Twoje Odbicie - ebook
Po latach ucieczki przed bólem Jan wraca do miasta, które kiedyś odebrało mu spokój. Zakopane nie wita go ciszą, lecz wspomnieniem, które staje się jego lustrem. Każdy krok prowadzi w stronę przeszłości, a zduszony szept przypomina o niewypowiedzianych emocjach. W świecie, gdzie wspomnienia potrafią kłamać, a serce wybiera własną drogę, Jan musi odpowiedzieć sobie na dwa kluczowe pytania: Czy można odzyskać siebie, gdy własne odbicie przestało być znajome? Czy odwaga do kochania zaczyna się tam, gdzie kończy się strach? „Twoje odbicie” to poruszająca powieść obyczajowa z elementami kryminału. Opowieść o tożsamości, relacjach i odwadze bycia sobą.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788397911710 |
| Rozmiar pliku: | 1,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
O tym i o tamtym
Si jamais j’oublie – Zaz
Życie w dużym mieście ma swoje plusy i minusy. Jednym z największych plusów jest to, że można po prostu zniknąć w tłumie ludzi. To idealna opcja dla takich osób jak ja. Kocham swoje samotne, nieidealne życie.
NAPRAWDĘ!
Nie muszę nikogo udawać ani robić czegoś, na co w danej chwili nie mam ochoty. Jeżeli chcę, to śpię do południa. Innym razem mogę wstać skoro świt, nie martwiąc się, że kogoś obudzę, gdy będę krzątać się po domu. Samotność, wbrew pozorom, naprawdę może być przyjemna. Jest tylko jeden malutki szkopuł. W moim przypadku, rodzina…
Kiedy widujemy się na rodzinnych zjazdach, czy innych świętach, już wiem, jaki będzie przebieg wszystkich rozmów. Czy im się to kiedyś znudzi? O, litości… Co prawda jestem blisko trzydziestki, a moje dotychczasowe życie nie było pasmem sukcesów. No może z wyjątkiem mojej przyjaźni, której jeszcze jakoś nie zaniedbałem całkowicie.
Ja rozumiem, ludzie są stworzeni do życia w stadzie. A przecież poniekąd żyję w stadzie? Mam rodziców, dziadków, rodzeństwo (choć z tymi akurat bywa różnie). Mam sporo znajomych, z którymi co prawda za bardzo nie utrzymuję kontaktu na co dzień. Ale przecież każdy dobrze mnie zna. Wie, jaki jestem!
Nieteraźniejszy!
To ulubione słowo moich bliskich. Doprawdy? Czy każdy musi się wpasowywać w obecne czasy? Nie można już być indywidualistą?
A wiecie co? A ja to wszystko pieprzę!
Nikt nie będzie mi dyktować, co wypada, a co nie! To moje kolejne postanowienie noworoczne. Jak dobrze pamiętam, to już dwudzieste drugie… Przecież roku mi zabraknie na zrealizowanie tej listy. No cóż, będę musiał się sprężać.
Tyle przemyśleń od samego rana, a wstałem zaledwie pół godziny temu. Strach pomyśleć, jak ten dzień się skończy. No nic, jeszcze dwa dni i wyczekiwane wolne.
Święta… kocham ten okres. A zwłaszcza Boże Narodzenie. Nie ma nic lepszego niż siedzenie przy wspólnym stole i dostanie beznadziejnego prezentu, jak co roku. A co najlepsze? Składanie życzeń. Prawdziwa bajka – każdy czeka na to, jak na zastrzyk szczęścia!
Już słyszę moją matkę, która życzy mi, abym trochę schudł, był mniej wyrachowany, więcej czasu spędzał z rodziną i był szczęśliwy! Czy ktoś mógłby mi wytłumaczyć, na czym życzenie szczęścia polega? Staram się co roku jakoś to zdefiniować, lecz z marnym skutkiem.
Nie pozostanie mi nic innego, jak tylko przytaknąć, podziękować i przemilczeć. Choć mojej wagi nie da się przemilczeć i za każdym razem, gdy zrzucę kilka kilogramów, moja mama i tak mówi, że przytyłem. Od zeszłych świąt będzie dobre dwanaście kilo, choć i tak usłyszę, że jest ich więcej, a nie mniej. Właśnie! To mi przypomniało, że wypadałoby coś zjeść. Muszę coś jeść, cokolwiek, choćby jogurt. Bo znów potem nie będzie czasu w ciągu dnia i wrócę na oparach sił do domu wieczorem. Wiem, wiem. Brak jedzenia w ciągu dnia to nie najlepszy sposób na zrzucenie zbędnych kilogramów. Tylko kiedy nie ma się czasu… To właśnie jest minus mieszkania w wielkim mieście: ciągły brak czasu na wszystko.
O, cholera! Znowu spóźnię się na metro!
Jogurt w dłoń, torba na ramię, słuchawki na uszy i można biec. Choć w moim wykonaniu trudno to nazwać bieganiem. Rozpędzam się i… lecę. Zatrzymać mnie może tylko czerwone światło na pasach. Moja przyjaciółka nigdy nie rozumiała, jak mogę tak szybko biec z moją wagą. Co prawda wtedy ważyłem jakieś trzydzieści pięć kilogramów więcej, ale pęd pozostał do dziś.
Uff, udało się. Jestem dwie minuty przed metrem, więc mogę złapać oddech. Słuchałem muzyki i spoglądałem na ludzi. Wszyscy w biegu, nikt nie ma czasu, by stanąć i się zamyślić. Przystanąć i popatrzeć na piękno tego świata. Co ja bredzę, to New York! Tu nie ma na co patrzeć! Z wyjątkiem kolejnego nowego budynku, który stawiają. Więc co się dziwić ludziom. Jeszcze przed świętami każdy goni, aby zyskać parę minut więcej na sprzątanie czy gotowanie. Albo na poszukiwanie wyprzedażowego prezentu.
Popieprzony świat!
Życie w ciągłym pędzie za pieniędzmi, karierą, nowym sprzętem. Nikt nie ma czasu dla samego siebie. Nieuprzejmość ludzi stała się naszym złym nawykiem. Każdy tylko zastanawia się, jak by tu podstawić nogę. To przykre, lecz prawdziwe. I dumałbym tak dalej, gdybym nie usłyszał w słuchawkach, że ktoś do mnie właśnie dzwoni.
– Halo?
– Cześć, synku. Mama z tej strony.
– No dzień dobry. Czego? Pytam grzecznie.
– Mógłbyś być milszy.
– Przecież powiedziałem dzień dobry.
– Oj, Janek, kiedy ty zmądrzejesz?
Sam sobie codziennie zadaję to pytanie. Lecz wkoło tylko cisza i echo. No trudno.
Nauczyłem się z tym żyć.
– Mamo, czekam na metro. Co się dzieje?
– Wiesz, że Wigilia jest na szesnastą?
– Tak.
Oczywiście, jak co roku, odkąd pamiętam. Zawsze Wigilia jest na szesnastą, a ostatecznie siadamy o dziewiętnastej. Dla mnie lepiej, mam przynajmniej trzy godziny zapasu.
– To cieszę się bardzo. Przyjedziesz z kimś czy sam?
To pytanie z rodzaju tych podchwytliwych? Bądź szydzących? Zawsze mi się mylą.
– Nie, mamo, będę sam. A czemu pytasz?
– No nie wiem. Czy mam nakryć dodatkowe miejsce?
Jakby nie wystarczyło to jedno, które i tak zawsze stoi puste. Po co marnować miejsce przy stole, przy którym i tak jest już mega ciasno? Jak ktoś się przypałęta, to zawsze może usiąść tam. Co prawda kompotu nie będzie miał, bo i tak ja mu wypiję. Lecz talerzyk zawsze się znajdzie.
– Mamo, będę sam. – Stanowczo i w punkt. – Jak zawsze.
– Jak co roku. Czy ty mógłbyś zmienić tę świąteczną tradycję?
Hmm… Chyba mogę? Tak, mogę! Mogę wcale nie przyjeżdżać na te głupie święta.
Całodobowy catering będzie zachwycony moimi zamówieniami przez te trzy dni. Dam komuś zarobić. Ktoś dzięki mnie będzie miał pracę. I kółko dobroci się zamknie.
– Oczywiście, już pędzę! Wolisz samca czy samicę?
– Jan! Bój się Boga!
A podobno Bóg jest miłosierny. I robi wszystko tak, aby czynić dobro, a nie zło. Więc czemu mnie nim straszy? A może to jest jakiś cytat? Chyba muszę znów przeczytać Biblię i poszukać.
– Mamo, czemu mam się bać Boga? Po pierwsze. A po drugie, to po prostu było pytanie.
– Nie bluźnij! Rozumiem, będziesz sam. Świetnie, jak co roku musiałeś mnie zdenerwować. Znowu zaczynasz kłótnię!
– Absolutnie. Ja? Że w którym momencie? Tylko starałem się sprostać twoim oczekiwaniom.
– Po prostu bądź i się nie spóźnij! Pa!
– No, pa.
Czasami zastanawiam się, jak by to było, gdybym choć przez jeden dzień nie musiał się kłócić z mamą.
Bardzo ciekawa i NIEREALNA WIZJA!ROZDZIAŁ II
Ja i moje postanowienia
Grace Kelly – MIKA
Od samego rana usiłuję dopakować wszystko do walizki. Z większym i mniejszym skutkiem. Właściwie to tylko z mniejszym…
Ja się pytam: kto wymyślił walizki? Nieważne, jak wielka by nie była, i tak zawsze jest problem z jej spakowaniem. Od trzech lat obiecuję sobie, że prezenty pod choinkę wyślę dwa tygodnie wcześniej do rodziców. I niech już spokojnie leżą do Wigilii pod tą choinką. A nie! Tacham je ze sobą przez pół miasta na lotnisko i płacę dodatkowo za nadbagaż. Bo na wszystko przecież brak czasu!
Biedny ten czas – każdy go za coś obwinia. A i przy okazji ma się do niego wieczne pretensje. Więc skoro każdy tak robi, to ja nie mam zamiaru być gorszy!
Dobra, jakoś się udało. Wszystko, co nie zmieściło się, a jest mi potrzebne, po prostu założę na siebie i po kłopocie. Jeszcze ostatnie okrążenia po moim studiu, odłączenie wszystkiego od prądu i mogę wychodzić. A i jeszcze muszę pamiętać obowiązkowo o pozostawieniu nagrania na poczcie głosowej. Mimo że mamy już XXI wiek, jakoś mam sentyment do mojej automatycznej sekretarki. Ona zostaje tutaj, a ja mogę spokojnie lecieć ostatnim dla mnie lotem przed świętami do Polski. Tak przynajmniej każdy, kto mnie będzie szukał, dzięki nagraniu Moniki (mojej sekretarki) będzie wiedział, gdzie jestem i kiedy wracam. Tak więc wszystko odhaczone z listy, taxi pod domem, lecimy!
Dosłownie za dwadzieścia minut zamykają bramki, a ja odprawiłem już swoje rejestrowane bagaże. Więc jest to idealny czas, by jeszcze móc zapalić na świeżym powietrzu. Przecież nie będę później stał w tych skrzyneczkach dwa na dwa metry i dusił się od samego wejścia. Boksy dla psów są większe! Wielkie określenie – palarnie. Czy ktoś w ogóle to testował? Czy jakakolwiek paląca osoba testowała to w takim obłożeniu, jakie jest na lotniskach? Na litość boską, tam po minucie śmierdzą fajkami nawet wkładki w butach!
Cholera!
Trzy minuty do zamknięcia! Wtedy przypomniały mi się słowa mojej mamy: „Czy ty mógłbyś choć raz gdzieś się nie spóźnić?”. Mógłbym! Ale czy potrafię? Odpowiedź jest tak prosta.
Nie!
– Nie, nie, jeszcze ja! Proszę zaczekać! – drę się przez pół lotniska.
Znów zacząłem biec. Ludzie w hali odlotów mieli pewnie niezły ubaw. A dlaczego? Wyobraźcie sobie mężczyznę ponad metr dziewięćdziesiąt i mniej więcej sto dwadzieścia kilo żywej wagi. Jakby tego było mało, to dodajcie do tego: czerwono-żółtą puchową kurtkę, tęczową czapkę z pomponem, gryzący, długi, szary szalik od mojej babci i – crème de la crème – paskudny zielono-granatowy świąteczny sweter z reniferem 3D. Cudownie! Jak to mówi moja przyjaciółka: „Dam ci ramkę i możesz robić za obraz nędzy i rozpaczy”. W punkt! No cóż, na zimowe rzeczy zabrakło już miejsca w walizce, a przecież jadę w góry. Nowy zestaw herbatowy dla mojej babci miał pierwszeństwo przed ubraniami, rzecz jasna. Czy mówiłem, że u mnie w mieście jest piętnaście stopni na plusie?
Uprzejma pani przy bramce ledwo powstrzymywała śmiech. Nie przeszkadzało mi to. W końcu mam lustro w domu i gdy wychodziłem, widziałem, jak mój idealny komplet ubrań wyglądał.
– Spóźnił się pan, lecz proszę wyjątkowo wejść. Za czterdzieści pięć minut mamy zamknięcie gate’u.
– Tak, wiem, dziękuję. Nawet pani nie wie, jak bardzo muszę znaleźć się w tym samolocie.
– Tak… wierzę. Widać.
I w tym momencie oddała mi paszport i dokumenty. Nie do końca wiem, co miała na myśli mówiąc, że widać. W każdym razie uśmiechnąłem się szeroko i pognałem w kierunku gate’u.
Zapomniałem już, jak wielkie jest lotnisko w Nowym Jorku. Przecież zostało mi tylko niecałe czterdzieści minut. Pełne skupienie – szukam numerku 243S/15 i tylko o tym teraz mój umysł myśli. Nic nie jest w stanie mnie wybić z mojego rytmu. Absolutnie nic!
SALE! – Głośny krzyk ekspedienta z drogerii mnie zatrzymał.
Sale? Perfumy? Przecież wiadomo nie od dziś, że w strefie bezcłowej można dorwać niezłe okazje, a co dopiero gdy jest wyprzedaż! No dobra, mam jeszcze pół godziny, na chwilkę mogę sobie pozwolić, by zajrzeć do sklepu. Wdałem się w dialog z przemiłym ekspedientem, który zapewniał, że ten zapach jest stworzony dla mnie. Co prawda mam już wystarczającą ilość perfum w swojej szafeczce, lecz taka okazja? Może bym też wziął jedne dla Wiki? W sumie pewnie i tak się zobaczymy przed sylwestrem. A to chyba jedyna osoba, dla której nie mam prezentu. No pewnie, że nie mam! No to, chwilo trwaj, roztrwońmy troszkę pieniędzy jeszcze w tym roku i na nią. W końcu, jak by to o mnie świadczyło? Przyjaźnimy się już tyle lat, że nie pamiętam teraz nawet od kiedy.
Mój wewnętrzny limit to dwa flakony perfum i absolutnie nic więcej. Wybierałem coś dla niej, oczywiście z pomocą tego samego ekspedienta. Był nad wyraz zadowolony. Nie mogę uwierzyć, że na tym lotnisku jest tak miły personel. Nawet w takich sklepikach jak ten. A może to wina tego stroju? Może myślą, że jestem umysłowo niepoczytalny? W sumie, jak dzięki temu mogłem wejść po czasie na odprawę i kupić trzy buteleczki perfum w ekstra cenie, to niech myślą sobie, co chcą. Alleluja, niech żyją kiczowate swetry!
Gdy już miałem perfumy dla siebie, Wiki, mamy, taty i rozglądałem się za flakonikiem dla siostry, rozbrzmiał w głośnikach komunikat:
– Lot numer 117534 z Nowego Jorku do Krakowa prosi o pilne zgłoszenie się pasażera pana Jana Bachleda do gate’u numer 243S/15. Zamknięcie lotu nastąpi za pięć minut.
Zbladłem.
Znów nawaliłem. Czy ja mógłbym choć raz…? Nie, nie mógłbym i już to ustaliliśmy. Szybko wziąłem torbę od Bena i zacząłem biec. Znaczy chyba Bena, taką miał plakietkę z logo drogerii. Janek! – krzyknął mój głos rozsądku tak głośno, że nawet krew na chwilę się zatrzymała. – Nie zastanawiaj się, głupku, nad tym, jak on miał na imię, tylko skup się na szukaniu bramki! Kocham mój głos rozsądku. Jest taki stanowczy i potrafi mnie postawić do pionu, gdy zaczynam… być sobą. W każdym razie biegnę! Znowu. Czy ja się czegoś w ogóle uczę od życia i wszystkich moich doświadczeń?
Nie!
Biegnę, o ile można to tak nazwać. Ludzie z lotniska chyba widzieli, że to wezwanie z głośników było właśnie dla mnie. Nie wiem tylko dlaczego? Przecież to częste, że na lotnisku ludzie biegną. A może dlatego, że trzymałem bilet i paszport w ręce? Choć przecież to też nie nadzwyczajny widok. A już wiem, może dlatego, że ja to wszystko na raz połączyłem i dodałem jedno powtarzające się w kółko słowo:
– Fuck! Fuck! Fuck! Fuck! Fuck!
Brak mi już sił. Kondycji to ja nie mam w ogóle. Limit przebiegniętych metrów dziś przekroczyłem pięć razy, o czym skrupulatnie informował mój zegarek. Na szczęście ktoś z obsługi mi pomógł, wskazał drogę i powiadomił pracowników bramek, że już biegnę. Oczom nie wierzę, jest! Przede mną mój gate! Podbiegłem ostatkiem sił do kobiety, wręczyłem dokumenty i bilet. Zmierzyła mnie wzrokiem od góry do dołu, uśmiechnęła się i otworzyła usta. Nie dałem jej dojść do słowa. Cały czerwony, z wymownym spojrzeniem, powiedziałem do niej:
– Tak, wiem. – I ruszyłem tunelem do samolotu.
Z tyłu głowy miałem słowa matki o moim wiecznym spóźnianiu się. Wyrazy twarzy obu pań z obu odpraw. Oczy i miny wszystkich ludzi widzących mnie biegnącego po lotnisku.
A na samym końcu wyraz twarzy mojej przyjaciółki, której opowiadam o tym wszystkim. Oczywiście trzymającą w rękach moją tandetną ramkę, pasującą do tego całego obrazu. Dzięki Bogu byłem dziś konsekwentny w moich postanowieniach. Jestem z siebie dumny. I w tym momencie papierowa torba z perfumami pękła, a zakupione butelki poleciały na podłogę. Policzyłem je… i przemilczałem. W tym momencie w mojej głowie miałem jeszcze obraz uśmiechu rzekomego Bena z drogerii, gdy właśnie kasował moją piątą butelkę perfum.
Jedno jest pewne: gorzej być nie może!ROZDZIAŁ III
Widok z okna
Hometown Glory – Adele
Mijała właśnie dziewiąta godzina mojego lotu, czyli za chwilę lądowanie. Kilka osób zaczęło już zbierać i pakować swoje podręczne rzeczy do toreb. Aby po wylądowaniu od razu wstać i ruszyć do wyjścia. Rozumiem ten pęd, bo w końcu święta, lecz wiem, że szykowanie się już teraz jest bez sensu. Potem stoisz w tunelu, poruszasz się tiptopkami. Ci, którzy zaczynają pakować swoje podręczne bagaże już teraz, chcą być cwańsi. Myślą, że są mądrzejsi i sprytniejsi.
A tu taki chuj!
W ten sam sposób pomyślało dziewięćdziesiąt pięć procent innych pasażerów. I stoją, cisną się do tego wyjścia. A ja? Ja czekam, aż minie tłok, bym mógł wstać, oprzeć się na rękach i jakoś rozprostować swoje długie nogi. Co prawda mam wykupione miejsce w wyższej klasie, lecz co mi da dwadzieścia centymetrów większej przestrzeni przy moich wymiarach? Raz widziałem chłopaka wyższego ode mnie przynajmniej o głowę. W klasie ekonomicznej! Ja się pytam, gdzie on po godzinie miał te nogi? No chyba na suficie. Podziwiałem go z całego serca. Choć nie widziałem go potem idącego przez tunel samolotu. Może go prostowali lub próbowali uwolnić mu nogi po kolejnej próbie ich krzyżowego ułożenia. Nie wiem. Wylądowaliśmy. Pierwsze okrzyki i oklaski dobiegły z tyłu. Pierwsze rozmowy przez telefon już było słychać:
– Tak, już przylecieliśmy, nareszcie.
– Halo, tak, już jesteśmy. Pogoda w powietrzu straszna, co chwilę rzucało samolotem.
– Oj tak, w końcu wylądowaliśmy, dłużyło się to strasznie.
– Tak, tak, straszne lądowanie, takie turbulencje!
Jakie, kurwa, turbulencje? Jakie rzucanie? Czy ja przypadkiem nie leciałem innym lotem? Może nas połączyli w jeden samolot tuż po ich tragicznym lądowaniu?
Ponieważ mój lot był spokojny, lądowanie bomba, nawet nie do odczucia, wszystko było perfekcyjnie. Czasem, jak słucham ludzi i tego, jak zaginają rzeczywistość, to boję się o swoją przyszłość. Co jeśli tacy ludzie są lekarzami, politykami, prawnikami? Jezu! Ci ludzie właśnie zajmują takie pozycje! Trzeba chyba uciec na bezludną wyspę.
Gdy tak rozmyślałem, a ludzie ściskali się w rękawie lotniczym, spojrzałem przez okno. Matko, jak tu pięknie! Śnieg przykrył już większość terenu. Biały puch oblepił drzewa, pasy zieleni i stojące w oddali samoloty. Dookoła wszystko mieniło się w bieli, a pośrodku ciągnął się czarny pas startowy. Zima, zawsze kochałem śnieg. Zapach palonego drewna w kominku późnymi wieczorami. Ulubione kakao robione przez moją Bunię. Tęsknię za tymi beztroskimi latami dzieciństwa. Wtedy wszystko było zupełnie inne, nawet ja. Ten widok z okna zaparł mi dech w piersi i znów nakłonił do myślenia.
– Proszę pana? – Usłyszałem cichy i przyjemny głos, który wybił mnie z rozmyślania.
– Tak? – odpowiedziałem, choć chciałem udawać głuchego. – Kobieto, nie widzisz, że dumam! – pomyślałem.
– Samolot już jest pusty. Tylko pan został. W czymś możemy pomóc?
Stewardesa była naprawdę miła i nie do końca rozumiałem, dlaczego. Ludzie nie są mili w moim mieście. Czemu dziwnie na mnie nie patrzy? Przecież na podłodze obok mnie leżała moja kurtka, czapka, szalik, a miałem na sobie cudowny… znaczy miałem sweter z reniferem. I to 3D! Mnóstwo powodów do śmiechu i szydzenia. Nie bądź miła! Ludzie nie są mili! Przecież nic nie zrobiłem dla ciebie. Nie musisz odwdzięczać się uprzejmością. Od lat w naszym społeczeństwie nie ma nic za darmo. Skoro ty jesteś dla mnie miła, to ja też muszę być! Nie tak nas wychowało życie. Nie zgadzam się i stanowczo protestuję. Proszę być dla mnie wrednym!
– Nie – odparłem wyniosłym i złym tonem.
– Dobrze. Jak mogłabym jednak jakoś pomóc, proszę zawołać. Dziękujemy za wybranie naszych linii i życzymy udanego pobytu. I wesołych świąt, rzecz jasna.
Odeszła i zostawiła mnie samego. Nie zdążyłem jej nawet nic odpowiedzieć. Janek, ty idioto! Kobieta chciała być dla ciebie miła, a ty zachowałeś się jak… Jak dziewięćdziesiąt procent pozostałego społeczeństwa. Ogarnął mnie wstyd i zakłopotanie. Zdałem sobie sprawę, że nie można wszystkich karać za to, jak popieprzony jest świat. Szybko się ogarnąłem, zabrałem swoje rzeczy i pognałem w kierunku tylnego wyjścia, gdzie odeszła stewardesa. Szybko… to teraz mnie poniosło. Zanim wstałem, zdążyłem trzy razy szepnąć w głowie „łożesz kurwa”. Gdy już dotarłem na tył samolotu, zobaczyłem tę miłą kobietę, która robiła porządki w swoich szafkach.
– Proszę pani – powiedziałem cichym, melodyjnym i spokojnym głosem. Na tyle, na ile potrafiłem, rzecz jasna!
– Tak?
– Chciałem panią przeprosić, niepotrzebnie tak ostentacyjnie i szorstko się odezwałem. To było zbyteczne. Proszę przyjąć moje najszczersze przeprosiny. I również chciałbym życzyć pani radosnych i wesołych świąt. Do widzenia.
– Dziękuję. Do widzenia – odpowiedziała i wróciła do swoich zajęć.
Wyszedłem z samolotu i ruszyłem po walizkę. Kurczę, naprawdę ludzie potrafią być mili. I to tak po prostu, bez oczekiwania czegoś w zamian. Czyżby ten świat się zmieniał? Czy może ludzie w Polsce stali się milsi, bardziej uprzejmi i życzliwsi? Może to znak, żeby wrócić do ojczyzny?
– Halo! – Usłyszałem głos za sobą, lecz nie odwróciłem się. – Ej, ty! Głuchy jesteś? – Znów ten sam głos. Postanowiłem się odwrócić. – No do ciebie mówię! – Moim oczom ukazał się mężczyzna około czterdziestki. Nie miałem pojęcia, kim jest i czego ode mnie chce.
– Tak, proszę. Coś się stało? – zapytałem grzecznie. Skoro ten kraj się zmienia, a może i świat, to trzeba iść za ciosem! Bądźmy dla siebie mili i życzliwi bez oczekiwania czegoś w zamian! Kolejne postanowienie noworoczne! Dwudzieste trzecie…
– Ta pedalska czapka to twoja? – Po usłyszeniu tego zamarłem. Kto w tych czasach używa słowa „pedalska”? Ba! Kto jeszcze kategoryzuje ubrania na orientację? Przecież ten kraj miał się zmienić, ten świat miał się zmieniać. A gdzie bycie miłym i życzliwym?! – Aaaa, ta. To na bank twoja czapka. – W tym momencie spojrzał na mnie i zatrzymał wzrok na moim swetrze.
– Że co? – zapytałem z niedowierzaniem.
– Pstro. Głuchy jesteś? Czy nie rozumiesz już polskiego? Pytałem, czy to twoja czapka została w samolocie. Lecz jak tak patrzę na ciebie, to na bank twoja. Łap! – I rzucił mi czapkę.
– Pan się przypadkiem nie pomylił? Nie pamiętam, abyśmy byli na „ty”. To po pierwsze. A po drugie, czemu nazywa pan moją czapkę „pedalską”? – W tym momencie zobaczyłem na twarzy gościa dezorientację.
– Bo ma tęczę? Męskich nie było? – Zaśmiał się i odszedł.
No, kurwa mać! Cham i prostak. Lecz nie trać nadziei, Janku! Zawsze trafi się jakiś ułamek procentu ludzi, którzy powinni nie otwierać ust. Ruszyłem niezrażony, choć lekko zniesmaczony. Cały czas nastawiam się na zmianę świata na pozytywne barwy. Jeden ewenement w skali całego lotniska tego nie zmieni. Co to, to nie! Stałem już przy taśmie bagażowej. Czekałem na moje dwie ogromne walizki i cieszyłem się, że ubrania zimowe mam na sobie. Na płycie lotniska, jak wysiadłem, było jakieś minus siedem stopni. W porównaniu z temperaturą w moim kraju, mój zimowy strój był adekwatny w stu procentach.
Nieładny, lecz dalej adekwatny!ROZDZIAŁ IV
Stara data
Non, je ne regrette rien – Edith Piaf
Przed lotniskiem czekała na mnie uśmiechnięta i przemiła pani, która tylko lekko skrzywiła się na mój widok. Miała dużą tablicę z moim imieniem i nazwiskiem.
Naprawdę w ten sposób teraz witają cię przedstawiciele wypożyczalni aut? Dla mnie lepiej – nie muszę wypatrywać na parkingu samochodu, nie latam z walizkami jak nienormalny. Jednym słowem, bomba!
– Dzień dobry. Pan Jan? – Usłyszałem cichy głos w moim kierunku.
– Tak, dzień dobry.
– Jak minął pański lot? – Wyglądała na naprawdę zainteresowaną tym faktem.
– Dziękuję, bardzo dobrze. – Na końcu chciałem dodać, że były straszne turbulencje i momentami lot był straszny. Ale przypomniało mi się, że to nie mój lot taki był, tylko tego drugiego samolotu, co go dołączono po lądowaniu.
– Zgodnie ze zleceniem przygotowaliśmy auto z kategorii D+, typu SUV. Z wymagań dodatkowych samochód posiada napęd na cztery koła, podgrzewane fotele i automatyczną skrzynię biegów. Wynajem jest na okres dwóch tygodni i bez limitu kilometrów. Czy wszystko się zgadza?
– Tak. – Choć właściwie nie… miał być kolor niebieski! Czy to taki wielki problem? Czemu w życiu nie możemy mieć tego, czego chcemy? To jest zupełnie niesprawiedliwe.
– W takim razie poproszę pańskie dokumenty. – Pani z wielką gracją, niczym w Jeziorze Łabędzim, wyciągnęła w moim kierunku rękę. Oczywiście nie odrywając ode mnie wzroku z towarzyszącym ciągłym uśmiechem.
– Jasne, już daję.
Już, też mi coś. Gdzie ja do cholery włożyłem paszport? Miałem go chyba gdzieś w torbie. Więc postawiłem moje dwie ogromne walizki, na nie położyłem poduszkę samolotową, butelkę z piciem i szalik, bo już zdążyłem się zgrzać. Rozpocząłem intensywne grzebanie w torbie i po jakimś czasie zdałem sobie sprawę, że go nie ma. Kobieta, widząc to, tylko się uśmiechała i grzecznie czekała. Wywołała u mnie presję tym spojrzeniem! Szukałem intensywniej. Nie było go w torbie. A może w plecaku? Odłożyłem torbę na walizki i zobaczyłem, jak się piętrzy piramida. Po kilku chwilach krzyknąłem:
– A tu jesteś chu… – W tym momencie ujrzałem jej wzrok. – A tu jesteś… chudy dokumenciku. Nieładnie się tak chować. – I zażenowany, lecz kulturalny w obecności damy, przekazałem jej paszport.
– Dziękuję, płacić pan będzie kartą czy gotówką?
Mam gotówkę, lecz teraz pytanie, gdzie? Czy aby nie włożyłem jej do którejś z walizek? Matko, jak mam teraz je otwierać i grzebać, to co ta kobieta już całkiem o mnie pomyśli. Po chwili, gdy sobie to wyobraziłem, odpowiedziałem pewny i z przekonaniem.
– Zapłacę kartą, rzecz jasna. – Niech mnie zabije przewalutowanie.
– Oczywiście, w takim razie dosłownie chwilkę potrzebuję na uzupełnienie wszystkiego. Kaucja również kartą?
– Tak. Czy mogę w międzyczasie zacząć wpakowywać rzeczy do auta?
– Proszę bardzo. Za mniej niż pięć minut będzie mógł pan ruszać.
– Dziękuję.
Zabrałem się do pakowania moich klamotów. Stałem przed tylną klapą i zastanawiałem się, jak ją otworzyć. Machałem pod podwoziem nogą jak jakiś kretyn, a ona się nie otwierała. Odkładałem znów walizki, na nie poduszkę, picie, torbę, plecak, szalik, czapkę. Coraz bardziej zgrzany i spocony, skrupulatnie zacząłem się rozpłaszczać z moich rzeczy. Popatrzyłem na tę klapę bagażnika od przodu, z boku, z drugiego boku, od spodu. Absolutnie nie widziałem nigdzie żadnego guzika ani nawet wycięcia, gdzie mógłbym włożyć rękę, by ją podnieść. Wróciłem do machania nogami pod tylnym zderzakiem. Wyglądałem przynajmniej żałośnie. Bo śmiesznie, to już dawno.
– Wszystko w porządku? – Głos kobiety był lekko zaniepokojony.
– Jasne! Myślę tylko jak ułożyć bagaże, zanim zacznę je pakować. – Yhmm, ułożyć, też mi coś. Jak to dziadostwo otworzyć?!
– Rozumiem. W razie czego proszę mówić, pomogę.
– Pewnie, dziękuję.
Mój ton był lekko zły i poirytowany. Wróciłem do rozmyślania nad otwarciem bagażnika. Przecież to nie może być aż tak trudne! Czemu, do jasnej cholery, kazałem sprzedać mojemu ojcu mój samochód? Co mnie podkusiło?! Teraz pakowałbym do mojej kochanej „Żabki” walizki, a wraz z nimi moją wielką dupę za jej kierownicę. No głupek roku stoi tu przed zamkniętym bagażnikiem w całej okazałości. Stałem jak słup soli i nie miałem zielonego pojęcia, jak to ustrojstwo się otwiera.