Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Trzydzieści Sześć Klatek - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
26 czerwca 2026
15,00
1500 pkt
punktów Virtualo

Trzydzieści Sześć Klatek - ebook

Uśmiech potrafi być najcięższą ze zbroi. Dla całej szkoły Aria jest słońcem — zawsze gotowa pocieszyć każdego. Nikt nie widzi maski, pod którą kryją się pustka i zmęczenie. Powoli gaśnie, a ratunkiem jest dla niej tylko sekretne hobby. Leon to szkolny wyrzutek, przed którym wszyscy każą jej uciekać — a którego nikt nie pyta, z czym mierzy się w domu. Chowa się za obiektywem starego aparatu, próbując zagłuszyć własny gniew. Aż robi to jedno zdjęcie: łapie w kadrze prawdziwą Arię, bez przyklejonego uśmiechu. Jako jedyny widzi to, co omijają jej najbliżsi — i przy nim Aria pierwszy raz może przestać udawać. To jednak nie bajka, w której pocałunek w deszczu leczy wszystkie rany. Oboje muszą się nauczyć, że ratunek istnieje, ale trzeba po niego sięgnąć — można za to trzymać kogoś za rękę, póki sam nie złapie gruntu. Analogowa klisza ma tylko trzydzieści sześć klatek. Czy to wystarczy, żeby zobaczyć siebie nawzajem?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Young Adult
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 427 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

Sala numer dwanaście pachniała mokrymi kurtkami i kawą z automatu, a Hannah Beck płakała tak, jakby świat się kończył — co w jej przypadku zdarzało się mniej więcej raz na tydzień, zwykle z powodu chłopaka, który nie był wart ani jednej z tych łez.

— On mnie zostawił. Bez widzenia. Napisał „myślę, że to nie ma sensu” i wyszedł z czatu. Wyszedł, Aria. Jak można po prostu wyjść.

Aria Lindgren osunęła się na krzesło obok niej, zanim zdążyła pomyśleć, że tego nie chce. Ciało wiedziało, co robić — odruch wyćwiczony do perfekcji.

— No weź — powiedziała, podsuwając Hannah chusteczkę wyłowioną z dna plecaka. — On nie jest wart nawet jednej twojej rzęsy. Serio. Policzyłam.

Hannah parsknęła śmiechem przez łzy, mokro i brzydko, i to było dokładnie to, o co chodziło.

— Policzyłaś moje rzęsy?

— W wolnym czasie. Masz ich dużo, więc to o czymś świadczy. Matematyka nie kłamie.

Ktoś z tyłu sali zachichotał. Dwie dziewczyny przy oknie podniosły głowy znad telefonów. Uwaga w pomieszczeniu obróciła się w jej stronę jak słoneczniki za światłem, a ona weszła w to gładko, bo umiała — rzuciła jeszcze coś o tym, że Hannah zasługuje na kogoś, kto nie pisze „myślę, że to nie ma sensu” jak meteorolog ogłaszający pochmurny weekend i sala się roześmiała i Hannah się roześmiała i przez chwilę całe to małe, zatłoczone pomieszczenie świeciło, bo ona kazała mu świecić.

Uśmiech wskakiwał sam, jak wyuczony. Nie musiała o nim myśleć — był po prostu na twarzy, gotowy, jak ubranie wyłożone z wieczora. Łatwiej było być słońcem niż tłumaczyć, dlaczego się nie świeci. Tłumaczenie wymagało słów, których nie miała, a słońce wymagało tylko tego, żeby siedzieć i mówić dalej, więc mówiła dalej.

— Naprawdę myślisz, że znajdę kogoś lepszego? — Hannah otarła nos, już spokojniejsza, już prawie cała.

— Nie myślę. Wiem. — Aria ścisnęła jej dłoń. — Ty jesteś materiałem na okładkę. On był materiałem na reklamę kredytu chwilówki.

Dzwonek na następną lekcję uratował je obie. Hannah wstała, przytuliła ją mocno, szepnęła „jesteś najlepsza, wiesz?” i odpłynęła z resztą sali na korytarz, lżejsza o cały ciężar, który Aria gdzieś teraz nosiła zamiast niej.

I wtedy, na tę jedną sekundę, kiedy została sama przy ławce, twarz jej opadła.

Nie zdecydowała o tym. Po prostu mięśnie, które trzymały uśmiech, puściły naraz, jak ręce zmęczone trzymaniem czegoś za ciężkiego, i pod spodem nie było niczego — żadnego smutku z fajerwerkami, żadnej konkretnej myśli, tylko płaska, szara cisza, w której wszystko wydawało się odległe i trochę bez sensu.

Bateria na zero. A była dopiero druga lekcja.

Spojrzała na swoje odbicie w ciemnym ekranie wyłączonego telefonu — blada plama twarzy, którą tylu ludzi nazywało dziś „najlepszą” — i nie poznała w niej nikogo, kogo dałoby się tak nazwać. Potem ktoś wszedł do sali, ekran znów był tylko ekranem, a ona znów była Arią, tą od policzonych rzęs, i uśmiech wrócił na miejsce, zanim ktokolwiek zdążył zauważyć, że go nie było.

Po lekcjach poszła do parku.

Nie do domu — do domu mogła pójść zawsze, dom czekał z tym swoim ciepłym hałasem, z mamą wracającą z apteki i tatą przypalającym coś w kuchni, z Dannym i jego grą, w której zawsze utykał na tym samym poziomie. Do parku poszła, bo park o tej porze był pusty, a ona potrzebowała być sama z czymś, co ją cieszyło naprawdę.

Vancouver oddawało światło tak, jak oddawało wszystko — niechętnie, miękko, przez warstwę chmur, która wisiała nad miastem przez większość roku jak ktoś, kto nie umie się zdecydować, czy spadnie deszczem. Było to dobre światło. Rozproszone, bez cieni, idealne — gdyby tylko padało z właściwej strony.

Aria rozłożyła statyw na trawie. Tani, kupiony za zaoszczędzone kieszonkowe, z nóżką, która domykała się tylko wtedy, gdy miała na to ochotę. Wpięła telefon, ustawiła samowyzwalacz, naciągnęła na włosy srebrną perukę z ostatniego projektu — nie cały kostium, tylko ją, do testu pozy — i cofnęła się na wyznaczone miejsce.

Klik.

Podbiegła, sprawdziła. Skrzywiła się.

Klik.

Sprawdziła. Skrzywiła się bardziej.

Trzydzieste ujęcie. Na dwudziestym dziewiątym wyglądała jak ktoś, kto prosi o pomoc na parkingu. Na trzydziestym — jak ktoś, kto prosi o pomoc na parkingu i zaraz się rozpłacze. Poza, którą widziała w głowie tak wyraźnie — broda uniesiona, wzrok w dal, ta cała melancholijna duma postaci — w telefonie zamieniała się w dziewczynę o przekrzywionej peruce, mrużącą oczy pod złym kątem.

To było dziwne uczucie — robić coś, co się kochało, i robić to źle. Ale i tak lepsze niż większość rzeczy. Tu przynajmniej wiedziała, czego chce. Tu pustka się cofała, wypychana przez coś, co miała w głowie tak wyraźnie, że prawie bolało, że nie umie tego jeszcze wyjąć na zewnątrz.

Sięgnęła poprawić kąt telefonu i wtedy statyw, jak gdyby tylko na to czekał, złożył się z cichym, podłym klik. Telefon poleciał w trawę. Peruka, strącona ramieniem, zjechała jej na jedno oko.

Aria znieruchomiała z ręką w powietrzu.

— No pięknie — powiedziała do nikogo, cicho, z tym zmęczeniem, które brzmi prawie jak czułość. — Idealnie. Brawo, Aria.

Przyklękła, podniosła telefon — całe szczęście, miękka trawa — i właśnie prostowała tę przeklętą nóżkę statywu, gdy poczuła to. Nie usłyszała. Poczuła — ten konkretny ciężar powietrza, który robi się, kiedy ktoś stoi blisko i patrzy.

Odwróciła się.

Pod drzewem, kilka kroków dalej, stał chłopak. Wysoki — to było pierwsze, co do niej dotarło — tak wysoki, że żeby spojrzeć mu w twarz, musiała zadrzeć głowę, klęcząc w trawie z peruką na jednym oku. Oparty ramieniem o pień, w ciemnej kurtce, z aparatem w dłoni. Nie telefonem. Prawdziwym, starym aparatem, z tych na kliszę, ze skórzanym paskiem owiniętym dwa razy wokół nadgarstka.

Patrzył. I — coś gorącego ukłuło ją w środku — patrzył już od jakiejś chwili. Widział statyw. Widział „brawo, Aria”.

Znała tę twarz. Nie z imienia, nie na pewno — ale z korytarzy, z tego sposobu, w jaki ludzie ściszali głos, kiedy przechodził, z historii, które się do niej kleiły jak rzepy. Coś o bójce. Coś o tym, że lepiej mu nie wchodzić w drogę. Ciemne włosy, oliwkowa cera, spojrzenie, które nie uciekało, kiedy się je złapało — większość ludzi odwracała wzrok, gdy się ich na czymś przyłapie. On nie odwrócił.

Zsunęła perukę z oka, nagle bardzo świadoma, jak musi wyglądać.

— Stoisz tyłem do światła — powiedział.

Nie „cześć”. Nie „mogę?”. Po prostu to, rzeczowo, jakby kontynuował rozmowę, której nie zaczęli.

— Słucham?

— Światło. — Odepchnął się od drzewa, podszedł bliżej, wskazał brodą na chmury za jej plecami. — Masz je za sobą. Dlatego na zdjęciach wychodzisz cała w cieniu i wyglądasz, jakbyś nie spała trzy dni. — Pauza. Coś, co u kogoś innego byłoby uśmiechem, u niego było jego ćwiartką. — Nie ruszaj się.

Nim zdążyła zapytać, co znaczy „nie ruszaj się”, on już podniósł aparat do oka, przesunął się o pół kroku w bok, czekając, aż chmury zrobią z nią to, czego chciał — i pstryknął. Raz. Drugi. Migawka miała stary, mechaniczny dźwięk, ciężki i pełny, zupełnie niepodobny do plastikowego „klik” jej telefonu.

— Ja… — zaczęła Aria, ale nie wiedziała, jak skończyć to zdanie, więc nie skończyła.

Opuścił aparat. Podszedł — za blisko, o krok za blisko, tak że musiała znów zadrzeć głowę, żeby utrzymać kontakt wzrokowy — i odwrócił aparat tyłem do niej, choć na kliszy nie było przecież nic do oglądania. Zorientował się chwilę po niej, że to bez sensu, i ten drobny błąd, ta jedna niepewność u kogoś tak pewnego, była dziwnie rozbrajająca.

— Racja. Analog. — Wzruszył ramieniem. — Zobaczysz, jak wywołam. Ale wyjdzie lepiej niż to. — Skinął na jej telefon, wciąż zaciśnięty w jej dłoni. — Wszystko wyjdzie lepiej niż to.

Stał tak blisko, że gdy podawał jej z powrotem strąconą wcześniej nakrętkę od obiektywu — kiedy ją w ogóle podniósł? — jego dłoń znalazła się tuż przy jej dłoni. Ogromna. Tyle w niej było, że własna wyglądała przy niej jak czyjaś rzecz pożyczona na chwilę. Pachniał deszczem i czymś jeszcze — papierem, kurzem, czymś ciepłym pod spodem, czego nie umiała nazwać. Serce zrobiło coś głupiego i nie spytało jej o zgodę — przyspieszyło, mocno, raz, jakby się potknęło.

I to nie był strach. Najdziwniejsze: przy całej tej reputacji, przy tym wzroście, przy tych historiach z korytarza, ciało nie powiedziało „uciekaj”. Powiedziało coś innego, czego jeszcze nie potrafiła odczytać, i właśnie ta nieznajomość spłoszyła ją bardziej niż on sam.

— Dzięki — wyrzuciła z siebie, cofając się o krok, łapiąc statyw za nogę tak gwałtownie, że znów się złożył. — Ja… muszę. Pa.

I już jej nie było. Zgarnęła telefon, statyw pod pachę, perukę w garść, i ruszyła przez park szybkim krokiem, który nie był jeszcze biegiem, ale leżał bardzo blisko biegu, z policzkami płonącymi tak, że czuła je na wietrze.

Dopiero kilkadziesiąt metrów dalej, za rzędem mokrych klonów, zwolniła. Serce wciąż waliło. Obejrzała się przez ramię — sama nie wiedząc, czy ze strachu, czy z nadziei, czy z czego.

Pod drzewem nikogo już nie było. Tylko trawa, ślad po jego ramieniu na korze — a może tylko jej się przywidział — i to szare, miękkie, niezdecydowane światło Vancouver.

Kto to w ogóle był.

I — to drugie pytanie wcisnęło się samo, bez pozwolenia, jak wcześniej to potknięcie serca — czemu wciąż czuła jego dłoń tuż obok swojej.ROZDZIAŁ 2

Klucz w zamku Leon przekręcał zawsze powoli, żeby nie szczęknął.

To była pierwsza z rzeczy, których nauczył się bez świadomości, że się uczy — jak wchodzi się do domu, w którym wieczór mógł pójść w dwie strony i nigdy nie było wiadomo z góry, w którą. Otworzył drzwi na szerokość ciała, wślizgnął się, zamknął je tym samym cichym ruchem. Zanim jeszcze zdjął buty, już czytał.

Telewizor grał za głośno — to pierwszy znak, neutralny. Światło w salonie niebieskawe, migotliwe, sam ekran. Z kuchni nie pachniało niczym, więc matka jeszcze nie wróciła z popołudniowej zmiany. A na stoliku przy fotelu — zerknął, licząc, jak się liczy schody w ciemności, automatycznie — puszki.

Dwie puszki — jeszcze gada. Cztery — milknie i robi się ciężko. Sześć — lepiej zniknąć i zabrać ze sobą Sofię. Dziś było trzy i pół; czwarta stała napoczęta, pociła się na drewnie bez podstawki, co znaczyło, że wieczór wisiał dokładnie pośrodku, na tej cienkiej linii, gdzie wszystko zależało od tego, czy ktoś powie złe słowo.

Leon nie zamierzał być tym kimś.

— Wróciłeś — rzucił ojciec, nie odwracając głowy. Stwierdzenie, nie powitanie.

— Wróciłem.

Tyle. Im mniej słów, tym mniej powierzchni do uderzenia. Tego też nauczył się dawno.

Przeszedł do kuchni, gdzie przy stole, w kręgu lampy, siedziała Sofia z zeszytem otwartym na stronie pełnej starannych, krzywych liter. Dziewięć lat i język wystawiony w kąciku ust z wysiłku — tak się skupiała, jakby od jednej literówki zależał los świata. Na jego widok cała się rozjaśniła, i to było jedyne światło w tym mieszkaniu, które Leonowi się podobało.

— Leon. — Szeptem, bo wiedziała, kiedy się szepcze. — A „rzeka” przez „ż” czy przez „rz”?

— Przez „rz”. — Zsunął plecak z ramienia, zajrzał jej przez głowę do zeszytu. — I nie ślęcz nad tym tyle. Jesteś mądrzejsza niż myślisz.

— Pani mówi, że robię błędy.

— Pani się czepia. — Otworzył lodówkę, zlustrował jej żałosną zawartość, wyciągnął jajka i chleb. — Robienie błędów to nie to samo co bycie głupim. Każdy robi błędy. Nawet pani. Założę się, że pani robi błędy, których się wstydzi bardziej niż ty „rzeki”.

Sofia zachichotała w pięść. Leon postawił patelnię na ogniu — ruchy miał oszczędne, wprawne, robił to setki razy — i przez kilka minut w kuchni było po prostu dobrze. Skwierczenie jajek, skrobanie ołówka, mała opowieść o tym, że Mia z klasy ma brata z motorem. Zwyczajne. Takie, jakie powinno być całe dzieciństwo, a było tylko w tych skradzionych kwadransach, kiedy on stał między nią a resztą domu jak parawan.

Z salonu doszło szczęknięcie — kolejna puszka, otwierana. Czwarta dopita, piąta w drodze. Linia drgnęła.

— Cathy! — zawołał ojciec w stronę nieobecnej matki, głosem już grubszym. — Gdzie jest, do cholery. Człowiek wraca do pustego domu.

— Mama na zmianie — odpowiedział Leon spokojnie, przekładając jajka na talerz, podsuwając go Sofii. — Wróci o ósmej.

— Pytałem ciebie? — Ojciec pojawił się w drzwiach kuchni, wypełniając je sobą, z puszką w dłoni. Niewiele niższy od Leona — Leon wiedział, skąd ma te centymetry, znał lustro. — Co, teraz odpowiadasz za matkę? Pan domu się znalazł. Siedemnaście lat i już mądrzejszy od ojca.

— Dziewiętnaście — powiedział Leon, zanim zdążył ugryźć się w język.

I wtedy to przyszło.

Gorąco. Wjechało od mostka w górę, do gardła, do uszu, ścisnęło dłonie w pięści, zanim w ogóle pomyślał o pięściach. Znał to gorąco lepiej niż własne imię. Było szybkie, było czyste, było obrzydliwie znajome — i bał się go bardziej niż ojca, bardziej niż czegokolwiek, bo ojciec był na zewnątrz, ojca dało się przeczekać, wyminąć, zniknąć mu z oczu. A to siedziało w środku, pod żebrami, i miało jego własną twarz.

Spojrzał na Sofię. Sofia patrzyła na nich oboje z widelcem w połowie drogi do ust, znieruchomiała, czujna jak mały zwierz.

To wystarczyło.

— Idę do siebie — powiedział Leon. Cicho. Rozluźnił dłonie, jedną po drugiej, świadomym wysiłkiem, jakby odginał cudze palce. — Sofia, dojedz i przynieś mi zeszyt, sprawdzę resztę.

Minął ojca w drzwiach — bokiem, bez dotyku, ćwiczony manewr — i poszedł do swojego kąta, zanim powiedział coś, czego nie dałoby się cofnąć. To była jedyna rzecz, jakiej nauczył się sam, nie od starego: kiedy wyjść. Ojciec nigdy się tego nie nauczył. W tym była cała różnica między nimi — albo Leon bardzo chciał, żeby w tym była.

Jego kąt to była dawna spiżarnia przy końcu korytarza, za wąska na łóżko ustawione normalnie, więc spał wzdłuż ściany, z nogami pod skosem. Ale miała drzwi, które się zamykały, i to wystarczało. Przy oknie stało biurko, a na biurku — jedyne rzeczy w tym domu, które naprawdę należały do niego: skaner do kliszy, kupiony z drugiej ręki za trzy miesiące pracy na zmywaku, laptop trzymany taśmą do kupy i pudełko po butach pełne wywołanych rolek.

Wyjął z aparatu film z dzisiejszego dnia, przewinął, w półmroku wymienił go zręcznie na świeży. Te ruchy uspokajały go bardziej niż cokolwiek. Tu, przy biurku, gorąco z klatki schodziło, rozpuszczało się, znikało. Tu był kimś innym — nie chłopakiem z korytarza, od którego ludzie się odsuwali, nie synem swojego ojca, tylko po prostu kimś, kto patrzy i utrwala to, co zobaczył.

Wsunął rolkę z parku do wywołania — robił to sam, w łazience zamienianej na ciemnię, znał czasy na pamięć — a potem, gdy negatywy wyschły, zaczął je skanować, klatka po klatce, i podświetlać na ekranie.

Tutaj nic nie krzyczało. Klisza nie kłamała i nie podnosiła głosu. Pokazywała dokładnie to, co było w chwili, gdy migawka się otwierała — ani mniej, ani więcej — i nie dało się jej przekonać,

że jest inaczej. Lubił to w niej najbardziej. Cyfra dawała tysiąc prób i tysiąc kłamstw. Klisza dawała trzydzieści sześć klatek i samą prawdę.

Przewijał ujęcia z parku.

Większość była przewidywalna. Dziewczyna w srebrnej peruce, ustawiona, świadoma obiektywu — broda za wysoko, ramiona spięte, ten uśmiech wkładany na komendę, ładny i pusty zarazem, taki, jaki robią wszyscy, gdy wiedzą, że są fotografowani. Znał ten uśmiech. Robił go każdy. Był jak zasłona zaciągana w okamgnieniu.

A potem była ta jedna klatka.

Złapał ją przez przypadek — między pozami, w ułamku sekundy, gdy myślała, że już nie pstryka, gdy opuściła czujność na jeden oddech. Peruka zsunięta na bok, ręka jeszcze w półgeście, twarz — odsłonięta. Bez zasłony. Zmęczona w sposób, który nie miał nic wspólnego z brakiem snu. Patrzyła gdzieś obok obiektywu, w szare niebo, i przez tę jedną setną sekundy było ją widać całą — tę pod spodem, nie tę z korytarza, gdzie pewnie też się śmiała, pocieszała innych, świeciła na zawołanie.

Leon zatrzymał się na tej klatce dłużej, niż zamierzał.

Na tym jednym zdjęciu nie grała. I to było jedyne ujęcie, na którym naprawdę ją było widać. Reszta to były pozy, a to była ona.

Znał tę minę. Nie z korytarza — z lustra. Widywał ją u siebie w te wieczory, kiedy dom cichł, kiedy nie było już dla kogo być twardym i twarz sama opadała, jak jej tam, w parku. Ten konkretny rodzaj zmęczenia, które nie pochodzi z ciała. Ludzie, którzy go nie znali, przechodzili obok takiej miny, nie widząc nic. On widział, bo nosił ją sam.

Powinien był zamknąć skan. Zapisać, zarchiwizować, zapomnieć — jak setki innych klatek w pudełku po butach.

Zamiast tego siedział i patrzył.

Następnego dnia w szkole miał odbitki w wewnętrznej kieszeni kurtki.

Zrobił je rano, w jednej godzinie, której nie miał — ten kadr i dwa ładniejsze, te pozowane, na wszelki wypadek, żeby nie wyglądało, że chodzi o ten jeden. Nosił je przez pół dnia, czekając na okazję, która nie chciała przyjść, i mówiąc sobie, że to głupie, że odda jej przy następnym przypadkowym spotkaniu, jeśli w ogóle, bez znaczenia.

Znalazł ją po trzeciej lekcji, przy szafkach w zachodnim skrzydle. Stała w grupce, śmiejąc się z czegoś, cała w tym swoim świetle na pokaz. Przez sekundę Leon prawie zawrócił.

Nie zawrócił.

— Hej. — Podszedł, wyjął odbitki, podał jej, nim zdążył się rozmyślić. — Masz. Obiecałem ci odbitki.

Nic nie obiecał. Wiedział to dokładnie w chwili, gdy to mówił — pamiętał każde słowo z parku, a tego słowa tam nie było. Ale „obiecałem” było łatwiejsze do wypowiedzenia niż prawda, a prawda brzmiałaby jak coś, czego nie mówił nikomu, nigdy: chciałem cię znowu zobaczyć. Więc skłamał drobnym, wygodnym kłamstwem i podał jej zdjęcia, i patrzył, jak jej oczy — duże, te z kadru — przechodzą po wierzchnich, ładnych ujęciach, aż docierają do tego trzeciego.

Zatrzymała się na nim. Coś przemknęło jej przez twarz, zbyt szybko, żeby nazwać. Może rozpoznanie. Może lekki strach, że widać.

— To… — zaczęła.

— Idziemy. — Głos wpadł między nich jak drzwi. — Naprawdę, Aria.

Dziewczyna, która to powiedziała, stanęła obok niej — niższa, ciemnowłosa, z miną kogoś, kto widzi zagrożenie i staje przed nim z własnej woli. Leon znał ten typ. Lojalna. Z tych, co wchodzą pierwsze przez ciemny parking. Zmierzyła go wzrokiem od butów do twarzy, powoli, demonstracyjnie. Leon stał, pozwalając się zmierzyć, bo wiedział, co widzi: chłopaka z reputacją, którą zbudowano za niego, zanim w ogóle otworzył usta.

— Ona nie jest jedną z twoich… — ciszej, twardo, tylko do niego — …sesji.

Leon nie odpowiedział od razu. Mógłby. Miał na podorędziu kilka rzeczy, ostrych, celnych, takich, które kończą rozmowę. Ale spojrzał na Arię — na to, jak stała między nimi, niepewna, z odbitkami w dłoni, niewiedząca, czyją ma być stroną — i połknął wszystkie.

— Spokojnie — powiedział tylko, wzruszając ramieniem, wkładając na twarz tę obojętność, którą umiał najlepiej. — To tylko zdjęcia.

I odszedł. Bez pośpiechu, bo pośpiech wyglądałby na ucieczkę, a on nie uciekał — przynajmniej nie tak, żeby było widać. Ich wzrok ciążył mu na plecach przez cały korytarz — ten dziewczyny i może ten Arii. Nie obejrzał się, żeby sprawdzić.

Miał to gdzieś. Powtarzał to sobie aż do swojej szafki, przekręcając zamek z numerem, którego palce znały lepiej niż głowa. Miał gdzieś, co ta dziewczyna myśli, co myśli cała szkoła, miał gdzieś etykietę, którą nosił jak starą kurtkę — już nawet nie uwierała.

I ani razu, przez całą drogę, nie odpowiedział sobie na to drugie pytanie. To, którego nie chciał zadać na głos nawet sobie.

Po co rano, w godzinie, której nie miał, zrobił te odbitki.ROZDZIAŁ 3

Były dni, kiedy maska ważyła tyle, co nic — wskakiwała sama, trzymała się sama, a Aria mogła pod nią po prostu istnieć, robić swoje, czekać, aż minie. I były dni jak ten.

Nie wydarzyło się nic. To było w tym najgorsze — że nigdy nic się nie wydarzało. Obudziła się rano i ktoś w nocy dolał jej ołowiu do żył, ściszył kolory o jeden stopień, odsunął świat o krok dalej, niż powinien być. Bez powodu. Bez awantury, bez złej wiadomości, bez niczego, na co dałoby się wskazać palcem i powiedzieć: o, to dlatego. Po prostu obudziła się cięższa, niż się kładła.

A mimo to przy stoliku w stołówce siedziała wyprostowana, ze szklanką śmiechu w dłoni, rozlewając go każdemu, kto podstawił naczynie.

— Aria, ratuj. — Hannah znów, tym razem z telefonem, na którym świecił niedokończony wpis. — Pomożesz mi to napisać? Ty zawsze wiesz, jak ująć rzeczy, żeby brzmiały mądrze, a nie żałośnie.

— Daj. — Wzięła telefon, przeczytała, przeredagowała dwa zdania, oddała. — Masz. Teraz brzmisz jak ktoś, kto przeżył i wyszedł z tego silniejszy, a nie jak ktoś, kto płakał nad latte w środę.

— Płakałam nad latte w środę.

— Wiem. Byłam tam. Ale internet nie musi.

Hannah pisnęła ze śmiechu, odpłynęła. Chwilę później ktoś inny — chłopak z równoległej klasy — przysiadł się z prośbą o notatki z biologii, bo „ty zawsze masz wszystko ogarnięte”. Dała mu notatki. Potem dziewczyna spod okna chciała tylko, żeby Aria „powiedziała coś zabawnego, bo ma okropny dzień”. Aria powiedziała coś zabawnego. Dziewczyna się roześmiała, dziękując, jakby Aria wcisnęła jej w dłoń lekarstwo.

Rozdawała uśmiechy jak ulotki na rogu ulicy. Każdy brał — chętnie, z wdzięcznością — i szedł dalej, lżejszy, i nikt, ani razu, ani jeden z nich, nie zatrzymał się, żeby sprawdzić, czy dziewczynie rozdającej zostało jeszcze coś dla siebie. Bo i po co. Ulotki się bierze. Nie pyta się ulotki, jak się ma.

To nie była ich wina. Aria wiedziała to z całą sprawiedliwością, na jaką ją było stać — sama tak skonstruowała tę umowę, sama nauczyła wszystkich dookoła, że jest tą, która daje. Trudno mieć do ludzi pretensje, że biorą to, co się im tak gładko podaje.

Ale była zmęczona. Tak zmęczona, że pod koniec przerwy słowa zaczęły jej się rozjeżdżać, a uśmiech wymagał już świadomego napięcia mięśni, jak przytrzymywanie drzwi na wietrze.

Wstała, zanim ktoś zdołał poprosić o coś jeszcze, i wymknęła się na korytarz.

Znalazła sobie miejsce na półpiętrze, przy dużym oknie wychodzącym na parking i mokre drzewa za nim. O tej porze nikt tędy nie chodził — wszyscy byli w stołówce albo już w salach — i to było dokładnie to, czego potrzebowała: kawałek korytarza, w którym nikt niczego od niej nie chciał.

Oparła się o parapet. I puściła. Twarz opadła sama, jak zawsze, gdy nikt nie patrzył — mięśnie rozluźniły się jeden po drugim, ramiona zjechały w dół, i pod spodem nie było rozpaczy, nie było płaczu, było tylko to płaskie, ciche nic, które znała lepiej niż jakiekolwiek uczucie. Patrzyła w szare niebo nad parkingiem, w te chmury, które w Vancouver wisiały zawsze, nigdy się nie decydując, i przez chwilę po prostu była.

Przez sekundę nie musiała być nikim. Nie słońcem, nie ratunkiem, nie tą, co zawsze wie, jak ująć rzeczy. Sekunda taka była tania — nie kosztowała jej uśmiechu, nie kosztowała energii, której nie miała — i nikt jej tej sekundy nie sprzedawał, nie żądał za nią niczego w zamian. Należała tylko do niej. Oddychała nią jak ktoś, kto wynurzył się na moment, żeby zaraz znów zejść pod wodę.

— Lepsze światło tutaj.

Drgnęła.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij