-
nowość
-
promocja
Twoja krew nas ocali - ebook
Twoja krew nas ocali - ebook
„Twoja krew nas ocali” to emocjonujący militarny romans z elementami dystopii, łączący mrok tajemnic z gorącym, lecz zakazanym uczuciem, rozwijającym się w świecie pełnym nieustannego zagrożenia, gdzie jedyną szansą na przetrwanie może się okazać zdrada systemu.
Scarlett dorastała z dala od Miast, w których to system decyduje o ludzkim losie. Wszystko jednak zmienia się pewnej nocy, gdy Miasto w końcu się o nią upomina, a ona zostaje siłą zabrana do elitarnej akademii wojskowej. Tam trafia pod skrzydła Nicolasa Blackwooda – brutalnego i bezwzględnego dowódcy, który zna zasady tej gry lepiej niż ktokolwiek inny… ale im bardziej się do siebie zbliżają, z tym większym trudem przychodzi mu ich przestrzeganie.
Jego zadaniem jest złamać kadetów. Jej celem jest przetrwanie.
Z każdym kolejnym treningiem i nowym rozkazem różnice dzielące kadetkę i generała zaczynają się zacierać, a regulamin przestaje cokolwiek znaczyć, gdy w grę wchodzi uczucie tak silne, że staje się groźniejsze niż wszystkie sekrety, które skrywa Akademia.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788368473964 |
| Rozmiar pliku: | 2,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Setki lat temu ludzkość stanęła na granicy całkowitej zagłady. W jednej chwili przestały mieć znaczenie państwa, religie i polityczne sojusze. Wszystko runęło, kiedy świat ogarnęła katastrofa, której nikt nie przewidział i której natury do dziś nie zdołano w pełni zrozumieć. Nikt nie wiedział, skąd wzięło się zagrożenie, a zanim zdołano zareagować, Ziemię pochłonęła seria śmiercionośnych plag. Planeta pękła pod naporem nieznanych wirusów, a ludzkie ciała okazały się bezsilne wobec natury, która zwróciła się przeciwko naszemu gatunkowi.
Wtedy zapadła decyzja. Jeśli nie można ocalić całego świata, trzeba ratować jego fragmenty, aby gatunek ludzki przetrwał. Największe metropolie przekształcono w twierdze. Otoczono je wielkimi murami z betonu oraz stali i ustalono zasady. Zasady, które miały zapobiec całkowitemu wymarciu ludności.
Tam zaczęła się nowa era. Era ciszy, porządku i absolutnego podporządkowania. A z chaosu i z popiołu starego świata wyłoniła się Atena – sztuczna inteligencja stworzona po to, by chronić tych, którzy ocaleli. W tym nowym ładzie to nie człowiek był w centrum, tylko system. Stał się on ostatnią nadzieją ludzkości, zbudowany nie z ciała i krwi, lecz z algorytmów i zimnej logiki. Atena zarządzała Miastami z precyzją, której człowiek nigdy nie osiągnął. Miała chronić to, co przetrwało, i nigdy nie popełniać błędów, które zgubiły człowieka.
Zapewniała porządek i bezpieczeństwo w metropoliach, niestety miało to swoją cenę. A była nią ludzka wolność.
Jednak nie wszyscy uznali Miasta za ocalenie. Znaleźli się i tacy, którzy patrzyli na betonowe mury i nie czuli się otoczeni opieką, ale uwięzieni, ponieważ system, który powinien ich chronić, zaczął kontrolować każdy aspekt życia obywateli. Dla nich to było zbyt wiele. Odeszli. Nie z bronią w ręku, nie z krzykiem – zniknęli po cichu. Wycofali się i znaleźli schronienie w miejscach, do których nie sięga władza technologii. Założyli osady nad rzekami, w głębi lasów, wysoko w górach, tam, gdzie sygnał nie docierał, a wzrok Ateny tracił ostrość. Porzucili wszystko, aby mogli znów być sobą.
Ci ludzie woleli głód niż regulamin. Woleli niepewność niż wieczne monitorowanie. Woleli strach przed nieznanym niż lęk przed samym sobą w odbiciu systemowego ekranu. To była ich forma walki. Ich cichy sprzeciw wobec świata, który postanowił za wszelką cenę być doskonały.
W jednej z takich osad, na granicy tego, co nieznane i dzikie, dorastała Scarlett. A kiedy system w końcu się o nią upomniał – nie była gotowa, by się mu poddać. Była gotowa, by z nim walczyć.ROZDZIAŁ 2
Obudziłam się, zachłannie łapiąc oddech – tak jak wtedy, gdy Alex wyciągnął mnie z lodowatej wody, a ja po raz pierwszy umknęłam z objęć śmierci. Moje serce waliło jak młot, a gardło miałam ściśnięte, jakbym właśnie uciekła z jakiegoś koszmaru – albo nadal w nim tkwiła. Przez kilka sekund, próbując pojąć, gdzie jestem, po prostu wpatrywałam się w biały, połyskujący sufit. W samym jego środku dostrzegłam małe okrągłe okno – niczym otwarte oko nieba – przez które wpadała wąska smuga światła. Tylko ona rozcinała ciemność spowijającą pokój. Światło było chłodne i blade, pozbawione życia. Zupełnie jak ja.
Podniosłam się powoli i usiadłam na skraju łóżka, ale dla mojego organizmu ruch i tak okazał się zbyt szybki, przez co natychmiast zawirowało mi w głowie, a pulsujący ból spłynął falą od skroni aż po kark. Wzięłam głęboki oddech i przejechałam dłonią po miękkim materiale. Nie był to prymitywny materac wypchany słomą, do którego przywykłam. To wyglądało na coś… z innego świata. Prawdziwe łóżko.
Nerwowo rozejrzałam się wokół. Nie znałam tego miejsca. Nie zostało zbudowane z drewna, gliny czy kamienia. Nie pachniało życiem, nie pachniało naturą. Wydawało się… doskonałe w sposób, który mnie przerażał. Bo doskonałość nigdy nie była ludzka.
Powoli opuściłam wzrok i spojrzałam na siebie. Ujrzałam czyste ubrania. Nie te, które pamiętałam z osady – zmechacone od noszenia, przesiąknięte dymem i trudem codzienności – lecz coś zupełnie innego, nowego i obcego.
Lniana koszula, jasna i miękka, otulała moje ciało delikatnym chłodem. Spodnie z tego samego materiału przylegały lekko i pachniały subtelnie… zbyt subtelnie. To nie był zapach lasu, ziół ani ognia. To był zapach sterylności.
Dotknęłam dłonią własnego ramienia. Skórę miałam gładką. Ciepłą. Niepokojąco czystą. Spojrzałam na dłonie. Nie nosiły śladów wczorajszego piekła. Nie zauważyłam na nich ani kurzu, ani popiołu, ani choćby rysy. Paznokcie zostały idealnie przycięte, bez żadnego zabrudzenia pod płytką. A przecież wczoraj wbijałam je w ziemię, pełzałam, krzyczałam, walczyłam. Byłam pokryta czyjąś krwią. Nie czyjąś… Krwią mojej rodziny. Mamy. Alexa…
Wzdrygnęłam się z obrzydzenia. Ktoś mnie dotykał, kiedy spałam – przemył każdą część ciała, ubrał w nowe rzeczy, rozczesał włosy i dał sobie przyzwolenie na zrobienie tego wbrew mojej woli, gdy byłam nieprzytomna.
Zerwałam się z łóżka i zaczęłam nerwowo krążyć po pokoju. Nie widziałam tu niczego znajomego. Nawet cisza brzmiała inaczej – nie jak spokój lasu o świcie, lecz jak kontrolowany bezdech.
Zatrzymałam się przed drzwiami. Były tutaj jedynym elementem, który przypominał coś z mojego świata. Ciężkie. Metalowe. Masywne. Ich powierzchnię przecinały poziome linie stalowych obręczy, wbitych w strukturę jak więzy. A klamka… nie wydawała się zwykła. Kuta, wygięta w spiralny wzór, ostra na końcach. Złapałam ją. Lodowaty metal zmroził mi skórę, ale pociągnęłam. Nic. Wrota nawet nie drgnęły.
Spróbowałam jeszcze raz, mocniej, z całej siły, jakbym w ten sposób mogła nie tylko otworzyć drzwi, lecz też wyrwać się z tej chorej rzeczywistości. Jednak to nic nie dało. Ogarnęła mnie desperacja. Znów szarpnęłam, tym razem bez opamiętania, jak zwierzę złapane w sidła. Rzuciłam się na nie całą masą. Usłyszałam tylko echo – zimne i beznamiętne niczym drwina.
– Halo?! – wrzasnęłam, uderzając pięścią w metal. – Jest tam ktoś?!
Nic. Cisza.
– Wypuśćcie mnie! – krzyknęłam ponownie.
Wciąż waliłam w drzwi. Raz. Drugi. Dziesiąty. Oddech rwał się w moim gardle, aż w końcu opadłam z sił. Przyłożyłam czoło do metalowej płyty i zamknęłam oczy. Obrazy wczorajszego dnia wdarły się do głowy niczym ostrza – ostre, bolesne, bezlitosne.
Nie mogłam dłużej ustać na nogach. Osunęłam się na posadzkę, plecy oparłam o zimne drzwi i objęłam kolana. Coś we mnie pękło.
– Mamo… – wyszeptałam tak cicho, że ledwo słyszałam własny głos.
Wspomnienie jej twarzy powróciło z brutalną siłą. Widziałam, jak upadała. Widziałam, jak żołnierz rzucił się na nią. Widziałam ten strach w oczach – i nic nie mogłam zrobić.
Zacisnęłam palce na ramionach, jakby ten uścisk miał powstrzymać łzy. Ale tych nie dało się zatrzymać. Wypływały jak rwący strumień. A każda kropla niosła w sobie imiona bliskich, których utraciłam.
– Alex… – wychrypiałam.
Widziałam jego ciało. Leżał bez ruchu. Nie odpowiadał. Ale on przecież zawsze wracał. Z każdej misji. Z każdej głupoty, jaką wymyślił. Był silny. Na pewno przeżył. Przecież to niemożliwe, aby wszyscy tam…
Zakrztusiłam się łzami.
– Czy ktoś mnie słyszy?! – wrzasnęłam, zdzierając gardło, i ponownie zaczęłam walić w metal. – Gdzie moja mama? Gdzie Alex?! – Zerwałam się z podłogi i znów rzuciłam na drzwi. Szarpałam je z desperacją, która nie znała już granic. – Oddajcie mi ich! Słyszycie?! Oddajcie! – wrzeszczałam, uderzając w gładką powierzchnię. – Proszę… błagam…
To nie była złość. To była histeria. Ból, niezdolny się nigdzie pomieścić, próbował ulecieć z mojego ciała przez usta, przez łzy, przez pięści.
Osunęłam się ponownie na podłogę i wtuliłam twarz w kolana.
Wczoraj miałam wszystko. Miłość matki. Dom, choć tylko z drewna i słomy. Bezpieczeństwo, choć zbudowane z niepewności. A teraz? Została mi jedynie biała klatka. I nadzieja. Głupia, cienka jak włos, ale jedyna, dzięki której jeszcze trzymałam się przy zdrowych zmysłach – że może… może wciąż żyją. Że ktoś ich uratował, tak jak mnie. Może to wszystko było tylko snem, jakąś halucynacją.
Jednak w głębi duszy słyszałam również inny głos – cichy, ale okrutny. Ten, który powtarzał, że przecież widziałam ciała. Stosy ciał. Że przecież mama i Alex też mogli tak skończyć, po tym jak mnie brutalnie stamtąd wywieziono.
Zasłoniłam uszy dłońmi, lecz to nie pomogło zagłuszyć myśli. One były wszędzie – w oddechu, w skurczu żołądka, w ściśniętym gardle. A jedno pytanie szczególnie nie dawało mi spokoju. Nie: „dlaczego ja?”. Nie: „gdzie jestem?”. Tylko: „dlaczego wciąż żyję?”.
Położyłam się na zimnej posadzce. Skulona, schowałam twarz między kolana – jak dziecko, które właśnie przestało wierzyć w to, że świat jest dobry. Ciało dygotało mi od szlochu, już dawno dającego się kontrolować.
I wtedy to usłyszałam. Metaliczny syk. Cichy, ale głęboki. Uniosłam się lekko na łokciu i zamarłam. Drzwi powoli się otwierały, a ja leżałam na podłodze niczym zwierzę, które w ostatnim odruchu nie wie, czy uciekać, czy gryźć. Poddać się czy walczyć.
Pierwszym, co zobaczyłam, były buty. Ciężkie, czarne, masywne buty. Zatrzymały się za progiem. Powoli uniosłam głowę i aż mnie zmroziło. To było ciało zaprogramowane do walki. Znałam ten typ, bo w naszej wiosce tak właśnie wyglądali najlepsi Łowcy.
– Widzę, że się obudziłaś – powiedział głosem zaskakująco spokojnym, lecz pełnym wyższości.
W końcu wzrokiem dotarłam do jego twarzy i wstrzymałam oddech. Nie był stary. Wręcz przeciwnie. Był młody – może niewiele starszy ode mnie. Ale nie wyglądał jak chłopak. Raczej jak mężczyzna, który widział rzeczy zostawiające ślady w spojrzeniu. Perfekcyjny. Choć nie jak człowiek. Jak broń.
Miał gęste, ciemne włosy, nieco dłuższe na górze, ułożone w sposób zbyt dokładny, by uznać to za przypadkowe. Jedno pasmo opadało mu na czoło, na przekór jego idealnie kontrolowanej postawie. To jedyne w nim wydawało się… ludzkie. Reszta była jak wyrzeźbiona w skale – ramiona szerokie, sylwetka prosta niczym struna, a każdy ruch precyzyjny, trenowany przez lata.
Miał na sobie ciemny, dopasowany uniform – wojskowy, techniczny, pozbawiony jakichkolwiek ozdób. Suwak biegł przez środek klatki piersiowej aż do szyi, a paski z zatrzaskami przy ramionach przypominały kabury na broń. Ale samo jego ciało już nią było. Widziałam to w postawie nieznajomego. W mięśniach rysujących się pod materiałem. W sposobie, w jaki się poruszał – cicho jak cień, z siłą mogącą w jednej sekundzie zmiażdżyć przeciwnika.
I były jeszcze jego oczy. Czarne. Chłodne. Głębokie jak bezdenne studnie, w których nie odbija się nic poza wyrachowaniem i obserwacją. Miał spojrzenie drapieżnika. Oceniające, ważące, analizujące i szukające słabości. A ja czułam, że widzi każdą z moich.
Kiedy wszedł w głąb pokoju, kierując się ku mnie, usiadłam prosto, przestraszona. W głowie rozbrzmiał mi szept:
Uciekaj. Jeśli tylko się odwróci, uciekaj.
Tyle że nie było dokąd uciec.
– Wstań, Scarlett – rozkazał, górując nade mną. – Użalanie się nad sobą nie poprawi twojej sytuacji.
– Użalanie się?! – warknęłam, przełykając słone łzy. – Zabiliście mi rodzinę!
– To była cena, którą…
– Cena?! – przerwałam mu.
Podniosłam się z podłogi i zacisnęłam pięści. Moje ciało było słabe, zmęczone oraz poturbowane, ale nie miałam zamiaru płakać u jego stóp.
– Próby buntu nic ci nie pomogą, więc przestań się zachowywać jak dzikuska i zaakceptuj swój los.
Zaakceptować swój los? Wściekłość buzowała we mnie jak wrzątek – parzyła od środka i zmuszała do działania. Zrobiłam krok w stronę oprawcy, patrząc mu prosto w oczy.
– Nie mów do mnie takim tonem! Nie możesz mi rozkazywać. Jesteś człowiekiem, który… – urwałam. – Nie. Nie jesteś nawet człowiekiem, skoro opowiadasz o śmierci z taką obojętnością. Jesteś potworem. Wszyscy tutaj nimi jesteście.
Jego brew uniosła się ledwo zauważalnie, ale usta pozostały zaciśnięte. Nie odpowiedział.
– Co, zabrakło ci tekstu z podręcznika zastraszania? – rzuciłam z pogardą. – A może nie zaprogramowali cię na sytuacje, w których ktoś ma odwagę mówić prawdę prosto w twarz?
– Jesteś odważna, jak na kogoś, kto nie sprawuje absolutnie żadnej władzy nad własnym losem – odparł w końcu. – Jednak jeśli zamierzasz tak pyskować dalej, źle to się dla ciebie skończy.
– A co zrobisz? Zabijesz mnie? – wycedziłam i podeszłam do niego, wysoko unosząc podbródek. – Na to właśnie czekasz, prawda? Żebym dała ci powód? Nie… – Pokręciłam głową i nerwowo się zaśmiałam. – Ty przecież nie potrzebujesz powodu. Bo w końcu niby czym zawinili moi ludzie z wioski?
– Pozostający poza Miastem to jednostki, które nie potrafiły się przystosować do życia w naszej wspólnocie. To ofiary własnych instynktów nierozumiejące istoty i znaczenia postępu.
– To, co wy nazywacie postępem, to nic innego jak więzienie!
Mężczyzna odwrócił się ode mnie i zaśmiał krótko.
– Mówiłem im, że twój umysł jest skażony propagandą, ale nikt mi nie wierzył. Teraz zobaczą to na własne oczy. – Zrobił krok i zanim zdążyłam zareagować, stanowczo zacisnął dłoń na moim ramieniu. – Wychodzimy. – Szarpnął mnie i pociągnął w stronę drzwi.
– Puszczaj! – krzyknęłam, próbując się wyrwać, ale odpowiedział mi tylko mocniejszym uchwytem na ręce.
– Ucisz się i idź – warknął i powlókł mnie za sobą.
Wyszliśmy na zewnątrz pokoju. Korytarz był długi, sterylnie czysty i idealnie prosty. Ściany lśniły białym światłem, które nie miało wyraźnego źródła, ale zalewało przestrzeń zimnym blaskiem. Podążaliśmy w milczeniu. Czułam, jak adrenalina powoli opada, zostawiając po sobie zmęczenie i zawroty głowy. Wiedziałam, że teraz nic nie wskóram, więc odpuściłam sobie opór, jednak poddać się nie miałam zamiaru, nawet mimo tego, że zacisk silnych palców na moim ramieniu wciąż przypominał, iż nie jestem już wolna.
– Dokąd mnie prowadzisz?
Mężczyzna nagle się zatrzymał, odwrócił głowę i spojrzał z góry.
– Ustalmy coś sobie… – zaczął spokojnie, ale jego spojrzenie było twarde jak stal. – Jeśli nikt cię o nic nie pyta, siedzisz cicho. Bo uwierz mi… tam, dokąd idziemy, nie wszyscy będą dla ciebie tak uprzejmi jak ja.
Prychnęłam.
– Uprzejmy? Ty?
Zacisnął szczęki.
– Idziemy – uciął temat i ruszył dalej, ciągnąc mnie za sobą, jakby był już zmęczony tym, że w ogóle musi ze mną rozmawiać.
A ja… po prostu szłam za nim. Bo nie miałam wyboru. Ale w głowie już tworzyłam mapę tego korytarza. Liczyłam drzwi, zapamiętywałam zakręty. Bo jeśli nie mogłam walczyć teraz – chciałam być gotowa, gdy przyjdzie na to czas.
Podążaliśmy dalej, a cisza między nami gęstniała z każdą chwilą. Rozglądałam się, próbując zarejestrować każdy szczegół. Co dwadzieścia kroków mijaliśmy niewielkie wypustki osadzone w suficie – szkliste soczewki, wtopione niemal niewidocznie w biel. Zdradzały je tylko migające czerwone światełka.
Ktoś nas obserwował…
– Czy wystarczy cię zabić, żeby stąd uciec? – rzuciłam, by go podpuścić i sprowokować do dyskusji.
Mężczyzna nie odpowiedział, ale jego dłoń zacisnęła się mocniej na mojej ręce.
– Żartuję – mruknęłam. – Na razie.
Wyłoniliśmy się zza kolejnego zakrętu, a przestrzeń uległa zmianie. Korytarze stały się szersze, sufit wyższy, podłoga lśniła nieco mocniej, jakby ktoś właśnie ją wypolerował. Podeszliśmy do szklanych drzwi, które torowały drogę dalej. Mężczyzna przystanął i przyłożył dłoń do czytnika tuż obok nich. Rozbrzmiał cichy trzask, potem syk. Wejście się rozsunęło, a moje serce wykonało dziwny skok.
Wewnątrz znajdowała się mała kabina – wąska, ciemniejsza, niemal klaustrofobiczna. Wzdłuż ścian biegły przewody, zabezpieczone przezroczystymi panelami i prowadzące do kamer, które otaczały nas teraz z każdej strony.
– Nie podoba mi się to miejsce – powiedziałam cicho.
– Nie musi. Po prostu wejdź do środka – odparł i pchnął mnie do przodu. – A uwierz, im szybciej zaakceptujesz panujące tu zasady, tym lepiej dla ciebie.
– To groźba? – Posłałam mu wściekłe spojrzenie.
– Po prostu cię ostrzegam.
Spojrzałam na jego profil. Był spokojny. Aż nazbyt. Zupełnie jakby mówił o pogodzie, a nie o mojej potencjalnej torturze.
Nagle drzwi za nami się zatrzasnęły. Zamknęły nas razem w tej ciasnej przestrzeni, a mnie oślepiła potężna fala niebieskiego światła. Poczułam, jak przechodzi przez moje ciało, jak przenika skórę, kości, myśli. Jasność była tak intensywna, że mimowolnie zasłoniłam twarz ramieniem i cofnęłam się o krok, aż uderzyłam plecami o zimne wrota, przez które przed chwilą przeszliśmy.
– Co, do cholery… – jęknęłam, mrużąc oczy. Mrugałam szybko, ale obraz nie wracał. Widziałam tylko ten oślepiający, bezkresny blask.
– Uspokój się. – Jego głos zabrzmiał spokojnie, zupełnie jakby znał tę reakcję aż za dobrze i był do niej przyzwyczajony. – Stań prosto. I patrz przed siebie.
– Co to jest?!
– To tylko skan – odparł chłodno. – Standardowa procedura.
Zmusiłam się do wyprostowania sylwetki i po chwili niebieskie światło ustało.
– Skan?! – powtórzyłam z niedowierzaniem, wciąż mrugając, by odzyskać zdolność widzenia. – Myślałam, że spali mnie od środka!
– Gdybyś miała zostać spalona, już byś krzyczała. Ale inaczej. – Zrobił krótką pauzę i przyjrzał mi się uważnie, po czym dodał: – To procedura wyjściowa.
– Co to znaczy?
– Że system kontroluje, kto może stąd wyjść, a kto nie.
– I to twoim zdaniem nie jest więzienie? – prychnęłam.
– Nie. – Uśmiechnął się słabo. – To akurat było więzienie.
– Słucham?! – Spiorunowałam go wzrokiem.
– Nie nakręcaj się, Scarlett. To dla twojego bezpieczeństwa. – Przewrócił oczami i zaczął wstukiwać tajemnicze kody na ekranie, który znajdował się przy drugich drzwiach.
Po chwili szklane wrota przede mną się rozsunęły i ukazały nam drogę do kolejnego korytarza.
– Wchodź do środka.
– A jeśli tam nie wejdę?
– Wejdziesz – powiedział spokojnie. – Bo inaczej ja cię wepchnę.
Patrzyłam na niego przez dłuższą chwilę. Zrozumiałam, że nie żartował, więc zacisnęłam powieki i minęłam go z uniesioną głową, aby stworzyć choć iluzję tego, że to ja kontroluję sytuację. A kiedy przekroczyłam próg, wiedziałam jedno: to miejsce mnie nie złamie. Ale zrobi wszystko, by spróbować.
Korytarz za kabiną był węższy, bardziej przytłaczający, a powietrze – dziwnie gęste, nasycone czymś więcej niż tylko tlenem. Szliśmy jeszcze kilka minut w milczeniu, aż w końcu dotarliśmy do kolejnych drzwi.
Mężczyzna nie zapukał, nie czekał. Po prostu je otworzył, przykładając kartę do niewielkiego podświetlonego panelu. Gdy metalowa konstrukcja rozsunęła się na boki, wepchnął mnie do środka.
Przede mną, w samym centrum nowoczesnego wnętrza, stała kobieta. Miała na sobie śnieżnobiałą, ołówkową sukienkę, która podkreślała smukłą sylwetkę. Siwe włosy upięła w nienaganny, elegancki kok, a każdy jej ruch wydawał się przemyślany, spokojny, wręcz królewski.
Półprzezroczysty, lśniący delikatnym światłem panel unosił się tuż przed nią, reagując na każdy dotyk nieznajomej. Z tyłu stali dwaj mężczyźni w czarnych garniturach – sztywni, beznamiętni, niemal jak maszyny.
Z początku nikt nie zwrócił na nas uwagi. Tkwiłam w progu i nerwowo rozglądałam się po pokoju. Moje spojrzenie natychmiast zatrzymało się na wielkim oknie naprzeciwko. Widziałam tylko kawałek nieba – czystego, bezchmurnego. Nie dostrzegłam ziemi, drzew, niczego, co przypominałoby dom. A mimo to tęsknota ścisnęła mnie w gardle tak mocno, że musiałam zwinąć pięści, żeby nie wybuchnąć płaczem.
Nagle, bez odwracania się, kobieta przemówiła ciepłym, melodyjnym głosem:
– Nie przerasta cię ten widok, Scarlett? W końcu zapewne pierwszy raz widzisz tyle technologii. O ile w ogóle wcześniej jakąś widziałaś…
W tym samym momencie na półprzezroczystym panelu pojawiła się projekcja – panorama Miasta, ludzi, ulic zalanych światłem. Nieznajoma natychmiast musnęła palcami ekran i obraz zniknął.
Dopiero wtedy stanęła twarzą w moją stronę.
Uśmiechała się łagodnie, niemal matczynie, ale to nie sprawiło, że poczułam się bezpieczniej. Wręcz przeciwnie – coś w tym uśmiechu było zbyt wyćwiczone. Zbyt perfekcyjne.
– Przerasta mnie jedynie fakt, że wybiliście mi rodzinę, a ja jestem tu przetrzymywana wbrew woli! – warknęłam, ruszając gwałtownie do przodu.
Zanim zdążyłam zrobić więcej niż krok, dłoń mężczyzny, z którym tu przyszłam, zacisnęła się na moim ramieniu.
– Już dobrze, Nicolas… – powiedziała kobieta, a on poluzował chwyt.
Zatem tak miał na imię. Nicolas.
Wyrwałam mu się, ale zostałam na miejscu, mierząc nieznajomą wzrokiem. Ta przeszła w stronę masywnego biurka, a mężczyźni w garniturach podążyli za nią, zawsze o dwa kroki w tyle – jakby ich odległość była manifestacją jej władzy.
– Dlaczego tu jestem? Czego ode mnie chcecie? – zapytałam ostro, patrząc na nią.
Stało się jasne, że to ona tu rządzi. To było widać w każdym jej ruchu i w sposobie, w jaki oni ją obserwowali.
Spoczęła na krześle za biurkiem i skinęła lekko głową.
– Usiądź, Scarlett. – Wskazała miejsce naprzeciwko siebie.
Po dwóch krokach do przodu zawahałam się i zatrzymałam jak zwierzę wyczuwające pułapkę.
Zauważyła moją niepewność. Zmrużyła lekko oczy, po czym rzuciła spokojnym tonem:
– Zostawcie nas same.
Mężczyźni w garniturach bez słowa skinęli głowami i ruszyli do wyjścia.
– Ty też, Nicolas. Zaczekaj na nią na zewnątrz – dodała.
– Dobrze.
Usłyszałam jego oddalające się kroki, a potem cichy trzask zamykanych drzwi.
Rozejrzałam się niespokojnie po gabinecie. Było tu więcej technologii, niż kiedykolwiek potrafiłam sobie wyobrazić. Ekrany, hologramy, pulsujące punkty światła, które zdawały się oddychać swoim rytmem. Czytałam o nich w książkach od pana Alfreda, ale nigdy nie przypuszczałam, że zobaczę je kiedyś na własne oczy.
– Nie musisz się bać, Scarlett. Chcemy ci pomóc.
– Dlaczego ciągle to powtarzacie? – warknęłam. – Już udowodniliście, że nie jesteście moimi sojusznikami. Jesteście wrogami.
– Przepraszamy za te… – urwała na moment, jakby szukała odpowiednich słów. – Za te dziwne okoliczności, w których się spotykamy. Musisz jednak zrozumieć… było to zło konieczne.
– Zło konieczne? – prychnęłam pogardliwie.
– Usiądź. – Ponownie wskazała ręką puste krzesło. – Wyjaśnię ci wszystko.
Wahałam się jeszcze ułamek sekundy. Ale w końcu, przeklinając w duchu własną ciekawość, podeszłam do biurka. Przycupnęłam powoli, wciąż gotowa w każdej chwili zerwać się na równe nogi.
Kobieta patrzyła na mnie w milczeniu. W jej oczach nie było pogardy ani wyższości. Tylko coś, co przypominało cierpliwość – choć nie taką, która wynika z łagodności. Raczej tę płynącą z wiedzy, że sprawuje się pełną władzę nad losem drugiego człowieka.
– Nazywam się Eleonor Blackwood – powiedziała spokojnie.
Mrugnęłam, bo poczułam, jak to nazwisko odbija się echem w mojej głowie. Blackwood. Brzmiało twardo. Dostojnie. Ale także emanowało szacunkiem.
– Jestem dyrektorką Akademii Nowej Ery – dodała.
Serce ścisnęło mi się w piersi. Słyszałam wcześniej tę nazwę. Krążyła w szeptach wśród ludzi z osady. Akademia, której istnienie było dla mnie bardziej legendą niż faktem. Miejsce, gdzie szkolono żołnierzy… jednak nie takich zwykłych. Mówiono o nich w opowieściach podszytych strachem – o dzieciach przerabianych na broń, o umysłach łamanych, by stworzyć idealnych wojowników dla nowego świata.
– Akademia… – powtórzyłam pod nosem. – Znalazłam się w Akademii?
Eleonor uśmiechnęła się łagodnie. Była zadowolona, że w końcu zrozumiałam.
– Tak, Scarlett. I jeśli pozwolisz, poprowadzę cię przez twoje nowe życie.
Nowe życie? A co z tym, które mi odebrali?
– Nie chcę nowego życia – wysyczałam. – Chcę mojego starego.
Eleonor nie zareagowała gniewem ani nie straciła opanowania. Przeciwnie – jej uśmiech stał się jeszcze bardziej wyrozumiały, jakby mówiła do dziecka nierozumiejącego jeszcze, jak funkcjonuje świat.
– Wiem, że teraz tak myślisz – zaczęła cicho. – Ale prawda jest taka, że to stare życie już nie istnieje. Nigdy nie istniało naprawdę. Stanowiło iluzję. Ostatnie echo świata, który umarł dawno temu.
Pokręciłam głową, czując, jak dłonie zaczynają mi drżeć.
– To kłamstwo! – syknęłam. – Wszystko, co mieliśmy, było prawdziwe. Miłość, dom, wolność…
– Wolność? – powtórzyła z lekkim rozbawieniem. – Wolność to największe złudzenie, jakie kiedykolwiek stworzył człowiek. I najniebezpieczniejsze. – Eleonor pochyliła się lekko ku mnie i spojrzała z powagą. – Chcę cię przygotować – powiedziała. – Dać ci szansę nie tylko na przetrwanie, lecz na coś więcej. Na siłę. Na prawdziwe miejsce w nowym świecie.
Zmrużyłam oczy.
– A jeżeli odmówię?
Jej uśmiech zbladł, a spojrzenie stało się chłodniejsze.
– Nie odmówisz, Scarlett. Bo odmowa tutaj nie jest opcją.
Zapadła cisza. W moim wnętrzu coś się spięło. A coś innego się przebudziło. Wiedziałam, że jeśli chcę przetrwać – jeśli naprawdę zamierzam walczyć – muszę najpierw poznać zasady tej nowej gry. A potem… je złamać.
Eleonor przez chwilę po prostu siedziała w ciszy, dając mi czas na zrozumienie – albo na ugięcie się pod ciężarem tego, co właśnie powiedziała. Jednak ja milczałam równie uparcie, zaciskając zęby i walcząc z własnym strachem.
– Scarlett, wiem, że jesteś wściekła. Masz do tego prawo. Straciłaś wszystko, w co wierzyłaś. Ale to, czego jeszcze nie wiesz, to fakt, że ta strata może cię zniszczyć… albo uczynić silniejszą. – Jej głos był cichy, niemal delikatny, jakby mówiła do kogoś, kogo naprawdę chciała ocalić.
Nie wierzyłam w tę miękkość. Była fałszywa. Była narzędziem. Narzędziem do osiągnięcia ich celów.
– Nie interesuje mnie siła, którą wy oferujecie – prychnęłam chłodno. – Chcę tylko wrócić do domu.
– Tamten dom już nie istnieje. Twoja osada została zniszczona, a ludzie… – Zawiesiła głos, zostawiając mi domyślenie się reszty. – Nie ma powrotu do przeszłości. Jest tylko droga naprzód.
Zacisnęłam dłonie na kolanach tak mocno, że paznokcie zraniły skórę.
– I jaką niby drogę wy mi proponujecie? – warknęłam.
Eleonor się wyprostowała, jakby przechodziła do oficjalnej części rozmowy.
– Akademia Nowej Ery została stworzona po to, by przygotowywać jednostki do nowego świata. Świata, który nie toleruje słabości, chaosu ani buntowników. – Jej spojrzenie spoważniało. – Twoje pochodzenie czyni cię idealną kandydatką. Masz instynkt przetrwania. Odwagę. I coś, czego nie da się nauczyć: wolę walki.
Pokręciłam głową z niedowierzaniem.
– Chcecie mnie przemienić w jedno z waszych narzędzi – wycedziłam. – Zrobić ze mnie broń.
– Chcemy dać ci wybór – sprostowała. – Możesz być nikim. Jedną z wielu zgubionych dusz, o których świat zapomni. Albo możesz sięgnąć po coś więcej.
Parsknęłam cicho.
– Wybór? – powtórzyłam. – To nie jest wybór. To ultimatum.
– W świecie, gdzie przyszło nam żyć, każdy wybór jest okupiony ceną – odparła bez mrugnięcia okiem. – Ale tutaj, Scarlett, masz szansę coś znaczyć. Większość ludzi tej szansy nie dostaje.
Przez chwilę patrzyłam na nią, próbując ocenić, czy naprawdę wierzy w to, co mówi, czy też po prostu odgrywa rolę wyuczoną perfekcyjnie przez lata praktyki.
– Dlaczego akurat ja?
Na twarzy Eleonor pojawił się cień satysfakcji. Jakby właśnie wykonała pierwszy ruch w partii szachów, którą planowała od dawna.
– Twój ojciec… – zaczęła, ale natychmiast jej przerwałam.
Wstałam gwałtownie, tak szybko, że krzesło za mną się przechyliło i upadło z głuchym hukiem na podłogę.
– Nie mieszaj w to mojego ojca! – krzyknęłam, całe ciało trzęsło się od napięcia.
Lecz ona nawet nie drgnęła. Siedziała spokojnie, patrząc na mnie z tą samą niewzruszoną cierpliwością, która działała mi już na nerwy.
– Wiesz w ogóle, kim był twój ojciec?
Prychnęłam, czując, jak serce wali w klatce piersiowej, jakby próbowało się z niej wyrwać razem z całą złością i bólem.
– Wiem tyle, że stąd uciekł. Z tego twojego chorego Miasta, z tej chorej Akademii! – wycedziłam przez zaciśnięte zęby. – A skoro tak postąpił, skoro porzucił wszystko… to mówi o was dużo!
– Scarlett… – zaczęła miękko. – Twój ojciec nie uciekł. Nigdy.
– Kłamiesz – wysyczałam.
– Mężczyzna, który wychował cię w osadzie… ten nazywany przez ciebie ojcem… tak naprawdę nim nie był.
Cofnęłam się o krok.
– Kłamiesz – powtórzyłam, lecz brzmiałam coraz słabiej.
Eleonor pokręciła głową.
– Mówisz o bracie swojej matki. Czyli wuju. To on uciekł z Miasta wraz z twoją matką… i z tobą.
Świat zaczął mi się rozmywać przed oczami, a podłoga była coraz mniej realna.
– Dlaczego miałabym ci wierzyć? – wychrypiałam.
Kobieta wstała powoli zza biurka i ruszyła ostrożnie, jakby podchodziła do rannego zwierzęcia.
– Nie proszę, żebyś mi wierzyła. Proszę tylko, żebyś chociaż wysłuchała. – Zatrzymała się kilka kroków ode mnie. – Twój prawdziwy ojciec był jednym z naszych jako kluczowy człowiek w Radzie Nowej Ery. Miał wizję przyszłości. Miał plan. A twoja matka… ona bała się tego świata, który chcieliśmy razem zbudować.
– Więc uciekła – szepnęłam.
Eleonor skinęła głową.
– Tak. Z pomocą swojego brata.
Przełknęłam ślinę z trudem.
– A mój ojciec?
– Został tutaj – odparła bez wahania i usiadła z powrotem za biurkiem.
Wypuściłam gwałtownie powietrze z płuc. Nie wiedziałam, co było gorsze – to, że istniało prawdopodobieństwo, iż przez całe życie tkwiłam w kłamstwie, czy to, że teraz, tutaj, ta całkowicie obca kobieta próbowała mi pokazać własną wersję prawdy.
– Dlatego tu jesteś, Scarlett – dodała miękko. – Twoje miejsce jest tutaj. Twoje dziedzictwo. Twoja siła. I twoja rodzina.
– Moje miejsce było tam. Tam była moja rodzina.
– Twoje miejsce powinno być tam, gdzie możesz coś zmienić. A tutaj, Scarlett… masz szansę zmienić wszystko.
Eleonor wpatrywała się we mnie przez dłuższą chwilę, po czym ponownie wstała. Jej ruchy były pełne gracji, jakby każdy gest stanowił element misternie wyuczonego rytuału. Przeszła za moje plecy i zatrzymała się obok jednego z interaktywnych ekranów, zawieszonego w powietrzu. Przez moment stukała delikatnie palcami w jego powierzchnię, a holograficzne znaki rozbłyskiwały miękkim światłem pod tym dotykiem.
– Wiem, że nie zaufasz mi tak prędko – odezwała się cicho. – Ale może… jesteś w stanie zaufać jemu.
Zanim zdążyłam zareagować, centralnie przede mną, niemal na wysokości moich oczu, zmaterializował się półprzezroczysty prostokąt.
– Twój powrót tutaj był tylko kwestią czasu. To było ci pisane – dodała.
Nagle cały pokój pogrążył się w półmroku. Zgasły hologramy. Zniknęły pulsujące światła. Nawet interfejsy przy ścianach uległy zaciemnieniu, jakby cała przestrzeń wstrzymała oddech. Zostały tylko jeden ekran i blask z niego, który teraz oświetlał wyłącznie moją twarz.
Na nim pojawił się mężczyzna, siedzący za masywnym biurkiem. Miał na sobie ciemny garnitur, a jego sylwetka była wyprostowana, dostojna i pewna siebie.
– Jeśli oglądasz to nagranie… to znaczy, że Akademia cię odnalazła – zaczął. – Nazywam się Jonathan Whitmore i jestem członkiem Rady Nowej Ery. Bardzo wierzę w to, co robimy tutaj, w Akademii. Wierzę, że to jedyna droga, by ludzkość przetrwała. To nie jest projekt. To też nie eksperyment. To moje dziecko. Moje serce. Ale ty również w nim pozostajesz…
Zamilkł na moment, a ja zwróciłam się do Eleonor:
– Skąd mam wiedzieć, że to naprawdę on? Że to żadna sztuczka?
Spojrzała na mnie z lekkim uśmiechem.
– Oglądaj dalej, to się przekonasz – powiedziała, na co przewróciłam oczami, ale przeniosłam wzrok z powrotem na ekran.
W tle rozbrzmiał cichy dźwięk otwieranych drzwi. Mężczyzna na nagraniu odwrócił głowę, a do pomieszczenia weszła kobieta.
Zatrzymało mi się serce. To była ona. Młodsza. Bez zmarszczek. Bez ciężaru lat wypisanego na twarzy. Ale rozpoznałam ją natychmiast. Matka. Moja matka.
Miała na sobie luźną, kremową sukienkę, opinającą się na wyraźnie zaokrąglonym brzuchu. Była w ciąży. Nosiła pod sercem mnie.
– Długo ci to jeszcze zajmie? – zapytała z uśmiechem, oparta o framugę. – Kolacja stygnie.
Mężczyzna na nagraniu uśmiechnął się do niej z czułością, której nie sposób udawać.
– Jeszcze pięć minutek, kochanie. Zaraz zejdę – odpowiedział.
Wstał z krzesła, podszedł do niej i musnął jej czoło pełnym troski pocałunkiem, a palce zanurzył w gęstych, rudych włosach. Przejechał po nich powoli, jakby chciał zapamiętać ich fakturę. W tym geście mieściło się coś więcej niż dotyk – wspomnienie, które pragnął zachować na zawsze.
Następnie, trzymając kobietę w talii, przeprowadził ją za próg, po czym zamknął za nią drzwi. Wrócił na miejsce i spojrzał w obiektyw. Prosto na mnie.
– Chciałbym zwracać się do ciebie po imieniu, ale… nie wiem jeszcze, jakie wybierzemy – zaśmiał się cicho. – Ja głosuję na Scarlett, jednak twoja mama… upiera się przy Carla.
Zamrugałam, bo coś ścisnęło mi gardło.
Moje imię. Mój początek. Moje istnienie.
To nie była żadna sztuczka. To był on. Prawdziwy ojciec.
– Kocham twoją mamę… – mówił dalej – ale wiem, że choć i ona mnie kocha… na pierwszym miejscu postawi ciebie. I dlatego odejdzie z Miasta. A ja… zostanę. Bo Akademia Nowej Ery to również moje dziecko. – Na jego twarzy pojawił się cień smutku. Prawdziwego. Surowego. – Dziecko, które ocali świat. Dziecko, które zapanuje nad porządkiem i zapewni przetrwanie naszemu gatunkowi. – Zrobił krótką pauzę, jakby wiedział, że teraz padną najważniejsze słowa: – Mam nadzieję, że pewnego dnia cię odnajdę. I że będę miał szansę namówić, byś dołączyła do Akademii, bo potrzebujemy ludzi takich jak ty. Ale jeśli jednak nie zdołam… jeśli coś mi się stanie… – urwał na moment, spojrzał w dół. – Przekażę to nagranie swoim zaufanym ludziom, by to oni cię odszukali, gdy przyjdzie odpowiedni czas.
Patrzyłam nieruchomo przed siebie i wstrzymywałam oddech. Bo coś we mnie właśnie pękało. I coś innego – dotąd mi nieznanego – zaczynało się w tym pęknięciu rodzić.
– Scarlett, ty nie potrzebujesz odpowiedzi na wszystkie pytania, które powstają teraz w twojej głowie. Ty potrzebujesz celu. A ten został ci nadany, gdy tylko przyszłaś na świat. Nazwisko Whitmore cię do tego zobowiązało. Akademia cię potrzebuje, a ty potrzebujesz jej. A my jesteśmy tu po to, byś mogła odkryć siebie i swoje przeznaczenie – zakończył.
Może to było szaleństwo. Może popadałam w obłęd. Przede mną, na migoczącym ekranie, siedział obcy mężczyzna, a mimo tego całe ciało krzyczało, że tak, to on, mój ojciec.
I nie chodziło o jego znajome rysy czy kolor oczu, choć identyczny widziałam u siebie. Nie chodziło o moją matkę, pojawiającą się na nagraniu. Chodziło o coś więcej. O coś, co tkwiło głęboko we mnie. Jakby moje serce rozpoznało bicie serca, z którego powstało.
W tej chwili nie miałam już nikogo. Straciłam matkę. Straciłam Alexa. Straciłam każdego, kto kiedykolwiek się dla mnie liczył. Byłam pusta, ale w tej pustce rozbrzmiewał jeden głos – ten z nagrania.
To zakrawało na absurd, lecz może powinnam mu zaufać. Choć nigdy się nie poznaliśmy, mówił tak, jakby we mnie wierzył. Więc może i ja mogłam spróbować zaufać jemu.
Nie wiedziałam, kim jestem. Nie wiedziałam, kim są oni ani czego chcą. Zrozumiałam tylko jedno – mój ojciec chciał, bym się tutaj znalazła. Wiedział, że mogę być tu potrzebna. I być może… musiałam się przekonać na własnej skórze, dlaczego tak uważał.