Twoje Łzy - ebook
Silas chce wrócić do rodziny i dawnego życia. Tęskni za czymś, czego nie potrafi sobie przypomnieć. Nie ma pojęcia, gdzie jest i co doprowadziło go właśnie tutaj. Pozbawiony wspomnień nie wie, od czego zacząć. Niebiosa zlitowały się nad nim, pozwalając mu wrócić z zaświatów pod jednym warunkiem – musi wykonać pewne zadanie. Verena marzy o spokoju. Wszechświat nieustannie wystawia ją na próbę, rzucając pod nogi coraz większe przeszkody. Zmęczona ciężarem własnych emocji nie oczekuje już cudów. A jednak w jej życiu pojawia się chłopak, którego nie powinno już tu być. Silas i Verena spotykają się w niecodziennych okolicznościach. Los wystawia ich na próbę, choć żadne z nich nie przeczuwa, dokąd zaprowadzi ich ta droga. Czy zadanie, które początkowo wydawało się proste, okaże się ponad ich siły? Jak wiele będą gotowi poświęcić dla miłości?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Young Adult |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788397984912 |
| Rozmiar pliku: | 698 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Miłość była mi obca.
Każdy z nas marzy o byciu szczerze kochanym. Dorastając, czytaliśmy książki i oglądaliśmy filmy, w których miłość była piękna. Niewinna, ciepła i bezpieczna. Mówi się, że miłość pomoże ci wznieść się ponad wszystko, jednak co w przypadku, gdy miłość ciągnie cię na dno? Kiedy wszystko wygląda tak idealnie, że nie wydaje się realne? Kiedy zaślepieni cudowną ekstazą nie dostrzegamy tego, ile nas to kosztuje?
Prawda jest taka, że miłość nie jest piękna. Miłość boli. Złamane serce sprawia więcej cierpienia niż pogruchotane kości. Kości zrosną się mocniejsze i za parę miesięcy nie będziemy o tym pamiętać, a złamane serce będzie o sobie przypominać. Za każdym razem, gdy spojrzysz na coś, co was łączyło, ono zakłuje nieprzyjemnie, zalewając cię smutkiem i bólem.
Miłość boli, bo jest nieprzewidywalna. Serce samo wybierze, kogo masz kochać, i niech Bóg ma cię w opiece, jeśli wybierze źle. Możesz się wtedy łudzić, że znajdziesz kogoś innego, kogoś lepszego, ale co, jeśli twoje serce już wybrało? Ono nie zmieni zdania, bo nie kieruje się logiką i nikogo nie słucha – tylko siebie.
Miłość boli, bo wymaga poświęceń. Obiecuje życie usłane różami, ciepłe wieczory i troskę. Ale miłość idealna nie istnieje, a ta realna ciągle bierze i bierze. A na koniec się okazuje, że to i tak nie wystarczy. Miłość kosztuje. Kosztuje więcej, niż jesteśmy w stanie zapłacić.
W końcu wszystko na świecie ma swoją cenę, prawda?ROZDZIAŁ 1. SIÓDMY RODZAJ ŚMIERCI
Silas
Byłem wściekły. Byłem cholernie wściekły na wszystkich: na siebie, na osobę, którą pokochałem, a przede wszystkim na kogoś, kogo do niedawna wysławiałem ponad wszystko. Byłem wściekły na Boga. Od początku ze mną pogrywał, ustawiał mnie, jak chciał, a ja mu na to pozwalałem jak mały, niewinny baranek. Byłem zapatrzony w puste obietnice i korzyści, poświęciłem wszystko, by dostać to, czego tak naprawdę nie chciałem.
A wszystko wydarzyło się przez to, że umarłem.
Na lekcjach biologii uczyli nas, że śmierć to stan charakteryzujący się ustaniem oznak życia, spowodowany nieodwracalnym zachwianiem równowagi funkcjonalnej i załamaniem wewnętrznej organizacji ustroju.
Wyróżnia się sześć rodzajów śmierci: fizjologiczna, ekologiczna, z przyczyn chorobowych, gwałtowna, mózgowa oraz kliniczna. Jak dotąd znane było tylko sześć, ja poznałem siódmy. Śmierć cielesna.
Pojawiłem się w nieznanym mi miejscu z pustką w głowie. Nie pamiętałem nic. Po prostu byłem. Stałem na środku białej nicości, nie dostrzegając niczego, co mogłoby pomóc mi odnaleźć się w tej sytuacji.
– Casper Silvanus Maurice, lat dwadzieścia jeden? – zapytał brodaty mężczyzna za biurkiem, które zmaterializowało się w jednej chwili wraz z nim. – Przysyłają nam coraz młodszych…
Wpatrywałem się w niego, próbując sobie przypomnieć, czy kiedyś się spotkaliśmy. Im dłużej patrzyłem, tym bardziej miałem wrażenie, że gdzieś go już widziałem, jednak nie byłem w stanie sobie przypomnieć. Dopiero po paru chwilach zdałem sobie sprawę, że facet zadał mi pytanie. Nic do mnie nie docierało, byłem całkowicie zamroczony i, choć trudno to przyznać, cholernie przestraszony. Odchrząknąłem cicho, próbując odnaleźć swój głos, który jak na złość co chwilę się gubił. Gardło miałem ściśnięte i obolałe.
– Chyba tak? – wychrypiałem w końcu, pocierając szyję. – N-nie wiem, niczego nie pamiętam.
– Postanowiliśmy, że dostaniesz jeszcze jedną szansę – oznajmił, kompletnie mnie ignorując, zajęty przeglądaniem stosu papierów.
– Jeszcze jedną szansę? – powtórzyłem zdezorientowany. – Szansę na co?
– Przywrócimy cię do życia – odparł.
Na początku myślałem, że się przesłyszałem. Analizowałem jego słowa raz po raz, próbując się doszukać jakichś wskazówek, czegokolwiek, co mogłoby mnie naprowadzić. Po cichu liczyłem, że może starzec zechce rozwinąć swoją wypowiedź, jednak ten uparcie czegoś szukał, w ogóle na mnie nie patrząc. To, że umarłem, było dla mnie oczywiste, z jakiegoś powodu czułem się… pusty. Prawdę mówiąc, było to jedyne, czego byłem pewny.
– Jak to przywrócicie? – zapytałem w końcu. – Jacy wy? Jesteśmy tu tylko we dwóch. O co tu chodzi?
– Jesteś strasznie ciekawski – stwierdził z przekąsem, odkładając wszystko na biurko. – Wy wszyscy ciągle tylko pytacie i pytacie. Okropnie męczące.
– Taki już jestem – odpowiedziałem, wzruszając ramionami. – Odpowiesz mi na pytania?
– Odpowiem na te, na które mogę. Reszty dowiesz się w swoim czasie – rzucił, wstając z miejsca. – Zginąłeś wczoraj, czyli trzynastego lipca bieżącego roku, więcej nie mogę ci na ten temat powiedzieć. Zostałeś wybrany, by dostąpić zaszczytu, wrócisz do świata żywych, ale jako duch. Będziesz jednak musiał wykonać jedno zadanie, jest ono dość żmudne, dlatego daję ci wybór. Gdy je wypełnisz, odzyskasz swoje śmiertelne ciało i będziesz mógł żyć tak jak reszta ludzi.
– Co to za zadanie?
Tak naprawdę już wiedziałem, że je wykonam. Tylko frajer nie skorzystałby z szansy danej mu przez wysłannika samego Boga. Nigdy za bardzo nie interesowały mnie sprawy religijne, niech każdy wierzy w to, co chce, jednak w tej sytuacji zniknęły wszelkie wątpliwości.
– Musisz zebrać osiem różnych łez. Nie swoich, tylko osoby, którą sam ci przydzielę – wyjaśnił. – Jest natomiast parę warunków. Inni ludzie nie będą cię widzieć, będziesz duchem, ujrzy cię jedynie właścicielka łez, która nie może znać twojego prawdziwego imienia.
– Właścicielka? Czyli to dziewczyna? Dlaczego nie może znać mojego imienia? I czemu osiem? – pytałem. – O co z tym chodzi? Dlaczego akurat ja?
– Powoli, młodzieńcze! – zaśmiał się i wręczył mi mały pakunek. – Tak, jest to kobieta, Verena. Naprawdę nie wiem, co ludzie widzą w takich imionach. Miana mają wielkie znaczenie już od momentu ich nadania, przypisują ci cel w istnieniu. Za moich czasów dzieci nosiły dumne i szlachetne imiona, teraz nawet nie wiadomo, czy to mężczyzna, czy kobieta. – Potrząsnął głową. – Wracając… Gdy przekroczysz te białe drzwi, trafisz do jej miasta. Będziesz musiał ją odnaleźć, od razu poczujesz, kiedy będzie w pobliżu. Po zebraniu wszystkich łez będziesz wolny, dziewczyna zapomni o wszystkim, co was łączyło, oprócz imienia. Właśnie dlatego tak ważne jest, żebyś nigdy jej go nie podawał. Nie wolno nam ingerować w życie ludzkie, plan boży nie zakładał, że kiedykolwiek się spotkacie. Dlatego też, żeby uniknąć komplikacji, nie możesz podać jej swojego prawdziwego imienia. Ona cię nie odnajdzie, tylko ty możesz to zrobić. Ósemka to liczba Boga. Jesteś młody, przed tobą całe życie. Nie uważasz, że to niesprawiedliwe? Zginąłeś, bo grzesznicy tego chcieli, teraz my chcemy, byś żył dalej. Nie mogę nagiąć wszystkich reguł, dlatego wrócisz na ziemię jako duch.
– Oookej, chyba rozumiem, o co chodzi – potwierdziłem, chociaż przestałem go słuchać mniej więcej w połowie. – Co jest w tej torbie, którą mi dałeś?
– To są fiolki, do których musisz zbierać łzy, każda z nich ma inny kolor sznurka. Jeden kolor, jedna łza – tłumaczył, wyciągając naczynie. – Żółta jest od łez szczęścia, bladoróżowa to cierpienie, ciemnoróżowa wzruszenie, pomarańczowa zdrada, biała współczucie, czerwona śmiech, niebieska smutek oraz fioletowa strata.
– Strasznie tego dużo, w dodatku nie ma opcji, żebym to wszystko spamiętał – westchnąłem zrezygnowany. – Jestem facetem, dla mnie różowy to różowy.
– Verena ci pomoże, z tego, co wiem, całkiem nieźle radzi sobie z kolorami. Wystarczy, że zapytasz ją o kwiaty w tych kolorach. Pokażesz fiolkę ze sznureczkiem, a ona będzie wiedziała – powiedział ze spokojem i schował szkło. – Myślę, że już czas na ciebie.
– Poczekaj – poprosiłem. – Jak mogę ci się odwdzięczyć?
– Żyj tak, jakby nic się nie stało, i nie umieraj za szybko.
Uśmiechnąłem się i uprzejmie podziękowałem. Z mocno bijącym sercem poszedłem do wskazanych drzwi, a w mojej głowie kłębiły się pytania: Co jeśli to tylko żart? Jeśli tak naprawdę żyję i po wyjściu obudzę się we własnym domu? To wszystko nie ma sensu, kim jest ta dziewczyna? I dlaczego akurat ona? Nawet nie wiedziałem, że jest aż tyle różnych łez, czy naprawdę muszę je zbierać? Co się stanie, jeśli tego nie zrobię?
Pełen wątpliwości odwróciłem się do starca.
– Dlaczego nie pamiętam swojej śmierci? – zapytałem podejrzliwie.
– Gdy przyjdzie czas, przypomnisz sobie wszystko, nie jesteś jeszcze gotowy – wyjaśnił, uśmiechając się pobłażliwie.
– Co się stanie, jeśli nie dam rady? – wyszeptałem ze strachem. – Co jeśli ona mi nie uwierzy? Jeśli nie będę w stanie jej znaleźć?
– Musisz uwierzyć, młodzieńcze, w siebie i w nią – odparł i odwrócił się w stronę biurka. – Jako ludzie macie wolną wolę, nie mogę jej zmusić, by ci pomogła. Wierzę jednak, że Verena postąpi, jak należy, pomoże ci, a ty jej. Idź już, twój czas tutaj dobiega końca.
– Dziękuję.
Pełen wahania, ale i nadziei złapałem za klamkę i otworzyłem drzwi. Przede mną była pustka, jedynym, co mogłem zobaczyć, była ciemność. Niepewnie przestąpiłem przez próg i ostrożnie postawiłem kolejne kroki. Wejście za mną znikło, nie pozostawiając mi nic innego, niż iść naprzód. Dźwięki moich kroków roznosiły się echem, wywołując nieprzyjemny dreszcz. W pewnym momencie straciłem grunt pod nogami i runąłem w dół, od razu zamknąłem oczy. Mentalnie przygotowałem się na upadek, chociaż z tego, co zdążyłem zrozumieć, drugi raz umrzeć nie mogłem. Przynajmniej w teorii.
Uderzenia się nie doczekałem, jednak gdy uniosłem powieki, stałem na środku ulicy. Słońce powoli zachodziło, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że dzisiaj już jej raczej nie znajdę. Nikt mnie nie zauważył, ludzie pędzili w swoich kierunkach, skupiając się tylko na sobie. Mijali się obojętnie, nie unosząc wzroku znad ekranów smartfonów lub czubków swoich butów. Przeszedłem na chodnik i ruszyłem przed siebie. Nie wiedziałem, dokąd powinienem się udać, po prostu szedłem. Różne osoby przenikały przeze mnie, zostawiając po sobie nieprzyjemne uczucie pustki.
– Czyli od teraz tak wygląda moje życie – mruknąłem. – Życie… – parsknąłem.
Bycie duchem miało swoje plusy. Nie czułem zimna, przed którym inni usilnie próbowali się ukryć. Nie doskwierał mi głód czy zmęczenie. Odbierałem za to emocje otaczających mnie istot – było to przytłaczające, ale ułatwiało mi zadanie. Mogłem wyczuć nastrój tej dziewczyny. Verena. Zastanawiało mnie, jaka jest, odnalezienie jej w tak wielkim mieście graniczyło z cudem, ale poddanie się nie wchodziło w grę.
Błądziłem po ulicach aż do zachodu słońca. Gdyby ludzie mnie widzieli, byłoby o wiele łatwiej. Chociaż i tak nie miałem o co pytać, znałem tylko imię. Nie było może bardzo popularne, sam słyszałem je po raz pierwszy, ale potrzebowałem tej konkretnej Vereny. Przystanąłem na chwilę i westchnąłem. Starałem się pozbierać myśli, szukałem w głowie jakiejś wskazówki. Starzec mówił coś o kwiatach, o ile nic nie pokręciłem. Z nową nadzieją zacząłem szukać kwiaciarni.
– Flos colorum – przeczytałem z szyldu. – Brzmi trochę jak dentysta.
W całym lokalu panował mrok, a zapach kwiatów unosił się w powietrzu. Rozejrzałem się po pomieszczeniu, szukając kolejnej wskazówki. Na blacie leżały wizytówki, było na nich napisane imię, ale nie to. Mara. Zrezygnowany odłożyłem kartonik na miejsce. Obszedłem wszystkie pomieszczenia, lecz nie znalazłem nikogo ani nic, co świadczyłoby o obecności dziewczyny. Jedynym tropem była ta nazwa oraz dziwne uczucie mrowienia, towarzyszące mi, odkąd tu wszedłem.
Starając się zapamiętać lokalizację, wyszedłem z powrotem na ulicę. Szedłem wzdłuż chodnika, zastanawiając się, co jej powiedzieć, jak już ją znajdę. Wiedziałem, że muszę to zrobić delikatnie, nie chciałem, by poczuła się osaczona. Skoro sam nie mogłem w to uwierzyć, ona raczej też będzie miała problem.
Na domiar złego ta sprawa z moim imieniem nie dawała mi spokoju. Dalej nie rozumiałem, dlaczego nie mogłem jej się przedstawić, moje imię nie odgrywało żadnej roli, prawdopodobnie i tak o nim zapomni, gdy będzie po wszystkim. Zapomni o mnie, a ja o niej. Po odzyskaniu swojego życia nie chciałem do tego wracać. Wolałem zostawić to za mną. To wszystko to jedynie zadanie, które chciałem jak najszybciej wykonać. Bez uczuć, nawet przyjaźni. Ja pomogę Verenie, a Verena mnie. Prosty układ.
Obszedłem połowę miasta, co rusz napotykałem nowe miejsca. Widoki były piękne, ulice oświetlone przez słabnące latarnie tworzyły cudowny klimat. Zdecydowałem się zawrócić dopiero, gdy na niebie znów pojawiło się słońce, a ludzie zaczęli powoli wychodzić z domów. Liczyłem, że kwiaciarnia, do której trafiłem na początku, będzie już otwarta – tylko tam coś poczułem.
Gdy podszedłem do drzwi, rzuciła mi się w oczy tabliczka z napisem: „Od poniedziałku do piątku czynne w godzinach: 9.00–16.00”. Świetnie, miałem jeszcze godzinę. Przeniknąłem do środka i postanowiłem ponownie się rozejrzeć. W świetle dziennym widziałem nieco więcej.
– Wiem, że muszę ją w końcu odwiedzić, ale chyba zdajesz sobie sprawę, że nie ma opcji, by to się dobrze skończyło. – Słysząc obcy głos, dyskretnie wyszedłem ze swojej kryjówki, jaką było prawdopodobnie zaplecze. – Pamiętam każde nasze spotkanie i nie widzę tu szansy na cudowną przemianę tej kobiety.
Po cichu podszedłem bliżej, chcąc lepiej się jej przyjrzeć. Średniego wzrostu blondynka, ubrana dość zwyczajnie oraz oczywiście rozmawiająca przez telefon. Dziwne uczucie uderzyło we mnie ze zdwojoną siłą, gdy odwróciła się w moją stronę. Cały czas zadawałem sobie pytanie, czy to ona. Starzec mówił, że będę wiedział. Postanowiłem zaufać przeczuciom i odchrząknąłem znacząco. Jeśli się pomyliłem, po prostu tego nie usłyszy.
– Czekaj chwilę, chyba coś słyszałam. Nie bój się… – Ostatnie słowa szepnęła do siebie zestresowana, rozglądając się nerwowo, gdy w końcu jej wzrok spoczął na mnie, otworzyła ze zdziwienia usta. – Co pan tu robi? Kwiaciarnia jest jeszcze zamknięta, otwieramy za godzinę.
– Więc to ty – zacząłem z wielkim uśmiechem. – Jesteś Verena, prawda?
– Vivian, jeśli nie zadzwonię do wieczora, znaczy, że zginęłam. Żegnaj, byłaś okropną kuzynką – rzuciła do komórki, patrząc na mnie podejrzliwie. – Kim pan jest i czego ode mnie chce?
– Jestem… Silas – odparłem po chwili zawahania. Skoro nie mogłem zdradzić jej swojego prawdziwego imienia, postanowiłem użyć skrótu od drugiego, Silvanus. W ten sposób jej nie okłamałem. Przynajmniej tak sobie wmówiłem. – Potrzebuję twojej pomocy.
– Nie przypominam sobie, żebyśmy przeszli na „ty” – powiedziała, mierząc mnie wzrokiem. – Jak pan się tu dostał? I w czym mam panu pomóc?
Wziąłem głęboki oddech, układając sobie w głowie plan rozmowy. Zbliżał się najtrudniejszy etap mojego zadania. Spojrzałem na dziewczynę przede mną, modląc się w myślach, żeby nie uznała mnie za ćpuna albo po prostu kogoś nienormalnego.
– Może najpierw usiądź, to może być dla ciebie szok – poradziłem i sam oparłem się o ścianę. – Jak już mówiłem, potrzebuję twojej pomocy, a dokładniej twoich łez. Zanim coś powiesz, wiem, brzmię jak szaleniec, ale jest to jedyna rzecz, która może mi zwrócić dawne życie.
– Dawne życie? – powtórzyła ze zdziwieniem, marszcząc brwi w zabawny sposób. – Co masz na myśli?
– Powiem wprost: umarłem.
Reakcja blondynki była dość oczywista, a zarazem niezwykła. Patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami, nie do końca mi wierząc. Zmierzyła mnie wzrokiem, po raz kolejny tego dnia, po czym skrzyżowała ręce na klatce piersiowej z lekceważącym wyrazem twarzy.
– Jeśli liczysz, że ci uwierzę i nie oskarżę o włamanie, to przykro mi, ale nic z tego – rzuciła, kręcąc głową. – Ostatnia szansa, oddaj, co wziąłeś, i odejdź.
– Mówię prawdę, Vereno, w tym worku mam osiem fiolek z różnymi sznureczkami – zacząłem tłumaczyć, licząc, że jednak da się przekonać. – Każdy sznurek to inna łza.
– Posłuchaj, każdy z nas był kiedyś młody, każdy z nas zaliczył kiedyś zgona – mruknęła z nostalgią, przymykając oczy. – Sama nigdy nie stroniłam od alkoholu i narkotyków czy fajek. Rozumiem cię, poszedłeś na melanż, nieźle zaszalałeś i teraz ci się wydaje, że się znamy. Ja, na przykład, uwielbiam zawierać nowe znajomości po pijaku, nigdy nie wiesz, kogo poznasz. W sumie nigdy nie pamiętam o tych ludziach, kiedy wytrzeźwieję. W każdym razie jedyne, co mogę dla ciebie zrobić, to zamówić ci taksówkę i…
– Nie jestem pijany – przerwałem jej wywód, zirytowany tokiem rozumowania dziewczyny. – Co mam zrobić, żebyś mi uwierzyła?
– Dobrze, dobrze, panie duchu – zażartowała i parsknęła śmiechem. – Nie wiem, może przejdź przez ścianę, zrób coś duchowego, zaskocz mnie.
Zgodnie z jej radą podszedłem do blatu. Spojrzałem na blondynkę, by się upewnić, że patrzy, po czym bez najmniejszego problemu przeszedłem przez drewno. Verena wyglądała, jakby miała zaraz zemdleć, co nieco mnie zaniepokoiło, więc podszedłem do niej. Ona jednak natychmiast zaczęła się cofać.
– Chyba oszalałam… – szepnęła, przecierając twarz rękami. – Albo to ja jestem pijana, ale przecież nic nie piłam. Może to te lewe fajki spod lady? Wiedziałam, że coś z nimi nie tak. Jeżeli jesteś złym duchem, szukającym zemsty, to źle trafiłeś! Chodzę do kościoła co… często!
– Spokojnie, nic ci nie zrobię – zapewniłem, podnosząc ręce. – Dobrze się czujesz?
– Jak mam się czuć?! Przeszedłeś przez blat! – krzyknęła z niedowierzaniem, przykładając dłoń do ust. – Czego ode mnie chcesz?
– Już ci mówiłem, twoich łez, niczego więcej – westchnąłem, rozbawiony jej zachowaniem. – Pomóż mi, a odejdę i nigdy więcej mnie nie zobaczysz. Obiecuję.
Widziałem, że bije się z myślami. Co chwila spoglądała na mnie, jakby się bała, że coś jej zrobię. Między nami zapadła cisza, przerywana nerwowymi oddechami blondynki. Czułem się lekko rozdarty, z jednej strony chciałem wrócić, i to bardzo, ale z drugiej wiedziałem, że prawdopodobnie wchodzę z butami w jej życie.
– Powiedzmy, że ci wierzę – powiedziała w końcu. – Chciałabym jednak zacząć to wszystko od początku, żebyś na spokojnie mi to wytłumaczył i powiedział, czego ode mnie oczekujesz.
– Dobrze więc. – Podszedłem do niej ostrożnie, po czym wyciągnąłem dłoń. – Witaj, jestem Silas.
– Verena Mara Wyatt – odparła, łapiąc moją rękę.
Pierwszy raz, odkąd wróciłem, poczułem czyjś dotyk. O dziwo dziewczyna przeze mnie nie przeniknęła, pewnie chwyciła za moją dłoń i lekko nią potrząsnęła. A ja wiedziałem, że tak łatwo nie uda mi się zapomnieć tego wrażenia.ROZDZIAŁ 2. ŁZY ŻYCIA
Verena
Życie – zespół procesów życiowych swoistych, wysoko zorganizowanych funkcjonalnie przemian fizycznych i reakcji chemicznych, zachodzących w otwartych termodynamicznie, wyodrębnionych z otoczenia układach fizycznych, zbudowanych morfologicznie, składających się z jednej lub wielu komórek oraz swoistych zjawisk biologicznych, zachodzących z udziałem tych organizmów – istniejących na Ziemi lub pojawiających się na niej duchów.
Popełniłam w życiu wiele błędów. Wiele z nich kończyło się tragicznie, jednak ich nie żałowałam. Miałam wolną wolę i wszystko, co robiłam, było wyłącznie dla mojego dobra. Każda decyzja, jaką podejmowałam, była jak blizna, zostawała ze mną na resztę życia jako nauczka. Albo przestroga. Nie zamierzałam wstydzić się swoich decyzji, podjęłam je sama, dobrze znając możliwe konsekwencje. Patrząc na mnie, ludzie od razu mnie skreślali, nigdy nie byłam typem najbardziej optymistycznej osoby. Prawdę mówiąc, już dawno przestałam postrzegać siebie jako realną osobę. Po prostu byłam.
Gdy ukończyłam dziewiętnaście lat, razem z moim ojcem Ignatiusem postanowiliśmy otworzyć kwiaciarnię. Wyjechaliśmy z naszego rodzinnego miasta, po kłótni rodziców – oboje mieliśmy dość matki, chcieliśmy się odciąć od niej i jej wiecznych pretensji. Porzuciliśmy dotychczasowe życie, licząc, że uda nam się stworzyć nowe. Wybraliśmy do tego miejscowość na drugim końcu kraju i ani przez chwilę tego nie żałowaliśmy. Nasz biznes powoli się rozrastał. Mieliśmy wielu stałych klientów, było idealnie.
– Vereno Maro Wyatt, mogę wiedzieć, dlaczego uparcie ignorujesz moje telefony? – zapytała oskarżycielsko moja kochana kuzyneczka. – Twoja matka ma problemy ze zdrowiem, prosiła, żebym was zawiadomiła. Powiedziała, że ma dosyć kłótni.
– Vivian, słońce, z czym ta kobieta nie ma problemu… – mruknęłam, przewracając oczami. – Bardzo mi z tego powodu wszystko jedno. Skoro tak bardzo nie chce się kłócić, to mogła to przemyśleć i nie wywalać mnie z domu. Poza tym, wybacz, ale nie zdołamy przyjechać, to dość daleko, a nie mamy co zrobić z kwiaciarnią. Nie możemy zamknąć całego sklepu ot tak. Wiem, że dla Elizabeth koncept zobowiązań wobec innych ludzi jest obcy, ale niektórzy z nas mają obowiązki.
– Bez obrazy, Vera, ale twoje tłumaczenia jej nie interesują. Kiedy jej powiedziałam, że najpierw zadzwonię do ciebie, prawie mi oczy wydrapała! – odparła oburzona. – Dobrze wiesz, że według niej mogliście otworzyć tę swoją firmę u nas, przecież wyrzuciła cię z domu, a nie z miasteczka.
– Porozmawiam z Ignatiusem i to przedyskutujemy – obiecałam, wzdychając z irytacją.
Elizabeth Jane Maverick, osoba niemal idealna. Perfekcyjna pani domu, żona, matka. Za każdym razem, gdy dzwoniła, czego nie robiła zbyt często, wytykała nam wyprowadzkę. Rozmawiała tylko z moim ojcem, który specjalnie starał się ją ignorować. Ze swoją najmłodszą córką, czyli mną, nie zamieniła ani słowa, odkąd pewnego śnieżnego dnia wystawiła mnie za drzwi. Nie mogła mi wybaczyć mojego zachowania. Zaczęła obwiniać mnie o rozpad naszej rodziny, podkreślając na każdym kroku, jak beznadziejna jestem i jaki wstyd przynoszę.
– Tu nie ma o czym dyskutować, musicie przyjechać – powiedziała Vivian. – Divitia też nie może się doczekać waszego przyjazdu. Dotarła tu z innego kontynentu miesiąc wcześniej, żeby spotkać się ze wszystkimi i spędzić z nami trochę czasu. Powinnaś brać z niej przykład, zawsze była dobrą istotką. Ostatnio opowiadała, jak…
– Vivian, zamilcz, proszę, jestem już spóźniona – przerwałam jej szybko, czując złość i żal. – Pogadamy później.
Nie czekając na odpowiedź, zakończyłam połączenie, po czym rzuciłam telefon na łóżko. Chciałam ją odwiedzić, ona jako jedyna nigdy mnie nie oceniała, tylko kochała i wspierała, jak mogła. Vivian Maverick, jako jedyna spośród osób związanych krwią z moją matką, uwielbiała mnie ponad wszystko. Była starsza ode mnie o siedem lat i pracowała jako prawnik w naszym rodzinnym mieście. Oczywiście wykorzystywałam to, jak tylko mogłam, parę razy udało mi się uniknąć mandatu czy upomnienia. Zawsze znalazła czas, żeby ze mną porozmawiać, pożartować, a przede wszystkim po prostu ze mną być. Jedyna osoba, której matka nie mogła zmanipulować.
Opadłam plecami na poduszki, przecierając twarz. Divitia. Tak dawno nie słyszałam tego imienia, tak dawno nie czułam takiego żalu. Divitia Serge Maverick, moja siostra bliźniaczka, osoba, która powinna być mi najbliższa. Osoba, którą powinnam darzyć największym zaufaniem. Osoba, która stała się głównym powodem mojej przeprowadzki.
Westchnęłam ciężko, gapiąc się w sufit. Wszyscy byli w nią wpatrzeni jak w obrazek. Zawsze była najlepsza, najpiękniejsza, najbardziej uzdolniona, najbardziej doceniana. W naszej rodzinie była traktowana jak księżniczka, aż w końcu sama uwierzyła, że nią jest i wszystko jej się należy. Widziałam, jak wykorzystuje wszystkich wokół, i miałam tego dość. Wygarnęłam jej wszystko, skończyło się na wielkiej kłótni. Tego samego dnia matka stwierdziła, że przesadziłam i skoro nie potrafię dogadać się z rodzoną siostrą, to widocznie nie powinniśmy być rodziną. Mówiąc wprost, wyrzekła się mnie. Ojciec wstawił się za mną i wyjechaliśmy razem bez konkretnych planów, bez pracy, bez mieszkania. Byle uwolnić się od tych chorych ludzi. Obecnie matka i Divitia przyjęły nazwisko panieńskie matki, a ja zostałam przy swoim po ojcu.
– Ignatius mnie zabije, kiedy się dowie, że musimy jechać do domu… – jęknęłam do siebie, zrozpaczona. – Przecież on się w życiu nie zgodzi.
W dniu naszej wyprowadzki ojciec wdał się w ostrą wymianę zdań z matką. Powiedział jej, co myśli o takim wychowywaniu dzieci, faworyzowaniu jednego z nich, zapominaniu o reszcie. Elizabeth odparła, że nie zostawiłam jej innego wyboru, w końcu jestem tylko nieudaną kopią mojej siostry. Nazwała mnie błędem przeszłości i niechcianym dodatkiem.
Spojrzałam na zegar, który wskazywał parę minut po ósmej. Zwlekłam się z łóżka i skierowałam do szafy. Szybko przebrałam się w losowe ciuchy, w międzyczasie zastanawiając się, co zjeść. Dwadzieścia minut później zamykałam drzwi od mieszkania. Postanowiłam zadzwonić do ojca i przekazać mu cudowną wiadomość.
– Zanim coś powiesz, nie pozostawiła mi wyboru – rzuciłam od razu, gdy odebrał. – I wiedz, że jesteś najlepszym tatą na świecie.
– Nieźle się zaczyna, o co chodzi? – zapytał, wzdychając.
– Dzwoniła Vi… – zaczęłam niepewnie, rozglądając się na przejściu dla pieszych. – Chce, żebyśmy przyjechali.
– Możesz jechać, nie będę ci niczego zabraniać – odparł, ignorując liczbę mnogą w mojej wypowiedzi. – Zajmę się kwiaciarnią.
– Mamy przyjechać oboje.
Cisza po drugiej stronie słuchawki wyraźnie dała mi do zrozumienia, że zostałam olana. Westchnęłam, licząc w myślach do dziesięciu. Wiedziałam, że tak będzie, i szczerze mówiąc, się nie dziwiłam. Ignatius dalej trzymał głęboko w środku cały żal, jednak oboje byli zbyt uparci, by to wyjaśnić. Matka zdawała sobie z tego sprawę, dlatego poprosiła Vivian, by do mnie zadzwoniła. Szłam dalej, czekając na jakąkolwiek odpowiedź z jego strony.
– Nigdzie nie jadę – oznajmił chłodno. – Nie będę po raz setny słuchać, jaka to moja córka jest beznadziejna i najgorsza, a ja powinienem w końcu dorosnąć i błagać o wybaczenie. Jeszcze mi powiedz, że jej ukochane dziecko też tam będzie.
– Specjalnie przyjechała, żeby spędzić czas z rodziną. Aż miesiąc wcześniej! Dałbyś wiarę? – parsknęłam, naśladując oburzony głos kuzynki.
– Jaka ona jest cudowna! – zaświergotał przesłodzonym głosem. – Pewnie pieniążki od mamusi się skończyły i nie miała gdzie mieszkać.
– Nie bądź taki, tato – zaśmiałam się, choć wiedziałam, że pewnie ma rację.
Nasza kochana Divitia, zamiast znaleźć sobie jakąś pracę, uznała, że to nie dla niej, bo ona chce zwiedzać świat. Tylko że jej „zwiedzanie świata” ograniczało się do łóżek żonatych facetów. I w ten oto sposób zaczął się jej dwuletni związek. Oczywiście matka i reszta rodziny myśleli, że to ona jest właścicielką licznych hoteli i restauracji. W rzeczywistości wszystkie posiadłości należały do jej „ukochanego”, a ona nie miała grosza przy duszy. A i tak była lepsza niż ja.
– Oboje wiemy, że pewnie tak jest – powiedział na swoją obronę. – Teraz na poważnie, Rena, nie ma mowy, żebyśmy tam pojechali. Choć ciekawi mnie, co tym razem uroiła sobie ta kobieta.
– Vi twierdzi, że jest chora – odpowiedziałam wymownym tonem.
– Który to już raz, odkąd wyjechaliśmy? To cud, że ona jeszcze żyje – mruknął ironicznie. – Chociaż muszę przyznać, że stęskniłem się za Vi.
Odkąd rodzice Vivian umarli, Ignatius stał się dla niej jak ojciec. W tamtym czasie moja kuzynka była dosłownie wrakiem. Całe jej życie wywróciło się do góry nogami, ale tata zabierał ją z nami dosłownie wszędzie. Została nieodłączną częścią naszych rodzinnych wypadów. Traktował ją jak swoje dziecko, czasem nawet lepiej niż Divitię. Dla niego cała nasza trójka była równa.
– Nie sądzisz, że to idealna okazja, żeby się pogodzić? – zapytałam z nadzieją.
– Dobrze wiesz, że to nie zależy ode mnie – westchnął. – Będę czekał, dopóki mnie nie przeprosi.
– Rozumiem, ale nie możesz wiecznie uciekać – ciągnęłam, próbując go przekonać. – Musimy w końcu ich odwiedzić. – W tym momencie uznałam, że więcej na razie nie zdziałam. – Będę kończyć, jeszcze zadzwonię po pracy.
Nie czekając na odpowiedź, szybko się rozłączyłam. Nie chciałam ryzykować i naszej kłótni, nie sprzeczaliśmy się często. Za każdym razem źródłem sporu była matka, bolało mnie to, że ich małżeństwo, o ile można to było jeszcze tak nazwać, wisi na włosku, bo ja nie potrafię trzymać języka za zębami. W końcu zaczęli się kłócić przeze mnie.
– Cześć, Vi, to znowu ja – zaczęłam, gdy tylko dziewczyna odebrała. – Będziesz mi musiała pomóc.
Ojciec powoli zaczynał pękać i wiedziałam, że to tylko kwestia czasu, aż się zgodzi. Pogrążona w rozmowie, weszłam do kwiaciarni i od razu otoczyła mnie cudownie wymieszana woń kwiatów. Odwróciłam się, by zamknąć drzwi, po czym zaczęłam przeglądać zamówienia.
Gdy nagle usłyszałam coś na wzór kaszlnięcia, poczułam, jak przyspiesza mi oddech. Rozejrzałam się dyskretnie, szukając śladów włamania. Drzwi były zamknięte, może się przesłyszałam. Odwróciłam się, po czym zamarłam. Przede mną stał jakiś mężczyzna, wpatrujący się we mnie z nadzieją.
– Co pan tu robi? – zapytałam zestresowana, nerwowo ściskając telefon. – Kwiaciarnia jest jeszcze zamknięta, otwieramy za godzinę.
– Więc to ty – odparł z entuzjazmem. – Jesteś Verena, prawda?
Pożegnałam się z Vi, obiecując, że jeszcze zadzwonię. Patrzyłam na intruza podejrzliwie. Skąd znał moje imię? Nie kojarzyłam go, w dodatku zachowywał się strasznie dziwnie, jakby wszystko było dla niego oczywiste i pewne. Czułam się przy nim bezpiecznie, mimo że prawdopodobnie włamał się do mojego lokalu. Spytałam go o imię i powód wizyty, ganiąc jego pewność siebie.
– Jestem… Silas – powiedział, patrząc pewnie w moje oczy. – Potrzebuję twojej pomocy.
W pierwszej chwili pomyślałam, że pewnie zapomniał o jakiejś rocznicy czy coś w tym stylu i potrzebował bukietu na już. Jego rozbiegany wzrok oraz wręcz błagalny ton głosu sprawiły jednak, że zaciekawił mnie swoją osobą. W jakiś nielogiczny sposób chciałam mu pomóc, czułam, że muszę to zrobić.
– Może najpierw usiądź, to może być dla ciebie szok – rzucił. – Jak już mówiłem, potrzebuję twojej pomocy, a dokładniej twoich łez. Zanim coś powiesz, wiem, brzmię jak szaleniec, ale jest to jedyna rzecz, która może mi zwrócić dawne życie.
– Dawne życie? – powtórzyłam ze zdziwieniem, próbując cokolwiek zrozumieć. – Co masz na myśli?
– Powiem wprost: umarłem.
Głupotą byłoby mu uwierzyć, więc najzwyczajniej w świecie go wyśmiałam. Jednak gdy chwilę później faktycznie udowodnił, że jest duchem, myślałam, że zejdę na zawał. Widziałam wiele, ale to był dość… niecodzienny widok. W tamtym momencie zadawałam sobie milion pytań i nic nie wskazywało na to, że dostanę na nie choć jedną odpowiedź.
– Spokojnie, nic ci nie zrobię – powiedział, podnosząc ręce. – Dobrze się czujesz?
– Jak mam się czuć?! Przeszedłeś przez blat! – krzyknęłam z niedowierzaniem. – Czego ode mnie chcesz?
– Już ci mówiłem, twoich łez, niczego więcej – westchnął z rozbawieniem. – Pomóż mi, a odejdę i nigdy więcej mnie nie zobaczysz. Obiecuję.
Pierwszy raz od bardzo dawna czułam się zagubiona, nie wiedziałam, co mam zrobić. Ta cała sytuacja lekko mnie przerażała, czułam, jak ogarnia mnie lekka panika. Miałam dość swoich problemów, unoszący się dumą ojciec oraz obrażona na cały świat matka w zupełności mi wystarczali. Postanowiłam jednak spróbować, nie mogłam nic stracić. Przecież on już nie żył…
– Witaj, jestem Silas – przedstawił mi się raz jeszcze.
– Verena Mara Wyatt – odparłam, łapiąc jego rękę.
Nie myślałam, co robię, jednak gdy go dotknęłam, zdziwiłam się, że w dotyku nie różni się od innych ludzi. Jego skóra była chłodna, ale przyjemnie gładka. Zgodziłam się mu pomóc, zupełnie nie myśląc o konsekwencjach tego, co robię.
– Dlaczego ja? – zapytałam, gdy otrząsnęłam się w myśli.
– Masz kwiaciarnię – odparł, wzruszając ramionami, a widząc moje spojrzenie, dodał: – Te fiolki mają kolory, każdy kolor to inna łza, to znaczy związana z inną emocją. Zanim zapytasz, nie, nie pamiętam, która fiolka do jakiej łzy. Starzec powiedział, że jeśli zapytam cię o kwiat w tym kolorze, to będziesz wiedzieć.
– Raczej w to wątpię – mruknęłam, przewracając oczami. – Jaki starzec?
– Nie wiem, kim był, gdy się obudziłem, siedział za biurkiem. Powiedział mi tyle, ile mógł, po czym mnie tu wysłał – wyznał, rozglądając się po lokalu. – To co, od czego zaczynamy?
– Słuchaj, Sil…
– Silas, nie skracaj, proszę – przerwał mi z uśmiechem.
– Słuchaj, Silas – poprawiłam się, akcentując jego imię. – Przykro mi z powodu twojej śmierci, ale ta twoja historia jest strasznie naciągana i mimo że zgodziłam się pomóc, to nie wiem, czy będę w stanie.
– Na pewno będziesz – odparł, podchodząc do mnie. – Tylko ty możesz mi pomóc, nie bez powodu zostałem wysłany do ciebie. Wiem, że jest ci to trudno ogarnąć, ale zastanów się: po co miałbym kłamać? Po co prosiłbym o osiem łez?
– Nie wiem, Silas, nic już nie wiem… – mruknęłam, pocierając nasadę nosa. – Daj mi trochę nad tym pomyśleć, na razie dam ci pieniądze na jakiś hotel. Prześpisz się i razem pomyślimy, co dalej.
– Nie kłopocz się. Jestem duchem, nie muszę spać – westchnął spokojniejszym tonem. – Zapamiętaj, że nie chcę cię do niczego zmuszać. Nie będę kłamał, że nic się nie stanie, jak odmówisz, jeśli jednak czujesz, że robisz to wbrew sobie, to odpuść. Wiem, że dalej się wahasz, więc dam ci trochę czasu. Ostatnie, czego chcę, to litość. Kiedy będziesz gotowa, wystarczy, że o mnie pomyślisz, będę wiedział.
Dostrzegłam cień zawodu i smutku w jego oczach, choć starał się to ukryć. Odszedł ode mnie i skierował się do drzwi. Było mi przykro, jednak nie mogłam mu pomóc, nie miałam pojęcia, o co chodzi w tym wszystkim. Musiałam to przemyśleć, za dużo wrażeń jak na jeden dzień. Gdybym tylko wiedziała, jakie znaczenie mam w tym wszystkim…
Zaczęłam gorączkowo myśleć o tym, co mi powiedział. Skoro jedynym argumentem, dlaczego zostałam wybrana, było to, że mam kwiaciarnię… to musiało być jakoś połączone. Kwiaty i kolory. Łzy i kwiaty. Kolory i łzy. No jasne!
– Czekaj, Silas! – wykrzyknęłam, zanim przeszedł przez drzwi. – Chyba już rozumiem. Z tymi kolorami fiolek chodzi o znaczenie kwiatów w tym kolorze. Słonecznik jest żółty, żółty był od szczęścia, racja?
– Dziękuję ci, ale daj sobie trochę czasu. Zastanów się, czy naprawdę tego chcesz – rzucił ze smutnym uśmiechem. – Do zobaczenia, Vera.
Tak samo jak nagle pojawił się w moim lokalu, tak samo szybko zniknął. Tak po prostu. Jak można przekazać drugiej osobie takie informacje i zwiać? Czemu tak szybko się poddał? Przecież tu chodziło o jego dawne życie, dostał szansę, za którą inni by zabili.
Choć prawdę mówiąc, nie wszyscy.