Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Tylko do końca - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 maja 2026
34,33
3433 pkt
punktów Virtualo

Tylko do końca - ebook

Brzegowiec wygląda spokojnie — jezioro milczy, ludzie się uśmiechają, a życie płynie własnym rytmem. Kornelia prowadzi kawiarnię nad wodą i unika problemów, a Marta nie chce mieć nic wspólnego z niebezpiecznym światem układów i tajemnic. Wszystko zmienia się, gdy pojawiają się Siergiej i Igor — mężczyźni, przed którymi trudno uciec. Granica między bezpieczeństwem a ryzykiem zaczyna się zacierać, a każda decyzja ma swoją cenę. Książka wyłącznie dla osób 18+.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8455-389-3
Rozmiar pliku: 1,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Noc nad Brzegowcem była cicha.

Zbyt cicha.

Jezioro wyglądało, jakby spało. Gładkie, ciemne, nieruchome — jak lustro, w którym nikt nie chciał się przejrzeć.

Tylko że to była cisza, która nie uspokajała.

Tylko taka, która zapowiadała, że coś zaraz się wydarzy.

Silnik łodzi pracował nisko, prawie bezgłośnie. Światła były zgaszone. Tylko cienka linia księżyca odbijała się na wodzie, prowadząc ich jak ścieżka, której lepiej byłoby nie widzieć.

— Zwolnij — padło cicho.

Głos był spokojny.

Zbyt spokojny jak na sytuację, w której się znajdowali.

Mężczyzna przy sterze nie odpowiedział od razu. Zmniejszył prędkość, ale nie zatrzymał się całkiem. Spojrzał przed siebie, jakby próbował dostrzec coś więcej niż tylko ciemność.

— Jesteśmy na miejscu.

To nie było pytanie.

Z tyłu łodzi ktoś się poruszył. Cień oddzielił się od reszty, prostując powoli. W ręku trzymał coś, co w świetle księżyca błysnęło krótko.

Metal.

— Spóźnili się — powiedział.

— Albo już tu są — odpowiedział drugi.

Cisza wróciła. Gęstsza niż wcześniej.

Brzeg był blisko. Zarys pomostu majaczył w ciemności, nieruchomy, pusty.

Jakby czekał.

Jakby wiedział.

Łódź uderzyła lekko o drewno. Bez hałasu i pośpiechu.

Wyszli pierwsi.

Buty stuknęły głucho o deski. Echo poniosło się po wodzie i zgasło, zanim zdążyło wrócić.

— Nie podoba mi się to — mruknął ktoś z tyłu.

— Nie musi — padła odpowiedź.

Ciche kroki zburzyły ciszę jeziora.

I wtedy — z ciemności padł pierwszy strzał.

Krótki. Ostry. Nie pozostawiający miejsca na pomyłkę.

Jezioro drgnęło.

Ptaki poderwały się gdzieś daleko, a echo rozlało się po wodzie jak pęknięcie, którego nie dało się cofnąć.

Ktoś zaklął. Ktoś upadł.

A potem wszystko potoczyło się za szybko.

Światło.

Krzyk.

Kolejne strzały.

I cisza, która wróciła chwilę później — cięższa niż wcześniej.

Głucha i bezkompromisowa.

Na pomoście zostało coś, czego nie dało się już ukryć.

Coś, co prędzej czy później miało wypłynąć.

Bo Brzegowiec potrafił milczeć.

Ale nie zapominał.

A to, co wydarzyło się tej nocy — miało wrócić.

I zabrać ze sobą wszystko, co jeszcze wydawało się bezpieczne.

Bo gdzieś w tym samym czasie, nieświadome jeszcze niczego,

cztery osoby żyły swoim życiem, wierząc, że to tylko kolejny zwyczajny dzień.

Jeszcze nie wiedzieli, że ta noc już ich wybrała, a ich drogi skrzyżują się szybciej, niż powinni.

Od tego momentu — nic nie będzie już przypadkowe.ROZDZIAŁ 1

Brzegowiec o siódmej rano pachniał kawą, wilgotnym drewnem i jeziorem. Miasteczko sprawiało wrażenie, jakby było odcięte od reszty świata. Otoczone górami i położone nad rozległym jeziorem wyglądało tak, jakby czas się tu zatrzymał.

Mgła jeszcze nie do końca zeszła z wody. Unosiła się cienką warstwą nad taflą jeziora jak mleczna zasłona, przez którą powoli przebijało się słońce. Z oddali było słychać pojedyncze uderzenia masztów o burty łodzi w marinie oraz skrzek mew, które jak co dzień urządzały sobie poranną awanturę o resztki ryb.

Wzdłuż głównej uliczki przechadzały się pierwsze osoby zmierzające na targ. Z pobliskiej piekarni unosił się zapach świeżego chleba, a ciche dźwięki młynka do kawy mieszały się z krzykiem mew nad jeziorem. Poranny ruch w miasteczku był leniwy i powolny, ale w tym spokoju kryła się cała codzienna energia Brzegowca — jeszcze niewidoczna, ale już słyszalna.

Na końcu niewielkiej uliczki prowadzącej w stronę jeziora stał drewniany dom.

Duży, dwupiętrowy, z szerokimi balkonami i rzeźbionymi balustradami. Ciemne drewno kontrastowało z białymi oknami, a nad wejściem wisiał szyld:

“Leśna Przystań”

Pod spodem, drobnymi literami dopisano:

“Kawiarnia & Pensjonat”

Taras wychodził prosto na jezioro. Kilka stolików, donice z lawendą i skrzynki z pelargoniami sprawiały, że miejsce wyglądało bardziej jak kadr z wakacyjnej pocztówki niż zwykły lokal. Na tarasie kawiarni skrzypiały krzesła, a taca z kubkami czekała, gotowa rozpocząć dzień pełen aromatów i drobnych katastrof.

Drzwi otworzyły się z lekkim skrzypnięciem.

Kornelia Leśniewska wyszła na taras z tacą kubków.

— Jeśli jeszcze raz ktoś zostawi filiżanki na barierce, to przysięgam, że zamontuję kamery i będę śledzić winnego aż do końca świata — mruknęła pod nosem.

Postawiła tacę na stoliku i przeciągnęła się lekko.

Dom odziedziczyła po rodzicach dwa lata temu. Ich śmierć spadła na nią nagle i brutalnie. Zginęli w wypadku samochodowym w drodze do miasta. Jednego dnia planowali remont tarasu, a następnego Kornelia została sama z całym domem, kawiarnią i pensjonatem.

Wielu znajomych twierdziło wtedy, że sprzeda wszystko i wróci do miasta.

Nie sprzedała.

Została.

I ku zdziwieniu wielu ludzi zaczęła prowadzić Leśną Przystań całkiem dobrze.

— Kawa dla zakochanych turystów… kawa dla emerytów… kawa dla ludzi, którzy mówią, że piją tylko herbatę, ale i tak zamawiają cappuccino — mruknęła, licząc kubki.

Podniosła jeden z nich.

— I kawa dla mnie, bo inaczej nie przeżyję dnia.

— A dla mnie? — odezwał się głos za jej plecami.

Kornelia nawet się nie odwróciła.

— Dla ciebie nie ma, Marto.

Marta Zawadzka pojawiła się w drzwiach z miną skrzywdzonego szczeniaka. Była przyjaciółką Kornelii od przedszkola; choć na studiach ich drogi się rozeszły, nadal pozostały sobie bliskie jak siostry.

— Jak to nie ma? — oburzyła się Marta. Krzyżując teatralnie ręce na piersi.

— Wczoraj wypiłaś cztery.

— To były małe.

— Miały pół litra.

— Ale emocjonalnie były małe.

Kornelia westchnęła i przewróciła oczami.

— Emocjonalnie możesz dostać herbatę.

Marta oparła się o framugę i spojrzała na jezioro.

— Powiem ci coś.

— Jeszcze nie wiem co, a już się boję.

— Dzisiaj będzie dziwny dzień.

Kornelia uniosła brew.

— Dlaczego?

— Bo śniło mi się, że wpadamy w jakieś kłopoty.

— Tobie zawsze śnią się kłopoty. Poza tym ciągle się w nie pakujesz, więc zdziwiłabym się, gdyby śniło ci się coś innego — zaśmiała się Kornelia.

— Ale tym razem były z przystojnym mężczyzną.

— Marta…

— Mówię poważnie. Wysoki. Ciemne włosy. Wyglądał jak ktoś, kto ma pieniądze, problemy i adwokata na szybkim wybieraniu.

— Brzmi jak połowa turystów w sezonie.

— Ale ten był… niebezpieczny. -Marta przewróciła oczami.

— Ty tak mówisz o każdym mężczyźnie powyżej metra osiemdziesięciu.

— Bo statystycznie są bardziej niebezpieczni.

Kornelia parsknęła śmiechem.

— Przy naszym wzroście sto sześćdziesiąt centymetrów każdy facet powyżej stu siedemdziesięciu pięciu jest statystycznie niebezpieczny.

Obie wybuchły śmiechem.

— Dobra — powiedziała Marta, ocierając łzę śmiechu. — Idę robić stoliki.

— Wreszcie jakaś rozsądna decyzja.

— Nie przyzwyczajaj się. — Marta z udawanym oburzeniem wystawiła język w stronę przyjaciółki.

Kornelia wróciła do środka, zrobiła sobie kawę i wyszła z kubkiem przed budynek.

I wtedy zobaczyła samochód.

Czarny. Duży. Zaparkowany dokładnie na miejscu przeznaczonym dla gości kawiarni.

Kornelia zmrużyła oczy.

— O nie… nie, nie, nie.

Z kubkiem w ręku ruszyła w stronę auta. Drzwi kierowcy właśnie się otworzyły. Najpierw pojawiła się noga w ciemnych spodniach. Potem wysiadł właściciel.

Wysoki. Szerokie ramiona. Ciemne włosy lekko opadające na czoło. I spojrzenie — spokojne, prowokujące i pełne pewności siebie. Zdecydowanie zbyt pewne siebie.

Kornelia zatrzymała się przed nim.

— To miejsce jest prywatne.

Mężczyzna zamknął drzwi samochodu, lekko się uśmiechnął i mrugnął do niej jednym okiem.

— Dzień dobry.

— Nie dla pana.

Uniósł lekko brew i skłonił głowę.

— Interesujące powitanie.

— Jeszcze bardziej interesujące jest to, że zaparkował pan na miejscu dla gości kawiarni.

— Widziałem.

— I?

— I uznałem, że kawa jest ważniejsza niż znak.

Kornelia skrzyżowała ręce, wciąż trzymając kubek.

— Proszę przestawić samochód… chyba że chce pan wybrać alternatywne miejsce parkingowe z widokiem na jezioro.

Siergiej spojrzał na szyld kawiarni, potem na nią i uśmiechnął się przewrotnie.

— To dobra kawiarnia?

— Najlepsza w mieście.

— W takim razie chyba dobrze zaparkowałem.

Kornelia odetchnęła cicho.

Czy on naprawdę myśli, że ma tu jakąkolwiek władzę? To moja kawiarnia i ja tu rządzę.

— Niekoniecznie, bo kawiarnia jest czynna od dziewiątej, a to znaczy, że otwieramy dopiero za ponad godzinę.

Zrobił krok bliżej.

— Lubię zdecydowane kobiety.

— A ja lubię wolne miejsca parkingowe.

— Rozumiem, że to pani miejsce?

— Rozumiem, że ma pan problem ze zrozumieniem prostych informacji.

— Jak się pani nazywa?

— To nie ma znaczenia.

— Ma. Lubię wiedzieć, kto grozi mi wrzątkiem przed ósmą rano.

— To była tylko sugestia.

— Bardzo obrazowa.

— Proszę przestawić samochód.

— Najpierw kawa.

Kornelia przez chwilę patrzyła na niego w milczeniu. Westchnęła z irytacją, bo odniosła wrażenie, że rozmawia z idiotą.

— A jeśli bardzo poproszę?

— Nadal nie.

— A jeśli powiem „proszę” po rosyjsku?

Kornelia zmrużyła oczy.

— Nawet gdyby prosił pan po chińsku, odpowiedź nadal brzmi: nie.

Mężczyzna wyciągnął rękę.

— Siergiej.

Spojrzała na jego dłoń, ale jej nie uścisnęła.

— Świetnie. Siergieju, proszę przestawić samochód.

— Najpierw kawa.

Kornelia przez chwilę patrzyła na niego w milczeniu.

Co za uparty dupek — pomyślała.

Bez namysłu uniosła kubek i jednym szybkim ruchem wylała jego zawartość prosto na koszulę mężczyzny.

Cisza zapadła natychmiast.

Marta, stojąca w drzwiach kawiarni, zakrztusiła się śmiechem.

Kornelia spojrzała na Siergieja chłodno. Patrzyła, jak kawa spływa po jego koszuli. Oczekiwała wybuchu, przekleństw albo chociaż gniewnego spojrzenia.

A on tylko się uśmiechnął.

Spokojny jak skała. I tak irytująco przystojny.

Nie wiedziała, że ktoś może być tak pewny siebie… i jednocześnie tak niefrasobliwy wobec wrzącej kawy. Dziwny dreszczyk przeszedł jej po plecach — zupełnie niepasujący do jej stanowczości.

— Oto pana kawa.

Siergiej spojrzał w dół na mokrą koszulę. Potem znów na nią.

— Interesujące — powiedział spokojnie.

Kornelia uniosła podbródek.

— Następnym razem będzie wrzątek.

Siergiej powoli wytarł krople kawy z nadgarstka.

— W takim razie zdecydowanie tu wrócę.

Po chwili odwrócił się, jakby cała sytuacja była dla niego jedynie drobną poranną ciekawostką. Wsiadł do samochodu, uruchomił silnik i odjechał w stronę centrum miasteczka.

Kornelia patrzyła za nim jeszcze przez moment, po czym odetchnęła z satysfakcją i odwróciła się na pięcie.

— I bardzo dobrze — mruknęła pod nosem. — Niech wie, kto tu rządzi.

Z wyraźnie lepszym humorem weszła z powrotem na taras.

Marta wciąż stała w progu, z rękami skrzyżowanymi na piersi i miną osoby, która właśnie obejrzała najlepszy poranny spektakl w mieście.

Pokręciła głową.

— Kornelia… ty kiedyś naprawdę oblejesz niewłaściwego człowieka.

Kornelia wzruszyła ramionami.

— W takim razie mam nadzieję, że następnym razem przynajmniej zapłaci za kawę.

Marta parsknęła śmiechem.

— Mam dziwne przeczucie, że on jeszcze wróci.

Kornelia sięgnęła po czajnik i postawiła go na ekspresie.

— Oby nie przed dziewiątą.ROZDZIAŁ 2

Godzinę później kawiarnia była już otwarta.

Na tarasie pojawili się pierwsi goście — starsze małżeństwo z Krakowa, dwie rowerzystki w kolorowych kaskach i turysta, który od pięciu minut fotografował swoją szarlotkę z pięciu różnych kątów, jakby przygotowywał ją do sesji w magazynie kulinarnym.

Kornelia stała za barem i spieniała mleko do kawy. Para z ekspresu unosiła się nad ladą, a w powietrzu mieszał się zapach świeżo mielonych ziaren, cynamonu i domowych ciast.

— Powinnaś wprowadzić nową pozycję w menu — powiedziała Marta, opierając się o ladę.

— Jaką?

— „Kawowy prysznic”.

Kornelia uniosła jedną brew.

— Bardzo śmieszne.

— Serio — Marta wzruszyła ramionami. — Najpierw polewasz klienta kawą, potem podajesz rachunek.

— On nie był klientem.

— Jeszcze.

Kornelia prychnęła cicho.

— Jeśli wróci, to tylko po kolejną kąpiel.

Marta uśmiechnęła się w sposób, który zwykle oznaczał kłopoty.

— Mam dziwne przeczucie, że wróci szybciej, niż myślisz.

W tym momencie nad drzwiami kawiarni zadzwonił dzwonek.

Kornelia odruchowo podniosła wzrok.

I zamarła.

Drzwi się otworzyły.

Do środka wszedł Siergiej Radecki.

Tym razem miał na sobie inną koszulę. Świeżą, nienagannie wyprasowaną. Jakby poranne zdarzenie w ogóle się nie wydarzyło.

Zatrzymał się przy wejściu, rozejrzał po kawiarni i dopiero wtedy spojrzał prosto na Kornelię.

Na jego ustach pojawił się lekki, niemal prowokujący uśmiech.

— Dzień dobry — powiedział spokojnie. — Tym razem chciałbym spróbować kawy… w bardziej tradycyjny sposób.

Marta parsknęła śmiechem.

Kornelia nawet nie drgnęła.

— Czy dobry, to się dopiero okaże — dodała chłodno.

Siergiej spojrzał na nią pytająco.

— To zależy od tego, gdzie pan zaparkował — dodała, widząc jego minę.

— Dzisiaj zaparkowałem bardzo daleko — odpowiedział spokojnie. — Z czystego instynktu samozachowawczego.

Marta oparła się o ladę i z zainteresowaniem obserwowała rozwój sytuacji, jakby właśnie zaczynał się bardzo dobry spektakl.

— Co panu podać? — zapytała uprzejmie, zanim Kornelia zdążyła się odezwać.

Siergiej spojrzał na tablicę z menu.

— Mała czarna. Z kardamonem.

Kornelia już sięgała po filiżankę.

— U nas kawa jest gorąca — powiedziała chłodno.

— Zauważyłem.

Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu.

Kornelia wsypała kawę do portafiltra z taką precyzją, jakby wykonywała bardzo skomplikowaną operację.

Siergiej podszedł bliżej baru.

Trochę za blisko. Przez zapach świeżo mielonej kawy przebiła się intensywna nuta jego pieprzowych perfum, która niemal natychmiast wywołała u Kornelii ciarki na karku.

— Zawsze tak witasz nowych gości? — zapytał spokojnie.

— Tylko tych, którzy parkują jak idioci.

Marta zakryła usta dłonią, żeby nie wybuchnąć śmiechem.

Kornelia postawiła filiżankę na ladzie.

— Mała czarna z kardamonem.

Siergiej spojrzał na nią uważnie.

— Dziękuję.

Nie odszedł.

Stał przy barze i przez chwilę przyglądał się filiżance, zanim spróbował kawy.

— Pysznie pachnie — powiedział po chwili.

Kornelia skrzyżowała ręce.

— Jesteśmy w kawiarni, gdzie podaje się kawę i ciasto, więc to raczej normalne, że pysznie pachnie. Jeśli to próba flirtu, to bardzo słaba.

W jej głosie było tyle uszczypliwości, że Marta prawie spadła z krzesła.

Siergiej uśmiechnął się lekko.

— A jeśli to tylko stwierdzenie faktu?

— Wtedy też jest słabe.

Przez chwilę w kawiarni było słychać tylko szum ekspresu i cichy brzęk łyżeczki o porcelanę.

Siergiej w końcu spróbował kawy.

Kiwnął głową z uznaniem.

— Dobra.

— Co dobra?

— Kawa.

— Tylko tyle?

— Jak na pierwszy raz… wystarczy.

Marta przechyliła głowę.

— Pierwszy raz?

— Mam nadzieję, że ostatni — mruknęła pod nosem Kornelia, jednak nie tak cicho, jak się jej wydawało.

Na twarzy Siergieja pojawił się zadziorny uśmiech.

— Na pewno nie ostatni.

— Planuje pan do nas wracać? — zapytała zaciekawiona Marta.

— To zależy.

— Od czego? — dopytała.

Siergiej spojrzał najpierw na nią, potem na Kornelię.

— Od tego, czy następnym razem dostanę kawę… czy prysznic.

Marta wybuchnęła śmiechem.

Kornelia tylko przewróciła oczami.

— To zależy od parkowania.

— W takim razie będę bardzo uważał.

Właśnie wtedy drzwi kawiarni otworzyły się ponownie.

Do środka wszedł szpakowaty mężczyzna około pięćdziesiątki. Wyglądał na zmęczonego — jak ktoś, kto od wielu lat zaczyna dzień o świcie i kończy go późno w nocy. Mimo to miał bystre, czujne spojrzenie, które natychmiast przyciągało uwagę i budziło w ludziach naturalny respekt.

Na jego kurtce widniał policyjny emblemat.

Rozejrzał się po kawiarni i podszedł do baru.

— Dzień dobry — powiedział spokojnie. — Kornelia Leśniewska?

— Tak.

Policjant wskazał przez okno na drogę przy kawiarni.

— Ktoś zgłosił bardzo ciekawą sytuację parkingową.

Marta powoli odwróciła się w stronę Siergieja.

— No proszę.

Policjant zdjął czapkę i oparł dłonie o ladę.

— Samochód zaparkowany na środku drogi dojazdowej do mariny należy do pana?

Siergiej spokojnie odstawił filiżankę.

— Tak.

— W takim razie poproszę dokumenty.

Siergiej sięgnął do kieszeni kurtki, wyjął portfel i podał dowód osobisty.

Policjant spojrzał na niego chwilę dłużej.

— Radecki…

Uniósł wzrok.

— Pan jest tym inwestorem?

W kawiarni zapadła cisza.

Kornelia zmarszczyła brwi.

— Jakim inwestorem?

Policjant wskazał głową w stronę jeziora.

— Podobno ktoś planuje budowę dużego hotelu nad jeziorem.

Marta gwizdnęła cicho.

— Brzegowiec się rozwija.

Siergiej wzruszył ramionami.

— Na razie rozmawiamy tylko o planach.

Kornelia oparła dłonie o blat.

— Nad tym jeziorem nie ma miejsca na wielkie hotele.

Siergiej spojrzał na nią spokojnie.

— Zobaczymy.

Policjant odchrząknął.

— Panie Radecki. Na razie poprzestaniemy na upomnieniu. Proszę tylko przestawić samochód.

Zrobił krótką pauzę.

— Ale uprzedzam — dodał spokojnie — będę pana miał na oku.

Siergiej uśmiechnął się lekko.

— Rozumiem.

Wziął dokument i ruszył w stronę drzwi.

Zatrzymał się jednak na chwilę i odwrócił jeszcze raz do Kornelii.

— Do zobaczenia.

— Niekoniecznie — odpowiedziała chłodno.

Na jego twarzy pojawił się ten sam prowokujący uśmiech.

— Mam przeczucie, że będziemy się widywać częściej.

Po chwili drzwi kawiarni zamknęły się za nim. Dzwonek zadźwięczał cicho.

Marta podeszła do okna i spojrzała na drogę.

Czarny samochód powoli ruszył w stronę mariny.

— No to mamy problem — powiedziała.

— Jaki problem? — zapytała Kornelia.

Marta odwróciła się do niej z szerokim uśmiechem.

— Ten facet wróci.

— Nie wróci.

— Korki… — zwróciła się do niej Marta w sposób, jaki często stosowała wobec przyjaciółki.

— Co?

Marta wzruszyła ramionami.

— Faceci, których polewa się kawą… zawsze wracają.

Kornelia spojrzała przez okno na jezioro.

Tylko na chwilę.

Ale w jej głowie pojawiła się jedna myśl.

Jeśli naprawdę planuje tu budować hotel…

Leśna Przystań może mieć poważny problem.ROZDZIAŁ 3

Kornelia była absolutnie pewna jednej rzeczy — dzień nie mógł już stać się bardziej absurdalny.

Myliła się.

Zaplecze kawiarni pachniało cynamonem, wanilią i czymś… trudnym do jednoznacznego zidentyfikowania.

Marta stała przed piekarnikiem z miną naukowca, który właśnie dokonał bardzo ryzykownego eksperymentu.

— Nie ruszaj się — powiedziała poważnie.

Kornelia oparła się o blat.

— Dlaczego?

— Bo chcę zobaczyć twoją reakcję.

— To brzmi groźnie.

— Trochę jest.

Marta teatralnym gestem otworzyła drzwiczki piekarnika.

Z wnętrza buchnęło gorące powietrze.

I zapach.

Bardzo… intensywny i gryzący.

Kornelia zmrużyła oczy.

— Co to jest?

Marta wyciągnęła blachę i postawiła ją na blacie.

Na środku leżało coś, co teoretycznie przypominało ciasto.

W praktyce wyglądało jak węgiel po przejściu huraganu.

— Niespodzianka — oznajmiła Marta.

Kornelia patrzyła przez chwilę w milczeniu.

— To miało być…?

— Nowy przepis.

— Na co?

Marta zawahała się.

— Na szarlotkę.

Kornelia podniosła kawałek nożem.

Ciasto było czarne. Twarde. I wydawało podejrzanie metaliczny dźwięk, kiedy dotknęło talerza.

— Marta.

— Tak?

— To wygląda jak materiał dowodowy z miejsca pożaru.

Marta skrzywiła się.

— Trochę przesadzasz.

Kornelia przyjrzała się bliżej wypiekowi.

Potem powoli uniosła brew.

— Wiesz co?

— Co?

— Ono ma twarz.

— Co?!

— Patrz.

Marta nachyliła się nad blachą.

Przez chwilę obie wpatrywały się w czarną bryłę.

A potem Marta parsknęła śmiechem.

— O nie.

— O tak.

— To niemożliwe.

— Marta…

— No dobra.

Marta wskazała palcem na spalone ciasto.

— Panie Radecki.

Kornelia prychnęła śmiechem.

— Idealne podobieństwo.

— Zwłaszcza ten wyraz twarzy.

— Jaki?

— Lekko prowokujący.

Obie wybuchnęły śmiechem.

Na chwilę katastrofa w kuchni zamieniła się w czystą komedię.

— Myślisz, że powinniśmy to sprzedać? — zapytała Marta.

— Jako co?

— Nowy deser dnia.

— Pod jaką nazwą?

Marta nie zawahała się ani sekundy.

— Zakalec Radeckiego.

Kornelia oparła się o blat, śmiejąc się jeszcze głośniej.

— Nikt tego nie kupi.

— Nigdy nie lekceważ ciekawości ludzi.

Śmiech powoli ucichł.

Wtedy Kornelia zmarszczyła brwi.

— Czujesz to?

— Co?

— Zapach.

Marta powąchała powietrze.

— Spalenizna?

— Trochę.

— To chyba to ciasto.

— Może.

Żadna z nich nie zauważyła, że piekarnik nadal był włączony.

Drzwi kawiarni otworzyły się ponownie.

Siergiej po przeparkowaniu samochodu wrócił do kawiarni. Wszedł do środka i zatrzymał się na moment przy wejściu.

Na tarasie było już więcej gości. Rozmowy, brzęk filiżanek, spokojny szum jeziora w oddali i echa mariny.

A jednak coś było nie tak.

Zmarszczył brwi.

Zapach spalenizny.

Silniejszy niż chwilę wcześniej.

Siergiej rozejrzał się po sali.

— Kornelia?

Nie było odpowiedzi.

Zapach dochodził z zaplecza.

Bez wahania ruszył w tamtą stronę.

Drzwi do kuchni otworzyły się gwałtownie.

— Wyłączyłyście piekarnik?

Marta i Kornelia spojrzały na niego jednocześnie.

— Co?

Siergiej już był przy piekarniku.

Jednym ruchem wyłączył pokrętło.

Otworzył drzwiczki.

Z wnętrza buchnęło gorąco.

— Na przyszłość — powiedział spokojnie — warto pamiętać o takich szczegółach.

Kornelia patrzyła na niego zaskoczona.

— My… kontrolowałyśmy sytuację.

Marta spojrzała na piekarnik.

Potem na blachę z zakalcem.

— Technicznie rzecz biorąc…

— Nie kontrolowałyście — dokończył Siergiej.

Przez chwilę w kuchni panowała cisza.

Kornelia pierwsza się otrząsnęła.

— Dziękuję — powiedziała chłodno, choć w jej głosie było już mniej ostrości. — Ale zaplecze jest tylko dla pracowników.

— Rozumiem.

— Przepisy sanitarne.

— Oczywiście.

Marta oparła się o blat i obserwowała ich z rozbawieniem.

— Właśnie uratował pan naszą kawiarnię — powiedziała.

— Przesada.

— Wcale nie.

Siergiej spojrzał jeszcze raz na czarne ciasto.

Uniósł brew.

— To też jest część menu?

Marta od razu odpowiedziała, choć Kornelia subtelnie dawała jej znak, aby się już nie odzywała.

— Tak — odpowiedziała Marta, ignorując znaki przyjaciółki.

— Jak się nazywa?

— Zakalec Radeckiego.

Na twarzy Siergieja pojawił się powolny, zadziorny uśmiech.

— Rozumiem.

Spojrzał na Kornelię.

— Czuję się zaszczycony.

Kornelia przewróciła oczami.

— Marta.

— Co?

— Przestań.

Marta tylko wzruszyła ramionami.

— Może jednak nie taki zakalec.

Przez sekundę panowała cisza.

A potem obie dziewczyny wybuchnęły śmiechem.

Siergiej pokręcił głową z rozbawieniem.

Po chwili wyszedł z kuchni i zatrzymał się jeszcze przy drzwiach prowadzących na taras.

Kornelia właśnie wychodziła z zaplecza z tacą filiżanek.

Zderzyli się niemal na środku sali.

Dosłownie.

Taca lekko się przechyliła.

Siergiej instynktownie złapał ją jedną ręką.

Drugą przytrzymał filiżanki.

Przez sekundę stali bardzo blisko siebie.

Za blisko.

Stojąca za barem Marta obserwowała sytuację — niemal widziała przeskakujące między nimi iskry.

— Widzę, że dzisiaj ma pan szczególny talent do ratowania sytuacji — powiedziała Kornelia chłodno.

— Staram się być pomocny.

— Nikt pana o to nie prosił.

— Piekarnik miał inne zdanie.

Kornelia zmrużyła oczy.

— To była kontrolowana sytuacja.

— Oczywiście.

— A pan ma wyjątkową skłonność do wtrącania się.

— Tylko wtedy, gdy czuję zapach spalenizny.

Na ułamek sekundy ich spojrzenia się spotkały.

Od niej jednak bił delikatny, owocowy zapach — przyjemnie kontrastujący z zapachem z zaplecza.

W powietrzu pojawiło się coś dziwnie napiętego.

I bardzo wyraźnego.

Marta, obserwująca scenę zza ekspresu, prawie zakrztusiła się śmiechem.

— Czy ja wam przeszkadzam? — zapytała niewinnie.

Kornelia natychmiast cofnęła rękę.

— Marta.

— No co?

Siergiej odstawił tacę na blat.

— Proszę uważać — powiedział spokojnie. — Następnym razem mogłoby się skończyć kolejnym prysznicem.

Kornelia uniosła brew.

— Jeśli pan liczy na powtórkę, będzie pan rozczarowany.

Na jego twarzy pojawił się lekki, prowokujący uśmiech.

— Nigdy nie wiadomo.

— Właśnie.

— A ja lubię niespodzianki.

Kornelia przez chwilę patrzyła na niego w milczeniu.

Potem odwróciła się do Marty.

— Zabierz tacę i otwórz okno na zapleczu. Trzeba się pozbyć zapachu twoich eksperymentów.

— Już.

Siergiej ruszył w stronę tarasu.

Przy drzwiach zatrzymał się jeszcze na moment.

— A tak przy okazji…

Kornelia spojrzała na niego.

— Tak?

— Ten zakalec naprawdę był imponujący.

Marta parsknęła śmiechem.

Siergiej wyszedł na taras i zaciągnął się świeżym zapachem jeziora.

Na tarasie rozmowy toczyły się jak zwykle — spokojne, leniwe, przerywane brzękiem filiżanek.

Do czasu.

Przy stoliku pod pergolą siedziały dwie kobiety około sześćdziesiątki w dość eleganckich strojach — stałe klientki kawiarni.

Pani Halina i pani Danuta.

Obie obserwowały Siergieja z dyskrecją, która w Brzegowcu uchodziła za wyjątkowo subtelną.

Czyli wcale nie była subtelna.

— To ten — powiedziała półgłosem pani Halina.

— Który?

— Ten nowy.

Pani Danuta nachyliła się lekko.

— Aaa… ten.

Obie spojrzały w jego stronę.

— Podobno kupił działkę nad jeziorem — szepnęła pani Halina.

— Podobno pół brzegu jeziora — poprawiła ją pani Danuta.

— Skąd wiesz?

— Mój kuzyn pracuje w urzędzie gminy.

Pani Halina uniosła brwi.

— I?

— I mówił, że to jakiś… inwestor.

— Z Warszawy?

— Nie wiadomo.

— Z zagranicy?

Pani Danuta wzruszyła ramionami.

— Może.

Po chwili dodała:

— Ale podobno ma dużo pieniędzy.

Pani Halina spojrzała na niego jeszcze raz.

— Widać.

Przy stoliku obok turysta fotografujący szarlotkę przestał robić zdjęcia.

— Przepraszam — wtrącił się z zainteresowaniem — o kim panie mówią?

Obie kobiety spojrzały na niego z lekkim oburzeniem.

— O nikim — odpowiedziała pani Halina.

— O inwestorze — dodała po chwili pani Danuta.

Turysta natychmiast spojrzał w stronę Siergieja.

— Aha.

Po chwili wyciągnął telefon.

W Brzegowcu plotki zaczynały się właśnie w ten sposób.

Cicho.

Niepozornie.

I zawsze przy kawie.

Kornelia patrzyła za nim przez chwilę.

— On mnie irytuje — powiedziała.

Marta uśmiechnęła się szeroko.

— Wiem.

— I jest bezczelny.

— Wiem.

— I zdecydowanie za pewny siebie.

— Wiem.

Kornelia zmrużyła oczy.

— Skąd wiesz?

Marta wzruszyła ramionami.

— Bo właśnie od dwóch minut patrzysz na niego przez okno.

Kornelia obserwowała go przez okno.

Czarna koszula. Spokojna postura. Jakby był przyzwyczajony do tego, że wszędzie czuje się pewnie.

— Korki — powiedziała Marta za jej plecami.

— Co?

— Patrzysz.

— Nie patrzę.

— Patrzysz.

Kornelia westchnęła.

— Zastanawiam się.

— Nad czym?

— Kim on naprawdę jest.

Marta podeszła bliżej okna.

— Przystojnym facetem.

— Nie o to chodzi.

— Inwestorem?

— Może.

Kornelia przez chwilę milczała.

— Jest zbyt spokojny.

— To źle?

— Ludzie, którzy są aż tak spokojni… zwykle coś ukrywają.

Na tarasie Siergiej uniósł filiżankę kawy.

Jakby wiedział, że jest obserwowany.

Marta uśmiechnęła się szeroko.

— Wiesz co?

— Co?

— Mam dziwne przeczucie.

— Jakie?

Marta spojrzała na nią znacząco.

— Że to dopiero początek problemów.

Kornelia patrzyła przez okno jeszcze przez chwilę.

Nie wiedziała dlaczego.

Ale była pewna jednego.

Ten mężczyzna nie pojawił się w Brzegowcu przypadkiem.

I coś jej podpowiadało, że ich drogi dopiero zaczynają się krzyżować.ROZDZIAŁ 4

Brzegowiec był małym miasteczkiem, w którym nic się nie działo — aż do momentu, gdy zaczęło się dziać wszystko naraz.

Ten dzień zaczął się wyjątkowo intensywnie. A to był dopiero początek.

Marta wyszła z kawiarni z tacą pełną filiżanek.

— Cappuccino dla pań z Krakowa i espresso dla pana fotografa — mruknęła pod nosem, lawirując między stolikami.

Właśnie stawiała filiżankę na stole, kiedy ciszę miasteczka przeciął niski, głęboki ryk silnika.

Najpierw pojawił się czarny motocykl.

Maszyna wjechała na żwirowy parking przed kawiarnią z prędkością zdecydowanie zbyt dużą jak na spokojny Brzegowiec. Żwir strzelił spod kół, silnik zawarczał jeszcze przez chwilę, po czym zamilkł.

Marta odwróciła głowę.

— Maszyna jak marzenie — powiedziała mimochodem do fotografa, stawiając przed nim zamówioną kawę.

Z motocykla zsiadł wysoki mężczyzna w ciemnej kurtce i kasku. Zdjął go i zawiesił na kierownicy.

Przez chwilę rozejrzał się po tarasie.

Jego wzrok zatrzymał się na Marcie.

Ponieważ nigdzie nie zauważył tego, którego szukał, ruszył w jej stronę.

— Która z was jest ta Kornelia?

Marta uniosła brew tak wysoko, że prawie zniknęła pod grzywką.

— A pan to kto?

— Igor.

— Igor kto?

— Ten, który ma problem z waszym nowym gościem.

Marta skrzyżowała ręce.

— A ja mam problem z ludźmi, którzy zaczynają rozmowę bez „dzień dobry”.

Igor zmrużył oczy.

— Dzień dobry.

— O, proszę. Od razu lepiej.

— Więc?

— Więc co?

— Kornelia.

— A co z nią?

— Muszę z nią porozmawiać.

Marta oparła się o barierkę tarasu.

— W sprawach służbowych, prywatnych czy dramatycznych?

— W ważnych.

— To pech. Bo ja decyduję, kto do niej dochodzi.

Igor spojrzał na nią z lekkim niedowierzaniem.

— Serio?

— Bardzo serio.

— A jeśli powiem, że chodzi o tego gościa, który siedzi przy stoliku?

Marta odwróciła głowę.

Przy jednym ze stolików na końcu tarasu siedział Siergiej. Spokojnie mieszał kawę, jakby nic na świecie nie mogło go wytrącić z równowagi.

Marta spojrzała z powrotem na Igora.

— A jeśli powiem, że nie lubię, kiedy ktoś wjeżdża na parking jak do pościgu policyjnego?

Igor uśmiechnął się krzywo.

— A jeśli powiem, że to jeszcze był spokojny wjazd?

— To powiem, że bardzo się cieszę, że nie widziałam szybkiego.

Igor spojrzał jeszcze raz w stronę stolika.

— Nieważne.

— O, już nieważne?

— Widzę, że znalazłem właściwego człowieka.

— Jak miło. Skoro go znalazłeś, to po co pytałeś o Kornelię?

— Nieważne. Nie potrzebuję twojej pomocy.

— To się jeszcze okaże — rzuciła w jego stronę Marta, wyraźnie zirytowana.

Igor minął ją i ruszył w stronę Siergieja.

Marta odprowadziła go wzrokiem.

— Arogant — mruknęła.

Przy stoliku Siergiej podniósł wzrok.

Igor zatrzymał się naprzeciwko niego.

Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu.

Marta próbowała udawać, że poleruje filiżankę, ale oczywiście słuchała.

Niestety rozmowa była zbyt cicha.

Usłyszała tylko kilka urwanych słów:

— …nie powinieneś tu przyjeżdżać…

— …za późno…

— …to nie twoja sprawa…

Siergiej wstał powoli.

Powiedział coś jeszcze spokojnym tonem.

Igor zacisnął szczękę.

Po chwili obaj mężczyźni ruszyli w stronę parkingu.

Silnik motocykla znów zawarczał.

Po chwili zniknęli za zakrętem prowadzącym w stronę jeziora.

Na tarasie przez kilka sekund panowała cisza.

A potem zaczęło się to, co w Brzegowcu było nieuniknione.

Plotki.

Przy stoliku pod pergolą pani Halina nachyliła się do pani Danuty.

— Słyszałaś?

— Co?

— Ten nowy inwestor.

— Co z nim?

— Podobno chce zrobić tu luksusowy resort.

— Resort?

— Pięciogwiazdkowy.

— Z kasynem?

— I prywatną plażą.

— I zamknąć dostęp do jeziora.

— No właśnie!

Przy sąsiednim stoliku turysta z aparatem uniósł głowę.

— Przepraszam… kto chce zamknąć jezioro?

Pani Halina wzruszyła ramionami.

— Ten inwestor.

— Podobno kupił pół brzegu.

— I starą marinę.

Turysta spojrzał w stronę drogi, gdzie chwilę wcześniej zniknął motocykl.

— Serio?

— W Brzegowcu nic się nie robi bez powodu — powiedziała znacząco pani Danuta.

Marta właśnie sprzątała stolik po Siergieju.

I usłyszała wszystko.

Kilka minut później wpadła do kawiarni.

— Korki!

Kornelia podniosła wzrok znad ekspresu.

— Co się stało?

Marta pochyliła się nad ladą.

— Pamiętasz, jak rano mówiłam ci, że śniły mi się kłopoty z przystojnym facetem?

— Tak. I co w związku z tym?

— Jest ich dwóch!

— Co dwóch?

— Korki! Dwóch przystojnych facetów, a kłopoty dopiero się zaczną.

— Nie rozumiem. Możesz wreszcie wyjaśnić, o co ci chodzi i dlaczego wpadłaś tu niemal z drzwiami?

— Wiesz, że on kupił nie tylko działkę przy jeziorze?

— Co masz na myśli?

— Podobno połowę starej mariny.

Kornelia zmarszczyła brwi.

— Skąd to wiesz?

— Z plotek.

— Czyli z bardzo wiarygodnego źródła.

— Ej!

Kornelia oparła się o blat.

— Po co ktoś miałby kupować starą marinę w małym miasteczku?

Marta wzruszyła ramionami.

— Właśnie.

— To nie ma sensu.

— W Brzegowcu rzadko coś ma sens.

Marta spojrzała w stronę jeziora.

— Ale jedno wiem na pewno.

— Co?

— Jutro się dowiemy więcej.

— Dlaczego?

— Bo jutro w marinie jest otwarcie sezonu.

— I?

Marta uśmiechnęła się szeroko.

— I cały Brzegowiec tam będzie.

— Oczywiście.

— A my też idziemy.

Kornelia uniosła brew.

— My?

— Tak.

— Marta…

— Kornelia.

— Mam kawiarnię.

— Masz też życie.

— Podobno.

— Wreszcie porządnie zaszalejemy.

— Zaszalejemy?

— Wino, muzyka, taniec.

— Brzmi podejrzanie.

— I może jakieś skandale.

Kornelia westchnęła.

— Porozmawiamy o tym wieczorem.

— Gdzie?

— U mnie.

— Z winem?

— Z winem.

Marta klasnęła w dłonie.

— Idealnie.

— To tylko rozmowa.

— To będzie świetny wstęp do jutrzejszej imprezy.

Mieszkanie Kornelii znajdowało się na poddaszu pensjonatu, dokładnie nad kawiarnią. Niewielkie, ale przytulne, było jednym z tych miejsc, w których od razu czuło się spokój.

Największą część zajmował salon połączony z małą, otwartą kuchnią. Jasna kanapa stała przy ścianie pod skosem dachu, a obok niej niewielki stolik zawsze zastawiony kubkiem po kawie i książką, której Kornelia zwykle nie miała czasu dokończyć.

Z salonu wychodziło się na mały balkon. Z niego widać było jezioro i dachy kilku sąsiednich domów. Wieczorami woda odbijała światła miasteczka, a z tarasu kawiarni dochodził cichy gwar rozmów, ponieważ Kornelia pozwalała klientom korzystać z tarasu nawet po zamknięciu kawiarni, zwłaszcza że można było się na niego dostać bezpośrednio z parkingu.

Sypialnia była nieduża, ale miała jedno ogromne okno wychodzące na drzewa rosnące przy brzegu jeziora. Rano pierwsze promienie słońca wpadały przez nie prosto na łóżko, zmuszając Kornelię do wcześniejszego wstawania, niż by sobie tego życzyła.

Łazienka była najmniejszym pomieszczeniem w mieszkaniu, ale za to wygodna i funkcjonalna. Kornelia żartowała czasem, że zmieściło się w niej wszystko, czego potrzebuje człowiek, który większość dnia i tak spędza w kawiarni.

To mieszkanie nie było duże ani luksusowe.

Ale było jej.

I po długich dniach spędzonych wśród gości, rozmów i zapachu kawy zawsze dawało jej dokładnie to, czego potrzebowała najbardziej — ciszę.

Wieczorem balkon mieszkania Kornelii tonął w ciepłym świetle zachodzącego słońca.

Dwa duże wiklinowe fotele zajmowały większość przestrzeni. Między nimi stał mały stolik z butelką czerwonego wina i dwoma kieliszkami.

Z balkonu było widać jezioro.

Woda była spokojna.

Marta wyciągnęła nogi przed siebie.

— Podsumujmy dzisiejszy dzień.

Kornelia uniosła kieliszek.

— Spalone ciasto.

— Tajemniczy inwestor.

— I jakiś Igor na motocyklu.

Marta uśmiechnęła się szeroko.

— I to dopiero poniedziałek.

Przez chwilę siedziały w ciszy, patrząc na jezioro.

Potem Marta odezwała się cicho:

— Myślisz, że on naprawdę kupił tę marinę?

Kornelia wzruszyła ramionami.

— Nie wiem.

— Ale coś tu nie gra.

— To wiem.

— A ten Igor…

— Co z nim?

— Wyglądał jak chodzący problem.

Kornelia upiła łyk wina.

— Mam wrażenie, że w tym miasteczku pojawiło się więcej problemów w jeden dzień niż turystów w sezonie zimowym.

Marta spojrzała w dół, zaciekawiona dźwiękiem, który nagle przerwał wieczorną ciszę.

Na parking przed pensjonatem właśnie wjeżdżał motocykl.

— Kornelia…

— Co?

— Chyba właśnie jeden z nich przyjechał.

— Problem przyjechał? — zaśmiała się Kornelia.

— Wydaje mi się, że tak też można go nazwać — odpowiedziała Marta.

Kornelia wstała i podeszła do barierki.

Na dole stał czarny motocykl, bardzo podobny do tego, którym wcześniej przyjechał Igor, choć ten był nieco mniejszy. Obok niego stał Siergiej.

Spojrzał w górę.

Jakby wiedział, że tam są.

— Kornelia — powiedział spokojnie.

— Tak?

— Musimy porozmawiać.

I coś w jego głosie sprawiło, że obie wiedziały jedno.

Ta rozmowa nie będzie zwyczajna.Rozdział 9

Poranek w Brzegowcu nie był już tak spokojny jak jeszcze kilka dni temu.

Powietrze było ciepłe, jezioro niemal nieruchome, a światło miękko rozlewało się po tafli wody — a jednak coś wisiało w powietrzu. Coś, czego nie dało się nazwać, ale dało się poczuć.

Plotki.

Zaczęło się niewinnie. Jedna rozmowa na rynku. Jedno zdanie rzucone przy piekarni. Jedno „a słyszałaś…?” wypowiedziane półgłosem.

Teraz mówiło już całe miasteczko.

Kornelia zauważyła to jeszcze zanim dotarła do kawiarni.

Szła dobrze znaną drogą z torbą przewieszoną przez ramię, jak każdego poranka, ale coś było inaczej.

Ludzie rozmawiali ciszej.

Za cicho.

Głowy pochylały się ku sobie, ramiona zbliżały, jakby każde słowo miało wagę czegoś zakazanego. Rozmowy urywały się nagle, kiedy przechodziła obok — jakby ktoś niewidzialny przecinał je nożem.

Przy piekarni dwie kobiety szeptały coś gorączkowo. Jedna z nich ściskała w dłoniach papierową torbę tak mocno, że aż się gniotła. Kiedy zauważyła Kornelię, urwała w pół zdania.

Ich spojrzenia spotkały się na sekundę.

Za długą.

Na rynku grupka mężczyzn stała w półkolu. Jeden z nich mówił szybko, nerwowo, dłonie pracowały w powietrzu, jakby próbował coś odgonić.

— Mówię ci, to nie są żarty… — usłyszała urywek.

— Jeśli to prawda, to wszystko się zmieni — odpowiedział drugi, ciszej, ale z czymś ciężkim w głosie.

Kornelia zwolniła.

Nie zatrzymała się, ale jej krok stracił pewność.

Zmarszczyła lekko brwi.

To nie były zwykłe plotki.

To było coś większego.

Coś, co zaczynało obejmować całe miasteczko, rozlewać się jak fala — powoli, ale nieuchronnie.

Ścisnęła mocniej uchwyt torby.

Nie lubiła tego uczucia.

Tego napięcia, które wkradało się pod skórę bez wyraźnego powodu.

Ruszyła dalej, ale myśl już nie dawała jej spokoju.

Kiedy kilka minut później stanęła przed Leśną Przystanią, wiedziała jedno:

coś się zaczynało.

I nie była pewna, czy to coś dobrego.

Leśna Przystań była pełna ludzi.

Taras tętnił życiem — dźwięk filiżanek, śmiechy, rozmowy, zapach kawy i świeżych ciast mieszały się w jedną, gęstą, niemal namacalną atmosferę.

Ale pod tym wszystkim było coś jeszcze.

Pośpiech.

Nerwowość.

Jakby ludzie próbowali zagadać coś, czego nie chcieli nazwać.

Marta była w samym środku tego chaosu.

Poruszała się szybko, niemal nerwowo — jakby próbowała nadążyć za wszystkim jednocześnie. Jej włosy wymykały się z niedbale związanego kucyka, kosmyki przyklejały się do skroni.

Mimo wczesnej pory zdążyła już potłuc dwie filiżanki i jeden spodeczek.

Każdy dźwięk tłuczonej porcelany był jak mały wybuch.

— Dwa serniki i szarlotka! — rzuciła przez ramię, zapisując coś w notesie, ale jej pismo było poszarpane, nierówne.

— Już się robi! — odpowiedziała Kornelia zza baru, zerkając na nią uważnie.

Marta odwróciła się gwałtownie, niemal wpadając na stolik.

— Marta, zwolnij trochę, bo za chwilę naprawdę będziemy musiały zamówić nową porcelanę — powiedziała spokojniej, niż się czuła.

Marta tylko machnęła ręką.

— Przepraszam, przepraszam — rzuciła szybko do gości i Kornelii, ale już jej tam nie było.

Oddychała szybciej.

Za szybko.

Jej oddech rwał się, jakby nie nadążała za własnym ciałem.

Wzięła tacę.

Za ciężką.

Zdecydowanie za ciężką.

Trzy talerze, dwie filiżanki, szklanki, sztućce.

Palce zacisnęły się na uchwycie.

Ruszyła.

Jeden krok.

Drugi.

Taca lekko się przechyliła.

— O nie… — syknęła pod nosem.

Jej nadgarstek zadrżał.

I wtedy—

czyjeś dłonie pojawiły się nagle pod tacą.

Pewne.

Szybkie.

Stabilne.

Igor.

Złapał ją dokładnie w momencie, w którym wszystko mogło runąć.

Marta zamarła.

Czuła jego dłonie.

Blisko.

Za blisko.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij