Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Twój optymizm może zmienić świat - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
11 marca 2026
2290 pkt
punktów Virtualo

Twój optymizm może zmienić świat - ebook

Optymizm to nie naiwność. To strategia.

Czy wierzysz, że sposób myślenia może realnie zmieniać rzeczywistość? Zastanawiasz się, jak zachować nadzieję w niepewnych czasach i działać skutecznie mimo przeciwności? A może chcesz dowiedzieć się, dlaczego optymiści częściej odnoszą sukces — w życiu i w pracy?

Optymizm to konkretna umiejętność, oparta na nauce i doświadczeniu.

Książka Twój optymizm może zmienić świat inspiruje do działania, wzmacnia wewnętrzną odporność i uczy, jak zamieniać wyzwania w realne szanse. Dzięki niej możesz działać pewniej, odważniej i skuteczniej.

Sumit Paul-Choudhury, ceniony dziennikarz naukowy, łączy fakty z pasją do opowieści, tworząc książkę, która dodaje energii i zmienia perspektywę.

Nowe spojrzenie. Lepsze decyzje.

 

Kategoria: Poradniki
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-11-18727-6
Rozmiar pliku: 1,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

I. Prolog. Argumenty za optymizmem

I. Pro­log

Argu­menty za opty­mi­zmem

Dlaczego warto być optymistą?

Zosta­łem opty­mi­stą, gdy zmarła moja żona.

Ludzie róż­nie reago­wali na dia­gnozę jej cho­roby: agre­sywny, szybko roz­wi­ja­jący się rak jaj­nika, wykryty po poro­nie­niu, które zakoń­czyło naszą pierw­szą i jedyną ciążę. Nie­któ­rzy byli świa­domi, że ma ona przed sobą praw­do­po­dob­nie krótką i ponurą przy­szłość, i tacy ludzie na ogół trzy­mali się od nas z dala i mil­czeli. Ale wiele osób prze­ja­wiało wiarę, że wszystko się jakoś ułoży – cza­sami z prze­ko­na­nia, cza­sami z chęci pocie­sze­nia nas, ale naj­czę­ściej po pro­stu dla­tego, że nie umieli ina­czej zare­ago­wać.

Kath­ryn ze swej strony nato­miast nale­gała, aby wszy­scy wokół niej – rodzina, przy­ja­ciele, kole­dzy i leka­rze – tylko wyra­żali nadzieję. Oczy­wi­ście cho­dziło jej przede wszyst­kim o mnie, ale nie mia­łem poję­cia, jak speł­nić jej życze­nie. Z jed­nej strony od zawsze byłem pozy­tyw­nie nasta­wiony do życia i część mnie wie­rzyła, że wszystko będzie dobrze. Z dru­giej jed­nak – byłem racjo­na­li­stą opie­ra­ją­cym się na doświad­cze­niu. Czy­ta­łem raporty medyczne i lite­ra­turę naukową i zda­łem sobie sprawę, że szanse Kath­ryn na prze­ży­cie wię­cej niż kilku lat są zni­kome. W końcu dosze­dłem do wnio­sku, że skoro to nie ja jestem śmier­tel­nie chory, tylko moja żona, powi­nie­nem mil­czeć i wspie­rać ją tak, jak ona sobie tego życzy, jed­no­cze­śnie mając cichą nadzieję na to, że sta­nie się sta­ty­styczny cud.

Cudu nie było. Rak poko­nał mecha­ni­zmy obronne orga­ni­zmu Kath­ryn w mniej niż rok, przy­no­sząc jej szpetną śmierć, na którą nie była gotowa.

Kiedy przy­szło mi zacząć odbu­do­wy­wać swoje życie, wciąż sły­sza­łem, że mam „żyć dniem dzi­siej­szym”. Żad­nych dłu­go­ter­mi­no­wych pla­nów, żad­nych zna­czą­cych zmian. Jed­nak nie satys­fak­cjo­no­wało mnie to. Oczy­wi­ście są decy­zje, jakich nie należy podej­mo­wać, kiedy jest się pogrą­żo­nym w żało­bie, ale ja nie chcia­łem już dłu­żej pozo­sta­wać w sta­nie zawie­sze­nia. Wyjść z tego letargu pomo­gło mi coś, co Kath­ryn powie­działa mi tuż przed śmier­cią: że nie wolno mi zbo­czyć z wła­snej drogi po jej odej­ściu – bez względu na to, jak trudne może się to oka­zać, chciała, żebym wciąż szedł naprzód.

Więk­szość z nas naj­czę­ściej idzie po linii naj­mniej­szego oporu. Ja też się do tej więk­szo­ści zali­cza­łem: cho­ciaż nie prze­pa­da­łem za miej­scem, w któ­rym miesz­ka­łem, ani za tym, czym się zaj­mo­wa­łem zawo­dowo, nic nie zmie­nia­łem, bo było mi cał­kiem wygod­nie. Ale po śmierci Kath­ryn mój dom prze­stał być moim domem, a moja przy­szłość nie była już moją przy­szło­ścią. Z pew­no­ścią nie pole­cam okresu żałoby jako pre­tek­stu do zaczę­cia wszyst­kiego od nowa, ale mnie ten czas dał moty­wa­cję do prze­my­śle­nia życia od pod­staw. Zmu­sił mnie do roz­wa­że­nia wszyst­kich poten­cjal­nych spo­so­bów jego prze­bu­dowy. Ja przy­naj­mniej na­dal mia­łem przed sobą te moż­li­wo­ści.

Pró­bo­wa­łem róż­nych sty­lów życia: pustel­nika na wsi, czło­wieka świa­to­wego w mie­ście, wiecz­nego nomady. Będąc miesz­czu­chem od uro­dze­nia, nagle zaczą­łem wędro­wać po dzi­kich lasach. Nie mając powodu, by sie­dzieć w domu, dni spę­dza­łem w gale­riach, a noce na kon­cer­tach, szu­ka­jąc chwil zapo­mnie­nia, które poja­wiały się rzadko. Zawsze bar­dzo dużo podró­żo­wa­łem, ale po śmierci żony szybko zaczą­łem skre­ślać kolejne miej­sca z mojej listy marzeń. Zało­ży­łem też dwa blogi – jeden dla przy­ja­ciół, a drugi dla świata – aby wpi­sać się jakoś w przy­szłość: swoją żałobę, wyobra­że­nia i nowe początki.

Po kilku mie­sią­cach pewien zna­jomy zapy­tał mnie, nie­wąt­pli­wie w dobrej inten­cji, czy na­dal przyj­muję leki. Ni­gdy nie przy­szło mi do głowy, żeby je brać. To samo doty­czyło tera­pii: tak­tow­nie mnie na nią nama­wiano, ale rów­nie tak­tow­nie odma­wia­łem. Zna­la­złem wpraw­dzie grupę wspar­cia dla mło­dych wdow­ców, ale nie sko­rzy­sta­łem z jej pomocy, gdyż ni­gdy nie byłem osobą, która dołą­cza do tego rodzaju kół wza­jem­nej akcep­ta­cji. Wiele osób w podob­nej sytu­acji dalej cele­bruje uro­dziny, rocz­nice czy inne oka­zje zwią­zane z part­ne­rem; ja po upły­wie pierw­szego roku po śmierci Kath­ryn pod­ją­łem trudną decy­zję, że prze­stanę je obcho­dzić. Nie chcia­łem, aby reszta mojego życia prze­bie­gała według zdez­ak­tu­ali­zo­wa­nego har­mo­no­gramu.

Stop­niowo zaczęło do mnie docie­rać, że moja postawa nie była cał­kiem typowa. Zasta­na­wia­łem się, czy nie jestem w fazie zaprze­cze­nia. A może jestem po pro­stu bez­duszny i nie­czuły. Jed­nak nie wyda­wało mi się, by któ­re­kol­wiek z tych stwier­dzeń było praw­dziwe w odnie­sie­niu do mojej osoby: w okre­sie żałoby nie czu­łem się ani szczę­śli­wie, ani nor­mal­nie. Po pro­stu ni­gdy nie wąt­pi­łem, nawet w naj­gor­szych chwi­lach, że nadejdą lep­sze czasy – jeśli tylko będę na nie pra­co­wał. Począt­kowo bez zasta­no­wie­nia, a póź­niej bar­dziej świa­do­mie pie­lę­gno­wa­łem prze­ko­na­nie, że czeka mnie jasna przy­szłość. W końcu dotarło do mnie, że jestem zde­kla­ro­wa­nym opty­mi­stą.

Było to nieco zaska­ku­jące. Jestem z wykształ­ce­nia naukow­cem i dzien­ni­ka­rzem, powi­nie­nem więc być twardo osa­dzony w kry­tycz­nym myśle­niu, odwo­łu­ją­cym się do nie­zbi­tych dowo­dów i racjo­nal­nych argu­men­tów. Cho­ciaż sam to dostrze­głem, ale i wie­lo­krot­nie sły­sza­łem od innych, że mam skłon­ność do ocze­ki­wa­nia od życia tego, co naj­lep­sze, zakła­da­łem, że wynika to z faktu, iż moje życie było dość szczę­śliwe. Na­dal ocze­ki­wać od życia naj­lep­szego po wyda­rze­niach sprzed roku wyda­wało mi się irra­cjo­nalne, ale ta część mnie, która wie­rzyła, wygry­wała z tą, która myślała racjo­nal­nie.

Byłem zda­nia, że opty­mizm spro­wa­dza się jedy­nie do prze­ko­na­nia, a przy­wią­zy­wa­nie do tego wagi jest zasad­ni­czo głu­pie i poten­cjal­nie nie­od­po­wie­dzialne. Mia­łem wra­że­nie, że nazy­wać sie­bie opty­mi­stą to po pro­stu przy­znać się, że nie chce się zbyt­nio zasta­na­wiać nad przy­szło­ścią i wyzwa­niami, jakie ze sobą nie­sie. Ale co było alter­na­tywą? Typową obroną pesy­mi­zmu jest twier­dze­nie, że pesy­mi­sta ni­gdy nie jest roz­cza­ro­wany, może być tylko mile zasko­czony. Wyda­wało mi się, że to postawa nie­po­trzeb­nie defen­sywna, nie­mal tchórz­liwa. Realizm z kolei postrze­ga­łem jako nie­zde­cy­do­wa­nie, cyniczną wymówkę, która pozwa­lała unik­nąć otwar­cia się na moż­li­wość, że świat może być lep­szy, niż jest dzi­siaj.

Nie mia­łem wra­że­nia, że któ­ra­kol­wiek z tych postaw mogłaby dawać życiowy napęd. Po co w ogóle rano wsta­wać z łóżka?

Kiedy jed­nak zaczą­łem się nad tym głę­biej zasta­na­wiać, opty­mizm wydał mi się jedyną postawą, którą warto przy­jąć. Ocze­ki­wa­nie cze­goś wię­cej od życia przy­go­to­wy­wało cię do czer­pa­nia z niego wię­cej, a przy­naj­mniej tak mi się wyda­wało. Ale jeśli mia­łem zostać opty­mi­stą – a czu­łem, że nie mam w tej kwe­stii wyboru – to chcia­łem prak­ty­ko­wać taki opty­mizm, który opie­rałby się na czymś wię­cej niż tylko na wie­rze w jego dobry wpływ na życie. Chcia­łem zna­leźć spo­sób na bycie opty­mi­stą, który fak­tycz­nie pomógłby uczy­nić świat lep­szym, a nie tylko zakła­dał, że tak będzie.

Zaczą­łem więc badać, jaką formę może przy­brać ten prag­ma­tyczny, dobrze uza­sad­niony opty­mizm. Dowie­dzia­łem się, że opty­mizm, wbrew moim wcze­śniej­szym zało­że­niom, nie jest koniecz­nie wyni­kiem naiw­no­ści. Nie jest to luk­sus, na który możemy sobie pozwo­lić tylko w dobrych cza­sach. Jest to zasób, z któ­rego możemy czer­pać, gdy sytu­acja staje się trudna – i wtedy nasz opty­mizm może zade­cy­do­wać o naszym życiu lub śmierci.

Osły i lwy

„To było straszne, czuć, jak pokład pęka pod sto­pami – wspo­mi­nał Ernest Shac­kle­ton. – Wiel­kie belki wygi­nały się, a potem pękały z hukiem przy­po­mi­na­ją­cym wystrzały armat­nie”. Po ponad dzie­wię­ciu mie­sią­cach uwię­zie­nia w lodach Antark­tydy fla­gowy sta­tek jego eks­pe­dy­cji, „Endu­rance”, w końcu uległ. Z tego powodu 27 paź­dzier­nika 1915 roku wielki bry­tyj­ski odkrywca nie­chęt­nie naka­zał swo­jej zało­dze opusz­cze­nie statku, co spra­wiło, że zna­leźli się w praw­do­po­dob­nie naj­bar­dziej nie­przy­ja­znym miej­scu na Ziemi.

Impe­rialna Wyprawa Trans­an­tark­tyczna Shac­kle­tona wyru­szyła ponad rok wcze­śniej z zamia­rem przej­ścia po raz pierw­szy drogą lądową przez zamar­z­nięty kon­ty­nent. Naj­pierw jed­nak musiała prze­pły­nąć przez nie­go­ścinne Morze Wed­della, nie­zwy­kle trudne do prze­by­cia. Prze­prawa przez pak lodowy była bar­dzo powolna i osta­tecz­nie w stycz­niu 1915 roku sta­tek został cał­ko­wi­cie uwię­ziony przez lód, co zmu­siło Shac­kle­tona i jego załogę do opusz­cze­nia „Endu­rance” i prze­trwa­nia mroź­nej, wiecz­nie ciem­nej antark­tycz­nej zimy na lodzie w warun­kach, które nawet dzi­siaj sta­no­wi­łyby ogromne wyzwa­nie.

Po zato­nię­ciu „Endu­rance” Shac­kle­ton i jego ludzie mieli do dys­po­zy­cji tylko ten sprzęt i zapasy, które zdo­łali oca­lić w trzech sza­lu­pach ratun­ko­wych. Oprócz tego pole­gać mogli jedy­nie na wła­snej pomy­sło­wo­ści i ską­pych moż­li­wo­ściach ofe­ro­wa­nych przez naturę (na przy­kład kie­dyś udało się im upo­lo­wać agre­syw­nego lam­parta mor­skiego, a zawar­tość jego żołądka, skła­da­jąca się z nie­prze­tra­wio­nych ryb, sta­no­wiła mile widziany „świeży” posi­łek). Nie mieli żad­nej moż­li­wo­ści skon­tak­to­wa­nia się z resztą świata i prak­tycz­nie stra­cili nadzieję, że ktoś przy­bę­dzie im na ratu­nek. A jed­nak dzie­sięć mie­sięcy póź­niej Shac­kle­ton zdo­łał prze­trans­por­to­wać wszyst­kich swych ludzi w bez­pieczne miej­sce¹.

Jak Shac­kle­ton i jego załoga prze­trwali w obli­czu tak nie­sa­mo­wi­tych prze­ciw­no­ści losu? Fakty wyglą­dają tak, że spę­dzili ponad pięć mie­sięcy w obo­zo­wi­sku na dry­fu­ją­cym lodzie, zanim sza­lu­pami ratun­ko­wymi prze­do­stali się na wyspę Ele­phant, która wpraw­dzie nie dry­fo­wała, ale nie miała nic do zaofe­ro­wa­nia. Stam­tąd Shac­kle­ton z nie­wielką załogą udał się jedną z sza­lup w podróż przez wzbu­rzone morze do Geo­r­gii Połu­dnio­wej. Poko­naw­szy w dwa tygo­dnie 1300 kilo­me­trów morzem i pie­szo przez góry Geo­r­gii Połu­dnio­wej, 20 maja 1916 roku dotarł do sta­cji wie­lo­ryb­ni­czej na pół­noc­nym wybrzeżu. Bez­zwłocz­nie wyna­jął sta­tek, aby zor­ga­ni­zo­wać akcję ratun­kową, która jed­nak została uda­rem­niona – podob­nie jak trzy kolejne próby – przez lód nie do poko­na­nia. Osta­tecz­nie w sierp­niu udało mu się dotrzeć do towa­rzy­szy uwię­zio­nych na Ele­phant Island i ura­to­wać wszyst­kich 22 męż­czyzn, któ­rzy na niego cze­kali.

Za suchymi fak­tami kryje się jed­nak bar­dzo istotny czyn­nik: wytrwa­łość. Jak wska­zują liczne tek­sty poświę­cone przy­wódz­twu, ta nie­sa­mo­wita wyprawa nie byłaby moż­liwa, gdyby Shac­kle­tona i jego ludzi nie łączyła wspólna więź i siła woli – wiele wcze­śniej­szych eks­pe­dy­cji zakoń­czyło się tra­gicz­nie, gdy człon­ko­wie załóg pokłó­cili się, napo­tkaw­szy trud­no­ści. Wszystko, co osią­gnął Shac­kle­ton, osią­gnął dzięki tym, któ­rych zabrał ze sobą – 27 męż­czy­znom wybra­nym spo­śród ponad 5000 kan­dy­da­tów. Czego szu­kał u człon­ków swo­jej załogi?

Zgod­nie z przy­jętą tra­dy­cją rekru­to­wał poszu­ki­wa­czy przy­gód poprzez zamiesz­cze­nie w gaze­cie „The Times” anonsu, który brzmiał: „Poszu­ku­jemy męż­czyzn do nie­bez­piecz­nej wyprawy. Ofe­ru­jemy niskie wyna­gro­dze­nie, prze­ni­kliwe zimno i dłu­gie godziny spę­dzone w cał­ko­wi­tej ciem­no­ści. Bez­pieczny powrót wąt­pliwy. W wypadku suk­cesu – honor i uzna­nie”. Nie ma jed­nak żad­nych śla­dów, że takie ogło­sze­nie fak­tycz­nie kie­dy­kol­wiek się uka­zało. W rze­czy­wi­sto­ści Shac­kle­ton nie szu­kał twar­dzieli. Jego kry­te­ria mogły wyda­wać się don­ki­szo­tow­skie, obej­mo­wały wszystko, od wyglądu fizycz­nego po poczu­cie humoru, ale, jak powie­dział nie­gdyś, „cechą, któ­rej poszu­kuję naj­bar­dziej, jest opty­mizm: zwłasz­cza opty­mizm w obli­czu nie­po­wo­dzeń i pozor­nej porażki. Opty­mizm to praw­dziwa odwaga moralna”.

Co Shac­kle­ton miał na myśli, mówiąc o opty­mi­zmie? Na pewno nie była to ślepa wiara, że wszystko jakoś się ułoży. Shac­kle­ton znany był z tego, że zawsze dokład­nie roz­wa­żał wszyst­kie opcje: jego ludzie nazy­wali go „Sta­rym Ostroż­nym”. Pod­czas wcze­śniej­szej wyprawy, tak zwa­nej Nim­rod Expe­di­tion zor­ga­ni­zo­wa­nej w latach 1908–1909, zawró­cił nie­całe sto mil od bie­guna połu­dnio­wego, uznaw­szy, że jego załoga nie zdoła bez­piecz­nie wró­cić do domu. „Dosze­dłem do wnio­sku, Kocha­nie, że wolisz mieć żywego osła niż mar­twego lwa” – napi­sał w liście do żony.

Na każ­dym eta­pie burz­li­wej impe­rial­nej wyprawy trans­an­tark­tycz­nej Shac­kle­ton przy­po­mi­nał swoim ludziom, że dopóki żyją, dopóty mają wybór i moż­li­wo­ści, które mogą wyko­rzy­stać. Inspi­ro­wał w ten spo­sób swoją zmę­czoną, nie­do­ży­wioną i odizo­lo­waną od świata załogę do zacho­wa­nia wiary. Tego ducha wśród swo­ich ludzi potrze­bo­wał rów­nież do tego, aby unik­nąć poten­cjal­nie śmier­tel­nych kon­flik­tów i spo­rów, co było szcze­gól­nie ważne dla tych, któ­rzy pozo­stali na Ele­phant Island pod dowódz­twem jego zastępcy Franka Wilda. „Jego rado­sny opty­mizm ni­gdy nie zawiódł, nawet gdy bra­ko­wało jedze­nia, a per­spek­tywa pomocy wyda­wała się odle­gła – napi­sał Shac­kle­ton. – Nie mam wąt­pli­wo­ści, że wszy­scy, któ­rzy utknęli na Ele­phant Island, zawdzię­czają mu życie. Demony depre­sji nie miały szans, gdy był w pobliżu”.

Nie­wielu z nas będzie miało oka­zję spraw­dzić swoją odwagę tak, jak Shac­kle­ton i jego zespół. Ale wszy­scy prę­dzej czy póź­niej sta­jemy przed wybo­rem mię­dzy życiem a śmier­cią lub innymi prze­ciw­no­ściami losu, które zmu­szą nas do ponow­nej oceny świata i zasta­no­wie­nia się nad przy­szło­ścią. W takich momen­tach naj­trud­niej jest być opty­mi­stą, ale być może naj­bar­dziej warto. War­tość opty­mi­zmu jest rów­nież widoczna w przy­padku bar­dziej przy­ziem­nych wyzwań: randki, roz­mowy kwa­li­fi­ka­cyj­nej, meczu spor­to­wego. Jeśli jeste­śmy przy­gnę­bieni jakąś sytu­acją, praw­do­po­dob­nie ktoś pora­dzi nam, aby­śmy byli dobrej myśli, a wszystko jakoś się ułoży i my praw­do­po­dob­nie poczu­jemy się lepiej. A kiedy poprawi się nam nastrój, być może znaj­dziemy roz­wią­za­nie naszego pro­blemu, o ile takie ist­nieje.

Opty­mizm, który zachęca nas do dzia­ła­nia, a nie bier­nego ocze­ki­wa­nia na to, co przy­nie­sie los, może pomóc nam aktyw­nie odkry­wać nasze ogra­ni­cze­nia – i je prze­kra­czać.

Wewnątrz i na zewnątrz

„Kie­dyś zna­łam tylko ciem­ność i ciszę. Teraz znam nadzieję i radość” – napi­sała Helen Kel­ler w swoim eseju _Opty­mizm_ z 1903 roku², 21 lat po tym, jak cho­roba wieku dzie­cię­cego pozba­wiła ją wzroku i słu­chu. „Moje życie nie miało prze­szło­ści ani przy­szło­ści; pesy­mi­ści powie­dzie­liby, że śmierć przy­nio­słaby »upra­gniony koniec«. Ale małe słowo uple­cione z pal­ców innej osoby wpa­dło w moją dłoń, która kur­czowo ści­skała pustkę, i moje serce pod­sko­czyło z rado­ści życia”.

Palce nale­żały do Anne Sul­li­van, nauczy­cielki Helen Kel­ler. Zaś owym „małym sło­wem” – jak dowie­działy się kolejne poko­le­nia, które uczyły się lite­ro­wać – było słowo „woda”, w tym samym cza­sie spły­wa­jąca na drugą dłoń Kel­ler. Sul­li­van pra­co­wała wcze­śniej z Samu­elem Gri­dleyem Howe’em, leka­rzem, który dwie dekady wcze­śniej ode­grał pio­nier­ską rolę jako nauczy­ciel tech­niki pisa­nia pal­cami innej głu­cho­nie­wi­do­mej dziew­czynki, Laury Bridg­man. Matka Helen prze­czy­tała wzru­sza­jącą rela­cję Char­lesa Dic­kensa o tej zakoń­czo­nej suk­ce­sem nauce i zaczęła szu­kać pomocy dla swo­jej sfru­stro­wa­nej córki, która miała wów­czas sie­dem lat.

W swoim eseju Helen Kel­ler suge­ruje, że Howe „odna­lazł drogę do duszy Laury Bridg­man, ponie­waż od początku wie­rzył, że mu się uda. Angiel­scy praw­nicy uznali, że osoby głu­cho­nie­wi­dome są w świe­tle prawa idio­tami. Spójrz­cie, co robi opty­mi­sta. Prze­kształca prawny aksjo­mat; spo­gląda poza tępą, bez­na­miętną mate­rię i widzi uwię­zioną ludzką duszę, a następ­nie cicho i zde­cy­do­wa­nie przy­stę­puje do dzieła jej wyzwo­le­nia”. Helen Kel­ler, uwol­niona w taki spo­sób, została pisarką, mów­czy­nią i akty­wistką – jej osią­gnię­cia były tak nie­zwy­kłe, iż wielu uznało, że musiała uda­wać swoją nie­peł­no­spraw­ność³.

Siła opty­mi­zmu stała się powra­ca­ją­cym moty­wem w twór­czo­ści Kel­ler. Jej pochwała opty­mi­zmu nie ogra­ni­cza się do tego, co nazy­wała „opty­mi­zmem wewnętrz­nym”, czyli oso­bi­stego prze­ko­na­nia, że wszystko się ułoży i nadejdą lep­sze czasy. Ten „fakt w moim sercu”, jak napi­sała Kel­ler w dru­giej czę­ści swo­jego eseju z 1903 roku, zna­lazł odzwier­cie­dle­nie w „opty­mi­zmie zewnętrz­nym”, czyli prze­świad­cze­niu, że stan świata stale się popra­wia – mate­rial­nie, spo­łecz­nie i duchowo. Ten postęp, jak suge­ruje, jest widoczny w „lite­ra­tu­rze, filo­zo­fii, reli­gii i histo­rii”.

Trze­cia część jej tek­stu, zaty­tu­ło­wana _Prak­tyka opty­mi­zmu_, roz­po­czyna się od stwier­dze­nia, że „spraw­dzia­nem wszyst­kich prze­ko­nań jest ich prak­tyczny wpływ na życie”. Opty­mizm, jak twier­dzi Kel­ler, „popy­cha świat do przodu, a pesy­mizm go hamuje”. Pesy­mizm narodu, podob­nie jak jed­nostki, „zabija instynkt, który popy­cha ludzi do walki z ubó­stwem, igno­ran­cją i prze­stęp­czo­ścią, i wysu­sza wszyst­kie źró­dła rado­ści na świe­cie”. Opty­mizm nato­miast jest „wiarą, która pro­wa­dzi do osią­gnięć”. Bez niego nic nie może stać się lep­sze.

Opis mocy, skut­ków i prak­tyki opty­mi­zmu przed­sta­wiony przez Kel­ler u progu XX stu­le­cia wciąż jest aktu­alny. Jej Bóg nie obie­cuje lep­szego świata z boskiego nakazu – zamiast tego do prak­tycz­nych dzia­łań pro­wa­dzą pozy­tywne myśli, które On inspi­ruje. Być może jej Ame­ryka jest naj­wspa­nial­szym kra­jem, jaki kie­dy­kol­wiek ist­niał na ziemi, ale Kel­ler ostrzega przed „nie­bez­piecz­nym opty­mi­zmem wyni­ka­ją­cym z igno­ran­cji i obo­jęt­no­ści”. Opty­mi­sta może wie­rzyć, że świat zasad­ni­czo jest dobrym i spra­wie­dli­wym miej­scem, ale mimo to musi zobo­wią­zać się, że będzie dostrze­gał i eli­mi­no­wał wszel­kie ist­nie­jące cier­pie­nie.

Tekst Kel­ler był wytwo­rem swo­ich cza­sów. W ciągu ostat­niego stu­le­cia nasz świa­to­po­gląd uległ prze­obra­że­niom: tam, gdzie Kel­ler miała wiarę, patrio­tyzm i prze­zna­cze­nie, my mamy psy­cho­lo­gię, filo­zo­fię i prze­wi­dy­wa­nia. Jed­nak jej obawy znaj­dują odzwier­cie­dle­nie na kar­tach niniej­szej książki i dla­tego, 120 lat póź­niej, zde­cy­do­wa­łem się nadać swo­jemu tek­stowi taką samą struk­turę, jaką ma jej esej. W pierw­szej czę­ści, zaty­tu­ło­wa­nej _Opty­mizm wewnątrz_, przyj­rzymy się temu, co wiemy o naszym wła­snym, intu­icyj­nym opty­mi­zmie i jego zna­cze­niu dla nas. W czę­ści dru­giej, noszą­cej tytuł _Opty­mizm na zewnątrz_, zadamy pyta­nie, czy ist­nieje racjo­nalna, inte­lek­tu­alna pod­stawa, aby ocze­ki­wać od świata tego, co naj­lep­sze. W trze­ciej czę­ści, _Opty­mizm w świe­cie_, przyj­rzymy się naszej zdol­no­ści do prze­wi­dy­wa­nia tego, co nas czeka, i zmie­nia­nia tego na lep­sze.

Pułapki i zagrożenia

Pomimo całego tego gada­nia o sile opty­mi­zmu jest w tym wszyst­kim pewien pro­blem. Opty­mizm koja­rzy się z nie­ocze­ki­wa­nymi zwy­cię­stwami, prze­no­sze­niem gór i trium­fem nad prze­ciw­no­ściami losu, ale także z nie­do­trzy­ma­nymi obiet­ni­cami, nie­osią­gal­nymi celami i nie­speł­nio­nymi marze­niami. Nasza kon­cep­cja opty­mi­zmu opiera się na pozy­tyw­nych ocze­ki­wa­niach wobec przy­szło­ści – choć nie zawsze tak było, jak prze­ko­namy się poni­żej – i oczy­wi­ście ni­gdy nie jeste­śmy w sta­nie dowieść, że ocze­ki­wa­nia te są uza­sad­nione, zanim się speł­nią. Kiedy wszystko idzie dobrze, chwa­limy opty­mizm naszych przy­wód­ców poli­tycz­nych, spo­łecz­nych i gospo­dar­czych jako inspi­ru­jący; gdy sprawy przy­bie­rają gor­szy obrót, lek­ce­wa­żymy go jako pobożne życze­nia.

Wiele osób pró­bo­wało to napra­wić, wyja­śnia­jąc, jak należy zmo­dy­fi­ko­wać czy też może okieł­znać opty­mizm, aby uczy­nić go bar­dziej zdy­scy­pli­no­wa­nym. Wpisy na blo­gach, arty­kuły i wywiady ofe­rują bogac­two warian­tów tego tematu: „opty­mizm warun­kowy”, „opty­mizm nie­okre­ślony”, „opty­mi­styczny nihi­lizm”, „tra­giczny opty­mizm”, „opty­mizm meta­fi­zyczny”, „opty­mizm prag­ma­tyczny”, „opty­mizm racjo­nalny”, „opty­mizm zło­żony”, „opty­mizm epi­ste­mo­lo­giczny”, „opty­mizm apo­ka­lip­tyczny” i tak dalej, aż do znu­dze­nia.

Nie­które z tych sfor­mu­ło­wań mają swoje zasto­so­wa­nie, ale osta­teczny rezul­tat jest zde­cy­do­wa­nie skromny. Lepiej jest zaak­cep­to­wać fakt, że opty­mizm jest nie­re­ali­styczny, ale mimo to działa na naszą korzyść. W końcu co ozna­cza „nie­re­ali­styczny”? Można by odwró­cić sytu­ację i zapy­tać, ile z rze­komo reali­stycz­nych ocze­ki­wań wobec świata jest fak­tycz­nie reali­stycz­nych, bio­rąc pod uwagę głę­boką nie­pew­ność, w obli­czu któ­rej sto­imy. Gdy­by­śmy zasto­so­wali ten sam rodzaj języ­ko­wej sztuczki, zaczę­li­by­śmy mówić o „fał­szy­wym” lub „ego­istycz­nym” reali­zmie, „fata­li­stycz­nym” lub „leni­wym” reali­zmie albo wręcz o „bzdur­nym reali­zmie”.

Czę­sto po pro­stu nie rozu­miemy wystar­cza­jąco dobrze wyzwań, przed któ­rymi sto­imy, takich jak zmiany kli­ma­tyczne, prze­wroty spo­łeczne czy sztuczna inte­li­gen­cja, aby­śmy mogli być „reali­styczni”. Czę­ściej mamy do czy­nie­nia z wie­loma moż­li­wymi rezul­ta­tami – stop­niami ocie­ple­nia, odcie­niami nie­po­ko­jów spo­łecz­nych, zasto­so­wa­niami i nad­uży­ciami tech­no­lo­gii – nad któ­rymi mamy różny zakres kon­troli. Nie ozna­cza to, że nie wiemy nic: opra­co­wa­li­śmy wiele zaawan­so­wa­nych metod oceny naszej obec­nej sytu­acji i sce­na­riu­szy na przy­szłość. Możemy i powin­ni­śmy na­dal dosko­na­lić nasze umie­jęt­no­ści mode­lo­wa­nia i prze­wi­dy­wa­nia tego, co nas czeka. Powin­ni­śmy jed­nak rów­nież zaak­cep­to­wać fakt, że nie wiemy wszyst­kiego i nie możemy wie­dzieć wszyst­kiego: przy­szłość jest nie­uchwytna.

Taka od zawsze jest kon­dy­cja czło­wieka i dys­po­nu­jemy narzę­dziami poznaw­czymi, aby sobie z nią radzić. Nasze mózgi są wyni­kiem milio­nów lat ewo­lu­cji. Nie ozna­cza to, że wszyst­kie spo­soby funk­cjo­no­wa­nia naszego umy­słu są ide­al­nie dosto­so­wane do wyzwań współ­cze­sno­ści, ale nie­roz­sąd­nie byłoby lek­ce­wa­żyć naszą intu­icję i wyobraź­nię, a także nasz inte­lekt. Jeśli chcemy, aby jutro świat był lep­szy niż dzi­siaj, musimy naj­pierw ocze­ki­wać, że tak będzie. Następ­nie musimy wyobra­zić sobie, jak może wyglą­dać ta lep­sza przy­szłość. I wresz­cie musimy zadbać o to, aby tak się stało.

Jed­nym ze spo­so­bów uza­sad­nie­nia opty­mi­zmu jest uzna­nie, że są rze­czy, któ­rych nie wiemy, że nie­które z tych nie­wia­do­mych są pozy­tywne i że mamy pewną zdol­ność do kie­ro­wa­nia się w stronę tych pozy­ty­wów. Opty­mizm zachęca nas do poszu­ki­wa­nia tych pozy­tyw­nych aspek­tów. Jeśli nato­miast w żaden spo­sób nie ocze­ku­jemy, że nasze życie może się polep­szyć, nie mamy moty­wa­cji, aby w jego poprawę wło­żyć wysi­łek i prze­my­śle­nia, wobec czego roz­wią­za­nia pozo­stają nie­od­kryte. Porażka staje się samo­speł­nia­jącą się prze­po­wied­nią.

Jest pewna przy­po­wieść, która dosko­nale ilu­struje tę sytu­ację. Dzie­więt­na­sto­wieczni podróż­nicy zauwa­żyli, że rosyj­scy chłopi mają nowa­tor­ski spo­sób na utrzy­ma­nie świe­żo­ści mleka w warun­kach braku lodówki: wrzu­cali do niego żabę⁴. Nie­za­leż­nie od tego, czy było to prawdą, ludowa opo­wieść opi­suje losy dwóch takich żab umiesz­czo­nych w sąsied­nich dzba­nach. Jedna z nich, stwier­dziw­szy, że nie da się wydo­stać z naczy­nia, roz­pa­cza nad swoim losem i wkrótce tonie. Jej bar­dziej zde­ter­mi­no­wana towa­rzyszka jed­nak nie prze­staje mio­tać się i walić na oślep koń­czy­nami, aż w końcu ubija mleko na masło, dzięki czemu jest w sta­nie wysko­czyć na wol­ność.

Pierw­sza żaba wpa­dła w „pułapkę pesy­mi­zmu”: ponie­waż nie widzi żad­nego wyj­ścia z trud­nej sytu­acji, po pro­stu się pod­daje, a jej zguba staje się samo­speł­nia­jącą się prze­po­wied­nią. Druga żaba nato­miast, mimo że rów­nież nie widzi żad­nej moż­li­wo­ści ucieczki, nie prze­staje wal­czyć, dzięki czemu natra­fia na roz­wią­za­nie, któ­rego nie mogła prze­wi­dzieć na początku. Ta druga żaba jest opty­mistką.

Pułapki pesy­mi­zmu są wszech­obecne w życiu czło­wieka: praca, o którą się nie sta­rasz, ponie­waż nie masz na nią szans; osoby, które uwa­żasz za zbyt atrak­cyjne dla sie­bie, więc ni­gdy nie zapro­sisz ich na randkę; gry, w które nie grasz, więc ni­gdy nie wygry­wasz. Z tego punktu widze­nia nie jest zaska­ku­jące, że opty­mi­ści odno­szą więk­sze suk­cesy niż pesy­mi­ści w nie­mal każ­dym aspek­cie życia. Zazwy­czaj osią­gają lep­sze wyniki w szkole i pracy, mają sil­niej­sze rela­cje z rodziną i przy­ja­ciółmi oraz są bar­dziej odporni na stres finan­sowy, psy­chiczny i fizyczny. To banalne stwier­dze­nie, ale osiem­dzie­siąt pro­cent suk­cesu to po pro­stu się zja­wić. Tra­cisz każdy strzał, któ­rego nie odda­jesz.

Cho­ciaż dosko­nale zda­jemy sobie sprawę z puła­pek pesy­mi­zmu w naszym wła­snym życiu, czę­sto trud­niej jest nam unik­nąć ich w szer­szym świe­cie. Bada­nia poka­zują, że Ame­ry­ka­nie wyka­zują znacz­nie więk­szą wiarę we wła­sną pomyśl­ność niż pomyśl­ność swo­jego pań­stwa, są rów­nież coraz bar­dziej pesy­mi­stycz­nie nasta­wieni wobec przy­szło­ści – szcze­gól­nie mło­dzi ludzie, któ­rzy będą musieli w tym kraju żyć. Podobne bada­nie prze­pro­wa­dzone w grud­niu 2019 roku na gru­pie 12 000 Euro­pej­czy­ków wyka­zało, że 58% respon­den­tów pozy­tyw­nie oce­niało swoją przy­szłość, ale tylko 42% miało takie samo zda­nie na temat przy­szło­ści swo­ich państw⁵. Co cie­kawe, w kra­jach zamoż­nych czę­sto wystę­puje roz­bież­ność mię­dzy ocze­ki­wa­niami oso­bi­stymi a spo­łecz­nymi, tzw. luka opty­mi­zmu; ten­den­cja ta jest mniej widoczna w kra­jach bied­niej­szych.

Oczy­wi­ście przed nami poważne wyzwa­nia i trudne czasy. Jeśli jed­nak cho­dzi o, powiedzmy, zmiany kli­ma­tyczne, jeste­śmy w lep­szej sytu­acji niż żaby, ponie­waż znamy roz­wią­za­nie pro­blemu: eli­mi­na­cja emi­sji dwu­tlenku węgla. Wiemy też, jak to osią­gnąć: zapro­po­no­wano roz­wią­za­nia dla każ­dego moż­li­wego aspektu tego pro­blemu. Jeśli jed­nak nie wie­rzymy, że możemy coś zmie­nić, nie będziemy dzia­łać w spo­sób, który zaowo­cuje zmianą – co sprawi, że pokor­nie zaak­cep­tu­jemy wszystko, co przy­nie­sie przy­szłość, a nie ma powodu, aby ocze­ki­wać, że będzie ona pozy­tywna. Wręcz prze­ciw­nie, praw­do­po­dob­nie będzie tra­giczna. Luka opty­mi­zmu prze­kształci się w pułapkę pesy­mi­zmu. Podob­nie jak pierw­sza żaba w dzbanku z mle­kiem, zre­zy­gnu­jemy z ucieczki.

Luka opty­mi­zmu i pułapka pesy­mi­zmu sta­no­wią realne zagro­że­nie dla naszej zdol­no­ści do roz­wią­zy­wa­nia praw­dzi­wych i palą­cych pro­ble­mów naszych cza­sów. Pozba­wiają nas moty­wa­cji potrzeb­nej do poszu­ki­wa­nia roz­wią­zań i woli, aby je wcie­lać w życie. Mło­dzi ludzie potrze­bują zapew­nie­nia, że przy­szłość jest na­dal w ich zasięgu; starsi muszą wal­czyć z bez­wład­no­ścią, która popy­cha nas w kie­runku pesy­mi­zmu. Zna­le­zie­nie tych roz­wią­zań będzie wyma­gało pomy­sło­wo­ści i wysiłku oraz przede wszyst­kim chęci ich poszu­ki­wa­nia – nawet jeśli na początku nie wiemy, jakie one są ani gdzie ich szu­kać.

24 maja 1963 roku ame­ry­kań­ski pisarz i dzia­łacz na rzecz praw oby­wa­tel­skich James Bal­dwin udzie­lił wywiadu tele­wi­zyj­nego swo­jemu kole­dze, psy­cho­lo­gowi Ken­ne­thowi Clar­kowi. Miało to być sze­ro­kie omó­wie­nie ruchu na rzecz praw oby­wa­tel­skich po burz­li­wych mie­sią­cach, pod­czas któ­rych pro­te­sty w Bir­ming­ham w sta­nie Ala­bama – uwa­ża­nym za naj­bar­dziej segre­ga­cyjne mia­sto w Ame­ryce – zostały stłu­mione przy uży­ciu sika­wek stra­żac­kich, psów poli­cyj­nych i maso­wych aresz­to­wań. Jed­nym z aresz­to­wa­nych był Mar­tin Luther King, któ­rego słynny „List z wię­zie­nia w Bir­ming­ham” sta­no­wił argu­ment za nie­po­słu­szeń­stwem oby­wa­tel­skim w obli­czu nie­spra­wie­dli­wych praw.

Wcze­śniej tego samego majo­wego dnia Bal­dwin, Clark i inni akty­wi­ści zostali zapro­szeni na spo­tka­nie z Rober­tem Ken­ne­dym, ówcze­snym pro­ku­ra­to­rem gene­ral­nym Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Spo­tka­nie miało burz­liwy prze­bieg, a obie strony wyszły ze stu­dia sfru­stro­wane i scep­tycz­nie nasta­wione do moż­li­wo­ści osią­gnię­cia poro­zu­mie­nia. Wydaje się, że to doświad­cze­nie cią­żyło na Bal­dwinie i Clarku pod­czas wywiadu tele­wi­zyj­nego: obaj są przy­gnę­bieni, zmar­twieni. Wra­że­nie to potę­guje dym z papie­ro­sów, który unosi się wokół nich. Bal­dwin odpo­wiada na pierw­sze pyta­nie Clarka doty­czące jego doświad­czeń edu­ka­cyj­nych, po czym nagle prze­cho­dzi do bru­tal­no­ści, z jaką potrak­to­wano pro­te­stu­ją­cych w Bir­ming­ham, sku­pia­jąc się w szcze­gól­no­ści na incy­den­cie, gdy pię­ciu poli­cjan­tów powa­liło na zie­mię kobietę, a jeden z nich przy­du­sił kola­nem jej szyję. W końcu Clark pyta: „Jim, jak widzisz przy­szłość naszego narodu w głębi swo­jego serca? Co widzisz? Jesteś zasad­ni­czo opty­mi­stą? Czy pesy­mi­stą?”. „Cóż, cie­szę się i jed­no­cze­śnie żałuję, że zada­łeś mi to pyta­nie. Posta­ram się odpo­wie­dzieć na nie jak naj­le­piej – odrzekł Bal­dwin. – Nie mogę być pesy­mi­stą – powie­dział, wzru­sza­jąc ramio­nami – ponie­waż żyję. Bycie pesy­mi­stą ozna­cza, że zga­dzasz się, iż życie ludz­kie jest kwe­stią aka­de­micką. Jestem więc zmu­szony być opty­mi­stą. Jestem zmu­szony wie­rzyć, że prze­trwamy wszystko, co prze­trwać musimy”.

Sie­dzący tego dnia w stu­diu tele­wi­zyj­nym Bal­dwin i Clark nie mogli tego prze­wi­dzieć, ale rok 1963 oka­zał się prze­ło­mowy dla ruchu na rzecz praw oby­wa­tel­skich w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Po ich spo­tka­niu Ken­nedy naka­zał FBI zin­ten­sy­fi­ko­wać inwi­gi­la­cję Bal­dwina i innych akty­wi­stów na rzecz praw lud­no­ści czar­no­skó­rej, ale jed­no­cze­śnie stał się bar­dziej przy­chylny ich spra­wie. Bal­dwin opu­bli­ko­wał książkę _Następ­nym razem pożar_⁶, która spo­tkała się z pozy­tyw­nym odbio­rem czy­tel­ni­ków dzięki prze­sła­niu, że choć jest ich garstka, akty­wi­ści być może zdo­łają poło­żyć kres raso­wemu kosz­ma­rowi i zmie­nić histo­rię świata. Pod koniec sierp­nia tego roku Mar­tin Luther King wygło­sił słynne prze­mó­wie­nie „I Have a Dream” („Mam marze­nie”), jedno z naj­bar­dziej opty­mi­stycz­nych wystą­pień w histo­rii. Walka o prawa oby­wa­tel­skie trwała na­dal – po prze­mó­wie­niu Kinga szybko doszło do bru­tal­nych aktów prze­mocy ze strony zwo­len­ni­ków supre­ma­cji bia­łej rasy – ale otwo­rzyła się droga naprzód, któ­rej wcze­śniej nie było widać.

Bal­dwin miał rację: życie ludz­kie nie jest kwe­stią aka­de­micką. Odpo­wie­dzi na pyta­nia o to, czego możemy ocze­ki­wać od życia, w jakim świe­cie żyjemy i co możemy zro­bić, aby kształ­to­wać przy­szłość – mimo że pyta­nia te są przed­mio­tem dys­ku­sji od tysiąc­leci – nie leżą w gestii rozu­mo­wa­nia, ale prze­ko­na­nia, deter­mi­na­cji i wiary. Żyjemy u progu donio­słych zmian, być może kry­zysu. Jak ujął to inny dzia­łacz poli­tyczny, Włoch Anto­nio Gram­sci, w liście napi­sa­nym w jed­nym z wię­zień Mus­so­li­niego: „Stary świat umiera, a nowy rodzi się w bólach; teraz jest czas potwo­rów”.

Obec­nie, podob­nie jak wtedy, stary świat umiera. Naszym zada­niem jest pomóc nowemu światu się naro­dzić i dopil­no­wać, by jego aku­szerką nie były potwory. Nie ma to być świat ide­alny, ale lep­szy, zro­dzony nie tylko z aka­de­mic­kich cnót rozumu, inte­lektu i pla­no­wa­nia, ale także z irra­cjo­nal­nych cnót wiary, wyobraźni i moż­li­wo­ści: z opty­mi­zmu.Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Wszy­scy człon­ko­wie załogi statku „Endu­rance” prze­żyli, ale ekipa, która miała ich ode­brać po dru­giej stro­nie Antark­tydy, nie miała tyle szczę­ścia – nie wie­dząc o trud­no­ściach Shac­kle­tona, pod­jęła nie­zwy­kłe, ale osta­tecz­nie bez­ce­lowe dzia­ła­nia, żeby przy­go­to­wać zapasy na jego przy­by­cie. W trak­cie tych przy­go­to­wań kilku ludzi stra­ciło życie.

2. Cho­dzi o tekst _Opti­mism_ wydany w 1903 r. przez ówcze­sną stu­dentkę Radc­liff Col­lege Helen Kel­ler, prze­ło­żony na język pol­ski przez Kazi­mie­rza Jul­jana i wydany w 1907 r. w War­sza­wie pod tym samym tytu­łem: _Opty­mizm_. Naj­słyn­niej­szy cytat z tej pracy brzmi: „Opty­mizm to wiara pro­wa­dząca do osią­gnięć. Nic nie może się zda­rzyć bez nadziei i zaufa­nia” (przyp. tłum.).

3. Scep­ty­cyzm ten trwa do dziś: w ostat­nich latach wśród użyt­kow­ni­ków Tik­Toka, któ­rzy nie wie­rzą, że to, czego uczy się w szkole, jest prawdą, krąży „nega­cjo­nizm Helen Kel­ler”.

4. Być może mieli rację. W 2012 r. naukowcy z Rosji (bo skądże by indziej?) odkryli, że nie­które żaby wydzie­lają przez skórę nie­zwy­kle duże ilo­ści sub­stan­cji che­micz­nych o dzia­ła­niu anty­bak­te­ryj­nym.

5. Wiele badań mie­rzy poziom zado­wo­le­nia z życia, dobrego samo­po­czu­cia lub szczę­ścia. Opty­mizm jest powią­zany z tymi cechami, jak zoba­czymy, ale nie jest z nimi toż­samy; a nie­wiele badań doty­czy wła­śnie opty­mi­zmu jako takiego.

6. Książka Jamesa Bal­dwina _The Fire Next Time_ uka­zała się w języku pol­skim w 1965 r. nakła­dem wydaw­nic­twa Książka i Wie­dza w prze­kła­dzie Daniela Pas­senta (_Następ­nym razem pożar. Wybór ese­jów_) oraz w 2024 r. w prze­kła­dzie Miko­łaja Den­der­skiego nakła­dem Wydaw­nic­twa Karak­ter (przyp. tłum.).

7. Co dziwne, wcze­śniej­sza próba poprawy dobro­stanu kur­cząt zakoń­czyła się wypo­sa­że­niem milio­nów z nich w małe różowe oku­lary. Nie jest to tak uro­cze, jak mogłoby się wyda­wać: oku­lary miały chro­nić ich oczy pod­czas walk, do któ­rych czę­sto docho­dziło w cia­snych pomiesz­cze­niach; kolor miał rze­komo zapo­bie­gać wpa­da­niu w szał na widok roz­la­nej krwi.

8. To jest twoje myśle­nie z per­spek­tywy myszy. W jaki spo­sób praw­dziwa mysz mogłaby zebrać i prze­two­rzyć te infor­ma­cje – to temat na inną książkę.

9. Kiedy zda­łem sobie z tego sprawę, pod­ją­łem hero­iczne próby prze­zwy­cię­że­nia tej swo­jej skłon­no­ści. Nie mogę powie­dzieć, że zawsze udaje mi się przyjść na czas, ale obec­nie czę­ściej zja­wiam się w ostat­niej chwili niż kata­stro­fal­nie późno.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij