ci serce? Byłem zawsze przy tobie, a ty mi się tak odwdzięczasz?!

Nie jest smutny, załamany czy zawiedziony. Jest wściekły. Jakby ktoś mu odebrał zabawkę. A z jego słów wynika, że to ja jestem niewdzięczną, wredną babą, która go zwyczajnie wykorzystała.

Nigdy nie leczyłam nim swojego serca. Nie dałam mu odczuć, że jest gorszy albo drugi. Ja go naprawdę kochałam, będąc jednocześnie wdzięczną za wszystko, co dla mnie robił. Podnosił mnie z depresji, bo bywały dni, że naprawdę nie chciało mi się żyć i wstawać z łóżka.

Wysokie klify korciły, by przez sekundę poczuć się wolnym, by ostatecznie stać się wiecznością.

Odrzucić ból i gniew.

Wiem, to było głupie myślenie, ale jedyne, jakie miałam. Nie sądziłam, że jest jakieś życie poza Emmettem. Wówczas on był całym moim światem.

Nie jest łatwo wytłumaczyć nastolatce, że utrata ukochanej osoby to nie jest koniec świata i da się bez niej żyć.

– Dlaczego mieszasz w to osobę, która od lat nie jest obecna w naszym życiu? – Unoszę głos, bo to cios poniżej pasa. – Zawsze gdy jest źle, używasz najgorszych argumentów. Mam być ci wdzięczna, że mnie niby przygarnąłeś jak jakiegoś psa ze schroniska? – Jestem wściekła i teraz tym bardziej wiem, że muszę to zakończyć. – To nie ja, drogi Anthony, mieszkam u ciebie. Nie ja nie mam pracy, bo obiecałam ukochanej osobie pomoc, której nie zrealizowałam!

– Jesteś niewdzięczna!

– Dlatego, że mówię w końcu stop wiecznemu narzekaniu, poniżaniu, wyśmiewaniu i udawaniu, że coś robisz?

Karma w takich sytuacjach zawsze siada blisko mnie, jakby bała się, że coś może mi się stać. Zazu z kolei przysiadł na parapecie i stuka dziobem w szybę, chcąc, żeby go wpuścić.

Moje zwierzęta są dla mnie większym wsparciem niż facet. Paranoja.

– Przykro mi, ale to koniec. Spakuj swoje rzeczy. Chcę zostać sama.

Stoję wyprostowana. Nie płaczę, bo ja właściwie nigdy tego nie robię. Od czasu gdy Emmett złamał mi serce, nie uroniłam ani jednej łzy. Nie czyni to ze mnie bezdusznej bestii, wręcz przeciwnie, wszystko muszę dusić w sobie, ale po prostu nie umiem płakać.

– Nie jest ci żal tych lat?

Anthony się uspokaja, a jego głos łagodnieje. Jego dłonie zbliżają się do mojej twarzy, którą odsuwam w popłochu. Ta zmiana taktyki z jego strony jest dziwna i niepokojąca. Gra na moich emocjach, starając się znów załagodzić pożar, który sam rozniecił.

Nie wiem, czy w jego mniemaniu jestem naprawdę taką tępą kretynką, którą można łatwo manipulować.

– Żal. Bardzo żal, ale coś się mocno popsuło między nami. Nie widzisz tego? Nie potrafimy już normalnie ze sobą rozmawiać. Wiecznie się kłócimy. W którymś momencie nasze drogi zwyczajnie się rozeszły, ale nie dostrzegliśmy tego. Tak widocznie musiało być.

– Mówisz tak, bo jest ci wygodniej! – krzyczy, ale wciąż tkwi w tym samym miejscu.

– Błagam cię, nie urządzaj mi teraz rzewnych scen. Mieliśmy czas, by wszystko naprawić, a żadne z nas nie kiwnęło nawet palcem. Oboje jesteśmy winni. Oboje się poddaliśmy, a ja dzisiaj nie widzę dla nas ratunku.

Odwracam się od niego i chcę odejść. Powstrzymuje mnie silne szarpnięcie za rękę, a później cios w policzek z otwartej dłoni. Rozlega się głośne plaśnięcie i zapada okropna cisza, która przez chwilę dźwięczy mi w uszach. Skóra pali żywym ogniem.

– Wynoś się stąd, Anthony – szepczę, po czym wychodzę.

Muszę mieć chwilę dla siebie, dlatego zabieram butelkę wody z lodówki i znikam w pokojach gościnnych, by przygotować je na przyjazd turystów.

Padam na twarz i po godzinie głowa boli mnie nie do wytrzymania. Dziwne kolorowe plamki latają jak szalone przed oczami, a pot rosi czoło. Coś jest nie tak.

Ostatkiem sił docieram do domu, gdzie tuż po przekroczeniu progu, osuwam się na ziemię i tracę przytomność. Owija mnie gruba wstęga mroku, odcinając świadomość.

Ciężkie niczym z ołowiu powieki za nic w świecie nie chcą się podnieść. Staram się ze wszystkich sił, aż w końcu obraz się wyostrza, a ja odkrywam, że leżę w łóżku ubrana w piżamę. Jakbym wcale z niego nie wstawała.

Drzwi do pokoju delikatnie się uchylają i pokazuje się w nich głowa Anthony’ego. Uśmiecha się, po czym staje przy mnie, obserwując mnie z miłością.

– Wyspałaś się? – pyta jak gdyby nigdy nic.

Nie rozumiem… Pamiętam wszystko doskonale. To, jak wróciłam z przejażdżki, jak w końcu udało mi się zasnąć, i naszą kłótnię, w której zerwaliśmy ze sobą.

To się wydarzyło naprawdę…

– Co ty tu jeszcze robisz? – pytam oburzona, próbując wstać.

Znów świat wiruje mi przed oczami, a ja sama opadam ciężko na poduszkę. Zaraz zwymiotuję.

– Nie rozumiem… – mówi cicho, przysiadając na brzegu materaca. Próbuje mnie złapać za dłoń, ale ją cofam. – Gdzie miałbym być? Pokoje wysprzątane, goście ulokowani. Zostały tylko zwierzęta do oporządzenia, ale liczyłem na to, że ty to zrobisz. Wiesz, jak ja nie lubię zwierząt.

– Zerwaliśmy – stwierdzam, poszukując w jego oczach nutki kłamstwa, niepewności.

Nic takiego tam nie ma. Jest zaskoczony, a ja coraz bardziej wpadam w panikę, że ocieram się o szaleństwo. Zwariowałam?

Czyżby to był tylko sen?

– Dlaczego mielibyśmy zerwać? Miałaś jakiś zły sen? Może za długo spałaś, ale nie chciałem cię budzić. Miałaś chyba ciężką nockę w pracy.

– Anthony, co ty kombinujesz? Co to za gra? – Kręcę się niespokojnie, aż w końcu udaje mi się usiąść. Głowa mi zaraz odpadnie, a mój błędnik zwariuje.

– Wiesz co, lepiej leż i odpoczywaj. Ja się wszystkim zajmę, bo dziwnie się zachowujesz. Może masz gorączkę? Zmokłaś, może się przeziębiłaś? Tyle razy ci mówiłem, żebyś tak bardzo nie przejmowała się tymi zwierzakami.

Znika bez oczekiwania na moją odpowiedź. Dotykam swojego czoła, które faktycznie jest rozpalone do granic możliwości.

Ostrożnie zwlekam się z łóżka i ruszam w poszukiwaniu termometru. Czuję się fatalnie, jakby co najmniej nad ranem porwali mnie kosmici, przeprowadzili eksperymenty i zrzucili z powrotem na ziemię.

Trzydzieści dziewięć stopni gorączki sugeruje, że jest ze mną naprawdę źle. Nie pamiętam, kiedy byłam taka chora ani żebym zachorowała tak szybko. Wczoraj czułam się wyśmienicie, noc spędzona w pracy też nie przyniosła pogorszenia. Nie podoba mi się to wszystko i nie zamierzam udawać, że nic się nie dzieje.

Anthony coś knuje. Wiem to. Czuję.

Ostatkiem sił wlokę swoje ciało do łazienki, żeby móc spojrzeć w lustro. Na twarzy powinien znajdować się namacalny dowód naszej sprzeczki. Ani śladu. Żadnego, nawet najmniejszego siniaka czy zadrapania. Pod palcami również nie czuję bólu.

Zrezygnowana i oszołomiona, zanurzam się pod kołdrę, ale pomimo licznych prób sen nie przychodzi. Jest mi strasznie zimno. Moje ciało nieznośnie drży, wywołując ból mięśni i dyskomfort.

Anthony nie zjawia się przez bardzo długi czas. Zaczynam odczuwać głód, chce mi się pić i przydałyby mi się jakieś lekarstwa na zbicie temperatury. W domu absolutnie nic nie mam.

Gdy na dworze zaczyna zmierzchać, sięgam po telefon, by zadzwonić do mojej przyjaciółki. Potrzebuję jej teraz bardziej chyba niż kiedykolwiek. To jedyna dziewczyna z naszej dawnej paczki, która utrzymuje z nami kontakt. Naszej znajomości nie osłabiły ani mijające lata, ani problemy. Zawsze mogłam na nią liczyć, tak samo, jak ona na mnie.

– Cześć, Melody – mówię cichym, słabym głosem.

– Hope? Coś się stało? Brzmisz jakoś inaczej. – Zmartwiony ton przyjaciółki dowodzi jedynie temu, że naprawdę jest ze mną źle.

– Przeziębiłam się chyba i nie mam siły wstać z łóżka. Mogłabyś do mnie przyjechać i przywieźć jakieś lekarstwa?

– Oczywiście, że tak! A gdzie twój rycerz?

Melody nienawidzi Anthony’ego.

Twierdzi, że do siebie nie pasujemy i powinnam go dawno kopnąć w tyłek za to, jak mnie traktuje.

I wiem, że ona ma rację, ale nie potrafię, a raczej chyba nie potrafiłam do tej pory z nim skończyć.

– Nie wiem. Wydzwaniam do niego od kilku godzin, ale nie odbiera. Miał iść zająć się zwierzętami i przepadł.

– Wiedząc, że jesteś chora, zostawił cię na cały dzień?! Zaraz tam będę i przysięgam, że jak dorwę go w swoje ręce, to zatłukę gnoja.

Po tej rozmowie zasypiam i budzę się dopiero nad ranem, co zaskakuje mnie tak bardzo, że dostaję ataku paniki.

– Anthony! Anthony! – krzyczę, gdy ani głowa, ani ciało nie pozwalają mi wstać z łóżka.

Mój facet wpada przerażony do pokoju, a gdy widzi mnie taką rozemocjonowaną, podbiega, by mnie przytulić.

– Co się stało? – pyta troskliwie, gładząc mnie po głowie. – Jesteś cała rozpalona, ale przez to, że spałaś prawie cały dzień, nie miałem za bardzo jak podać ci leków.

– Byłeś tu przez cały czas? – pytam, nie rozumiejąc już absolutnie niczego.

– Oczywiście, że tak. Zmieniałem ci zimne kompresy na głowie. Sprawdzałem temperaturę, zastanawiając się, czy wzywać już pogotowie. Masz – podaje mi zestaw leków i wodę do popicia – po tym powinno ci być już lepiej.

Nie zastanawiając się, łykam pastylki i opadam ciężko na poduszkę, która jest mokra od mojego potu i łez.

– Melody długo tu wczoraj była? – Przypominam sobie o przyjaciółce.

– A dlaczego miałaby być? – Spogląda na mnie zaskoczony.

– Dzwoniłam do niej wczoraj. Przywiozła te leki przecież. W domu nic nie mieliśmy.

– Przespałaś caluteńki dzień i noc. Nie byłabyś w stanie nigdzie zadzwonić, a po medykamenty pojechałem osobiście tuż po tym, jak ogarnąłem twoje małe, włochate potwory. Karma nie opuszcza cię na krok. Leży pod drzwiami, ale nie chciałem jej wpuszczać, żeby cię nie budziła.

– Chcesz mi powiedzieć, że nie było tu Melody, a rozmowa z nią mi się przyśniła?

Sięgam po telefon, na którym faktycznie nie ma żadnych połączeń wychodzących od dwóch dni.

– Jeśli chcesz, wybiorę do niej numer i sama się o tym przekonasz, skoro mi nie ufasz.

– To nie o zaufanie chodzi, ale o to, że wszystko wydawało mi się takie realne.

Zaskakuje mnie jego opiekuńczość i troska. To, jak spokojnie ze mną rozmawia, i fakt, że nie marudzi, że musi wszystko za mnie robić.

Być może jednak w obliczu choroby i tego, że naprawdę zmiotło mnie z planszy, i w nim obudziły się jakieś ludzkie odruchy. Może nie jest taki zły, na jakiego do tej pory się kreował? Sama już nie wiem, co mam o tym myśleć.

Gdy Anthony na chwilę wychodzi, wybieram numer przyjaciółki, by z nią chwilę porozmawiać. Niestety, nie ufam mu. Mógł przecież usunąć historię połączeń. Wszystko jest możliwe, a ja wolę go sprawdzić.

– Hejka! – Słyszę rozentuzjazmowany głos Mel.

– Cześć – mówię cicho, ledwo słyszalnie, bo każde słowo generuje u mnie tak silny ból głowy, że dosłownie mam ochotę ją sobie oderwać.

– Matko, coś się stało? – pyta zaskoczona, jakby nie wiedziała.

– Rozmawiałyśmy wczoraj, nie zgrywaj się – mówię lekko poirytowana.

– Nie dzwoniłaś do mnie od tygodnia.

– Słucham? Prosiłam cię wczoraj, żebyś przywiozła mi leki, bo Anthony ma mnie gdzieś. Miałaś być za chwilę, ale chyba zasnęłam.

– Hope, przerażasz mnie. Mów, co się stało i dlaczego bredzisz?

– Mam gorączkę, zmokłam przedwczoraj na pastwiskach. Naprawdę do ciebie nie dzwoniłam? – Gdybym umiała, chybabym się teraz rozpłakała z bezsilności.

– Zaraz tam u ciebie będę. Czegoś potrzebujesz?

– Nie. Mam wszystko.

– Czekaj, mówiłaś, że Anthony ma cię w dupie.

– Mówiłam też, że dzwoniłam wczoraj i rozmawiałyśmy… – Wzdycham zrezygnowana. – Czekam na ciebie.

Potrzebuję się jej wygadać i pożalić. Otrzymać namacalny dowód, że nie zwariowałam. Choć wszystko wskazuje na to, że temperatura mocno pomieszała mi w głowie.

Tym razem nie zasnę. Muszę być czujna i nasłuchiwać przyjazdu Mel.

Tony wraca do mnie z obiadem, który dosłownie tylko lekko dzióbię niczym ptaszek.

Nienawidzę być chora i zależna od drugiej osoby. Czuję się, jakby ktoś odebrał mi moją ukochaną wolność.

Mam tylko nadzieję, że lekarstwa podziałają i szybko stanę na nogi.

Karma, prześlizgnąwszy się między nogami mojego faceta, układa mi się w nogach, a gdy Anthony chce ją zrzucić, warczy i kłapie na niego zębami.

– Zostaw ją – mruczę niepocieszona, że chce mi zabrać moją towarzyszkę.

– Jak wolisz. – Prycha z pogardą, zostawiając mnie samą.

Psisko układa głowę na moim udzie i bacznie mi się przygląda. To stworzenie wie i czuje więcej, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać. Chwilami mam wrażenie, że to moja jedyna bratnia dusza na tym smutnym łez padole.

– Dobry pies. – Głaszczę ją po głowie, na co cichutko popiskuje, jakby zdawała sobie sprawę, że coś tu nie gra.

Już ja się dowiem co. Niech no mi tylko przestanie tak wirować świat i wrócą siły.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij