-
nowość
TRZY ŚWIATY ATENY Gra na własnych zasadach - ebook
TRZY ŚWIATY ATENY Gra na własnych zasadach - ebook
Świat się zmienił. Minęły dziesięciolecia od wojny, która zmieniła zasady życia. Kontrola stała się codziennością, dyscyplina obowiązkiem, a wolność wspomnieniem. Anna nie planowała zostać bohaterką. Chciała jedynie spokojnie dorosnąć. Jednak jeden dzień zmienia wszystko. Przed nią trzy różne światy, które wystawią na próbę jej siłę i charakter. Nauczy się, że system ma swoje pęknięcia. Przekona się, że natura potrafi być jednocześnie wrogiem i sprzymierzeńcem. Podejmie najtrudniejsze decyzje. W tej historii są młodzi ludzie, którzy boją się, popełniają błędy, śmieją się, kłócą i uczą się, że prawdziwa siła rodzi się ze współpracy. „Trzy Światy Ateny” to powieść łącząca przygodę, dystopię i emocjonalną historię dojrzewania. To opowieść o przyjaźni silniejszej od strachu, o miłości, która dojrzewa w cieniu zagrożenia oraz o nadziei, której nie potrafi zniszczyć nawet najbardziej bezwzględny system. Bo każdy może narzucić zasady gry. Pytanie tylko, kto odważy się zagrać na własnych.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Young Adult |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788398212922 |
| Rozmiar pliku: | 910 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Świat, w którym przyszło im żyć
Planeta nie przypominała już tej z XXI wieku. Katastrofy globalne sprawiły, że jej powierzchnia zmieniła się szybciej, gwałtowniej i boleśniej, niż kiedykolwiek sugerowały dawne teorie. Wyglądało to tak, jakby Ziemia, zmęczona wielowiekową ingerencją człowieka, wreszcie zaczęła się bronić i atakować jednocześnie.
Wielkie katastrofy nadchodziły falami. Lądy pękały, zapadały się, ginęły pod wodą. Oceany wdzierały się w kontynenty, a miasta, które niegdyś tętniły życiem, stawały się cichymi cmentarzyskami zatopionych cywilizacji. Świat zmienił się i nie potrzebował na to milionów lat, jak podczas pradawnej wędrówki kontynentów.
Ameryka Północna połączyła się z Azją nowo wynurzonym pasmem ziemi, lecz jednocześnie wschodnia połowa dawnego kontynentu znalazła się pod powierzchnią wód. Australia, Ameryka Południowa i Afryka oraz większość wysp – w tym Wielka Brytania – przestały istnieć. Świat się skurczył.
Wiele gatunków zwierząt przetrwało w znikomych ilościach jedynie w parkach zoologicznych. Liczba ludności drastycznie się zmniejszyła, a przyroda odradzała się szybciej niż ludzie. Planeta oczyściła się, odżyła, jakby po długiej, bolesnej chorobie. A ludzkość – uparta jak zawsze – zaczęła mnożyć się ponownie, próbując odbudować choć część tego, co straciła. W końcu powstał jeden kontynent. Jedyny dom dla tych, którzy przetrwali.
Dawne mocarstwa utraciły potęgę, runęły wraz ze swoimi miastami. Ich granice, flagi i rządy pokryła woda, a pamięć o dawnej sile szybko stała się nieistotną historią – z czasem uznaną nie zawsze za prawdziwą. Dawne wierzenia i bogowie odeszli w zapomnienie, nie było bowiem nikogo, kto by o nich pamiętał.
Powrócono do przyrody i jej mocy, lecz nie utożsamiano jej z żadną siłą wyższą. Niedługo potem ludzie znów zaczęli walczyć. O przestrzeń, o żywność, o cokolwiek, co dawało nadzieję na przetrwanie. I jak to bywało od pradawnych czasów, wojna okazała się nieunikniona. Po kilku kolejnych stuleciach rozpoczęła się Nowa Wojna Światowa, która zmieniła wszystko.
Wielka Wojna – punkt zwrotny
Około dziewięćdziesięciu lat przed wydarzeniami, które dopiero miały nadejść, rozpoczął się konflikt o globalnym zasięgu. Świat ponownie pogrążył się w wojnie. Trwała dziesięć lat – krótko, jeśli porównać z tragediami poprzednich epok, jednak wystarczająco długo, by zniszczyć resztki nowej równowagi.
Zakończyła się nagle. Zaskakująco szybko. W sześć dni.
Trzy potęgi, które do tamtej pory pozostawały na uboczu światowych konfliktów, dokonały czegoś, czego nikt się po nich nie spodziewał. Połączyły siły i interesy, wykorzystując przewagę technologiczną, militarną oraz uśpiony dotąd potencjał swoich wojsk, a także rozwiniętą naukę i wewnętrzną dyscyplinę.
W jednym, idealnie skoordynowanym uderzeniu zmiotły z powierzchni ziemi pozostałych przeciwników. Świat nie zdążył nawet zapytać „jak”, zanim było po wszystkim.
Trzy zwycięskie mocarstwa nosiły nazwy: Enri, Wade i Fonter.
Enri – sektor, który opanował do perfekcji propagandę i kontrolę społeczną. Kładł ogromny nacisk na edukację, choć niekoniecznie na wiedzę. Wprowadzili na całym świecie system identyfikacji obywateli – numer NIO.
Zawierał on: numer sektora (2 cyfry), numer miasta w danym sektorze (4 cyfry), oznaczenie płci (1 cyfra), datę urodzenia (6 cyfr – lata liczono od zakończenia wojny) oraz kolejność narodzin w danym dniu (5 cyfr). Łącznie osiemnaście cyfr.
Enri było mocarstwem najbardziej kontrolującym społeczeństwo. Wywodzili się z dawnych ludów Azji Wschodniej, a ich wygląd oraz język – zarówno fonetycznie, jak i gramatycznie – stanowiły mieszankę dawnych kultur Japonii, Korei i Chin. Cały świat pisał jednak alfabetem starołacińskim i używał cyfr staroarabskich.
Wade – sektor przewyższający inne pod względem rozwoju technologii. Podczas, gdy inne regiony utraciły całą wiedzę zapisaną cyfrowo, oni przechowywali księgi zabezpieczone tak, że wszystko przetrwały. Dzięki temu mogli odbudować technologię od podstaw. Nie potrzebowali odkryć ani długich testów – wszystko mieli opisane, wystarczyło wdrożyć rozwiązania i rozwijać je zgodnie z instrukcjami.
Rozwinęli systemy rozpoznawania, drony, monitoring, komunikację oraz cyfrową inwigilację. Większość tej technologii wykorzystywały wszystkie trzy mocarstwa, a w sektorach okupowanych służyła do kontrolowania ludności.
Wade wywodzili się z ludności dawnych krajów Bliskiego Wschodu. Ich wygląd przypominał mieszkańców dawnej Arabii, czy Turcji, a język był mieszanką tych kultur.
Fonter – sektor o ogromnej sile militarnej, pięść Trójsojuszu. Wyróżniała go bezwzględna dyscyplina i rozbudowany, surowy system administracyjny. Stworzył hierarchiczny system zawodów, prawo obowiązku pracy oraz silnie akcentował „przydatność dla społeczeństwa”. Każdy zawód miał swoje miejsce, a każdy człowiek swoje obowiązki.
Fonter przypominał dawne ludy germańskie – Niemcy, Austrię i Skandynawię. Ich język był mieszanką tych języków: trudny do opanowania, twardy i surowy jak oni sami.
We wszystkich trzech mocarstwach cyfra sześć i jej wielokrotności miały znaczenie symboliczne. W starożytności również przypisywano wagę liczbom – rok miał dwanaście miesięcy, doba dwadzieścia cztery godziny – lecz teraz symbolika stała się jeszcze bardziej znacząca.
Enri, Wade i Fonter były różne, ale wspólnie tworzyły system oparty na armii, dyscyplinie i kontroli społeczeństwa. Połączył ich sojusz zwany Trójsojuszem, potocznie Trójką. Osiemdziesiąt lat po wojnie potomków zwycięskich przywódców nazywano Bossami. Trójsojusz posługiwał się głównie językiem Enri.
Każde mocarstwo wniosło własną metodę kontroli, dlatego współczesne społeczeństwa funkcjonowały w trzech warstwach wpływu i nadzoru. Lokalni przywódcy utracili autentyczną władzę – istnieli jako skorumpowane lub zastraszone przez okupanta marionetki.
Dawne kraje nie miały już suwerenności. Ich kultura została niemal całkowicie wchłonięta, lecz pozostały silnie zakorzenione, wspólne dla całego kontynentu elementy tradycji: zmiany pór roku, ceremonie narodzin czy ślubu.
Ludzie znali „dawne państwa” z przekłamywanej, wybiórczej historii – tak jak ludzkość XXI wieku znała starożytne imperia. O każdym z mocarstw krążyły legendy: o ich inteligencji, sile czy ponadnaturalnych umiejętnościach. Większość z nich rozprzestrzeniali sami okupanci, by wzmocnić strach i niechęć do buntu.
Po zjednoczeniu świata przez Trójkę wiele rzeczy nazwano na nowo. Kraje stały się sektorami, niedawną wojnę nazwano stabilizacją, a kontrolę – porządkiem. Nazwy sektorów, których zaczęto używać, pochodziły od nazwisk przywódców okupantów albo pokonanych – tak było łatwiej.
Były jednak opowieści, których nie nazwano wcale. Nie dlatego, że były zakazane – po prostu uznano je za nieistotne.
Mówiono na przykład, że dawno temu, jeszcze zanim historia została uporządkowana i opatrzona pieczęciami, wśród kobiet Enri zdarzały się takie, przy których ludzie zachowywali się inaczej.
Nie przewyższały ich ani urodą, ani mądrością. Były po prostu inne.
Mężczyźni stawali się przy nich wierni – czasem aż do śmieszności. Strażnicy, sami tego nie zauważając, mówili coraz łagodniej. Kupcy dawali więcej, niż powinni, a inne kobiety albo je podziwiały, albo omijały szerokim łukiem, same nie wiedząc dlaczego.
Dawne kroniki tłumaczyły to charyzmą. Późniejsze – przypadkiem społecznym. Najnowsze przestały o tym wspominać.
W świecie opartym na liczbach, normach i tabelach nie było miejsca na coś, czego nie dało się zmierzyć.
A jeśli czegoś nie dało się zmierzyć – znaczyło to, że nie istnieje.
Przynajmniej do momentu, w którym natura upomniała się o swoje, a ktoś znów przypomniał, że istniało.
System, z którym nikt nie walczył
Po wygranej wojnie Trójsojusz podzielił świat na sektory, lecz ze względu na tłumienie innych kultur nie pozwolono nazywać ich krajami – sugerowałoby to suwerenność. Istniało osiemnaście sektorów Trójki.
Największym był Karam – obejmował ocalałe lądowo dawne terytoria Stanów Zjednoczonych oraz część Kanady. Jego ludność stanowiło zróżnicowane etnicznie społeczeństwo wywodzące się z krajów dawnej Europy: Irlandii, Szkocji, Włoch, Francji, a także rodowitych Amerykanów. Język Karam był dość prosty do nauczenia, nie zawierał wielu zawiłych form gramatycznych. Był zrozumiały, szybki i praktyczny. Używano go powszechnie na całym świecie jako podstawowego języka komunikacji handlowej między sektorami i nauczano w szkołach obowiązkowo od dziesiątego roku życia.
Po wojnie ludzie próbowali jeszcze walczyć. Najpierw – pięć lat po zwycięstwie Trójki – wybuchł wielki bunt. Został brutalnie zmiażdżony. Po kolejnych pięciu latach następny zryw zakończył się wielką czystką, o której nie wolno było mówić, lecz ci, którzy ją przeżyli, pamiętali doskonale.
Wówczas okupanci wprowadzili w każdym sektorze własne wojsko – żołnierzy pełniących funkcję policjantów, patrolujących miasta, szkoły i zakłady pracy. Pojawiły się drony i monitoring miejsc publicznych. Żołnierze byli bezwzględnie lojalni, wiedzieli, że kara za nieposłuszeństwo oznacza śmierć. Zabijali bez wahania. Wszelkie próby sprzeciwu karano brutalnie, a oni mieli świadomość, że ich nielojalność również skończyłaby się tak samo. Nigdy nie było wiadomo, kto jest uszami i oczami systemu. Z czasem zdarzały się jednak pęknięcia – przypadki sympatyzowania z podbitą ludnością. Ci, którzy długo żyli wśród podbitych, zaczynali… rozumieć. A niekiedy kochać.
Minęły dekady. Wystarczająco wiele czasu, by ludzie zapomnieli, jak smakuje wolność. Najstarsze pokolenie wciąż pamiętało wojnę. Średnie nauczyło się żyć w cieniu strachu. Najmłodsze – właśnie dorastające – nie znało niczego poza systemem. Dla nich ten świat był czymś normalnym, zwyczajnym.
Normalnym… na powierzchni.
Bo tuż pod skórą codzienności czaiła się prawda: świat był sceną, a dekoracje miały zasłonić ucisk, bezsilność i śmierć. Okupanci byli sprzeczni w swoich decyzjach. Inne normy obowiązywały swoich, inne podbite ludy. Technologia i medycyna stały na bardzo wysokim poziomie, lecz te najbardziej rozwinięte służyły wyłącznie kontroli. Mimo mydlenia oczu okupantom chodziło tylko – o realizację celów, nawet po trupach. To była ich codzienność. I dawała im satysfakcję.
Manram – ojczyzna Anny
Anna pochodziła z sektora Manram, utworzonego z ludności wywodzącej się z dawnych ziem słowiańskich: Polski, Czech oraz pozostałości Ukrainy i Rosji (które zostały zdziesiątkowane podczas czwartej i piątej wojny światowej w starożytności). Ich język był misterną plecionką języków słowiańskich, a wygląd – typowo słowiański.
Ludności podbitych sektorów zabroniono uczyć się języków okupantów. Wiedza była bronią – a ta miała pozostać w rękach zwycięzców.
System organizował życie człowieka od narodzin do śmierci:
• 6 godzin nauki od 6. do 12. roku życia
• 12 godzin nauki lub pracy od 12. do 60. roku życia
• 6 godzin pracy po 60. roku życia – o ile ktoś był w stanie pracować.
Emerytur nie było. Każdy musiał pracować – i każdą pracę dokumentować. Ci, którzy nie mieli już sił do cięższej pracy, trafiali do obsługi kas w sklepach, do segregacji towaru albo do opieki nad dziećmi w przedszkolach. Starsi byli widoczni tylko tak długo, jak długo byli użyteczni. Osoby bez rodzin znikały szybciej. Bez rodziny nie było domu. Bez domu nie było opieki. A bez opieki – nie było sensu dalszego istnienia. System nazywał to naturalną redukcją obciążenia. Ludzie mówili po prostu: „znikają”.
Dlatego posiadanie małżonków i dzieci nie było wyborem, lecz warunkiem przetrwania. Rodziny musiały być liczne, powiązane i skomplikowane. Prawo na całym kontynencie pozwalało każdemu – kobiecie i mężczyźnie – posiadać więcej niż jednego małżonka: jednego głównego, nazywanego głową rodziny oraz do sześciu współmałżonków w jednej wspólnocie.
Czasem dwie lub trzy pary zawierały sojusz rodzinny, by zwiększyć swoje szanse na przetrwanie. W razie śmierci jednego z małżonków opieka nad dziećmi i starszymi była gwarantowana. Warunkiem powstania wspólnoty była zgoda wszystkich jej członków oraz udokumentowana zdolność utrzymania całości.
Nikt nie chciał zostać sam na starość.
Samotność oznaczała śmierć.
Ceremonia zaślubin była zawsze wielkim wydarzeniem, choć odbywała się wyłącznie w jednym z dwóch z ośmiu dni przejścia pór roku – jedynych dniach wolnych od obowiązku pracy. Łączono ją z tradycyjnym świętowaniem zmiany sezonu. Rodzina – bliższa i dalsza – przynosiła jedzenie, instrumenty i wszystko, co mogło posłużyć do wspólnego świętowania.
Osoba będąca głównym małżonkiem otrzymywała od rodziców wąskie, białe prześcieradło przypominające bieżnik na stół. Przed zgromadzonymi młodzi publicznie oświadczali, że wstępują w partnerstwo ślubne. Zakładali cienkie obrączki – palec nie miał znaczenia, każdy wybierał dowolny. Każda obrączka miała inny kolor.
Następnie przypinali do bieżnika swoje imiona, wyszyte poprzedniego dnia na oddzielnych kawałkach materiału. W ciągu tygodnia były one przyszywane na stałe. Potem nakłuwano kciuk igłą i składano odcisk palca na materiale. Oznaczało to podpisanie aktu małżeństwa.
Gdy do wspólnoty dołączał nowy współmałżonek, ceremonia była powtarzana. Nowe imię i nowy odcisk palca trafiały na ten sam bieżnik. Obrączki dokładano warstwami – przy siedmioosobowej wspólnocie tworzyły szeroką, pełną obrączkę.
Bieżnik przechowywano jak skarb – oprawiony za szkłem, zawieszony na ścianie.
Życie w wieloosobowej rodzinie nie oznaczało obowiązku relacji intymnych pomiędzy wszystkimi małżonkami. Dochodziło do nich wyłącznie za wyraźną zgodą zainteresowanych stron. Częściej dominowała serdeczna przyjaźń i więź rodzinna. Faworyzowanie jednego współmałżonka było zakazane. Różnorodność – zarówno płciowa, jak i zawodowa – zapewniała stabilność finansową oraz większe bezpieczeństwo dzieci oraz starszych.
W sektorach okupantów kobiety mogły rodzić tak często, jak chciały. Im więcej dzieci, w szczególności płci męskiej, tym większe dotacje otrzymywała rodzina.
W pozostałych sektorach każda kobieta miała prawo urodzić tylko troje dzieci. Różnica wieku między nimi musiała wynosić dokładnie sześć, dwanaście lub osiemnaście lat. Okno możliwości szybko się zamykało. Wszystko służyło kontroli przyrostu ludności sektorów okupowanych. System działał jak precyzyjna machina. Dzieci urodzone „nieprawidłowo” odbierano rodzinom. Znikały. Bez wyjaśnień.
Ceremonia narodzin była sprawą wyłącznie rodzinną. Dzieci rodziły się w domach. Przy porodzie musiało być obecnych sześć lub dwanaście kobiet z najbliższej rodziny, położna oraz lekarz, a jeśli termin porodu budził wątpliwości – strażnik. Szpitale były ostatecznością. Śmierć matki lub dziecka uznawano za przeznaczenie.
Szóstego dnia po narodzinach dziecko zapisywano w urzędzie. Imię wybierano spośród zmarłych przodków – co najmniej trzy pokolenia wstecz. Historie rodzin i ich pochodzenie były znane oraz skrupulatnie zapisywane od stuleci. Od czasów wojny okupanci pilnowali, by krew między sektorami się nie mieszała.
W dniu zapisu dziecku nadawano numer NIO. Na ramieniu matki i ojca tatuowano imię dziecka oraz datę jego urodzenia, a w przypadku śmierci – również datę zgonu. Dzieci „nieprawidłowo urodzone” nie były rejestrowane. Tatuaże rodzinne były jedynymi dozwolonymi. Coroczne obowiązkowe kontrole zdrowia sprawdzały także ich stan – była to jedna z form nadzoru i testowania posłuszeństwa. Jedynym innym dopuszczalnym tatuażem mogło być imię i data śmierci współmałżonka.
W małżeństwach mieszanych, gdy istniała wątpliwość co do ojcostwa, przeprowadzano badania genetyczne już w fazie prenatalnej. Nie dopuszczano żadnych niedopowiedzeń.
Rodziny były liczne nie z miłości. Były liczne ze strachu.
Innym, jeszcze bardziej przerażającym narzędziem kontroli była Loteria. Było to jedyne rozwiązanie, które częściowo odbiegało od symboliki szlachetnej szóstki i jej wielokrotności. Na całym kontynencie uważano, że człowiek staje się dorosły w wieku szesnastu lat. Nabywał wtedy prawo do pracy (jeśli nie kontynuował nauki w liceum), zarabiania na własne utrzymanie, podejmowania dodatkowych zajęć, ubiegania się o mieszkanie, kupowania nieruchomości, zawierania małżeństwa oraz głosowania w wyborach władz miejskich – ponieważ władze państwowe wybierano odgórnie.
Loteria obejmowała młodzież w wieku od szesnastu do siedemnastu lat. Każde dziecko przechodziło dwanaście rund. Raz w miesiącu typowano jedną osobę na każde sześćset narodzin. Wytypowany musiał niemal natychmiast opuścić dom, rodzinę i sektor, by zostać przesiedlonym.
Nikt spośród wytypowanych nigdy nie wrócił.
Nikt nie znał prawdy. A kłamstwo czasem było łatwiejsze do zaakceptowania, niż okrutna prawda.
Wszyscy wiedzieli jedno – jeśli zostaniesz wylosowany, życie, które znałeś, dobiegało końca.
Wśród całej tej kontroli istniał jednak jeden, paradoksalny fundament kultury Trójki: nienaruszalność słowa. Każde mocarstwo i każdy obywatel kontynentu musiał przestrzegać jednego prawa:
Słowo jest absolutem.
Obietnica raz wypowiedziana – nawet bez świadków i podpisanych dokumentów – stawała się prawem. Osoba dająca słowo musiała dotrzymać go do momentu spełnienia obietnicy albo nawet do końca życia. Był to kluczowy element kultury okupantów. Nawet przywódcy przestrzegali tej zasady. Każda złożona obietnica miała wagę prawa, a jej złamanie było hańbą tak wielką, że oznaczało dyshonor równoznaczny z samobójstwem. Ludzie nauczyli się nie szastać słowem. Dlatego nie było rozwodów. Słowo dane podczas ceremonii zaślubin było dane raz na zawsze. Jednak istniały księgi prawa zezwalające na odejście ze wspólnoty, ale nikt z nich nie korzystał, bo wiedza ta została ukryta przed zwykłymi ludźmi.
Anna
Anna przyszła na świat we wrześniu roku 63 P.W., w świecie, który dawno zapomniał o dawnych granicach, lecz wciąż pamiętał ból wojny. Kiedy historia tej książki się zaczyna, miała prawie siedemnaście lat i była uczennicą pierwszego roku liceum – w systemie, w którym rok szkolny trwa od 1 stycznia do 30 grudnia, a każdy miesiąc miał dokładnie trzydzieści dni; tak samo nieubłagany jak tryby całego świata Trójki. Dwanaście miesięcy. Każdy po trzydzieści dni. Dokładnie. Bez wyjątków.
Trzysta sześćdziesiąt dni, które układały się w spokojny, przewidywalny rytm życia.
A potem następowało coś, co do tego rytmu nie należało.
Aby zapobiec przesuwaniu się pór roku, po trzydziestym dniu grudnia przychodziło pięć dodatkowych dni. Co cztery lata – sześć.
Nie miały nazw. Nie pojawiały się w zwykłych kalendarzach.
System określał je wspólnie: Dni Posłuszeństwa.
Oficjalnie był to czas porządkowania spraw społecznych.
Czas opieki, wyrównywania standardów, planowania przyszłości.
W tych dniach każdy obywatel stawiał się obowiązkowo w wyznaczonych miejscach.
Przechodzono badania. Sprawdzano sprawność. Podejrzane lub niezgłoszone obrażenia. Oceniano przydatność.
Dopasowywano przyszłość, rejestrowano przyszłe wspólnoty.
Nie było pracy. Nie było szkoły. Nie odbywały się losowania.
Świat na chwilę zwalniał.
I tylko czasami…ktoś starszy i samotny nie wracał do swojego życia, gdy te dni się kończyły.
Anna była dziewczyną pulchną, ale proporcjonalną, o łagodnej, naturalnej urodzie, z ciemnobrązowymi oczami i cerą nieco ciemniejszą niż u większości rówieśników z Manram. Jej włosy były krótkie, czarne, sięgające ramion i zwykle związane niedbale w mały koczek – wyróżniały ją wśród innych. W Manram czarne włosy praktycznie się nie zdarzały. Anna? Anna była wyjątkiem.
I choć wyglądała inaczej, nigdy nie miała kompleksów. Razem ze swoim niezwykłym wyglądem odziedziczyła tajemnicę, której nie była świadoma.
W podstawówce, przygotowując szkolny projekt, Anna trafiła na fragment rodzinnej historii, który odkleił jej pochodzenie od oczywistości. Okazało się, że wiele pokoleń wcześniej – jeszcze zanim nastała wojna – jedna z jej praprzodkiń podczas wędrówek handlowych brała udział w wypadku i została ciężko ranna. Otrzymała transfuzję krwi od kobiety pochodzącej z Enri. Później w podziękowaniu za uratowanie życia poślubiła brata dawczyni. Mężczyzna zmarł jednak młodo, zostawiając ciężarną żonę – wdowę.
Z ich krótkiego związku narodziła się dziewczynka, u której nie ujawniły się żadne cechy charakterystyczne dla ludu Enri. Rodzina ojca odrzuciła więc dziecko, a matka wróciła do Manram i wyszła ponownie za mąż.
Od tamtej historii minęło osiem pokoleń kobiet. Wszystkie nieświadomie nosiły w sobie geny Enri i przekazywały kolejnej córce. Aż do dnia, kiedy urodziła się Anna – czarnowłosa dziewczynka z sektora Manram.
Anna była twarda, pewna siebie w naturalny, niewymuszony sposób, którego nie widać na pierwszy rzut oka. Miała w sobie bunt, taki wewnętrzny brak zgody na niesprawiedliwość. Jej bunt nie wyrażał się krzykiem, ale cichą, twardą determinacją. To była jej siła.
Stanowcza, odporna psychicznie, uparta w dążeniu do celu, miała pewność siebie, która nie była ani wymuszona, ani wyuczona. To było w niej od zawsze: jasne przekonanie, że świat nie ma prawa jej złamać.
Potrafiła też być łagodna, serdeczna i szczera. Ludzie ją lubili. Koleżanki czasem zazdrościły, ale nikt nie potrafił jej nienawidzić – choć za jej plecami bywały szepty i ukłucia zazdrości.
Jej zasady były proste: mów prawdę, myśl logicznie, nie odwracaj się od problemów.
Konflikty rozwiązywała z podniesioną głową, a tam, gdzie inni widzieli chaos, ona widziała układankę. Łączyła fakty szybko, instynktownie, błyskawicznie wyciągając właściwe wnioski.
Anna była też niezwykle kreatywna – tę cechę odziedziczyła po ojcu. Często wymyślała proste gry, w które mogła grać na przerwach z kolegami, co przysparzało jej sympatii. Była lubiana, obecna, otwarta, a jednocześnie… osobna. Jak ktoś, kto stoi w tłumie, ale zajmuje w nim miejsce według własnych zasad.
Jej rodzina nie była tak liczna jak inne. Ojciec Anny mógł mieć więcej współmałżonków. Prawo na to pozwalało. Tradycja tego wymagała. System uznawał to za rozsądne.
Pierwsza żona ojca zmarła przy porodzie razem z dzieckiem. Rodzina miała się odbudować – tak działała równowaga. Nowa wspólnota, nowe zabezpieczenie, nowe nazwiska na bieżniku.
Matka Anny nie zgodziła się.
Nie dlatego, że nie było kandydatek. Nie dlatego, że ojciec nie chciał. Nie dlatego, że wspólnota nie naciskała.
Zrobiła to w sposób, który wzbudzał jednocześnie podziw i litość. Mówiła cicho, półgłosem, nigdy oficjalnie, że mąż kocha ją „zbyt mocno, by się dzielić”. Że nie wyobraża sobie innej kobiety w tym domu. Że „już wystarczy bólu”.
Nie protestowała. Nie walczyła. Nie stawiała oporu systemowi. Po prostu pozwalała, by inni myśleli, że jej decyzja jest dowodem wyjątkowej miłości męża.
Lubiła spojrzenia pełne współczucia. Lubiła słowa: jaka ona dzielna, jaka wierna, jaka samotna po tej tragedii. Lubiła, że mówiono o niej szeptem – jak o kimś, kogo los doświadcza bardziej niż innych.
Nie mówiła głośno o cenie tej decyzji. Nie mówiła o tym, że mała rodzina oznacza mniej rąk do pracy, mniej zabezpieczeń, mniej nazwisk na ścianie. Nie mówiła też, że jeśli coś pójdzie nie tak – nie będzie nikogo, kto przejmie obowiązki.
Anna dorastała w domu, w którym było cicho. Zbyt cicho jak na standardy wspólnoty. Już jako dziecko rozumiała, że ich rodzina jest „niepełna”. Nie w sensie emocjonalnym – w sensie systemowym. Brakowało ogniw.
Matka nigdy do tego nie wracała. Nigdy nie tłumaczyła swojej decyzji dziecku. Nigdy nie przyznała, że mogło być inaczej.
A Anna – już dorosła – również rzadko wracała do tego myślami. Ale decyzja matki pracowała w niej podświadomie, męczyła ją.
Bo nauczyła ją jednej rzeczy bardzo wcześnie: że czasem ludzie wybierają nie to, co chroni innych, lecz to, co sprawia, że sami wyglądają najlepiej – nawet w cudzym cierpieniu.
Anna miała dziesięć lat, kiedy po raz pierwszy zobaczyła, czym naprawdę jest tak zwane „przeznaczenie” i okrucieństwo okupanta. Stała pod ścianą, trzymając się belki stropowej, gdy w izbie obok niej ciotka rodziła po raz drugi. Sześć lat temu jej dziecko zmarło przy porodzie, a teraz miała wydać na świat bliźnięta. Kobiety liczyły czas szeptem, jakby sam dźwięk mógł go zatrzymać.
Pierwsze dziecko – dziewczynka – przyszło na świat tuż przed końcem ostatniego dozwolonego dnia. Zapłakało. Zostało położone na piersi matki.
Drugie urodziło się godzinę później. Zdrowe. Silne.
Lekarz nawet go nie podniósł. Nikt nie powiedział matce, jakiej płci było. Położna owinęła je w płótno i podała strażnikowi, który czekał w drzwiach. Nikt nie krzyczał. Ciotka cicho roniła łzy, ściskała córeczkę tak mocno, jakby i ją zaraz miała stracić. Jedna z kobiet osunęła się na kolana i zakryła twarz dłońmi. Ktoś zasłonił okno.
Anna patrzyła, jak wciąż żywe ciałko dziecka znika wraz ze strażnikiem. Nie rozumiała wszystkiego – ale rozumiała wystarczająco. Tego dnia pojęła dwie rzeczy: że ich rodzina jest za mała i że system nigdy się nie cofa.
A kiedy rok później jej matka odmówiła przyjęcia kolejnego współmałżonka, konsekwencje tej decyzji były ciche, ale trwałe.
Anna nie wracała do tamtego porodu myślami. Nie świadomie. Ale gdzieś głęboko nauczyła się wtedy, że jeśli ktoś ma zapłacić – to nie powinien być najsłabszy.
Ten dzień nie śnił jej się. Nie wracał w rozmowach. Nie był wspomnieniem. Był czymś innym – jak cichy zapis w ciele, którego nie da się odczytać, ale który uruchamia się zawsze wtedy, gdy trzeba liczyć ryzyko. Gdy trzeba wybrać między bezpieczeństwem, a zasadą. Gdy trzeba zdecydować, czy coś jest dozwolone, czy tylko możliwe.
Nie pamiętała twarzy ciotki, która po stracie drugiego dziecka załamała się i żyła tylko dla ocalałej córki. Nie pamiętała imienia dziecka, które było zbyt mocno chronione przez matkę. Pamiętała tylko jedno: że świat nie łamie zasad z okrucieństwa. Łamie ludzi, bo trzyma się zasad zbyt dokładnie.
Anna miała dwóch braci: Ferdynanda, młodszego o sześć lat, oraz Lucjana – młodszego o dwanaście lat.
Jej ojciec, Filip, stolarz o silnych rękach i ciepłym spojrzeniu, kochał ją bezwarunkowo. To przy nim Anna czuła się najbezpieczniej. To on był jej największą ostoją.
W warsztacie spędzała godziny: w zapachu ciętego drewna, przy stukocie narzędzi, przeglądając stare techniczne książki o maszynach. Rozumiała schematy szybciej niż rówieśnicy – jakby świat konstrukcji i narzędzi przemawiał do niej własnym językiem. Braci kochała bezwarunkowo, a oni odwzajemniali jej uczucia – byli zżyci, lojalni, silnie związani.
Matka Anny była jej przeciwieństwem. Egoistyczna, głodna uznania, traktowała córkę jak trofeum – coś, czym można się pochwalić, by samej błyszczeć w oczach innych. Nie potrafiła okazywać czułości ani Annie, ani chłopcom.
Każde ich osiągnięcie stawało się jej sukcesem. Każda ich porażka – jej wstydem.
Anna z bólem wspominała zeszłoroczne wrześniowe zakończenie praktyk, które było dla niej ważnym momentem. Zajęła pierwsze miejsce w projekcie technicznym, zdobyła wyróżnienie i pochwałę dyrektora.
Nie powiedziała jednak o tym matce. Nie dlatego, że chciała to ukrywać – po prostu wiedziała, jak to się skończy.
Ojciec gratulował jej serdecznie, dumny jak zawsze. Bracia – Ferdynand i mały Lucjanek – biegali wokół niej, śmiejąc się, że mają „najmądrzejszą siostrę na świecie”.
Lucjanek, który miał wtedy około czterech lat, jak zwykle nie wypuszczał z rączki swojego pluszowego breloka – małego, trochę już wytartego misia zawieszonego na gumce wokół nadgarstka. Ten miś był z nim wszędzie. Zawsze.
Anna wzięła go na ręce, a chłopiec objął ją za szyję, tuląc się ufnie. Tak zachowywał się tylko przy niej i przy ojcu.
Gdy matka wróciła wieczorem z pracy w warsztacie krawieckim i zobaczyła dyplom leżący na stole, natychmiast wybuchła.
– Dlaczego mi nie powiedziałaś?! – krzyknęła, zrywając papier z blatu. – Mogłam się przygotować, ubrać elegancko, pokazać się ludziom! Mogłam stanąć obok ciebie i wyglądać jak… jak normalna zaangażowana matka, a nie ktoś, kto nic nie robi!
Anna zamarła. Jak zwykle – nie chodziło o Annę. Nigdy nie chodziło.
– To był tylko mały projekt… – zaczęła cicho.
– Mały? – Matka zaśmiała się ostro. – Nawet nie rozumiesz, jak bardzo to mogło mi pomóc pokazać się z dobrej strony!
Ojciec przerwał jej spokojnie, ale stanowczo:
– To nie twoje święto. To była chwila Anny.
– Oczywiście! – syknęła. – Zawsze wszystko jest dla niej. Dla was. A ja? Ja się nie liczę.
Ferdynand ścisnął Annę za rękę. Lucjanek wtulił się w nią mocniej; jego miś poruszył się przy małych palcach, zwisając jak strażnik dziecięcego świata.
Matka wybiegła z kuchni, trzaskając drzwiami. Zapanowała cisza – ciężka, ale znajoma. Ojciec usiadł obok Anny i oparł dłoń na jej ramieniu.
– Nie słuchaj jej. To nie twoja wina. Nigdy nie była twoja.
Ferdynand przytaknął gwałtownie.
– Ja też byłem dumny. I Lucjanek też!
– Misio też! – dodał mały, ściskając misia, jakby on również miał coś do powiedzenia.
Anna uśmiechnęła się słabo. Nie pierwszy raz była smutna z powodu matki, ale pierwszy raz naprawdę poczuła, że ma wokół siebie ludzi, którzy tworzą jej prawdziwą rodzinę.
Ojciec, bracia, warsztat, Artur z domu obok. To była jej sieć bezpieczeństwa. Matka – tylko cień na tej mapie.
Anna bała się jednej rzeczy: że będzie musiała ich wszystkich opuścić – ojca, Ferdynanda, Lucjana, ten mały świat pachnący drewnem i spokojem.
To, co ją napędzało, było proste i prawdziwe: przyjaźń, którą miała od urodzenia… i zauroczenie chłopakiem – Arturem, który był częścią jej życia, odkąd pamiętała.
Świat był okrutny, ale Anna nigdy nie była w nim sama. Jeszcze nie wiedziała, że wszystko, co ma, może zostać poddane próbie. A jej cicha walka stanie się początkiem czegoś znacznie większego.