Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Tunel - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
31 października 2011
26,90 zł
2690 pkt
punktów Virtualo

Tunel - ebook

Jest rok 2000. W tajemniczych okolicznościach ginie Klaus, który niemal dwadzieścia lat wcześniej nadzorował budowę pewnego tunelu. Czy ma to coś wspólnego z ucieczką Franza, który w 1981 roku przedostał się tym 148-metrowym tunelem z Berlina Wschodniego do Zachodniego? Jaki związek mają z tym Victoria, która uciekła w bagażniku ze Wschodu na Zachód, i Magda, Polka, która wyjechała na stypendium do NRD i na swoje nieszczęście zakochała się we Franzu?

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-7799-550-1
Rozmiar pliku: 1,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

_Stefanowi_

PROLOG

Klaus otworzył oczy.

Szum w uszach narastał i cichł w zależności od wibracji dzwonka. Początkowo słychać było wysokie tony przechodzące w niskie, a pod koniec już tylko żałosne drżenie. Mężczyzna wstał gwałtownie i spojrzał w okno. Ledwie świtało. Narzucił na plecy szlafrok i wyszedł na zimny korytarz. Dzwonek rzęził ostatkiem sił. Klaus szarpnął za klamkę. Za drzwiami stał starszy człowiek w eleganckim płaszczu.

– Witam! – Nieznajomy uśmiechnął się szeroko i zrobił krok naprzód.

W tej samej chwili z ciemnego kąta wyłoniła się masywna postać z wygoloną czaszką i pchnęła drzwi z olbrzymią siłą. Klaus odbił się od ściany i runął na kolana. Gość od dzwonka wszedł do środka, a za nim podążył Łysy, który jednym spojrzeniem zlustrował korytarz i ruszył dalej, w głąb mieszkania. Poruszał się zwinnie, automatycznie, jakby stworzono go wyłącznie dla tych kilku czynności.

– Gość w dom, Bóg w dom – powiedział nieznajomy i spojrzał na Klausa.

– Czego? – Klaus nie dokończył.

Łysy podszedł do niego, pogroził mu palcem i zniknął. Został sam z człowiekiem w eleganckim płaszczu. To na pewno tylko sen, pomyślał. Uszczypnął się w łydkę.

– Nazywam się Johannes Foerster – przerwał ciszę nieznajomy.

Nie, to nie sen, przyszło na myśl Klausowi.

– Jestem dobrze wychowanym człowiekiem i nie lubię chamstwa, ale czasem… – Foerster rozłożył szeroko ręce.

Zaraz zwariuję, pomyślał Klaus i zacisnął pięści.

Tymczasem nieznajomy czuł się jak u siebie w domu, ściągał skórzane rękawiczki i płaszcz. Ukazała się elegancka apaszka z końcami sczepionymi dużym pierścieniem, a potem dwurzędowa kamizelka. Kamizelka i spodnie w niemal niewidoczną szkocką kratkę były szyte na miarę.

Okej, okej, okej, wszystko w porządku, uspokajał samego siebie Klaus, ale nie wytrzymał:

– Co tu się wyprawia?! – spytał przez zaciśnięte zęby.

Jak wszyscy żylaści mężczyźni, Foerster pozbawiony był brzucha, ale nie należał do najszczuplejszych. Miał grubą szyję, szerokie dłonie z bardzo długimi palcami, które świadczyły o tym, że był jeszcze silny w rękach. Jego twarz była wypielęgnowana, pokryta delikatną opalenizną charakterystyczną dla ludzi o jasnej karnacji. Szpeciła ją jednak głęboka blizna między oczami, sprawiająca, że twarz wyglądała jak przecięta na pół. Szpakowate, rzadkie włosy nosił zaczesane gładko do tyłu. Spod wysokiego czoła zerkały bladoniebieskie oczy. Delikatna cera, blizna, gruba szyja, wąskie palce, nic do siebie nie pasowało. Zdawało się, że był w świetnej kondycji, chociaż już dawno przekroczył siedemdziesiątkę.

Oliwkowe rękawiczki spoczęły na kuchennym stole. Johannes Foerster pogładził je lekko, powiesił płaszcz na oparciu krzesła i usiadł. Następnie rozpiął guziki przy mankietach koszuli i podciągnął rękawy. Jeszcze chwila i zrobi nam śniadanie, pomyślał Klaus. Ale nie, rozsiadł się wygodnie, spojrzał na beżowe lakierki z cieniowanej skóry i delikatnie je przetarł. Westchnął i skierował wzrok na Klausa.

– Nie jest pan zbyt gościnny, panie. Kreifeld. Czy powinienem raczej zwracać się do ciebie Steinbach? Jak pan woli? – powiedział, przechodząc znów na pan.

Klaus wyczytał w jego oczach siłę i dostrzegł, że mają chytry, inteligentny wyraz. Czuł, że ten człowiek przyszedł tu po coś konkretnego i pragnął to mieć natychmiast, ale nie chciał się pozbawić zabawy, jaką niesie ze sobą poznawanie kogoś, kto może to dać. Nie odpowiedział. Wyciągnął z kieszeni szlafroka paczkę cameli i rozejrzał się za zapalniczką. Foerster nie spuszczał z Klausa wzroku.

– I do tego palacz! – Pokręcił z dezaprobatą głową.

Klaus podszedł do okna. Jedno spojrzenie wystarczyło, żeby ogarnąć sytuację. Na dole parkował nieznany, dość duży samochód, a na rogu stał smętny facet. Środki ostrożności na miarę prezydenta. Ale Foerster nie był prezydentem.

– Zasłania pan światło. – Foerster uśmiechnął się i rzucił na kuchenny blat foliowy woreczek z ciemnym proszkiem. Po kuchni rozszedł się zapach świeżo prażonej kawy. – Zalać gorącą wodą. Nie wrzątkiem! Gorącą!

Klaus nie zareagował. Zapalił papierosa i oparł się o ścianę. Miał świetny widok na korytarz.

Foerster wstał, mówiąc:

– Żyje pan skromnie, jak widzę. Nie lubi pan przepychu? – Przeciągnął palcem po półce.

– Można by pomyśleć, że ludzie tacy jak pan nie mają nic do stracenia. Albo prawie nic. No cóż – ciągnął. – Prawie to nie do końca nic, prawda? Dla jednych wszystko to kobiety, dla innych praca, dla jeszcze innych wódka i na przykład… – tu zawiesił głos i spojrzał Klausowi prosto w oczy – siostra.

Klaus nie okazał zdenerwowania, chociaż ściskało go w żołądku.

Milczeli. Foerster odezwał się dopiero po dłuższej chwili:

– Pan ma siostrę, słyszałem? Tylko ją jedną. Tak, mała rodzina, cenna rodzina.

Klaus zastanawiał się, jaki kolor ma pole magnetyczne. Czy energia, jaką wytwarza ciało, widoczna jest na monitorach komputerów? Może przyspieszone bicie jego serca rejestruje właśnie elektrokardiogram? Może nawet tam na dole je słychać? Wstał. Trzeba czymś zająć ręce.

– Przejdźmy do interesów. Otóż widzi pan… – Foerster zakasłał. – To sprawa poufna i zależy mi na szczerej rozmowie. Wczoraj przeczytałem pewien artykuł, który mnie zaniepokoił. Postanowiłem niezwłocznie porozmawiać z jego autorem. Niestety, okazało się, że nie żyje. Co za pech, prawda?

Klaus nie miał pojęcia, o czym jego gość mówi. Wstawił wodę. Zagotowała się błyskawicznie. Wsypał do kubka ziarnisty proszek i zalał wrzątkiem, zapomniał o gorącej wodzie.

– Nawet jeśli jedno zdanie z tego artykułu odpowiada prawdzie… – Foerster urwał, kiedy Klaus tak postawił przed nim biały kubek z kawą, że ją rozlał.

– Pan jest zdenerwowany? – spytał.

– Nie, spokojny jak baranek – uśmiechnął się Klaus.

– A mnie się wydaje, że pan się denerwuje. Na czym to stanęliśmy? – spojrzał na swego rozmówcę spod powiek. W tym momencie Klaus pomyślał, że jednak mu kogoś przypomina, ale kogo. Johannes, Johannes, Johannes Foerster.

– Mówiąc krótko, chodzi mi o parę informacji dotyczących naszego. – Foerster zawiesił głos – wspólnego znajomego. Bo widzi pan, w tym artykule było sporo o naszym wspólnym znajomym.

Teraz Klaus nie spuszczał z niego wzroku.

– Chciałbym się upewnić, czy człowiek, o którym ten nieszczęśnik pisał, jeszcze żyje. Nie będą ukrywał, pragnę wiedzieć o tym człowieku wszystko.

Klaus patrzył bezmyślnie przed siebie. Wciąż nie rozumiał, o co chodzi, czy o tego, co pisał i umarł, czy też o tego, co nie żyje, a on myśli, że żyje. Poza tym był jeszcze jeden problem.

– Widzi pan – powtórzył Klaus za swoim gościem – problem w tym, że gówno mnie to obchodzi.

– Filip Kreifeld – wycedził Foerster niespodziewanie i jego oczy pociemniały. Dosłownie wpiły się w twarz Klausa.

Klaus uśmiechnął się i zanim Foerster zdążył się zorientować, włączył na cały regulator radio. Na złość tym na dole.

– Żyje czy nie? – Na skroniach Foerstera widać było silne zaczerwienienie, typowe dla ludzi o cienkiej skórze.

– Chce mi się spać – przerwał mu Klaus.

– Żyje czy nie?! – Foerster jednym silnym szarpnięciem wyciągnął wtyczkę z kontaktu. Zapanowała cisza. Mimo to musiał się mocno wysilić, by uchwycić sens słów, kiedy Klaus bezgłośnie poruszał wargami:

– Filip Kreifeld nie żyje, zmarł na atak serca w 1988 roku.

*

Victoria postawiła przed Klausem dymiący talerz i chciała właśnie wyłączyć telewizor, kiedy na ekranie pokazał się jakiś materiał archiwalny. Stanęła wpatrzona w ekran. Czarno-białe migawki z lotniska. Otwierają się drzwi, wychodzi wysoki brunet w eleganckim płaszczu. Powoli schodzi po schodkach. Zbliżenie. Jego gładko, po amerykańsku zaczesane włosy, wysokie czoło, rybie usta powodują, że wątróbka z przypieczoną cebulką stanęła Klausowi w gardle. Klaus wstał. Spikerka coś mówiła. Następne zdjęcie, ten sam człowiek, ale nieco starszy. To już nie były zdjęcia archiwalne. Jeszcze jeden materiał filmowy, tym razem kolorowy. Ten sam człowiek znów na lotnisku, czarny płaszcz, kapelusz. Victoria podeszła do telewizora, Klaus też. Wpatrywali się w ciemne worki pod oczami szpakowatego mężczyzny. Nie mieli najmniejszej wątpliwości, to on. Wszystko nieco zniekształcone, jakby większe, obwisłe policzki, duży nos, krzaczaste brwi, ale to on. Victoria przeniosła wzrok z ekranu na Klausa.

– To niemożliwe – powiedziała.

– Niemożliwe – powtórzył za nią Klaus.

Przed oczami mieli twarz człowieka, który żyje, chociaż z całą pewnością nie żyje, nie może. Przecież wiedzą o tym. Nie dalej jak dwa dni temu musiał to powtórzyć kilka razy Johannesowi Foersterowi, a potem raz jeszcze opowiedzieć o wszystkim bardzo szczegółowo, bo nalegała na to masywna postać z wygoloną czaszką.

Victoria poszła do domu. Klaus siedzi w kuchni i patrzy przed siebie. Na stole stoi butelka wódki, którą przyniósł mu parę dni temu rzeźnik, ten od wątróbki. Chce wstać, odkręcić zakrętkę i pić z gwinta, ale nawet mu się nie chce wstać. Ktoś, kto pije latami, dobrze wie, ile mu potrzeba, wie, że pół litra nie wystarczy, że będzie po nocy leciał po następną flaszkę. To lepiej już nie zaczynać… Ale w tej chwili ma inne problemy. Wdepnął w gówno, nie wychodząc z domu.

11.12.2000

PONIEDZIAŁEK, GODZINA 12.10

Od kilkunastu minut podróżował sam, nieliczni podróżni wysiedli już wcześniej. Pociąg monotonnie posuwał się, mijając to, co zazwyczaj mija pociąg. Klaus poczuł senność i przymknął powieki. Starał się nie tracić z oczu przesuwających się stacji, ale powieki same się zamykały. Dopiero kiedy wjechali w tunel i zobaczył w odbiciu szyby swoją twarz, senność zastąpiło rozdrażnienie. W brudnej szybie na trasie Berlin-Rostock o godzinie dwunastej dziesięć odkrył zaskakujące podobieństwo do rodziców. Nos długi jak u ojca, głęboko osadzone matczyne oczy i jakaś niepokojąca bruzda ciągnąca się od nosa po kąciki ust. Pociąg wjechał w otwartą przestrzeń i wlókł się w nieznane. W szyby uderzyły krople deszczu, a spod krzaczastych brwi zerkały na Klausa podkrążone oczy matki. Zaklął pod nosem i przeniósł wzrok na swoje buty, doczyszczone, starannie zasznurowane. Victoria zwracała na takie rzeczy uwagę.

Deszcz padał coraz mocniej.

Spojrzał na zegarek – półgodzinne opóźnienie, ale to już chyba niedaleko. Ostatni rzut oka na wypastowane buty i na komórkę. Klaus wstał, ściągnął z półki plecak i wyszedł. Minął przedział, w którym siedziała kobieta z dzieckiem, ostatni pasażerowie – pozostałe przedziały były puste. Pociąg powoli wtaczał się na peron.

Peron był tak krótki, że zatrzymały się przy nim tylko pierwsze wagony, ostatni stał w szczerym polu. Oprócz Klausa nikt nie wysiadł. Zeskoczył na popękane kamienne płyty. Konduktor podniósł lizak do góry i po chwili zatrzasnął drzwi. Pociąg ruszył. Pusty peron. Nieznane miejsce. Wokół szumiący las. Peron wygląda, jakby za chwilę miał się zawalić. Nad wyjściem kołysze się banner z reklamą gumy do żucia. Takiej stacji jak ta jeszcze nie widział.

Rozejrzał się dookoła, nie dowierzając, że dziesięć lat po zjednoczeniu są jeszcze w Niemczech takie miejsca. Niepewnie schodził po walących się schodkach. Nieoświetlone i długie przejście podziemne okazało się jedynym wyjściem z peronu. Miarowe kroki odbijały się głuchym echem od ścian. Mimowolnie obejrzał się za siebie. Po dziesięciu sekundach dotarł do stromych schodków i wyszedł wprost na jezdnię. Nie spodziewał się tętniącego życiem miasta, jednak to, co zobaczył, zaskoczyło go nie mniej niż peron. Zdewastowany przystanek, waląca się ławka i ponury las. Tu kończył się świat.

Dobrze, że przestało padać. W Berlinie nie uświadczysz ani grama śniegu, ale tutaj między drzewami było biało. Westchnął i sięgnął po komórkę. Minęło kilka chwil, zanim zorientował się, że nie ma zasięgu. Przeszedł kilka metrów w tę i we w tę, kreseczki pokazały się dopiero, kiedy uniósł rękę wysoko do nieba. Żeby się gdzieś dodzwonić, musiałby chyba wdrapać się na drzewo. Rozejrzał się dookoła jeszcze raz z niedowierzaniem. W końcu wyjął z plecaka puszkę piwa i pociągnął za zawleczkę. Odgłos rozniósł się echem po całym lesie.

GODZINA 15.05

Victoria stała przed kamienicą na Bürknerstrasse i patrzyła na grupkę dzieci. Maluchy popędzane przez wychowawczynie przekomarzały się i biegały za wypuszczonymi z rąk balonikami. Śledziła je wzrokiem, dopóki nie zniknęły za skrzyżowaniem. Strasznie bolała ją głowa. Próbowała przypomnieć sobie, czy przyjechała tutaj taksówką, czy metrem. Nic. Pustka. Chwiejnym krokiem ruszyła w stronę bramy. Rozejrzała się niespokojnie, ale nie dostrzegła niczego podejrzanego.

Czuła, jak drżą jej kolana, jak pulsuje krew w skroniach, ale przecież nie podda się tu na korytarzu, niech się dzieje, co chce, ale już tam, w środku, w mieszkaniu, nie tutaj. Zaraz jej głowa pęknie. Z trudem wdrapała się na ostatnie piętro. Kątem oka zarejestrowała uchylone drzwi z naprzeciwka. Sąsiadka znów się za nimi czaiła. Victoria oparła się o ścianę i oblizała spierzchnięte wargi. Nabrała powietrza i zadzwoniła. Nic. Odczekała i ponownie nacisnęła dzwonek. Cisza. Jak to, nie ma go? – zastanawiała się. Klausa nie ma w domu? To niemożliwe. Spróbowała jeszcze raz i jeszcze raz. W końcu zaczęła okładać drzwi pięściami.

GODZINA 15.10

Autobus nie przyjechał, chociaż Klaus czekał naprawdę długo. Wrócił na peron. Nie znalazł rozkładu jazdy, żadnych informacji, nic, zobaczył tylko tablicę z nazwą stacji. Stała przekrzywiona, zardzewiała i zafajdana przez ptaki, z czapką śniegu na krawędziach. Przeszedł peron wzdłuż, sprawdzając, czy nie ma jakiegoś innego wyjścia, jakiejś innej drogi, ale nie było.

Przeszukał plecak, do którego spakował przezornie termos, latarkę i mapę. Kawa była jeszcze ciepła. Zawsze pakował latarkę, przyzwyczajenie z zamierzchłych czasów. Kilka minut bił się z myślami, czy nie otworzyć jeszcze jednej puszki piwa.

GODZINA 16.00

Szperała nerwowo w torebce. Wreszcie znalazła klucze i podniosła się z kolan. Drzwi z naprzeciwka się uchyliły i sąsiadka wystawiła głowę. Gdyby Victoria miała więcej siły, wywlokłaby ją z mieszkania i spuściła ze schodów. Ale już sama ta myśl ją zmęczyła. Głęboko odetchnęła i spróbowała trafić w zamek. Nic z tego. Jeszcze raz. Klucz ślizgał się w dłoniach, miała przeraźliwie spocone ręce. Nie, to nie spocone ręce, to łzy kapały jedna za drugą, kap, kap, kap. na płaszcz, na dłonie. Klucz nadal się ślizgał, ale w końcu udało się go włożyć w dziurkę zamka.

Klaus witał ją zawsze na progu, to on otwierał jej drzwi. Gdzie on jest? – rozważała. Dlaczego go nie ma? Do wszystkich przeżyć tego dnia dołączyło jeszcze okropne poczucie pustki. Nie domknęła drzwi, nie zapaliła światła, machinalnie podążyła w kierunku sypialni, gubiąc po drodze płaszcz, klucze, torebkę. Padła na łóżko Klausa i zaniosła się płaczem.

Jednak po chwili wstała i wróciła do drzwi wejściowych. Przekręciła klucz w zamku i wróciła do sypialni.

GODZINA 16.05

Z początku szło mu się całkiem nieźle, po godzinie minął nawet jakiś dom, w oknach były firanki i kwiaty, ktoś tu więc jednak mieszkał. Autobus musiał też jeździć, bo mijał drugi przystanek. Bolała go noga. Szosa była śliska i w dalszym ciągu nie miał zasięgu w komórce, ale wierzył, że niechybnie zbliża się do celu.

W ciągu ostatnich dwóch godzin spotkał na drodze tylko jedną żywą istotę: kota. Gdzie są koty, tam są i ludzie, pomyślał, ale to było godzinę temu. Starał się nie zbaczać z asfaltowej drogi, szedł już długo i wydawało mu się, że las gęstnieje, a droga jakby się zwęża. Nagle z boku zamigotały światła. Ruszył w ich kierunku wolno, przyświecając sobie latarką, ale po chwili światła znikły. A może mu się tylko przywidziało? Stał teraz przy oblodzonym mostku, za którym musiała być dróżka, ale nie miał odwagi zanurzać się głębiej w las. Rozejrzał się w szarówce znikającego za drzewami dnia – niewiele było widać.

Wrócił na drogę. Parę metrów dalej zobaczył tablicę z nazwą wioski, której szukał. Odetchnął z ulgą i przyspieszył. Wkrótce za zakrętem ukazały się latarnie i przystanek autobusowy. Klaus dopiero teraz poczuł, jak bardzo był spięty.

Jednak w miarę jak się zbliżał do umówionego miejsca, mina mu rzedła coraz bardziej. Ze wszystkich mijanych po drodze przystanków ten wyglądał najgorzej. Prószył śnieg, ciszę zakłócała tylko poruszana wiatrem tabliczka z napisem Haltestelle. Przeszedł na drugą stronę i przyświecił latarką, poza niekończącą się polaną nie odkrył niczego, co przypominałoby osadę ludzką. I wtedy po raz pierwszy poczuł strach.

WIECZÓR

Wstała dopiero pod wieczór. Była nieprzytomna od płaczu. Powoli, po omacku, przeszła do kuchni. Zapaliła światło i nalała do szklanki wodę z kranu. Piła łapczywie. Rozejrzała się i zauważyła, że coś się nie zgadza.

W kuchni panował porządek inny niż zawsze. Koperty i gazety leżały na blacie kuchennym, nie na stole, ścierka wisiała na oparciu krzesła, a nie na grzejniku, na stole brakowało serwetki. Na półce nie było świecznika. Klaus ścierał kurze? – zastanawiała się. Planował wyjazd? To niemożliwe.

Zajrzała do lodówki, nie wyglądało na to: mleko, ogórki, wódka i piwo. Standard. Zerknęła na stertę rachunków i gazet. Victoria nie należała do ludzi, którzy nie czytają cudzej korespondencji. Przez całe swoje życie robiła najróżniejsze rzeczy mające niewiele wspólnego z czymś, co potocznie nazywamy uczciwością. Nie odbywało się to na wielką skalę, ale wystarczało, żeby otworzyć czyjś list, podsłuchać czyjąś rozmowę. W normalnych warunkach każda zmiana w mieszkaniu Klausa wzbudziłaby jej czujność, ale nie dzisiaj. Obojętnie przejrzała koperty i padła na krzesło. Tak bardzo chciała z Klausem porozmawiać, zapytać, co dalej. Wciąż widziała przed sobą obrazy, które zatruwały jej mózg i wgryzały się w każdy jego zakamarek. Nieszczęście, które przed paroma godzinami zatrzęsło jej życiem, spowodowało, że wszystko miało od tej pory dzielić się już tylko na przedtem i potem. To potem zaczynało się właśnie teraz.

– Klaus, Klaus – łkała.

Ale Klausa nie było. Była całkiem sama.

Wstając, zahaczyła o krzesło. Upadło, nawet nie zauważyła. Wyciągnęła z lodówki wódkę. Metalowa zakrętka potoczyła się pod drzwi. Piła prosto z butelki.

ŚWIT, SOBOTA

Victoria opróżniła już prawie całą butelkę, kiedy czarne duże bmw wjechało w Bürknerstrasse. Jechało bardzo powoli.

– Stanąć? – zapytał kierowca.

Siedzący obok niego potężny łysy mężczyzna nie odpowiedział. Po chwili podniósł rękę i wskazał na lewo. Kierowca wjechał zgrabnie w niewielką lukę i nacisnął na guzik, szyba błyskawicznie się zsunęła. Łysy wychylił się i spojrzał w okna mieszkania na czwartym piętrze.

– Pali się światło – odezwał się po raz pierwszy, odkąd wjechali do miasta.

– Niemożliwe. – Kierowca poruszył się niespokojnie.

– Ile mamy czasu?

– Siedem minut.

– Jedziemy!

Zatopieni we własnych myślach powoli zbliżali się do Landwehrkanal. Zatrzymali się w zaułku naprzeciw knajpy. Po minucie wyszedł z niej jakiś człowiek w długim płaszczu. Przekręcił klucz w zamku drzwi, rozejrzał się uważnie i ruszył w ich kierunku. Był już przy samochodzie, kiedy zgasły latarnie. Ulicę ogarnęła całkowita ciemność. Kierowca wysiadł i szybko otworzył bagażnik. Zaledwie kilkanaście sekund zajęło człowiekowi w płaszczu i kierowcy wyciągnięcie ciała. Ciszy nie zakłócał ani jeden niepotrzebny szmer, ani jeden głośny oddech. Dokładnie po półtorej minuty nieznajomy zniknął gdzieś w ciemnościach, a kierowca siedział znów w samochodzie.

– Minus cztery stopnie na dworze. Będzie jakieś minus siedem – powiedział do siedzącego obok łysego mężczyzny.

Latarnie zapaliły się na nowo. W mlecznym świetle jednej z nich tuż przy wejściu do knajpy leżało bezwładne ciało Klausa. Łysy zaśmiał się cicho i pogładził po brodzie.

– Picie na mrozie szkodzi urodzie – odezwał się już bez cienia uśmiechu i dał znak do odjazdu.

Prószył śnieg, kiedy czarne bmw wjeżdżało na most przy Kotbusser Tor. Ulice były puste: żadnych przechodniów, żadnych samochodów, oprócz tych zaparkowanych po bokach w długim blaszanym szeregu, poupychanych jak serdelki. Niespodziewanie gdzieś pomiędzy nimi mignęła kobieca postać z rozwianymi włosami. Kierowca spojrzał na swego pasażera i zwolnił. Łysy mężczyzna pokiwał głową z uznaniem. Wszelkie wątpliwości, które zaprzątały mu głowę, pierzchły.

– Gołąbki same wpadają do gąbki – powiedział.

Tymczasem samochód zrównał się z kobietą. Zauważyła ich i zaczęła biec.

Czarne bmw przyspieszyło, podążając za Victorią znikającą gdzieś za mostem.

*

Sąsiadka ma brudny fartuch i czasem kłopoty z sąsiadami, ale dobrze wie, co się dzieje naprzeciwko. Czeka, ma czas. Jak coś usłyszy, wstaje i patrzy przez dziurkę od klucza albo przez wizjer.

Na trasie kuchnia-korytarz wyżłobił się już w wykładzinie głęboki ślad. Nie ma się co dziwić. Pokonuje go kilkanaście razy dziennie. W kuchni jest duże okno. Położyła na parapecie wygodną poduszkę i wygląda sobie. Raz okno, raz korytarz. W zimie woli korytarz, latem okno, ale różnie bywa.

Od siedzenia na krześle bolały ją kości. Dlatego przydźwigała fotel z pokoju. Trochę w tym fotelu drzemie, trochę czyta gazetę. Czasem wstaje i uchyla drzwi.

Na przykład dzisiaj nad ranem widziała, jak dwóch mężczyzn z kobietą wchodzą do sąsiedniego mieszkania. Ta kobieta to Victoria, siostra tego pijaka, Klausa, z naprzeciwka. Ona często tu przychodzi. Elegancka taka.

Sąsiadka zazwyczaj uchyla drzwi, żeby zobaczyć, jaka sukienka, jaki but, czy Klaus pijany, ale odkąd tacy dwaj się tu kręcą, woli zamykać drzwi na cztery spusty. Lepiej się w oczy nie rzucać, światła nie palić. Ale przez wizjer też dużo widać.

No więc tak, Klaus wyjechał. Wyszedł z plecakiem. Widziała. Potem przyszła Victoria, sama. Dziwnie wyglądała, jak nie ona. W nocy wyszła. Ruch tam był jak nigdy. Tych dwóch, co przyszli z Victorią, również zna z widzenia. Jeden to taki wielki i łysy, już tu kiedyś był, a ten drugi stoi czasem pod klatką i też tutaj raz był.

Od kilku dni nie ogląda telewizji, tyle się dzieje za drzwiami.

Ci dwaj wyszli po godzinie. Sami, bez tej siostry. Jak tylko usłyszała, że drzwi na dole się za nimi zamknęły, to nie wytrzymała i poleciała zobaczyć co i jak.

Jak ktoś kiedyś zapyta, to opowie.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij