Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Tu się nie wraca - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
20 stycznia 2026
27,00
2700 pkt
punktów Virtualo

Tu się nie wraca - ebook

Niektóre domy nie są miejscem. Są zasadą. Po dwunastu latach za granicą Marek wraca do rodzinnego domu. Miał zostać na chwilę. Został na zawsze. Znikające przedmioty. Milczący sąsiedzi. Stare tajemnice ukryte w ścianach i pod fundamentami. Gdy zaczynają ginąć ludzie, a policja okazuje się częścią lokalnego układu, Marek odkrywa, że dom nie jest tylko świadkiem zbrodni — jest jej centrum. Tu się nie wraca to mroczny, bezkompromisowy kryminał o przemocy, która nie znika, tylko zmienia formę. O wsi, w której „porządek” jest ważniejszy niż prawda. O zasadach, które obowiązują nawet wtedy, gdy wszyscy udają, że ich nie ma. Brutalny realizm Duszna atmosfera prowincji Krwawy finał bez happy endu Jeśli lubisz kryminały, które nie dają ulgi, ta książka zostanie z Tobą na długo.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788368732177
Rozmiar pliku: 4,7 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

FOREWORD

GŁÓWNI BOHATEROWIE

MAREK KRAWIEC – 42 lata

Architekt. Po 12 latach pracy za granicą wraca do rodzinnego domu, odziedziczonego po ojcu. Racjonalny, spokojny, ale z poczuciem winy.

ANNA KRAWIEC – 38 lat

Kuzynka Marka. Zajmowała się domem podczas jego nieobecności. Nadmiernie przywiązana do miejsca.

PAWEŁ ROGOWSKI – 45 lat

Sąsiad, złota rączka, „pomocny”. Zawsze był blisko domu.

EWA LIS – 34 lata

Dziennikarka, dawna miłość Marka. Przyjeżdża, by napisać reportaż o zniknięciach sprzed lat.1

POWRÓT

Marek Krawiec wysiadł z samochodu wolniej, niż planował. Nie dlatego, że bolały go plecy po wielogodzinnej jeździe z lotniska i dalej przez pół Polski, tylko dlatego, że ciało najwyraźniej miało własne zdanie.

Dom stał na końcu drogi jak wyrzut sumienia.

Gdy był dzieckiem, wydawał mu się ogromny, pełen zakamarków i przygód. Teraz był ogromny inaczej: ciężki, przyczajony, jakby zbyt długo leżał na piersi komuś, kto nie może oddychać. Tynk odchodził płatami, gzymsy zjadała wilgoć. Na jednym z okien pierwszego piętra wisiała strzępiąca się firanka, poruszająca się lekko mimo braku wiatru.

Marek zamknął drzwi auta i ten dźwięk — zwyczajny trzask — brzmiał tu głośniej, jak wystrzał. Echo odbiło się od ściany stodoły, od drzew, od samego domu, a potem ucichło nienaturalnie szybko, jakby ktoś przykrył przestrzeń kocem.

— No dobra — mruknął do siebie. — Jestem.

Z kieszeni kurtki wyciągnął klucz. Ten właściwy, ciężki, z ułamanym ząbkiem przy nasadzie — pamiętał go z dzieciństwa. Ojciec zawsze mówił, że zamek jest kapryśny, że trzeba „poczuć”, jak chce być przekręcony.

Marek wsunął klucz w zamek. Wszedł, ale nie do końca.

Zamek stawił opór, jakby ktoś od środka dociskał zasuwę.

Marek spróbował delikatniej. Nic.

Spróbował mocniej.

Zamek puścił z jękiem. Nie metalicznym „klik”, tylko przeciągłym, zgrzytliwym „krrrr”, które sprawiło, że skóra na karku stanęła mu dęba.

Drzwi uchyliły się na kilka centymetrów.

W środku panował chłód.

Pachniało kurzem, starym drewnem, zatęchłą tkaniną… i czymś jeszcze. Czymś metalicznym, jak stary gwóźdź w ustach, jak krew, którą czuje się, zanim się ją zobaczy.

Marek przytrzymał drzwi i wepchnął się do środka.

W korytarzu było ciemno. Zasłony pozaciągane. Wąski pas światła wpadł przez szparę i położył się na podłodze jak ostrze.

— Anna? — zawołał.

Cisza.

— Anna, jestem. Marek.

Usłyszał szelest. Stuknięcie. Gdzieś w głębi domu przesunęło się krzesło.

Po chwili w progu salonu pojawiła się kobieta. Ubrana prosto, w ciemny sweter, włosy spięte byle jak. Trzymała w dłoni ścierkę, jakby wyrwał ją z jakiejś rutynowej czynności.

Anna.

Twarz miała szczuplejszą niż w jego wspomnieniach, oczy większe, podkrążone. Ale uśmiech — ten sam, przyklejony, jakby ćwiczony przed lustrem.

— Marek… — powiedziała, a jej głos brzmiał, jakby nie była pewna, czy to dobre słowo. — To ty.

— A kto miałby być? — próbował żartować.

Zrobiła krok w jego stronę, zatrzymała się, jakby chciała go przytulić, ale nie wiedziała, czy jej wolno. Marek sam rozłożył ręce i przyciągnął ją do siebie.

Była zimna. Nie „trochę chłodna” — naprawdę zimna, jakby długo stała w piwnicy. Poczuł zapach mydła i wilgotnej wełny.

— Myślałam, że nie przyjedziesz — wymamrotała w jego kurtkę.

— Napisałem ci, że wracam.

— Pisałeś wiele rzeczy przez lata — odsunęła się i spojrzała mu w twarz. — A potem… no wiesz.

— Pracowałem. Żyłem. — Marek odwrócił wzrok, bo nagle miał w ustach gorycz. — Wracam. To chyba się liczy.

Anna przyglądała mu się długo. Zbyt długo.

— Liczy się — powiedziała w końcu. — Chodź. Jest zimno. Dom… — zawahała się. — Dom się nie lubi, kiedy się stoi w progu.

Marek uniósł brwi.

— Dom się nie lubi?

— Tak mówię. — Wzruszyła ramionami i odwróciła się w głąb korytarza. — Zdejmij buty. Podłoga skrzypi inaczej, kiedy ktoś chodzi w butach.

— Skrzypi?

— Będzie skrzypieć. Lepiej, żeby skrzypiała po swojemu.

Marek zamilkł. Uczucie, że rozmawia z kimś, kto zna zasady gry, której on nie pamięta, było nieprzyjemne.

Zdjął buty. Postawił walizkę przy schodach. Kurtkę przewiesił przez oparcie krzesła.

— Zrobiłam herbatę — powiedziała Anna. — Z lipy. Taką, jaką lubił wujek.

Słowo „wujek” uderzyło go jak kamyk. Ojciec. Ten dom. Wszystko wracało.

Usiedli w kuchni. Kiedyś była jasna, pachniała drożdżówkami. Teraz miała na ścianach plamy po wilgoci, a na stole leżała cerata w drobne kwiatki, wyblakła jak zdjęcie z kieszeni.

Anna nalała herbaty do dwóch szklanek w metalowych koszyczkach.

— Przypominasz go — powiedziała nagle.

Marek wypuścił powietrze nosem.

— Każdy to mówił, kiedy żył. I nienawidziłem tego.

— A teraz? — zapytała. — Teraz też nienawidzisz?

— Teraz nie wiem, co czuję — odpowiedział szczerze. — W samolocie wydawało mi się, że wracam do czegoś. A jak stanąłem przed drzwiami… — urwał.

Anna przyłożyła palec do szklanki, jakby sprawdzała temperaturę. Potem uśmiechnęła się trochę za szeroko.

— Dom wymaga czasu. Nie lubi obcych.

— Nie jestem obcy — Marek powiedział to twardo.

— Nie byłeś. — Jej wzrok stał się na moment ostrzejszy. — A potem… długo cię nie było.

Marek napił się herbaty, by zyskać sekundę.

— Dlaczego zasłony są pozaciągane?

— Żeby nikt nie zaglądał.

— Kto miałby zaglądać? Tu jest jeden sąsiad na kilometr.

— Paweł — powiedziała. — On zagląda.

— Paweł? Ten Rogowski?

— E… Pomagał. Naprawiał. Dowoził drewno.

Marek przypomniał sobie chłopaka z podwórka, który zawsze miał brudne ręce i zbyt ciekawskie oczy.

— I co, teraz mam mu dziękować?

— Może nie dziś. — Anna wstała. — Jest… wrażliwy.

— Wrażliwy?

— Czasem mówi, że ten dom powinien należeć do kogoś, kto tu jest. Kto oddycha tym samym powietrzem. — Uśmiechnęła się, jakby to była anegdota. — Wiesz, jak ludzie gadają.

Marek poczuł niepokój. Pierwszy raz, ale wyraźny, jak zimny dotyk na karku.

— Anna, co tu się działo przez te lata?

Zawahała się tylko ułamek sekundy.

— Nic. — Odparła szybko. — Nic wielkiego. Dom stał. Ja doglądałam. Raz było zalanie. Raz kuny w dachu. Zwyczajne rzeczy.

— A ludzie? Ktoś tu przychodził?

— Nikt. Tylko Paweł. I czasem listonosz. — Spojrzała na niego jak na dziecko. — Nie panikuj. Jesteś zmęczony.

Marek chciał odpowiedzieć, ale wtedy usłyszał.

Kroki.

Nie w kuchni. Nie na piętrze.

W korytarzu.

Powolne. Ciężkie. Jakby ktoś chodził boso po starych deskach i specjalnie stawiał stopy tak, żeby deska zaskrzypiała.

Marek odwrócił głowę.

— Słyszałaś?

Anna napięła się.

— To pewnie… wiatr.

— W środku domu?

Kroki ucichły.

Po chwili coś stuknęło — jakby ktoś dotknął framugi drzwi paznokciem.

Marek wstał.

— Marek, nie… — Anna wyciągnęła rękę, ale nie złapała go. — Nie chodź teraz.

— Dlaczego?

— Bo… — Zacięła się. — Bo dom jest stary.

Marek wyszedł z kuchni i stanął w korytarzu. Ciemno. Zasłony. Smuga światła. Nic.

— Halo? — zawołał.

Cisza.

Wrócił do kuchni z poczuciem, że właśnie zrobił coś, co nie spodobało się temu miejscu.

— Wydawało mi się — powiedział cicho.

Anna usiadła powoli.

— Tobie się tu będzie wiele wydawało. — Upiła łyk herbaty i spojrzała mu w oczy. — Z czasem się nauczysz, co jest prawdziwe.

Tej nocy Marek zasnął w swoim dawnym pokoju na piętrze. Łóżko skrzypiało pod nim, jakby protestowało. Ściany miały plamy po starych wilgociach, a sufit w jednym rogu pękał, rysując linię jak bliznę.

Zasnął szybko — ze zmęczenia.

Obudził się po raz pierwszy o 2:17.

Usłyszał kroki.

Tym razem wyraźne. Na schodach.

Skrzyp. Skrzyp. Skrzyp.

Ktoś wchodził powoli.

Marek usiadł na łóżku, serce waliło. Wziął do ręki telefon, ale nie włączył latarki. Nasłuchiwał.

Kroki podeszły pod drzwi.

Zatrzymały się.

Cisza.

A potem — bardzo delikatne, prawie czułe — drapanie po drewnie. Jakby ktoś paznokciem próbował znaleźć miejsce, gdzie zaczyna się szczelina.

Marek przełknął ślinę.

— Anna? — wyszeptał.

Drapanie ustało.

Po chwili rozległ się cichy szept. Tak cichy, że mógł być wyobraźnią.

— …wrócił…

Marek zerwał się i otworzył drzwi.

Na korytarzu nie było nikogo.

Ale na drewnie, na wysokości klamki, zobaczył cienką, świeżą rysę.

Jakby paznokieć zdrapał lakier.2

ZNIKNIĘCIA

Rano Marek obudził się późno, bo mimo nocnego niepokoju w końcu zasnął twardo, jak człowiek, który przez lata spał w hotelach i na wynajętych łóżkach i nauczył się odcinać.

Pierwsza myśl była banalna: _kawa_.

Zszedł po schodach ostrożnie. Stopnie pamiętał. Był jeden, trzeci od góry, który zawsze uginał się bardziej. Teraz uginały się prawie wszystkie.

W kuchni Anna już była. Kroiła chleb. Jej ruchy były równe, powtarzalne, jakby to było ćwiczenie.

— Dzień dobry — powiedział Marek.

— Dzień dobry — odpowiedziała bez uśmiechu. — Spałeś?

— Średnio. — Przysiadł przy stole. — Słyszałem w nocy kroki.

Anna nie spojrzała na niego.

— Dom pracuje.

— Dom nie ma nóg.

— Marek… — W końcu podniosła wzrok. — Ty wróciłeś z dużego świata. Tam wszystko musi mieć powód, nazwę, definicję. Tu czasem rzeczy po prostu są.

— A rysy na drzwiach? — Marek pochylił się. — Ktoś drapał w nocy. Widziałem.

Anna odłożyła nóż zbyt gwałtownie. Ostrze uderzyło o deskę.

— Może… gałąź. Może wiatr. — Słowa wypadły z niej szybko. — Chcesz masło?

— Anna. — Marek mówił spokojnie, ale w środku narastała irytacja. — Nie jestem głupi.

— Wiem. — Uśmiechnęła się krzywo. — Właśnie dlatego się boisz.

— Nie boję się.

— Jeszcze.

Marek poczuł, że rozmowa idzie w stronę, której nie rozumie.

Wstał.

— Pokażesz mi piwnicę?

Anna znieruchomiała.

— Po co?

— Chcę zobaczyć instalacje. Dom jest mój. Muszę wiedzieć, co jest do naprawy.

— Piwnica… — Anna oblizała wargi. — W piwnicy jest wilgoć.

— To wiem.

— Zamek się zacina.

— Mam klucz. — Marek sięgnął do kieszeni spodni… i zatrzymał się.

Poczuł pustkę.

Kieszeń była pusta.

Marek zmarszczył brwi, sięgnął do drugiej — też pusta.

Przeszukał kurtkę. Nic.

— Co jest? — Anna zapytała, choć jej ton brzmiał jak ktoś, kto już zna odpowiedź.

— Klucz do piwnicy. — Marek spojrzał na nią. — Miałem go.

— Na pewno?

— Tak. Był przy pęku.

Anna podeszła do wieszaka w korytarzu, gdzie wisiała jego kurtka. Sięgnęła do kieszeni, ostentacyjnie, powoli. Wyciągnęła rękę pustą.

— Nie ma — powiedziała. — Może zostawiłeś w samochodzie.

Marek poczuł ukłucie w żołądku. Poszedł do przedpokoju, gdzie stała jego walizka.

A raczej… stać powinna.

Walizki nie było.

Marek rozejrzał się szybko.

— Gdzie jest moja walizka?

Anna odwróciła się do niego z miną całkowicie niewinną.

— Jaka walizka?

— Ta. Postawiłem ją tutaj. Wczoraj. Przy schodach.

Anna popatrzyła na puste miejsce.

— Nie było tu żadnej walizki — powiedziała spokojnie.

Marek poczuł, jak krew uderza mu do skroni.

— Nie rób ze mnie idioty. Wnosiłem ją.

— Może wniosłeś. Może ci się wydaje. — Anna mówiła cicho. — Marek, jesteś zmęczony. Po podróży.

— To nie jest zmęczenie. — Marek przeszedł kilka kroków, otworzył drzwi do salonu, do dawnej jadalni, zajrzał w głąb korytarza. — To jest… kradzież. Albo żart.

— W tym domu się nie żartuje — powiedziała Anna.

To zdanie, wypowiedziane beznamiętnie, było gorsze niż krzyk.

Marek wrócił do kuchni i położył dłonie na stole.

— Dobra. Posłuchaj mnie. — Mówił wolno. — Zniknęły moje rzeczy. Walizka, klucz. Może coś jeszcze.

Anna westchnęła.

— Sprawdź, czy masz portfel.

Marek aż zamarł. Sięgnął do kieszeni. Portfel był. Otworzył: dokumenty, karta, gotówka.

— Jest.

— No widzisz. — Anna wzruszyła ramionami. — Dom zabiera drobiazgi. Tak ma.

— „Dom zabiera”. — Marek niemal syknął. — A może ktoś zabiera?

Anna pochyliła się nad nim.

— Kto?

— Paweł. — Marek rzucił to imię jak kamień.

W oczach Anny mignęło coś ostrego.

— Paweł nie wchodzi bez pozwolenia.

— Skąd wiesz?

— Wiem.

— To zadzwoń do niego. — Marek powiedział. — Niech przyjdzie. Pogadamy.

Anna milczała chwilę, a potem sięgnęła po telefon. Wybrała numer.

— Paweł? — powiedziała do słuchawki. — Marek wrócił. Tak. Jest… zamieszanie. Mógłbyś przyjść?

Marek obserwował jej twarz. Jej usta ułożyły się w cienki uśmiech.

— Nie, nie chodzi o pieniądze. — Zawahała się. — Nie, nie trzeba… Dobrze. Tak. Czekamy.

Rozłączyła się.

— Przyjdzie — powiedziała.

— Kiedy?

— Wkrótce.

Marek przeczesał włosy dłonią.

— Anna, mówisz dziwnie. Jakbyś się bała.

— Nie boję się. — Odparła. — Ja tylko… tu jestem.

— To brzmi jak więzienie.

Anna spojrzała na niego długo, a potem powiedziała coś, co na moment odebrało mu mowę.

— Dla niektórych to jedyne miejsce, gdzie mają prawo być.

Nim zdążył dopytać, rozległo się pukanie do drzwi.

Trzy uderzenia. Mocne, pewne.

Marek poszedł otworzyć, ale Anna go wyprzedziła. Jakby nie chciała, by Paweł widział, że Marek ma kontrolę.

W progu stał Paweł Rogowski.

Wysoki, barczysty, z twarzą, która mogła wyglądać przyjaźnie, gdyby nie oczy — oczy były zbyt uważne. Ubrany w roboczą kurtkę, w dłoniach trzymał czapkę, jakby to była przepustka.

— Dzień dobry — powiedział, patrząc najpierw na Annę, dopiero potem na Marka. — To pan Marek.

— Marek — poprawił. — Po prostu.

— No. — Paweł uśmiechnął się jednostronnie. — Wrócił pan.

Marek skrzyżował ręce.

— Wróciłem. I zniknęła mi walizka.

Paweł uniósł brwi w udawanym zdziwieniu.

— Walizka?

— Tak. Zostawiłem ją w przedpokoju.

Paweł spojrzał na Annę, jakby pytał ją o pozwolenie.

— Ja tu nie wchodzę, kiedy nie trzeba — powiedział w końcu. — Po co miałbym brać walizkę?

— Nie wiem. — Marek zbliżył się o krok. — Może dlatego, że uważa pan, że ten dom nie powinien do mnie należeć.

W powietrzu zrobiło się gęsto.

Anna odchrząknęła.

— Marek…

Paweł popatrzył Markowi prosto w oczy.

— Ja uważam — powiedział powoli — że dom powinien należeć do tego, kto go nie zostawia.

Marek poczuł ukłucie gniewu.

— To nie jest odpowiedź.

— To jest odpowiedź — Paweł wszedł do środka bez zaproszenia, rozejrzał się, jakby sprawdzał, czy wszystko stoi na swoim miejscu. — A walizka… może pan ją źle postawił. Dom jest stary. Tu się rzeczy przesuwają.

Marek zaśmiał się krótko, bez radości.

— Naprawdę? Rzeczy przesuwają się same?

Paweł wzruszył ramionami.

— Jak się długo nie bywa, to się nie wie.

Anna dotknęła ramienia Marka, jakby chciała go uspokoić.

— Paweł, pomożesz nam poszukać? — zapytała.

Paweł skinął głową.

— Mogę zobaczyć strych. Piwnicę.

Marek spojrzał na niego ostro.

— Piwnicę nie. Zniknął klucz.

Paweł uśmiechnął się.

— Klucz do piwnicy? — powtórzył. — Ten z ułamanym ząbkiem?

Marek zesztywniał.

— Skąd pan wie?

Paweł wzruszył ramionami.

— Znam ten dom. Wszystko tu znam.

I w tej chwili Marek zrozumiał, że to nie jest zwykły sąsiad.

To ktoś, kto uważa to miejsce za swoje.3

PIERWSZA KREW

Wyszli we trójkę na korytarz, a potem do salonu. Paweł szedł pierwszy, pewnie, jak przewodnik. Dotykał framug palcami, jakby liczył rysy.

— Tu się nic nie zmienia — powiedział z cichą satysfakcją.

— Zmienia się — odparł Marek. — Ja wróciłem.

Paweł nie skomentował. Zatrzymał się przy schodach prowadzących do piwnicy. Drewniane drzwiczki na dole były zamknięte, a na klamce wisiał cienki kawałek sznurka — jak prowizoryczna plomba.

— To kto to zawiązał? — Marek wskazał sznurek.

Anna odpowiedziała szybko:

— Żeby… żeby się samo nie otwierało.

Paweł przyjrzał się sznurkowi i uśmiechnął się krzywo.

— Ładny węzeł — powiedział. — Ktoś się zna.

Marek poczuł, że coś mu umyka. W tych zdaniach była gra, do której nie miał instrukcji.

— Paweł, mówiłeś, że możesz wejść do piwnicy — powiedziała Anna, a jej głos zabrzmiał jak prośba. — Ale klucz zniknął.

Paweł dotknął klamki.

— Zamek jest stary. Wystarczy go… poczuć.

Marek otworzył usta, by zaprotestować, ale Paweł już to robił: przyłożył palec do szczeliny, wsunął cienki metalowy drucik, który wyjął z kieszeni kurtki. Kilka sekund, drobny zgrzyt i zamek puścił.

Marek poczuł, jak coś w nim pęka.

— Czyli jednak można wejść bez klucza — powiedział chłodno.

Paweł spojrzał na niego.

— Jak się umie, to można wiele rzeczy.

Anna stała przy schodach i patrzyła w dół. Jej palce zaciskały się na rękawie swetra.

— Nie schodźcie wszyscy — powiedziała nagle.

— Dlaczego? — Marek zapytał.

— Bo… — urwała. — Bo wilgoć. I strome schody.

Paweł był już w połowie drogi.

— Ja zejdę pierwszy — rzucił. — Zobaczę, czy nic się nie zawali.

Zniknął w ciemności piwnicy. Marek stał i słuchał. Skrzyp desek. Potem cisza.

— Paweł? — zawołała Anna.

— No! — odpowiedział z dołu. — Jest tu jak zawsze. Śmierdzi.

Marek zrobił krok w stronę schodów.

Anna złapała go za nadgarstek mocniej, niż by się spodziewał.

— Nie idź — wyszeptała.

— Czemu?

— Bo dom… — urwała, jakby bała się wypowiedzieć to słowo do końca.

Marek wyrwał rękę.

— Dość. — Jego głos był ostrzejszy. — To mój dom. Nie będę się zachowywał jak gość, którego się prowadzi na smyczy.

Zszedł kilka stopni. Z dołu uderzył w niego zapach: ziemia, pleśń, stare przetwory… i to metaliczne coś, które czuł już przy drzwiach.

— Paweł? — zawołał.

Nie było odpowiedzi.

Anna stała na górze schodów, nieruchoma jak figura.

— Paweł?! — Marek powtórzył głośniej.

Wtedy usłyszał dźwięk, którego nie da się pomylić.

Stłumiony, krótki jęk.

Jakby ktoś dostał w brzuch i próbował krzyknąć, ale nie miał powietrza.

Marek zbiegł na dół.

W piwnicy było ciemno. Jedyna żarówka na kablu wisiała przy wejściu i rzucała słabe światło na wilgotną podłogę. Dalej były tylko kontury: półki z słoikami, stary stół, skrzynie.

— Paweł! — Marek przeszedł kilka kroków, potknął się o coś miękkiego.

Spojrzał w dół.

Czapka.

Ta, którą Paweł trzymał w dłoniach.

Marek poczuł zimno na kręgosłupie. Podniósł wzrok i zobaczył go.

Paweł leżał w wąskim przejściu między ścianą a półkami. Jedno ramię miał wyciągnięte do przodu, palce rozcapierzone, jakby chciał chwycić powietrze. Głowa była przekręcona nienaturalnie.

A pod głową — ciemna plama.

Marek zrobił krok, a potem drugi, i nagle zobaczył szczegół, który wbił mu się w pamięć na zawsze:

na ścianie, tuż nad poziomem podłogi, były ŚLADY PAZNOKCI.

Świeże. Wydrapane w mokrym tynku.

Jakby Paweł próbował się wydostać… spod czegoś. Spod ciężaru. Spod czyjejś ręki.

Marek cofnął się odruchowo.

— Anna! — krzyknął. — Anna, wezwij policję!

Z góry schodów dobiegł go jej głos, ale brzmiał dziwnie, jak przez grubą tkaninę.

— Co się stało?
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij