-
nowość
-
promocja
Tybald i smak przygody. Tom 3 - ebook
Tybald i smak przygody. Tom 3 - ebook
Tybald jest zwykłym nastolatkiem – przynajmniej jak na kogoś, kto mieszka w krainie pełnej fantastycznych stworzeń, gdzie rozmawia się przez holofony, a najnudniejszym przedmiotem w szkole jest duchologia.
Jednak właśnie trwają przymusowe wakacje, gdyż w budynek placówki uderzył meteoryt. Tybalda wcale to nie martwi, ma natomiast inny problem – jego młodszy brat jest poważnie chory, a leczenie przerasta finansowe możliwości rodziny. Gdy trafia na kuszące ogłoszenie o naborze ochotników do przetestowania kompleksu hotelowego Smak Przygody, nie waha się ani chwili.
Szybko okazuje się, że praca jest znacznie trudniejsza, niż przypuszczał, z czasem robi się wręcz niebezpiecznie. Tybald wbrew rozsądkowi decyduje się na udział w ryzykownym współzawodnictwie, wierząc, że to jedyna szansa na uratowanie brata.
Czy zdoła sprostać wyzwaniom i zapobiec rodzinnej katastrofie?
„Tybald i Smak Przygody” to pełna magii, humoru i pozytywnej energii opowieść o odwadze i determinacji, które wciągają czytelników w sam środek fantastycznych przygód.
Okładka przedstawia fantastyczną, nocną scenerię w odcieniach głębokiego granatu i błękitu, rozświetloną złotym, spiralnym światłem przypominającym magiczną smugę lub kometę na niebie. W tle, na chmurach, wznosi się majestatyczny zamek o wysokich wieżach, podkreślający baśniowy klimat. Na pierwszym planie widoczna jest sylwetka chłopca stojącego na skraju urwiska i spoglądającego w stronę zamku. Całość utrzymana jest w magicznej, przygodowej stylistyce, która przyciąga uwagę i obiecuje pełną fantazji opowieść.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Dzieci 6-12 |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8425-898-9 |
| Rozmiar pliku: | 5,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
DONNA KISZKA I NIEZWYKŁY FUKS
Radek wbiegł na pokład i pomachał entuzjastycznie do brata.
Wodolot należący do kompleksu hotelowego Smak Przygody lśnił w październikowym słońcu apetycznym różem. Wielu mieszkańców Osady przybyło na brzeg jeziora wyłącznie po to, żeby popatrzeć na ten okazały wytwór cywilizacji technicznej. W Krainie Poludków nie co dzień można było obserwować podobną atrakcję, nie mówiąc o wybraniu się nią w podróż.
Tybald do tej pory nie mógł uwierzyć, że za kilka minut odpłynie tą łodzią z innego świata na swoje pierwsze jesienne ferie. Nie miał jednak czasu zastanawiać się nad niezwykłością sytuacji, gdyż wzywano ostatnich pasażerów, a jednocześnie za plecami chłopca rozległ się głośny tupot i ktoś uczepił się jego rękawa.
– Myślałem, że już nie zdążę! – wysapał listonosz, wyrównując oddech. – Spadłaby efektywność doręczania… Z premii nici… A tak dobrze szło…
Po trapie przeszły ostatnie osoby – znana Tybaldowi z widzenia pani Norna oraz mężczyzna o rozbieganym spojrzeniu i wianuszku srebrnych loczków, podkreślającym okazałą łysinę. Czekano tylko na Tybalda.
Listonosz, ciągle posapując, rozwodził się nad warunkami pracy w swoim zawodzie.
Przedłużająca się scena przy mostku przyciągnęła ogólną uwagę. Tybald kątem oka widział ludzi wpatrujących się w niego z pokładu, odnosząc niejasne wrażenie, że jedna z głów była dziwnie większa od pozostałych. Kapitan wodolotu coraz głośniej kaszlał, chrząkał i prychał. W końcu dał sygnał syreną, od którego wszystkim zadzwoniło w uszach.
– Panie Paczkowski, muszę już iść – oznajmił Tybald, próbując wyszarpnąć rękaw z uścisku.
– A bo kto kawalera zatrzymuje? – zdumiał się listonosz, nie rozluźniając palców wczepionych w kurtkę chłopca. – Dziś rano przyszła przesyłka – ciągnął, uwalniając wreszcie Tybalda, by sięgnąć do torby po butelkę z ciemnego szkła i wręczyć ją adresatowi. – A swoją drogą, co to za moda, żeby listy we flaszkach przysyłać?! Ta roztrzaskała nam umywalkę! Szczęście, że nie utknęła w rurach! Poczta przecie nieprzystosowana! Utrapienie z tym modernizmem…
Ostatnich słów listonosza Tybald już nie słuchał. Wbiegł na pokład wodolotu, ignorując wściekłe spojrzenia kapitana.
Nie zdążył złapać oddechu, gdy stanęła przed nim niewysoka szatynka, nosząca złote kolczyki w kształcie kościotrupów.
– Tybald? – zapytała, potrząsając głową, co zmusiło kościotrupy do odtańczenia makabrycznego rock and rolla. Na jej twarzy mieszały się skrywana radość i zacięcie.
– Tak… – odpowiedział Tybald, ze zdziwieniem wpatrując się w Radka, który w pośpiechu przedostał się tutaj z drugiego końca pokładu i za plecami dziewczyny wykonywał gwałtowne ruchy harmonizujące z tańcem szkieletów.
Tybald odruchowo spróbował porozumieć się z bratem w myśli, ale po sekundzie przypomniał sobie, że nie może się to udać.
Ponad rok temu został obdarzony darem teleportacji, a później – telepatii. Początkowo nie potrafił dobrze się nimi posługiwać, co przysporzyło mu kłopotów, lecz w końcu nauczył się tego i zaczął je cenić. Tydzień temu zawiadomiono go jednak, że nie będzie mógł z nich korzystać z powodu: „miesięcznej przerwy koniecznej do przeprowadzenia przeglądu technicznego”. Tybald stał się więc znów zwykłym nastolatkiem, czego w podobnych sytuacjach szczerze żałował.
Cień radości zniknął z oblicza dziewczyny, ustępując miejsca gniewowi.
– Czy my się znamy? – zapytał, usiłując jednocześnie zrozumieć nerwową gestykulację brata.
Okazało się, że dziewczyna pomimo niskiego wzrostu obdarzona była sporą siłą. Policzek, który wymierzyła Tybaldowi, rozbrzmiał głośnym klaśnięciem.
– Pamięć ci wraca? – syknęła wściekle.
– Wiki! – zawołał Radek, rezygnując z pantomimy i wkraczając do akcji. – Jak miło cię widzieć! Co ty tutaj robisz? Nie ma z tobą Weroniki?
Interwencja Radka na nic się nie zdała, gdyż Wiki nie zwróciła na niego najmniejszej uwagi.
W tym samym momencie, zaskakując wszystkich, zadzwonił holofon Tybalda. Chłopak przestał masować piekącą połowę twarzy i odebrał. Usłyszał głos osoby, na której bardzo mu zależało, lecz w zaistniałych warunkach nie mógł z nią rozmawiać. Czy to nie był pech?!
– Przepraszam cię – powiedział bez wstępów do Ani. – Jestem teraz zajęty. Napiszę do ciebie i wszystko ci wytłumaczę. – Oddzwonić nie mógł. Ostatnio był w stanie jedynie przyjmować rozmowy.
– Do mnie też miał napisać! – rzuciła głośno Wiki, po czym ponownie uniosła dłoń, a kościotrupy zagrzechotały groźnie piszczelami. W ostatniej chwili zrezygnowała z ponownego spoliczkowania Tybalda, odwróciła się na pięcie i odeszła.
Chłopak odprowadził ją spojrzeniem spod zmarszczonych brwi, po czym utkwił pytający wzrok w twarzy brata.
– Wiki bywa miła… – wymamrotał Radek z niepewną miną. – Samym uśmiechem potrafi rzucić czar…
Nie było wątpliwości, że Radek wiedział więcej od Tybalda.
– Niestety nie o mocy jej uśmiechu miałem okazję się przekonać – mruknął Tybald, dotykając wciąż piekącego policzka. – O co jej chodziło?
Radek błądził zażenowanym spojrzeniem po wstęgach wymalowanych na błękicie nieba przez pierzaste cirrusy, po czym zaczął z wahaniem:
– Pamiętasz zlot bliźniaków?
Oczywiście, że pamiętał! Na wakacyjny zlot wybierali się razem, ale w końcu pojechał tylko Radek. Na miejscu udało mu się ukryć nieobecność Tybalda, czym oddał mu wielką przysługę.
– Co to ma wspólnego z tą rozeźloną dziewczyną?
Radek znowu się zmieszał.
– Bo widzisz, Wiki też tam była… – wybąkał. – Ze swoją siostrą bliźniaczką, z którą się zaprzyjaźniłem. Fajna kumpelka! A ponieważ twoja obecność musiała być wiarygodna… to ty podrywałeś trochę Wiki…
– Co takiego?! – przeraził się Tybald, cofając się o krok. Pod butem poczuł jakąś nierówność, a niezadowolony głos zwrócił mu uwagę:
– Uważaj, proszę! Fuks ma bardzo wrażliwe stopy.
– Przepraszam – powiedział Tybald, odwracając się w stronę głosu. Okazało się, że „delikatna stopa” należy do nosorożca o szyi przewiązanej apaszką wielkości meksykańskiego poncho. Opiekunką Fuksa była chuda, ubrana na czarno brunetka, z talią zniszczonych kart w dłoni.
– Donna Kiszka – przedstawiła się dziewczyna, skinąwszy głową, z której na cztery strony świata sterczały kruczoczarne włosy. – A to jednorożec, Fuks – dodała, wskazując talią kart masywne zwierzę.
– Jednorożec?
– Tak, wiem. To rzadkie stworzenia. Niektórzy są przekonani, że istnieją wyłącznie w legendach.
– Czy w Smaku Przygody wiedzą, że będzie u nich gościł nos… hm, jednorożec? – zapytał Radek, krytycznie przyglądając się zwierzęciu.
– Oczywiście! – odpowiedziała Donna.
– I nie mają… eee… zastrzeżeń?
– Wręcz przeciwnie! Przecież to kompleks pięciogwiazdkowy! Do takich hoteli klienci często przyjeżdżają ze swoimi ulubionymi zwierzątkami. W grupie testowej potrzebni są i tacy, i owacy! – Donna obrzuciła Fuksa troskliwym spojrzeniem i dodała: – Dyrekcja zapewniła mnie, że Fuksowi niczego nie będzie brakowało.
Tybald popatrzył z ukosa na pupila Donny. Fuks wystawił masywny łeb za burtę i z zainteresowaniem obserwował fale. Trójkąt jego apaszki powiewał na wietrze jak kolorowy żagiel.
– Nie o Fuksie zamierzałam jednak rozmawiać – odezwała się ponownie Donna. – Zauważyłam u ciebie ten złowróżbnie wyglądający przedmiot – zwróciła się do Tybalda, machnąwszy talią kart w kierunku przesyłki, którą nadal ściskał w dłoni. – Z tej butelki emanują fatalne prądy. Powinno się zniszczyć ją w ogniu piekielnym! Czarci Jęzor byłby odpowiednim miejscem… Swoją drogą, dziwi mnie, że na statku pasażerskim akceptuje się ryzyko związane z przewożeniem równie podejrzanych rzeczy.
Tybald i Radek spojrzeli po sobie porozumiewawczo. Obu obecność nosorożca na pokładzie wydawała się osobliwsza niż przewożenie butelki.
– To tylko list od przyjaciela – wyjaśnił Tybald, chowając butelkę do plecaka.
– Ach, od przyjaciela… – uspokoiła się Donna. – A ja myślałam… Ale skoro to list…
Tybald potwierdził skinieniem głowy. Od kilku miesięcy utrzymywał kontakt korespondencyjny z Krochmalem, towarzyszem poprzedniej niezwykłej przygody. To właśnie wtedy poznał Anię – dziewczynę o wybuchowym temperamencie, który wstrząsnął nim i pozostawił w jego sercu trwały ślad. Po przybyciu na miejsce napisze do niej! Nigdy nie miał zamiaru ukrywać przed nią prawdy. Po prostu obawiał się, że wypadnie żałośnie. Najpierw sam musiał oswoić się z rzeczywistością. Czekał na odpowiedni moment. Teraz miał pewność, że odpowiedni moment nadszedł. Ani należały się wyjaśnienia.ROZDZIAŁ 2
DLACZEGO METEORYT NIE SPADŁ WCZEŚNIEJ?
Jedną z przyczyn, dla których Tybald, zamiast powstrzymywać ziewanie na lekcjach duchologii, mknął wodolotem należącym do kompleksu pięciogwiazdkowych hoteli o nazwie Smak Przygody, był meteoryt.
Uderzenia meteorytu jednak się spodziewano.
Ciąg naprawdę zaskakujących zdarzeń nastąpił natomiast wcześniej.
Od powrotu z wakacji Tybald wiódł życie na tyle zwyczajne, na ile było to możliwe w egzotycznej Krainie Poludków. We wrześniu zaczęła się szkoła, absorbując nastolatka wiążącymi się z nią problemami. Nauczycielka ludów świata już na pierwszej lekcji kazała uczniom przygotować referat o plemionach pamperskich na dwa tysiące trzysta czterdzieści pięć wyrazów, Adrian bił rekordy złośliwości, a codzienne spotkania Tybalda z byłą dziewczyną Kamilą wprowadzały atmosferę męczącego napięcia pomimo wysiłków obu stron, by zachowywać się po koleżeńsku.
W tych okolicznościach Tybald początkowo nie zwrócił uwagi na niepokojący zwiastun zmiany. Chaos obejmował panowanie ukradkiem.
– Pamiętasz, żeby kiedyś można było rozróżnić trojaczki? – zapytał Radek pewnego posępnego wieczoru, gdy za oknem siąpił deszcz, a najciekawszym programem holowizyjnym był reportaż o wytwórni wykałaczek.
Dwoje z trojaczków, rumianych i rozchichotanych, wystrzeliło właśnie przez drzwi łazienki, a trzeci podążył za nimi – powolny i osowiały.
Dopiero teraz Tybald przeanalizował kilka rodzinnych sytuacji i zdał sobie sprawę, że jeden z młodszych braci odstawał od reszty.
Wkrótce poznano przyczynę. W czasie kontrolnych badań okazało się, że chłopczyk zapadł na niebezpieczną chorobę o skomplikowanej nazwie. Chorobę na szczęście uleczalną, pod warunkiem jak najszybszego przeprowadzenia niezwykle kosztownej kuracji.
Rodzice postanowili dopuścić Tybalda i Radka do nadzwyczajnej narady.
– Są prawie dorośli – stwierdził tata, z rozmachem ustawiając krzesła, które trzeszczały w proteście, nieprzyzwyczajone do podobnego traktowania.
Podsumowanie posiedzenia nie było budujące. Wszystkie oszczędności Konieczyńskich nie stanowiły nawet jednej setnej potrzebnej sumy. Należało podjąć szybkie działania.
Członkowie rodziny rzucili się do zmagań ze światem.
Mama nocami przekładała kryminały z języka kurczmeńskiego, płacząc nad losem fikcyjnych ofiar, co pozwalało jej bez skargi stawiać czoła realnym problemom. W dzień brała pod opiekę siedmioro dzieci sąsiadów, przekształcając dom w prawdziwe przedszkole. W porze leżakowania czytała maluchom ich ulubioną książkę _O Omamionym Dżinnie Omen. Opowieść Dżentelmena Nomen –_ baśń o sfrustrowanym nieszczęśniku, którym manipulowano od urodzenia, nakłaniając go do czynienia zła. Dzieciaki nigdy nie dowiadywały się, jak się kończyły perypetie dżinna, gdyż zasypiały w połowie, co nie przeszkadzało im nazajutrz domagać się czytania tej samej historii od początku.
Tata podjął się tylu dodatkowych prac, że mamie z trudem udawało się złapać w przelocie jego teczkę, by wrzucić do niej kanapki z masłem i rzeżuchą, które stały się podstawowym pokarmem rodziny – zdrowym, a przede wszystkim oszczędnym.
Najstarszy z rodzeństwa, Patryk, który do tej pory nie był wzorem obowiązkowości ani nie okazywał nadmiaru braterskich uczuć, sprzedał swój ulubiony solister muzyczny i najął się do przedsiębiorstwa montażowego, by godzinami zawzięcie borować dziury w murach tępym świdrem.
Tybald i Radek spędzali popołudnia przy sklepie rolno-spożywczym, którego właściciel, pan Kaktusiński, powierzał im niewdzięczne zadania w postaci rozrzucania obornika na pobliskim polu czy przesadzania najbardziej kolczastych kaktusów.
Wszystkie te zajęcia pomagały Konieczyńskim nieco rozładować napięcie, było bowiem jasne, że pomimo wysiłków nie uda im się zarobić wystarczającej kwoty na czas. Należało znaleźć inne rozwiązanie. Narastała ogólna frustracja. Codziennie rzucano się na „Poludkowe Wieści Poranne” w poszukiwaniu atrakcyjnych ofert zatrudnienia.
Dopiero gdy jednemu z trojaczków groziło niebezpieczeństwo, Tybald zdał sobie sprawę, jak wiele znaczyły dla niego te psotne maluchy. Nie potrafił się pogodzić z uczuciem bezradności wywołanym przerastającą wszystkich sytuacją. Zmuszał się do nauki, gdyż złymi ocenami nie chciał przysparzać rodzicom dodatkowych zmartwień. Najchętniej jednak porzuciłby szkołę na rzecz jakiejkolwiek dobrze płatnej pracy. Męczyły go sny, w których chodził na wagary przesadzać kilkumetrowe ferokaktusy.
Aż pewnego dnia Studnia Praprzodków oświadczyła ze zwykłą nonszalancją:
– W szkołę rąbnie meteoryt!
Przepowiednia wywołała sporo popłochu i zamieszania.
– Dlaczego? – zapytał ktoś z bezsilnym żalem.
– A dlaczego do tej pory nie rąbnął? – odparła Studnia i wyprosiła zebranych z parku, bo chciało jej się spać.
Zgodnie z zapowiedzią w przewidzianym terminie w budynek szkolny ugodziło bezduszne ciało astralne, lekceważąc oświatowe oraz historyczne znaczenie tego miejsca. Nikomu nic się nie stało, gdyż na czas ewakuowano ludzi oraz sprzęty. Straty ograniczyły się do kilku probówek laboratoryjnych przy pakowaniu przywłaszczonych przez Ryśka, owładniętego pragnieniem przeprowadzenia sekretnych doświadczeń w celu uzyskiwania czekolady z poddanych swoistej obróbce kasztanów.
Ze względu na to, że nie było w Osadzie budynku zdolnego pomieścić uczniów, lekcje zawieszono.
W dniu katastrofy Tybald przypadkiem usłyszał Adriana, stwierdzającego półgłosem:
– Ten meteoryt to pięść sprawiedliwości! Gdzie indziej młodzież ma przecież wolne!
To prawda, że w większości szkół właśnie przerwano naukę z powodu ferii jesiennych – innowacji, której dyrektor Kołek nie chciała wprowadzić.
Niespodziewane ferie były Tybaldowi na rękę.
Pomiędzy zajęciami w sklepie rolno-spożywczym pana Kaktusińskiego z podwójną energią zabrał się do wertowania „Poludkowych Wieści Porannych”, by pośród ofert typu: „zbiór ślimaków na eksport” czy „drylowanie wiśni na akord”, natrafić na jedną, która przykuła jego uwagę:
_Smak Przygody – zjawiskowy, odlotowy!_
_Kompleks pięciogwiazdkowych hoteli poszukuje kandydatów od lat 14 do przetestowania jakości oferowanych usług przed oddaniem obiektów do użytku gości. W trakcie turnusu zapewnione atrakcje! Na koniec możliwość zdobycia nagrody specjalnej!_
_Napisano o nas:_
_„Smak Przygody to przykład udanej współpracy międzynarodowej. Przedsięwzięcie kapitału zagranicznego realizowane na jednej z do tej pory niezamieszkanych wysp Krainy Poludków”. („Gazeta Wybiórcza”)_
Pod ogłoszeniem widniała kwota wynagrodzenia. Za spędzenie kilkunastu dni w Smaku Przygody proponowano więcej, niż Tybald mógłby zarobić przez rok biegania po polach z taczkami kurzych odchodów przeplatanego przesadzaniem ferokaktusów, mamilarii i opuncji!
Oczywiście oferowana suma nie miała nic wspólnego z horrendalnym kosztem leczenia, ale stanowiła znaczący wkład jak na możliwości nastolatka. Tybald ponownie przeczytał tekst, upewniając się, że dobrze zrozumiał.
Na pomysł brata Radek zareagował entuzjastycznie:
– To nie praca, to marzenie!
Rodzice od razu zgodzili się na wyjazd bliźniaków.
– Doskonała myśl! – oświadczyła mama i uśmiechnęła się, co ostatnio prawie jej się nie zdarzało.
– W ten sposób trochę bardziej wam pomożemy – odezwał się Radek.
– I odpoczniecie od tego wszystkiego… – dorzuciła z westchnieniem mama, mimowolnie zdradzając, że bardziej niż na oferowanym wsparciu zależało jej na oszczędzeniu synom strapień, po czym dodała: – Dzwonił tata. Mówi, że jest szansa na szybkie rozwiązanie naszego problemu.
Wieczorem zorganizowano naradę i cała rodzina poznała nowinę, która rozgrzała jej serca nadzieją.
Wprawdzie sine cienie nie znikły spod oczu taty, lecz jego źrenice błyszczały jak latarnie.
– Postanowiłem wziąć bezpłatny urlop i zrezygnować ze wszystkich dodatkowych zajęć – powiedział na wstępie.
– I to jest ta dobra wiadomość? – burknął Patryk, ale ożywienie taty nie osłabło.
– Dobra wiadomość to Kije Bramkobije! – oznajmił.
– Kije Bramkobije? – powtórzył Tybald, nie rozumiejąc.
Mama musiała wszystko wyjaśnić, bo tata jedynie kiwał energicznie głową.
Dowiedzieli się zatem, że tata podjął się trenowania prywatnej drużyny hokeistów. Drużyna ta nazywała się właśnie Kije Bramkobije i należała do Felera. Ten Poludek-miliarder za wygraną w najbliższym meczu gwarantował szkoleniowcowi sumę wystarczającą na opłacenie leczenia trojaczka.
– Żegnajcie, tępe wiertła! – zawołał radośnie Patryk.
Tybalda również ogarnął entuzjazm. Kije z pewnością zwyciężą! Grzegorz Konieczyński był doskonałym trenerem, a poza tym wspomniany miliarder opłaci wyborowych graczy!
Na zmęczonych twarzach pojawiły się uśmiechy. Dyskusja przybrała pogodniejsze tony.
– Przeciwko komu zagrają Kije? – zapytał na koniec Radek.
– Rywal zostanie wyłoniony w drodze losowania – odparła mama. – Nazwę drużyny poznamy w poniedziałek.
O rozwoju sytuacji rodzice obiecali zawiadomić bliźniaków przez holofon, gdyż turnus w Smaku Przygody zaczynał się już w sobotę.ROZDZIAŁ 3
SMAK PRZYGODY
W czasie rejsu wodolotem Tybald czuł się nieswojo. Wiki obserwowała każdy jego ruch i choć go nie nagabywała, z trudem znosił jej natarczywe spojrzenia. Radek próbował z nią porozmawiać, ale w ogóle nie chciała go słuchać. Sam Tybald nie miał pojęcia, co mógłby jej powiedzieć.
Jednak pomimo obecności dziewczyny Tybald po raz pierwszy od otrzymania informacji o chorobie trojaczka odetchnął z ulgą i z ufnością patrzył w przyszłość. Wraz z Radkiem znaleźli sposób na spożytkowanie wolnego czasu. I co tu kryć, spędzenie niespodziewanych jesiennych ferii w kompleksie pięciogwiazdkowych hoteli stanowiło przyjemną odmianę po tygodniach prac rolnych przy sklepiku pana Kaktusińskiego. Drużyna taty wygra mecz, ich braciszek odzyska zdrowie i znowu wszystko wróci do normy!
Podróż upłynęła bez większych niespodzianek. Wodolot systematycznie przecinał spokojną taflę wody, Donna stawiała pasjanse talią zniszczonych kart, Fuks nikogo nie staranował, a pani Norna wydziergała cztery szaliki w aniołki. Ku radości pasażera o srebrnych lokach w trakcie przeprawy przez Jękliwe Jezioro pokazał się potwór. Starszy pan pstryknął aparatem, dzięki czemu wszyscy mogli podziwiać zdjęcie z doskonale widoczną zmarszczką na powierzchni wody, w której zniknęła poczwara.
Zanim dotarli na miejsce, wodolot przybił do dwóch przystani i na pokład wsiadło kilka osób, wśród których uwagę Tybalda przyciągnął mężczyzna o niespotykanej, zielonkawej karnacji, w zbyt dużym kowbojskim kapeluszu.
Ostatnią z pasażerek była smukła blondynka z włosami ściągniętymi w kucyk. Tęczówki jej oczu lśniły, zmieniając w fascynujący sposób barwę od niebieskiej, poprzez szarą, do zielonej. Ubrana była w dżinsy i krótki sweter, a w dłoni trzymała małą, srebrną kamerę. Ujrzawszy dziewczynę, Radek stracił kontakt z ziemskim światem, zaczął się potykać o nieistniejące przeszkody i odpowiadać bez sensu na pytania.
Wczesnym wieczorem na horyzoncie pojawiła się wyspa, pomalowana jesiennymi barwami ochry i sepii, a wodolot zwolnił, aby dopłynąć miękko do jej brzegów. Stopniowo oczom pasażerów ukazał się widok, który przeszedł ich oczekiwania.
Nad samą wodą stał pałac z ciemnoróżowego marmuru, lśniący w blasku słońca niczym klejnot z ametystu. Przed wejściem do budynku rozciągał się obszerny taras, zakończony schodami opadającymi w głębinę. W czystej tafli jeziora budowla odbijała się jak w lustrze.
– Jak ci się podoba? – zapytał Tybald.
– Nigdy nie widziałem dziewczyny o podobnych oczach! – Radek odpowiedział zupełnie nie na temat. – Ma na imię Olimpia. Czyż nie bosko?
– Amarantowy Paw. – Wiki odczytała głośno napis na fasadzie okazałej budowli.
Pani Norna po raz pierwszy przerwała robienie na drutach. Rozległy się podekscytowane głosy.
– Nasze aktualne miejsce pracy! Trafił nam się prawdziwy… – pan w wianuszku srebrnych loczków zachichotał nerwowo i dokończył dość niefortunnie – …fuks!
– Panie Berlinek! – Norna skarciła go, patrząc wymownie sponad prostokątnych okularów.
Pod surowym spojrzeniem Donny Kiszki łysa czaszka mężczyzny nabrała purpurowej barwy.
Kiedy rozemocjonowani uczestnicy próbnego turnusu opuszczali podkład, by wstąpić na bajecznie amarantowe schody, podwójne drzwi pałacu otworzyły się i wypadł z nich krępy osobnik. Miał wysokie czoło, nad którym sterczały krótko obcięte włosy, twarz ogoloną, z wyjątkiem bokobrodów i dolnej części podbródka, co w sumie nadawało jego głowie osobliwy wygląd odwróconego do góry brzuszkiem jeża. W klapie garnituru tegoż jegomościa tkwiła złota plakietka z grawerunkiem: „Dyrektor Hipolit Fiasko”.
Za dyrektorem wytoczył się osiłek pchający wózek z masywnym sejfem, a za nim wybiegł zdenerwowany młodzieniec z grubą aktówką.
Większość nowo przybyłych dotarła na taras. Olimpia filmowała zachwycający krajobraz. Kilku maruderów nadal wdrapywało się po różowych schodach, ciągnąc za sobą torby i walizki. Donna uspokajała Fuksa, który niepewnie pokonywał kolejne stopnie
– Witamuć pierwsza próbna turnus Smak Przygody! – huknął Fiasko do mikrofonu, wetkniętego mu naprędce do ręki przez młodziana z aktówką.
Egzotycznie akcentowane słowa dyrektora nie zdążyły przebrzmieć echem, gdy okna pałacu pootwierały się i wyfrunęła z nich setka flamingów, by utworzyć na niebie napis „Witamy!”. Niepostrzeżenie na krawędzi dachu pojawił się kwintet wiolonczelistów i na zebranych spłynęły uroczyste dźwięki. Z ukrycia za kolumnami wybiegły zwiewne tancerki, wdzięcznymi gestami rzuciły pod stopy gości kwiaty anemonów, po czym zawirowały wokół młodziana, opróżniając jego aktówkę z dokumentów, na których zaczęły zbierać podpisy.
– Jakie to szczęście, że pan zechciał przyjechać! – zagadnęła Tybalda śliczna tancerka w błękitach, wręczając mu firmowy długopis Smaku Przygody.
Tybald poczuł się oszołomiony. Nie dość, że przyjmowano ich w tak królewski sposób, to w dodatku po raz pierwszy ktoś nazwał go „panem”.
– Długopis może pan zatrzymać – zaszczebiotała niebieska baletnica i znikła.
Tybald zdał sobie sprawę, że coś podpisał, dopiero wtedy, gdy dostrzegł opartą o nosorożca Donnę Kiszkę, starannie studiującą papiery. Obok niej nadąsana tancerka wystukiwała niecierpliwy rytm czubkiem atłasowej baletki.
Tybalda ogarnął niepokój. Zrobił nierozsądnie, podpisując druk bez zapoznania się z jego treścią. Pospiesznie odszukał brata.
– Czy to była umowa o pracę? – zagadnął. – Przeczytałeś ją?
– O czym ty mówisz? – zapytał nieprzytomnie Radek, z zachwyconą miną rozglądając się dookoła.
Tancerki odniosły dokumenty dyrektorowi, który bezzwłocznie zamknął je w sejfie.
– Czy każda ze stron nie powinna dostać po egzemplarzu umowy? – zdziwiła się Donna.
– Państwa egzemplarz gumowa nigdzie nie być bezpieczniejszy niż w ten oto klejnocik! – Fiasko zawiesił głos i pogładził czule sejf. – To najpewniejsza miejsca na wyspa! Nie mieć racji, asystent Serwacy?
Nie będąc pewnym, jak odpowiedzieć na tak postawione pytanie, Serwacy najpierw żywo przytaknął, a potem żarliwie pokręcił głową, po której bokach sterczały coraz czerwieńsze uszy. Uśmiechał się przy tym usłużnie, ukazując zajęcze zęby.
Dyrektor Fiasko, nie przejmując się zażenowaniem asystenta, zwrócił się do czekającego na tarasie tłumku:
– Ogłaszać pierwsza próbna turnus Smak Przygody za oficjalnie otwarta! Życzymy niezapómniane obrażenia i zapraszamy serdelki do środka!
Tancerki ustawiły się w szpaler i skłoniły się z gracją, zachęcając podróżnych do wejścia. Anemony pachniały, a kwintet złapał za smyczki, by wydobyć z wiolonczel chwytające za serce dźwięki.
Tybald podążył za innymi w kierunku rozświetlonego wnętrza, dając się ogarnąć narastającej euforii. Gdy przekraczał próg pałacu, obejrzał się, słysząc za plecami jakieś zamieszanie. Na tarasie została jedynie trójka, która ich powitała. Dyrektor, pomstując, próbował przepędzić upartego flaminga, który usiadł na „klejnociku” i zanieczyścił go brzydko. Osiłek obserwował zajście z obojętną miną, a asystent Serwacy krążył w bezpiecznej odległości, machając aktówką.