Twisted Knight - ebook
Holden
Wróciłem do rodzinnego miasta, w którym ostatni raz widziano mnie piętnaście lat temu. Nikt mnie nie poznał – z biednego chłopaka zmieniłem się w niewyobrażalnie bogatego, szanowanego biznesmena. Wszyscy chcą wiedzieć, kim jestem, a elita Westmore dałaby się zabić, żeby zdobyć moje względy. Wiem, czego chcę, i sięgam po to bez wahania. Mam tylko jeden cel: zniszczyć rodzinę, która odebrała mi wszystko.
Nie przewidziałam jednak, że na mojej drodze stanie Rowan Rothschild – zt y c hRotschildów. Piękna, inteligentna i zdecydowanie zbyt dociekliwa Rowan...
Rowan
Nigdy nie potrafiłam zachowywać się jak panienka z dobrego domu. Nie chcę i nie muszę polegać na żadnym mężczyźnie. Pragnę przejąć stery rodzinnej firmy... Problem w tym, że zamiast mnie miejsce na szczycie zajął mój brat. To ja jestem bardziej kompetentna, ale nikt nie potrafi tego dostrzec. Wszyscy widzą we mnie tylko nieszkodliwą kobietę.
Jakby tego było mało, w mieście pojawia się tajemniczy, wpływowy i arogancki Holden Knight. Może jestem dla niego tylko pionkiem. A może to ja wciągnę go w swoją grę.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Erotyka |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68851-31-1 |
| Rozmiar pliku: | 1,8 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
ROWAN
Nienawidzę tego miejsca.
Tego eleganckiego biura wyłożonego ciemnym drewnem, z granatowymi akcentami, które przywodzi na myśl otwartą trumnę – wytworne i na pokaz.
Jego właściciela, Henry’ego Williamsa, prawnika od spraw spadkowych, z pustką wypisaną na twarzy i splecionymi dłońmi, oraz tego, jak przygląda mi się zza okularów w cienkich drucianych oprawkach.
Tego, jak drobinki kurzu tańczą w promieniach słońca, żeby po chwili zagubić się na powrót w mroku.
Przede wszystkim jednak gardzę powodem, dla którego wszyscy się tu znaleźliśmy – cała rodzina Rothschildów w komplecie, zastygła w oczekiwaniu jak stado wściekłych wilków. Skoro siedzimy u prawnika, to znaczy, że w końcu muszę pogodzić się z rzeczywistością, a więc ze śmiercią babci.
Kiedy odeszła, straciłam ostatnią osobę, która naprawdę mnie rozumiała. Największą fankę. Nieustępliwą buntowniczkę. Kobietę zachęcającą mnie, bym podążyła ścieżką, którą ona wytyczyła, wbrew wszelkim normom obowiązującym w Westmore.
Skręca mnie w żołądku.
Pan Williams wzdycha ciężko, choć nie bez współczującej nuty, i rozplata dłonie, by przewrócić stronę w leżącej przed nim teczce.
– Jeśli zaś chodzi o organizacje charytatywne. Państwa babka przekazała...
– Możemy przyspieszyć? – pyta mój brat Rhett. Nerwowo porusza nogą, a jego telefon znów wibruje. Zniecierpliwione sapnięcie Rhetta niesie się po pomieszczeniu. – Minął tydzień. Babcia chciałaby, żebyśmy wiedzieli już, co nam zostawiła...
– Proszę mu wybaczyć. – Mama zerka na mojego brata, a jej usta wyginają się w pełnym napięcia, przepraszającym uśmiechu. – Ta śmierć... wyprowadziła go z równowagi.
_Równowagi? A może by tak przyznać, że jest zwyczajnym dupkiem?_
Prawnik odchrząkuje.
– Jak już mówiłem, państwa babka przekazała milion dolarów organizacji Humane Society, a także Fairmont Revitalization Fund oraz...
– Jezu Chryste. Nie obchodzi mnie, ile zostawiła fundacjom. – Rhett wstaje i rozkłada ręce. – Chcę wiedzieć, co zostawiła mnie, żebym mógł urwać się wreszcie z tego pierdolnika, więc... czy możemy przejść bezpośrednio do tej konkretnej kwestii?
Mój tata wierci się niespokojnie na krześle i zerka na mamę. Niecierpliwość Rhetta wypełnia biuro, nie zostawiając miejsca na powietrze, ale jak zwykle nikt nie odzywa się ani słowem. Pupilek wszechświata może się rzucać do woli, reszta to tylko zwykli obserwatorzy.
– Tak, oczywiście. – Henry uśmiecha się z trudem i powoli przerzuca kolejne strony testamentu. Zachowuje się tak, jakby nie przeczytał go wcześniej, a przecież wszyscy doskonale wiemy, że to zrobił. – Mam. „Rhettowi, mojemu wnukowi: twoje nazwisko samo w sobie powinno wystarczyć. Noś je rozważnie, ponieważ to od ciebie zależy pozycja rodziny Rothschildów w Westmore. Poza tym zostawiam ci ulubioną pamiątkę rodową twojego dziadka – jego zegarek”. – Mężczyzna podnosi wzrok, wciąż z wymuszonym uśmiechem na twarzy.
– I? – dopytuje Rhett.
Henry spogląda w dół i ponownie przegląda dokument, a kiedy podnosi wzrok, by spojrzeć w oczy Rhetta, zaciska usta.
– Jeszcze kolekcję koszulek golfowych państwa dziadka. Z czasów, gdy podróżował po całym świecie i grał.
– I? – W głosie Rhetta słychać zniecierpliwienie zmieszane z niepokojem.
– To wszystko.
– Co? – wybucha Rhett. – To tyle? Jestem, kurwa, Rothschildem. Jej jedynym wnukiem. Jestem...
– Właśnie tak – odpowiada cicho Henry. – Już samo to gwarantuje panu tu, w Westmore, sukces i wysoką pozycję. Myślę, że o to chodziło pańskiej babce.
Rhett kipi ze złości. Napina mięśnie ramion, zgrzyta zębami i zaciska pięści. Odwraca się do mnie i rzuca mi nienawistne spojrzenie, jakbym miała z tym cokolwiek wspólnego.
– To jakiś, kurwa, absurd – mówi i wychodzi, stąpając ciężko.
– Rhett? Skarbie! – Mama rusza za nim.
Tata wstaje, patrząc najpierw na Henry’ego, a potem na mnie. Jest rozdarty pomiędzy tym, co chciałby zrobić, a tym, co należy. Wyraźnie się waha.
– Przepraszam, powinienem się upewnić, że z synem wszystko w porządku.
_Oczywiście. Przecież Rhett potrzebuje widowni, czyż nie?_
Henry kiwa głową, gdy mój ojciec pospiesznie opuszcza biuro, po czym zwraca się do mnie, ostatniej obecnej przedstawicielki Rothschildów, i unosi brwi.
– Chyba najlepiej będzie, jeśli dokończymy innym razem. Ma pani coś przeciwko?
– Nie, skądże.
Dzięki temu mogę jeszcze przez chwilę udawać, że babcia wciąż jest z nami.
Głupie, ale tak jest.ROZDZIAŁ PIERWSZY
ROWAN
Unoszę kieliszek i wypijam swojego shiraza duszkiem, jak porzucona na pastwę żywiołów na pustyni.
Zdecydowanie oddaje to moje nastawienie do dzisiejszego wydarzenia – Aukcji dla Zmian organizowanej przez Westmore Country Club. Otóż nie mam żadnego problemu z jej charytatywnym aspektem, natomiast z oglądaniem wystrojonej śmietanki Westmore tak naprawdę mającej gdzieś fundację, którą rzekomo wspiera, owszem, i to spory.
Szkło zostaje mi bezzwłocznie wyrwane z ręki, ale jeszcze zanim zdążę wydusić choć słowo sprzeciwu, mama zabiera je z dala ode mnie.
– Wino powinno się sączyć, Rowan, nie wlewać w siebie bez opamiętania, a kobiety powinny przejmować się swoją pozycją społeczną, nie tą na korporacyjnej drabinie.
Na szczęście odwraca się do mnie tyłem, kiedy przewracam oczami, inaczej zaserwowałaby kolejną dobrze mi znaną śpiewkę o tym, że kobiety powinny odpowiednio się zachowywać, w przeciwnym razie nie znajdą sobie męża.
Co mnie akurat odpowiada.
Jestem samodzielna. Samowystarczalna. Nie chcę i nie muszę polegać na żadnym facecie.
Spróbowałam. Przerobiłam to, wiem, jak to się kończy. Nie potrzebuję powtórki.
Jednak dla mojej mamy taka odpowiedź stanowiłaby już zarzewie kłótni, a ja nie mam teraz ochoty się kłócić, bo za niecałą minutę znajdę się w pomieszczeniu, w którym roić się będzie od kobiet o podobnych przekonaniach. Muszę zatem albo trzymać język za zębami, albo wdać się w dyskusję. Nie mam wątpliwości, że w tym drugim wypadku musiałabym przez resztę wieczoru znosić jakieś niepotrzebne uwagi. Już to słyszę.
_Widzisz? Julie Edgemoor rzuciła pracę, teraz spełnia się jako mama i jest szczęśliwa._
_Słyszałaś, że Moira została nominowana na przewodniczącą Westmore Society Women’s League? Sama mówi, że to dla niej spełnienie marzeń. I pomyśleć, że mało brakowało, a marnowałaby się jako prawniczka._
– Tak. Oczywiście – mówię i wsuwam gołą stopę w szpilkę. – Jak mogłabym zapomnieć, że w życiu najważniejsza jest uległość.
– Przestań – odpowiada matka, zbywając mnie machnięciem dłoni, jak zawsze w przypadku moich komentarzy na temat równości płci.
_Jak często żałuje, że tamtej nocy w samochodzie była Cassie, a nie ja?_
Spycham tę myśl na samo dno świadomości, grzebię ją, by stłumić ból.
Wino zaczyna szumieć mi w głowie. Mama przechodzi przez pokój i mechanicznie poprawia wystający mi spod sukienki biustonosz, chowając materiał za ramiączko. Pozwalam jej na to, to w końcu jej urodziny, głównie dlatego – no dobra, wyłącznie dlatego – zgodziłam się na tę przedimprezową wspólną posiadówę.
Jednak kiedy przestaje nade mną biadolić i zaczyna badawczo się przyglądać, mój niepokój powraca. Czego tym razem się uczepi?
– Naprawdę mogłaś tego nie robić. – Wyciąga rękę i bawi się jednym z moich loków, obecnie w ciemnym, karmelowym kolorze zamiast jasnego blondu, jaki miałam od urodzenia. – Jesteś twarzą firmy, Rowan. Naszej marki. – Robi kwaśną minę, tę, której dzieci wolą nie oglądać u rodziców, niezależnie od wieku. Następujące potem cmoknięcie jest jeszcze gorsze.
– Tak, oczywiście. Twarzą i niczym więcej – rzucam cierpko.
– Co cię podkusiło? – pyta, jakbym nic nie powiedziała.
_Może próbowałam poradzić sobie ze śmiercią babci? Albo z tym, że mój świat wywrócił się do góry nogami? Nie, no skądże._
– Potrzebowałam zmiany – odpowiadam potulnie.
– W takim wypadku można zmienić kolor paznokci u stóp i pomalować je na czerwono, a nie farbować włosy. – Wygina usta z dezaprobatą. – Cóż, Trina sobie z tym poradzi. – W końcu zajmuje się jej włosami od lat.
Opór jest bezcelowy, więc nie protestuję. Zamiast tego wydaję z siebie nieokreślony pomruk i zerkam z ukosa na pusty kieliszek.
– Mnie się podoba. – Wzruszam ramionami.
– Pff. – Uśmiech mamy nie dociera do jej oczu. – Czy to takie straszne, że chcę, abyś się ustatkowała i była szczęśliwa?
Parskam śmiechem, który bardzo nie przystoi damie.
– Co do ustatkowania się ma kolor włosów?
Matka zdejmuje nieistniejącą nitkę z mojej sukienki.
– Mężczyźni wolą blondynki. Obie o tym wiemy.
– Ach. No tak. Zapomniałam. Wiesz co, wydaje mi się, że kiedy wyszłaś za tatę, zostawiłaś przy ołtarzu swoją wolną wolę i zdolność samodzielnego myślenia. – Przewracam oczami i kontynuuję, zanim ruszy ze swoim: „Wy, młodzi, nie rozumiecie...”. – Mówiłam ci, że nie potrzebuję faceta do szczęścia.
– Nie wiem, czemu nie chcesz się zgodzić, kochanie. – Na jej twarzy pojawia się grymas. – Znamy Williamsów od zawsze. Chad to dobry facet. Byłby troskliwym mężem i na pewno niczego by ci nie brakowało.
– Mhm. – To moja jedyna odpowiedź, na tym etapie tę rozmowę mogłabym przeprowadzić przez sen.
Oczywiście Chad nie jest zły, jest po prostu... Chadem. To dla mnie drugi brat. Miły i łagodny, ale nie do końca w moim typie.
Mama spogląda mi w oczy i posyła zachęcający uśmiech, po czym chwyta mnie za ręce.
– W małżeństwie namiętność i emocje szybko się wypalają. Potrzeba ci komfortu i kogoś, na kim mogłabyś polegać. Kogoś, kto zna ciebie i środowisko, w którym dorastałaś. Kogoś, przy kim nie będziesz musiała aż tak się wysilać. Mężczyzny, który będzie rozumiał naszą rodzinę i pozycję w mieście – to, kim jesteśmy. Chadwick Williams spełnia te wszystkie wymogi, i to ze sporą nawiązką. Poza tym kocha się w tobie, odkąd byliście dziećmi. W ten sposób miałabyś z głowy te całe podchody, flirty i zakochiwanie się.
_Hmm. Dobrze wiedzieć, że to taki problem – zakochać się we mnie._
– Z całym szacunkiem, mamo, ale próbowaliśmy randkować, pamiętasz? To dobry facet, w zasadzie świetny, ale nie zaiskrzyło...
– Iskry szybko ulatują. Tlące się węgielki wytrzymują dłużej. Wkrótce skończysz trzydziestkę, słońce. Pora wybrać życie, które jest ci przeznaczone. Byłabyś dobrą żoną i cudowną matką, nie mam co do tego żadnych wątpliwości, mogłabyś zostać przewodniczącą komitetu Junior League. Osiągnęłabyś to wszystko w okamgnieniu, gdybyś tylko chciała.
Ach, tak, wyznaczona z góry ścieżka życiowa przedstawicielki Rothschildów. I wzorowej mieszkanki Westmore. Co rusz słyszę, że tak wielu zazdrości mi tego niesamowitego życia i że powinnam być wdzięczna.
_Najpierw włosy. Potem Chad. Umieram z ciekawości, co będzie następne._
– Ale dość o tym, złotko – mówi, porzucając temat, jakby nigdy nie zaistniał. – Wyglądasz dziś olśniewająco. Ideał, choć zapomniałaś o kolczykach. Wiesz, co pasowałoby do tej sukienki? Wiszące rubiny. – Unosi dłoń i muska płatek mojego ucha, odsuwając mi włosy do tyłu.
– Rubiny? – Przewracam oczami.
– Tak. – Kolejny rozmarzony uśmiech. – Uosobienie subtelności godne prawdziwej damy. Niezwykle romantyczne kamienie, nie uważasz?
– Oczywiście. Rubinowe kolczyki. – Wyglądające zupełnie jak te, o których rozmawiała kilka tygodni temu z mamą Chadwicka. Co za przypadek.
Czy ona nie ma nic lepszego do roboty, niż próbować wydać mnie za mąż?
Odpowiedź brzmi: nie. Nie byłaby też dobrą matką z Południa, gdyby zaprzątała sobie głowę czymkolwiek innym.
– Och, spójrz, która godzina. Kiedy to zleciało? – W jej uśmiechu pojawia się podekscytowanie. – Nie chcemy się spóźnić, nieprawdaż?
Rzucam ostatnie tęskne spojrzenie na wpół opróżnioną butelkę wina po drugiej stronie hotelowego apartamentu i wzdycham. Dokończenie jej, zanim udam się na górę, by odgrywać rolę idealnej córki Emmaline i Ruperta Rothschildów, znacznie by pomogło.
Nie zapominajmy też o roli siostry ich niezrównanego syna i dziedzica, który w tej rodzinie znaczy dosłownie wszystko – Rhetta Rothschilda.
A także dawnej debiutantki i przyszłego filaru społeczności Westmore.
Wykształconej, ale wyłącznie po to, by stać się przykładną przedstawicielką miejscowych – nienazwanych, ale doskonale wszystkim znanych – elit.
Twarzy naszego rodzinnego biznesu TinSpirits. Firmy założonej przez mojego prapradziadka, która początkowo produkowała wyłącznie kilka swoich flagowych trunków, ale zmieniła oblicze, aby iść z duchem czasu, i dziś zajmuje się drinkami w puszkach. To jednocześnie miejsce, w którym musiałam dosłownie błagać o jakieś prawdziwe obowiązki niemające nic wspólnego z moim wyglądem. Słowem, istotne stanowisko, na którym mogłabym wykorzystać swoją inteligencję.
_Stanowisko wiceprezeski do spraw marketingu._
To, o którym marzyłam, aż w końcu na nie zapracowałam. Wtedy przekonałam się bowiem, że to w zasadzie wydmuszka niedająca mi żadnej realnej władzy. Mimo to – a może raczej właśnie dlatego – pragnienie prowadzenia rodzinnej firmy tylko się nasiliło. Do tego stopnia, że systematycznie rozszerzałam zakres swoich obowiązków, podejmując coraz więcej zadań, aby nauczyć się działania firmy od podszewki i stać się jej nieodzownym elementem.
W windzie panuje cisza, stoimy z mamą pół metra od siebie, ona poprawia futro na ramionach, a ja myślę o wszystkich miejscach, w których wolałabym teraz być.
Jednak obowiązki wzywają. Obowiązki, od których próbuję się za wszelką cenę uwolnić – wbrew oczekiwaniom otoczenia.
Mijamy kolejne piętra, przy każdym z nich rozlega się cichy dzwonek. Odliczanie do mojej nieuchronnej zguby, czyli największego tej wiosny wydarzenia towarzyskiego Westmore. Dziś zwyczajnie należy się tu pokazać.
Mnie interesują natomiast darmowe drinki, ale nie omieszkam również przewracać intensywnie oczami, patrząc na całą tę wydumaną szopkę.
– Pamiętaj, proszę, że wystarczy nam plotek krążących obecnie na temat naszej rodziny i firmy – upomina mnie matka niskim, pozbawionym emocji tonem. – Ostatnie, czego nam dziś potrzeba, to twoje wybryki. Dzisiejsi goście obracają się w tych samych kręgach co my, ich wsparcie umożliwia nam zawieranie ważnych umów i rozwijanie relacji wzmacniających nasze rodzinne dziedzictwo. Stanowią sieć wsparcia dla naszej firmy.
_Mojej firmy._
A w każdym razie firmy, którą zamierzam przejąć bez względu na wszystko.
– Mhm – mamroczę, ponieważ niezłożonych obietnic nie można złamać.
– Rhett być może będzie ubiegać się o miejsce w radzie miasta, więc wszyscy musimy się dziś zachowywać, dlatego spróbuj robić jak najlepsze wrażenie i nie zapomnij pogawędzić z gośćmi. – Poprawia pierścionki z diamentami na palcach. – Nigdy nie wiadomo, na kogo się wpadnie.
Rozlega się dzwonek i drzwi windy się rozsuwają. W pierwszej kolejności uderza nas zgiełk. Szum rozmów i okazjonalny śmiech. Mamy przed sobą salę na najwyższym piętrze Hotelu District. Ludzie kręcą się niespiesznie z drinkami w dłoniach i uśmiechami na twarzach, ubrani w swoje najlepsze ciuchy. Perfekcyjnie skrojone smokingi. Suknie od projektantów. Biżuteria jako symbol statusu zarówno dla noszących ją kobiet, jak i mężczyzn, którzy z nimi paradują.
Gdzieniegdzie znajdują się dzieła sztuki – rzeźby, obrazy i kilka innych rzeczy – wszystkie otoczone aksamitnymi barierkami i odpowiednio oświetlone. Dochód z ich sprzedaży zasili konto Carolina Children’s Fund, organizacji charytatywnej pomagającej dzieciom w potrzebie, mieszkającym w miastach po drugiej stronie rzeki – w Fairmont, Broadmore, Granville i Livingstone, czyli tych, do których elita Westmore nigdy się nie zapuszcza, ale które z dumą wymienia jako beneficjentów swojej dobroczynnej działalności.
W chwili, kiedy moją mamę wzywają sztuczne uśmiechy i obrzydliwie słodkie powitania pozostałych członkiń Junior League, w mojej dłoni pojawia się martini.
– Uznałam, że możesz tego potrzebować.
– Ratujesz mi życie. – Całuję w policzek Caroline, jedną z moich najlepszych przyjaciółek. Mierzę ją wzrokiem od stóp do głów. – Spójrzcie tylko na nią.
Caroline dyga, jakby występowała na scenie teatru dramatycznego. Włosy w odcieniu truskawkowego blondu upięła starannie, a jej czarna suknia jest pewnie warta więcej niż zaliczka na jakieś luksusowe auto. Kocham ją na zabój, ale dziewczyna jest trochę odklejona od rzeczywistości zwykłych ludzi.
– Wiesz, jak to jest z nami, Vandeverami. – Przewraca oczami i naśladuje matczyny ton, którym moja mama przemawiała dosłownie sekundę wcześniej. – Słyniemy z tego, że potrafimy się ubrać i ogólnie... robić wrażenie samą egzystencją.
– Ach, tak. – Upijamy po łyczku naszych martini i wzdychamy. – Gdyby tylko inni znali cię równie dobrze jak ja.
Przyjaciółka trzepocze rzęsami i wybucha perlistym śmiechem.
– Ale nie znają, więc moja nienaganna reputacja pozostaje nienaruszona.
– Nie wydam cię.
Kiwa głową, a kiedy jej wzrok napotyka mój, przechyla głowę i przypatruje mi się przez chwilę.
– Mów, Row. Trzymasz się jakoś?
Zamykam oczy i walczę z napływającymi emocjami, które mogłyby mnie sparaliżować. Zaskakujące, że nawet tak proste pytanie może przywołać żałobę z całą jej obezwładniającą mocą. Odchrząkuję i zmuszam się do uśmiechu.
– Jest okej.
– „Okej” w sensie, że łżesz jak pies, czy „okej” w sensie „będzie dobrze, ale potrzebuję dziś nieograniczonego dostępu do alkoholu i kupy śmiechu”?
– To drugie.
– W takim razie zdecydowanie mogę pomóc.
– Wiedziałam, że dasz radę. – Uśmiecham się i stukam swoim kieliszkiem o jej, a Caroline wspina się na palce swoich szpilek od Manolo Blahnika i rozgląda się po zebranych.
Sala jest przestronna, z odsłoniętymi cegłami noszącymi gustowne ślady zużycia na ścianach oraz wysokimi sufitami z widocznymi kanałami wentylacyjnymi. Wpisuje się w obecne trendy i ma bardzo nowoczesny sznyt, podczas gdy zebrane w niej kobiety w swoich wyszytych cekinami, koralikami i piórami sukniach – wręcz przeciwnie. Zapewne większość z nich rywalizuje o tytuł najlepiej ubranej według klubowych plotkar. Tymczasem mężczyźni podpierają ściany w niebotycznie drogich smokingach i z dumnie wypiętymi piersiami – każdy z zestawem historyjek do wyolbrzymienia na podorędziu.
Innymi słowy, typowe wydarzenie towarzyskie Westmore. Festiwal pretensjonalności i przesady. Z pompą i na pokaz.
– To kogo dziś bierzemy na tapet? Nad kim babcia kręciłaby głową, komu wytknęłaby bredzenie trzy po trzy?
Wręcz słyszę ją, jak wypowiada te słowa. Widzę, jak przygląda się ludziom i wzdycha.
– Nad wszystkimi. – Moja uwaga sprawia, że przyjaciółka wybucha śmiechem.
– Była w tym najlepsza. Potrafiła pokazać człowiekowi, gdzie jego miejsce, uśmiechając się przy tym tak urzekająco, że delikwent nie zdawał sobie z niczego sprawy.
– To prawda. – Usta wykrzywia mi słodko-gorzki uśmiech.
– Szkoda, że nie ma jej tu dzisiaj, żeby zajęła się Chadem. Bez wątpienia zaraz znowu stanie się twoim cieniem, jakby nie istniał lepszy sposób na oczarowanie kobiety niż wszędzie za nią łazić.
– On i jego matka.
– Podwójny cień.
– Szczęściara ze mnie – stwierdzam.
– Tak, w końcu to nie byłaby prawdziwa westmorska impreza bez pani Williams i jej nacisków z kategorii „wyjdź za mojego synusia”. I to wywieranych publicznie. Ale uważaj, jeśli odpowiednio przyciśnie męża, komisarz Williams może wydać nakaz aresztowania cię.
– Chciałabym móc powiedzieć, że bredzisz, ale obie wiemy lepiej. – Wzruszam ramionami. – Na szczęście sama też dam radę się obronić.
– Wiem, że dasz, ale babcia zawsze umiała dorzucić do swoich sugestii nutkę groźby z gatunku „nie zadzieraj ze mną” tak, że wszyscy naprawdę jej słuchali.
Z Caroline to jest tak... To rodowita dziewczyna z Południa. Królowa kotylionu, zaręczona z facetem, którego ich rodziny wybrały dla niej lata temu. Przewodnicząca klubu kobiet. Uprzejma gospodyni. Jest dokładnie taka, jaka według mojej matki powinnam być ja, i nie ma z tym najmniejszego problemu. W zasadzie sama tego wszystkiego chce. I choć pod tym względem nie mogłybyśmy bardziej się różnić, akurat te przeciwieństwa się przyciągają, a wspólne dorastanie tylko ułatwia nam dobrą zabawę w swoim towarzystwie.
– Nie zapominajmy o Rhetcie... – dorzuca Caroline i zaciska usta. – Jemu babcia bez dwóch zdań rzucałaby dziś lodowate spojrzenia za to, jak próbuje się wmieszać między najgrubsze ryby jak równy z równym.
– A czy kiedykolwiek zachowywał się inaczej? – prycham. Nadal mam w pamięci jego wybuch w gabinecie prawnika.
– Teraz, gdy zamierza ubiegać się o miejsce w radzie miasta, będzie tak nieznośny...
– Bardziej niż zwykle? – Przewracam oczami, bo nie podoba mi się ten nowy epizod w historii rodu Rothschildów. – Czy to w ogóle możliwe?
– Zakład, że zrobi scenę, usiłując wygrać główną aukcję wieczoru? Zacznie się agresywnie licytować albo narobi zamieszania, byle tylko oczy wszystkich zwrócone były na niego.
Otwieram usta, żeby odeprzeć zarzuty, bronić brata, ale wiem, że trafiła w dziesiątkę.
– Nie będę się zakładać. Obie wiemy doskonale, że tak właśnie będzie. – Poddaję się i spoglądamy w stronę wspomnianego obrazu. – Jest obrzydliwy.
– To prawda. – Caroline uśmiecha się z przekąsem. – Wygląda, jakby ktoś połknął pięć przypadkowych kolorów, a potem kichnął w stronę płótna.
– Naprawdę.
– Pomyśl tylko, jeśli wygra, pewnie powiesi go w biurze, żeby wszyscy mogli zobaczyć, jaki jest bogaty i ważny.
– O Jezusie.
– Yhm. Jak inaczej miałby ugruntować swoją pozycję naczelnego Rothschilda? Biedaczysko ma już tak dosyć słuchania o tym, jak to tatko umiejętnie wszystkim zarządzał, kiedy tatko odszedł z firmy na dobre dwa lata temu. – Przechyla kieliszek w kierunku mojego brata, który, tak się akurat składa, stoi obok naszego ojca: dwie wierne kopie, zgadzają się nawet dzierżone w dłoniach drinki i wyprężone dumnie torsy. – Przy czym akurat w jego oczach kupno cennego obrazu może odnieść pożądany skutek.
– To bardzo smutna, ale też prawdziwa obserwacja.
– Przecież mamy też ciebie, mogłabyś od zaraz stanąć na czele TinSpirits i nie byłoby potrzebne żadne wydumane oświadczenie mające ukryć twoje niedostatki, bo takowych nie masz. – Stuka kieliszkiem w mój, a mnie zalewa fala ciepła, czuję się doceniona.
– Dziękuję. To wiele znaczy, zwłaszcza że słyszę to od ciebie. – _Czy to nie jest przykre, że przyjaciele dostrzegają moje możliwości, a rodzina nie?_
Caroline kiwa głową.
– Wiesz, że w ciebie wierzę. Przykro mi, że to przekonanie nie uratuje cię przed presją ze strony matki, żebyś stała u boku brata, kiedy on będzie licytować.
Wydaję z siebie głośny jęk.
– Tak, tak i dopilnuje, żeby fotograf był na miejscu, aby uwiecznić twoją dozgonną miłość i wsparcie dla brata.
Ma rację, nienawidzę tego, ale taka prawda. _Rothschildowie trzymają się razem._ Motto matki nieproszone nawiedza moje myśli.
– Myślę, że na tym etapie po prostu schowam się w kącie.
– Dobrze, w ten sposób uchronisz się przed Chadem i nakazem aresztowania.
Parskam.
– Zawsze potrafisz znaleźć jakiś pozytyw.
– Zawsze.
Kątem oka zauważam kawałek pierzastej sukienki i unoszę podbródek, z ulgą witając zmianę tematu.
– Wygląda na to, że Muffy Johnson znów poluje na męża.
– To będzie mąż numer sześć...
– Siedem – poprawiam ją.
– Siedem. Wow. Trzeba ją pochwalić za wytrzymałość. A raczej – wznosi palec do góry – życzyć wytrzymałości jej kolejnej ofierze, będzie potrzebna.
– Bez wątpienia. – Śmieję się. Jak dobrze mieć z kim poutyskiwać na ten porąbany świat.
– Wiem, że się nie zgodzisz, ale pewnie powinnyśmy trochę pokrążyć, zanim zacznie się aukcja.
– Caroline – jęczę.
– Wiem, ale ooooch... – mruczy nagle. – Kogo my tu mamy? Hej, przystojniaku.
– Kogo? – pytam lekko, bo na każdą nową osobę w naszym wąskim gronie reaguje tak samo. Jednak kiedy wiodę spojrzeniem za jej wzrokiem, kieliszek z martini zmierzający do moich ust zatrzymuje się w pół drogi. – Och.
– Zdecydowanie „och” – szepcze, a ja przyglądam się mężczyźnie, który przyciągnął uwagę nie tylko moją, ale też wszystkich pozostałych.
Jest wysoki, ma szerokie ramiona, ciemne włosy i nienagannie skrojony garnitur wyraźnie wyróżniający się wśród morza formalnych strojów. Nawet z daleka widać, że jest niezaprzeczalnie przystojny, ale aura, którą emanuje – zamyślenia, obojętności, nietykalności, wytworności – sprawia, że instynktownie robię krok w jego stronę.
Stoi samotnie, kręci bursztynową cieczą w szklance, skupiony na metalowej rzeźbie ze złomu czekającej na licytację.
Wygląda na gościa, którym nie powinnam się interesować, co tylko wzmaga moje zaciekawienie.
Przez salę przetacza się cichy pomruk, wszyscy już zauważyli nieznajomego. Udają, że pochylają się nad rzeźbą, której się przygląda. Muszę jeszcze chwilę pogapić się na mężczyznę, którego obecność przyćmiła eksponat.
– Kto to? – pytam.
– Cholera. Och... to on.
– On? – Jestem zupełnie niezorientowana w temacie, a jednak nie potrafię oderwać od przybysza oczu.
Usta Caroline powoli wyginają się w uśmiechu.
– To o nim wszyscy ostatnio mówią. I babeczki, i faceci. Holden Knight. Teraz rozumiem dlaczego.
Jak na zawołanie obiekt naszego zainteresowania podnosi wzrok i spogląda mi w oczy z drugiego końca pomieszczenia. Odruchowo się uśmiecham, ale w odpowiedzi dostaję tylko spokojne, oceniające spojrzenie.
No proszę. Mama nie musi się martwić, że będę głównym tematem plotek. Wygląda na to, że w najbliższym czasie prym będzie wiódł kto inny.
------------------------------------------------------------------------
ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI KSIĄŻKI
------------------------------------------------------------------------