-
nowość
-
promocja
Tylko o historii - ebook
Tylko o historii - ebook
Tylko o historii to zbiór tekstów Pawła Jasienicy z lat 1956–1961, publikowanych w miesięczniku „Twórczość”, w „Przeglądzie Kulturalnym” „Nowej Kulturze” w kwartalniku „Kultura i Społeczeństwo”. To także teksty powstałe na podstawie prac historycznych i utworów literackich (Trylogia, Quo Vadis), pamiętników i biografii (Schmidt, Herriot, Bobrzyński).
Wydawać by się mogło, że pisane ponad 60 lat temu eseje nam współczesnym nie mają wiele do powiedzenia. Nic bardziej mylnego. Kwestie stawiane przez Jasienicę są bowiem nieprzemijalne, to sprawy tak samo istotne dziś jak były wcześniej. Spory o historię, o jej interpretacje, o jej prawdę i fałsz mają to samo znaczenie tu i teraz. Publicystyka, literatura, działalność naukowa – wszystkie mają nam służyć do rozumienia wyciągania wniosków i polemik, bo jak pisze autor: „Nie wyobrażam sobie większego nieszczęścia dla kultury niż zaniechanie sporów na temat dziejów narodu. Bo taka święta zgoda dowodziłaby niezbicie, że własna przeszłość przestała nas obchodzić”.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Popularnonaukowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8241-403-5 |
| Rozmiar pliku: | 2,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Na wiosnę 1956 roku odwiedziłem obóz archeologów w Tumie pod Łęczycą. Tym razem nie chodziło jednak o twierdzę Krzywoustego na łęgach nadrzecznych ani o szczątki jeszcze starszych obwarowań, zalegające pod jej wałami. Zespół dr. Andrzeja Nadolskiego natrafił na dziwne rzeczy w wielkiej czterowieżowej kolegiacie wzniesionej w XII stuleciu przez księżnę Salomeę, wdowę po Krzywoustym.
Niezbyt ściśle wyraziłem się przed chwilą. Archeologowie kopali wprawdzie w samym kościele, spalonym we wrześniu 1939 roku, a teraz już odbudowanym, jednak znalezisko leżało na zewnątrz kolegiaty, mianowicie pod nią, pod jej posadzką. Było bez porównania dawniejsze od świątyni.
Przeskoczyliśmy rowy wyryte pod filarami, ostrożnie przeleźliśmy przez beczkowate zasklepione sarkofagi dostojników kościelnych. W mrocznym końcu nawy schylaliśmy się nad wykopami, braliśmy do rąk chłodne i ciężkie kostki z granitu. Patrząc z góry, z chóru organowego i empor, można było ogarnąć okiem prostokątny zarys, jakby poziomy plan zniszczonej budowli, która bez śladu znikła z pamięci ludzkiej pod podłogą późniejszej kolegiaty.
W Tumie, mówiąc krótko, wykryto szczątki opactwa benedyktynów, pamiętającego sam przełom X i XI wieku. Zwierzchnikiem tego klasztoru był może tajemniczy Astryk-Atanazy, który – wysłany w roku 1001 do Rzymu po koronę dla Chrobrego – zdradził, dał się wykorzystać jako narzędzie intrygi niemieckiej i odwiózł symbol władzy królewskiej Stefanowi węgierskiemu. Założycielem tumskiego eremu mógł być sam św. Wojciech.
Na wyprawę pod Łęczycę zabrała mnie samochodem pani Zofia Jeżewska z Polskiego Radia. Razem prowadziliśmy reportaż, wyciągając ostrożnych archeologów na słówka.
Nie przypuszczałem wtedy, że dziesięć miesięcy później ta sama pani Jeżewska wyląduje na lotnisku pod Kairem, wykłóci się z egipskimi celnikami o swój magnetofon i nagra na taśmy reportaże z prac wykopaliskowych zespołu profesora Kazimierza Michałowskiego, ryjącego ziemię w delcie Nilu¹.
Skromna mazowiecka wioseczka i starożytne Atribis, szare kostki z granitu i świetnie rzeźbiony nagrobek egipskiej damy Anch-Ren, nasz skromny wiek X i ptolemejska epoka państwa faraonów... Na szerokie i efektowne wody wypłynęła polska archeologia.
Utwory literackie mówiące o tej gałęzi wiedzy (ale już bez przymiotnika „polska”) zaczęły się u nas mnożyć. U schyłku 1956 roku ukazała się – w dwudziestotysięcznym nakładzie – książka Zenona Kosidowskiego _Gdy słońce było bogiem,_ wkrótce potem wznowiona w tej samej liczbie egzemplarzy. Rok 1958 przyniósł reportaże Zofii Jeżewskiej _Ze Sfinksem w cztery oczy_ oraz polski przekład słynnej na całym świecie książki C.W. Cerama _Bogowie, groby i uczeni._ Wydano również znane już przed wojną tłumaczenie dzieła W. H. Boultona _Wieczność piramid i tragedia Pompei._
Jak na kilkanaście miesięcy ruchu wydawniczego, dorobek bardzo duży. Obecnie nikt nie może narzekać, że trudno w Polsce dowiedzieć się czegoś o Totmesie III, Gilgameszu lub królu Minosie. Na pewno znacznie łatwiej niż o Barbarze Radziwiłłównie i Zygmuncie Auguście.
Z kręgu archeologii wywodzi się po części jeszcze jeden utwór wydany w zeszłym roku. Ponieważ jednak chodzi o zupełnie inny gatunek literacki, porozmawiamy o nim później.
Omówienie pragnę zacząć od _Sfinksa_ Zofii Jeżewskiej. Powodują mną nie same tylko względy kurtuazyjne, że damom pierwszeństwo.
Książka, o której mowa, to reportaż. Autorka była naocznym świadkiem prac uwieńczonych odkryciem, dzieliła z badaczami trudy bytowania pod namiotami, prażyła się w egipskim upale, uważała na jadowite węże, których nie brakowało w wykopach i w miejscu obozowania. Brała, słowem, bezpośredni udział w wyprawie, opowiedziała o tym w sposób bezpretensjonalny i ciekawy. W tym sprawozdaniu czuć autentyzm, osobiste przeżycie.
Czytelnicy dzieł traktujących o egiptologii skłonni są mniemać, że ostatnim godnym uwagi odkryciem w tym kraju było znalezienie grobowca faraona Tutenchamona w roku 1922 (jak to się odbyło, obszernie opowiadają Ceram i Kosidowski). Od Zofii Jeżewskiej dowiadujemy się rzeczy nieoczekiwanej. Okazuje się, że w delcie Nilu nikt prawie nie kopał i że Egipcjanie z otwartymi ramionami powitali polski zespół, który postanowił udać się w te naukowo dziewicze strony. Dyrektor wyładowanego bezcennymi starożytnościami muzeum kairskiego odwiedzał polskie stanowiska, odbywał długie konferencje z profesorem Michałowskim, a nawet przysłał na praktykę jednego z egipskich naukowców.
W Egipcie, jak się dowiadujemy, łatwo znaleźć robotników doskonale wyszkolonych w robocie wykopaliskowej. Ale tamtejszym naukowcom brak wprawy, znajomości metody poszukiwań. Nad Nilem kopali dawniej uczeni angielscy, niemieccy i inni. Odkryli mnóstwo wspaniałych rzeczy, wywieźli też do swych stolic istne skarby, ale zazdrośnie strzegli przed krajowcami swojej wiedzy. W rezultacie – przeszło sto lat po odcyfrowaniu hieroglifów przez Francuza Champolliona – Egipcjanie muszą dopiero się uczyć pracy wykopaliskowej. Bez obawy o przesadę wolno stwierdzić, że polscy archeologowie nadają się na nauczycieli. To są naprawdę fachowcy dużej klasy. Potrójną dokumentację wykopalisk polskich, którą podziwiał kairski dyrektor, prowadzi się stale. Nawet wtedy, kiedy znaleziskiem jest pławik z kory sosnowej.
Zeszłoroczną zdobycz ekipy profesora Michałowskiego trzeba zaliczyć do archeologii czystej, bez przymieszek. Nie zamierzam się ośmieszać i wcale nie lekceważę odkryć poczynionych dawniej w Dolinie Królów, Luksorze i gdzie indziej. Ale wszędzie tam na właściwy trop naukowy naprowadzał badaczy pewien ważny czynnik pomocniczy, zaliczający się już nie do archeologii, lecz do historii (traktowanej, rzecz jasna, jako metoda badawcza). Tym czynnikiem było pismo. Pieczęć na drzwiach odkopanego grobowca uświadomiła Carterowi, że natrafił na grobowiec Tutenchamona. Napis na trumnie stanowił pośmiertną legitymację Ramzesa II. Odczytany hieroglif zdemaskował zwłoki faraona Merenptaha, prześladowcy Żydów. Sens tego, co odsłonił zespół polski, musiał być odgadnięty z samego wyglądu, charakteru i dawnego urządzenia ruiny. Trzeba było odtworzyć fragment przeszłości, wnioskując na podstawie samych tylko materialnych szczątków, bez możliwości uciekania się do pomocy wiadomości pisanych. Przyszło zatem zastosować niezwykle trudną metodę, która stale i jedynie służy naszym archeologom w kraju.
Polscy naukowcy ustalili, skąd Grecy i Rzymianie zamieszkali w Egipcie brali wodę do picia oraz do kąpieli. Wiadomo bowiem, że woda z Nilu nie nadaje się dla Europejczyków, przyprawia ich o ciężkie choroby.
Odkopane złoża piasku, urządzenia ceglane i ścieki okazały się szczątkami dużych i kunsztownych filtrów.
Gdyby profesor Michałowski znalazł jeszcze jedną złotą trumnę faraona, pisałyby o tym wszystkie dzienniki świata. Odkrycie filtrów to rzecz o wiele mniej efektowna, ale dla poznania dziejów cywilizacji bez porównania ważniejsza.
Nie mogę jeszcze rozstać się ze _Sfinksem,_ którego treść dostarcza materiału do rozważań nie tylko o starożytnym Egipcie, lecz również o teorii reportażu. Przyjęło się za pewnik, że autor powinien w obcym kraju widywać się i rozmawiać z przedstawicielami rozmaitych warstw społecznych, klas i zawodów. Pani Jeżewska postąpiła inaczej, zadawała się przede wszystkim z egipskimi plastykami i wysunęła ich na pierwszy plan. W rezultacie otrzymaliśmy wyrazisty przekrój społeczny Egiptu. Co więcej, mamy wrażenie, jakbyśmy to społeczeństwo oglądali w ruchu. Tajemnica zjawiska nadaje się chyba do wyjaśnienia. Współczesna inteligencja rekrutuje się z rozmaitych słojów społecznych. Stopa życiowa jej przedstawicieli bywa różna, zamiłowania i tendencje także. Prace poszczególnych plastyków służą zaspokajaniu bardzo niejednakowych gustów odbiorców. Wiadomości zebrane w kręgu tak zwanych pracowników sztuki prowadzą do wniosków mocno rozgałęzionych i jakoś uporządkowanych, na swój sposób systematycznych.
Doświadczenie pani Jeżewskiej skutecznie podważa tradycyjny schemat. Okazuje się, że niekiedy przynajmniej można z powodzeniem odstąpić od recepty: jeden chłop, jeden kupiec, jeden robotnik i tak dalej. Z przypadkowo lub tendencyjnie dobranego bukietu łatwo uwarzyć zupę niestrawną i w danym kraju nieznaną.
Książki Zenona Kosidowskiego i C.W Cerama trzeba brać na warsztat jednocześnie. Obie traktują bowiem o tym samym temacie czy – jeśli kto woli – tematach. Autorów interesuje murowany kanon światowej archeologii, wykopaliska Mezopotamii, Egiptu, Myken, Krety, Pompei, homerowskiej Troi, Meksyku. W obu dziełach znajdujemy najczęściej te same wiadomości, podane w innym układzie chronologicznym i rzeczowym oraz zinterpretowane przez najzupełniej różne indywidualności pisarskie.
Jak już wspomniałem, _Gdy słońce było bogiem_ Kosidowskiego wyszło dwa lata temu i dotychczas osiągnęło czterdzieści tysięcy nakładu. Ceram ukończył swych _Bogów, groby i uczonych_ w roku 1949. Książkę jego przełożono na dwadzieścia języków. W ojczyźnie swej – czyli w Niemczech – przekroczyła już pół miliona nakładu.
Nic na to nie poradzę – Kosidowski napisał rzecz lepszą.
Stwierdzenie to nie przyszło mi łatwo. O, wcale nie ze względu na autora, któremu życzę jak najlepiej. Lękam się zarzutu przesadnego patriotyzmu (tak to nazwijmy), zwłaszcza że autorem niżej ocenionym jest Niemiec. Kilka dni temu byłem na meczu lekkoatletycznym Polska–NRF. Część publiczności gwizdaniem usiłowała peszyć zawodników niemieckich i pomagać swoim. Aby dalej od takich obyczajów, szczególnie w literaturze.
Wszystko to nie znaczy, że uważam Cerama za marnego pisarza. Nie! Jego dzieło czyta się z zapartym tchem, co stronica niemal spotyka się cenne wiadomości. Porównania, w jakie się wdałem, dotyczą wysokiego szczebla.
Różnice na korzyść Kosidowskiego zaczynają się na samym początku. Nie wiadomo, czemu Ceram zaopatrzył swój utwór w pozbawiony znaczenia podtytuł: _Powieść o archeologii._ Jeśli zaczniemy nazywać powieściami wszelkie pasjonujące lektury, to co rychlej ogłośmy powieściopisarzem Karola Darwina, że już nie wspomnę o znanym podróżniku Thorze Heyerdahlu.
U Kosidowskiego układ książki jest jasny, intelektualnie zdyscyplinowany: Mezopotamia, Egipt, Troja, Egea, Pompeja, Herkulanum, Meksyk. U Cerama – z wyjątkiem Meksyku, który zamykając obie książki, w każdej stanowi oddzielną całość – wszystko odwrotnie. Chronologia! Głowa na miejscu pięt.
Nie są to formalistyczne przyczepki. O tematach naukowych można i trzeba pisać w sposób literacki, ale spod rzeczowej dyscypliny nie wolno się wyłamywać. Autor, który postępuje inaczej, tym samym pozbawia obraz głębi, wyrzeka się perspektywy. Chronologia – to czas, będący wszak pojęciem nie tylko miary, lecz i filozofii. Właśnie archeologia usiłuje udostępnić naszemu dostrzeganiu zjawiska tak dawne, że umiejscowienie ich jest niemal niemożliwe dla najbujniejszej nawet wyobraźni. Wszelka dowolność natychmiast zasnuwa widok mgłą.
Dwóch autorów zajęło się tą samą sprawą, a nawet tymi samymi jej szczegółami. Obaj korzystają z identycznych źródeł i opracowań, w związku z tym przytaczają prawie dosłownie jednakowo sformułowane tezy, na przykład o matematycznych osiągnięciach Sumeru i Babilonu. Wobec takiego stanu rzeczy tym bardziej interesująco przedstawia się kwestia różnic, bo jedynie one scharakteryzują pisarzy.
Z mnóstwa egipskich starożytności obaj autorzy wybrali przeważnie to samo. A więc przede wszystkim grobowiec Tutenchamona, sensacyjne odkrycie zbiorowej mogiły faraonów, Serapeum i tak dalej. Ale Kosidowski poświęcił też cały rozdział przejmującej historii zbuntowanego reformatora religijnego, faraona Echnatona, którego imię mściwi kapłani niszczyli później, wycinając je z taśm opasujących mumię. Wydaje się, że losy tego człowieka pozwalają głęboko wejrzeć w dzieje już nie cywilizacji, lecz duchowej kultury starożytności. Na czternaście stuleci przed Chrystusem żył myśliciel, głoszący wiarę w jedyne bóstwo, buntownik przeciwko kultom, które kazały czcić koty, byki i krokodyle, wątły epileptyk, mąż najpiękniejszej kobiety, jaka kiedykolwiek w dziejach pozowała rzeźbiarzowi. Trumnę tego władcy odkryto w grobowcu przeznaczonym dla jego matki.
U Cerama jest o nim tylko lakoniczna wzmianka, kilka zdań.
C.W. Ceram należy do autorów szczególnie czułych na akcję sensacyjną. Znalezieniu mumii Echnatona nie towarzyszyły żadne nadzwyczajne okoliczności. Nie było legendy o musze faraonów ani szajki złoczyńców ograbiającej zwłoki. Nad tą trumną można się tylko zamyślić. Ale nie wszyscy to lubią.
W _Bogach, grobach i uczonych_ znać pisarską niecierpliwość. Autor najwidoczniej śpieszy do odtworzenia chwili, w której uczony staje na samym progu odkrycia, dostrzega połysk trumny z litego złota lub inną wspaniałość. Dlatego też pewnie Ceram słabo wyczuwa wagę rzekomo podrzędnego szczegółu.
Małe porównanie, dotyczące przedstawienia jednej i tej samej rzeczy w dwu różnych książkach.
C.W. Ceram:
_Zaczynają więc znowu kopać dokładnie w tym samym miejscu, gdzie sześć lat temu przerwali prace – w miejscu, gdzie stoją robotnicze baraki. Gdy zaś wreszcie robią to, co zrobić mogli już przed sześciu laty, a mianowicie burzą ruiny baraków, natychmiast, za pierwszym niemal zatknięciem kilofa, znajdują wejście do grobu Tutenchamona, najbogatszego grobu Egiptu._
I dwa wiersze dalej znowu _da capo_:
_3 listopada 1922 roku Carter... przystąpił do burzenia baraków robotniczych (były to ruiny baraków zbudowanych za XX dynastii). Już rankiem następnego dnia pod pierwszym zburzonym barakiem natrafiono na kamienny stopień schodów._
Kosidowski:
_3 listopada 1922 roku Carter podjął ostatnie poszukiwania. Robotnicy zabrali się do rozebrania ruin baraków i usunięcia leżących pod nimi gruzów. Następnego dnia wczesnym rankiem Carter zauważył, że robotnicy przerwali nagle pracę i w pełnym napięcia milczeniu spoglądali w świeżo rozkopany dół. Natychmiast pobiegł tam i stanął jak wryty: spod piargów wyzierał stopień schodów, wyciosany w skalnym gruncie._
Zwięźlej, lepiej, plastyczniej... Najbardziej wymowne wysławianie „najbogatszego grobu Egiptu” nie zastąpi obrazu. Dla artysty nieruchome sylwety robotników nad jamą mogą być ważniejsze od komory grobowej wypełnionej skarbami.
Ceram tak się śpieszył do pokazania mykeńskich sensacji, że niemal całkiem prześlepił możliwości, jakie wynikają z prawa odwołania się do literatury starożytnej. Kosidowski okazał się majstrem o wiele bardziej wytrawnym. U niego rodzinna tragedia Atrydy stanowi obszerny wstęp do tematu. Homer i Ajschylos przemawiają nie jednym zdaniem, jak u tamtego, lecz szeroko (w przekładach Jana Parandowskiego i Stefana Srebrnego). A kiedy doszło do samych wykopalisk, dowiadujemy się od Kosidowskiego, że Schliemann dlatego ustąpił miejsca żonie, ponieważ sam był za gruby i nie mógł się zmieścić w grobowych studniach. Dla artysty taki szczegół to rzecz bardzo ważna. Ceram wyraziście i bardzo ciekawie przedstawia akcję, Kosidowski akcję i coś znacznie oporniejszego, mianowicie problematykę. W jego książce znajdujemy gruntowniejsze wiadomości o tym, w jaki sposób odcyfrowano starożytne pisma, hieroglify i „kliny”.
Umiejętność literackiego opowiadania o problemach stanowi główną tajemnicę pisarstwa na tematy naukowe. Przypomnijmy sobie historię syberyjskich chłopów pokąsanych przez wściekłe wilki i leczonych w Paryżu przez Pasteura. Zdarzenie tak dramatyczne, że każdy najbardziej gazeciarski opis porwie i zafascynuje. Ale proszę uczynić bohaterem książki samego wirusa wścieklizny i opowiedzieć o nim w sposób literacko możliwy i naukowo ścisły. Pisarze, podejmujący tematy z dziedziny wiedzy, nie mogą uchylać się od takich trudności.
Słabą stroną obu książek są niektóre dygresje ich autorów. Zdaniem Cerama naukowy dyletant działa z czystej miłości do wiedzy, fachowiec zaś wyłącznie dla pieniędzy. Teza niedorzeczna, a nawet barbarzyńska. Nic nie pomoże najdłuższy cytat z Schopenhauera, wielki filozof też potrafi głupstwa pisać. Policzmy, ilu specjalistów dobrowolnie oddało nauce życie, zginęło w jej służbie śmiercią nieraz straszną.
Nie rozumiem, dlaczego Zenon Kosidowski stale pisze „harfistka” zamiast „harfiarka” i twierdzi, że z Teb do Aleksandrii płynie się „w górę Nilu”. Z prądem, a więc w dół.
Czego nigdy Kosidowskiemu nie daruję, to tego „Apolla” zamiast Apollina lub Apollona, a zwłaszcza już nieszczęsnego „Jupitera”. Po polsku mówi się Jowisz.
Jesteśmy świadkami jakiegoś niesamowitego wyścigu do zubożania języka. Na emigracji ktoś żądał skasowania prześlicznego słowa „tlen” i zastąpienia go „oksygenem”. Komu innemu nie podobała się „suwnica”, wolał widocznie rdzennie rodzimy „kran” (naturalnie bez _der_). Stanisław Mackiewicz samotnie, a wytrwale walczy z legionem szyderców, broniąc oczywiście słusznej tezy, że imiona w zasadzie należy polszczyć, a wyjątki od tego prawidła każdorazowo dyktuje literacka muzykalność autora.
Na miłość boską! Przecież „Franz Joseph” pisze tylko ten, kto chce wyśmiewać dawną Austrię, na serio mówi się „Franciszek Józef”. Mania cudzoziemszczyzny zaczyna już ogarniać dziedzinę nazw geograficznych, co stanowi prawdziwą zbrodnię. Tylko patrzeć, a zaczniemy mówić „Schelde” lub „Escaut” o rzece, która po polsku przepięknie nazywa się Skalda. W pewnym warszawskim tygodniku literackim przeczytałem niedawno, że francuski minister przyjechał pociągiem pośpiesznym „Paris–Varsovie”. Dosłownie.
Niedużo u Kosidowskiego potknięć, zupełny za to brak efekciarstwa i pozy, które ostro rażą w dziele Cerama. Najstaranniej ważąc słowa, stwierdzić wolno z czystym sumieniem, że książka polskiego autora też z pełnym powodzeniem mogłaby zostać przełożona na dwadzieścia języków świata. Zagraniczni i zamorscy czytelnicy tylko by na tym zyskali.
„Szawle, Szawle, próżno tobie przeciw ościeniowi wierzgać!”
Kraje zachodu Europy to jakby zamknięte kółko dobrze urodzonego towarzystwa. Wymiana idzie tam z rąk do rąk, twory zaopatrzone zachodnim stemplem od razu mają pomyślniejsze warunki startu. Często słusznie tak się dzieje, ale bynajmniej nie zawsze.
Tyle się czytuje utyskiwań na dystans, który dzieli naszą powieść od zachodniej. Nie wypowiadam się w tej materii, chcę tylko stwierdzić, że jeśli chodzi o prozę niebeletrystyczną, to i na naszym podwórku pojawi się czasem towar o światowym walorze. Przecież dawne reportaże Wańkowicza, Józefa Kisielewskiego, Ksawerego Pruszyńskiego naprawdę należą do ekstraklasy tego gatunku.
Mam nadzieję, że Ceram nie przesycił rynku i że znajdzie się na nim miejsce również dla Zenona Kosidowskiego. Ktoś powołany powinien o tym pomyśleć. Jest dobry interes do zrobienia, zapewniam.
Pora wywiązać się z obietnicy złożonej na początku rozdziału. W listopadzie zeszłego roku ukazała się książka całkiem niezwykła – _Uroczysko_ Zbigniewa Nienackiego – powieść kryminalna... z życia archeologów. Jest to debiut pisarski, dobrze wróżący autorowi.
Zbigniew Nienacki wykazał kulturę i umiar. Popisał się też sprawnością w operowaniu aż trzema sensacyjnymi wątkami. Czytelnika jego powieści czekają niespodzianki z dziedziny kryminalistyki, historii oraz archeologii. Postacie są żywe, w dodatku autor potrafił je w pomysłowy sposób uplastycznić, posługując się nie nazwiskami i imionami, które wprawdzie znamy, lecz przezwiskami nadanymi przez narratora (chińska tradycja dowolnego wymyślania imion dla dzieci posiada rodowód chyba niewątpliwie artystyczny). Zasługuje na uwagę geograficzne środowisko akcji. W fikcyjnej miejscowości zgromadził Nienacki elementy realnie istniejące w różnych stronach Polski. Kościół, w którym dokonano odkrycia z dziedziny historii – to podłęczycka kolegiata księżnej Salomei, wznosząca się opodal góra w rzeczywistości znajduje się w powiecie piotrkowskim, nazwa bagniska pochodzi aż z Białostockiego. Chwyt nie tylko udany, ale świadczący o solidnej pracy przygotowawczej. Tego samego dowodzi wpleciona w powieść legenda o Regierungsracie, wzięta od Oskara Kolberga (co autor stwierdza w posłowiu). Przychwyciłem Nienackiego na jednym tylko potknięciu, i to takim, którego powieściopisarz może dokonać świadomie, wolno mu: w procesie warszawskim nie zeznawał żaden świadek ze strony Krzyżaków. Zakon założył protest przeciwko samej rozprawie, a po skazującym wyroku niezwłocznie apelował do papieża.
Książka Nienackiego uzmysławia, że historia, archeologia i kryminalistyka doskonale się czują we własnym towarzystwie. Nic dziwnego, operują przecież zbliżonymi, nieraz identycznymi metodami odkrywania tego, co utajone.
Warto wspomnieć o niektórych dalszych planach początkującego powieściopisarza. Wiem o nich z jego listu.
Następna powieść ma się nazywać _Skarb Atanaryka_ i opiewać przygody grupy archeologów rozkopujących na Pomorzu Wschodnim kurhany w poszukiwaniu ukrytych bogactw władcy Gotów.
W tej chwili Zbigniewa Nienackiego nie ma pewnie w Polsce. Pisał mi w sierpniu, że wybiera się do Związku Radzieckiego, gdzie Związek Pisarzy ZSRR przyrzekł mu wszelką pomoc. Chodzi o wertowanie archiwów zawierających wiadomości o naszym przedsiębiorczym rodaku, niejakim Niceforze Jaxa-Czernichowskim, który w XVII stuleciu założył nad Amurem państewko polskie, pozostające pod protektoratem Chin. Jeszcze dwieście lat później na mapach chińskich widniało „państwo Jaxa”.
Wyprawa Nienackiego może przynieść ciekawe rezultaty pisarskie. _Uroczysko_ to obiecujący zadatek, jego autor wykazuje cenną skłonność do szukania trudnych dróg.
Z głębokim zadowoleniem patrzę, jak polscy archeologowie oraz ich współczesne prace wkraczają do beletrystyki. Bo skłonny jestem przewidywać, że w prozie niepowieściowej, pozbawionej prawa do fikcji literackiej, nastaje dla nich niedobra koniunktura.
Nasze krajowe starożytności nie zdołają wytrzymać współzawodnictwa z niezwykle efektownymi cudownościami Mezopotamii, Meksyku czy Egiptu. Egzotyka robi swoje.
Polskie znalezisko to glina, spróchniałe drewno, rzadziej – zjedzone rdzą żelazo. Takie rewelacje jak Biskupin czy poznańska chrzcielnica trafiają się rzadko. Od chwili wydobycia z rzeki figury Światowida przeminął wiek z okładem. Odszukane na Lednicy kościane szydełko, pokryte ornamentem o kształcie rybiej łuski – oto krajowe skarby. Złoto występuje sporadycznie, przeważnie w postaci monet rzymskich, pochodzących z importu.
W dodatku jeszcze odkrycia naszych archeologów dotyczą niemych rozdziałów historii. Dowiadujemy się o całych kręgach kulturowych, poznajemy cywilizacje pradawnych plemion, nawet ich ruchy i wędrówki, lecz niczego nie wiemy o poszczególnych ludziach. Nie dotarło do nas niczyje imię. Brakuje nam zupełnie zabytków pisma.
Podobnie poniekąd działo się z pomnikami znad Eufratu i Nilu. Przez długie wieki skała w Behistun była niema, przeciągające karawany widziały tylko rzeźbione postacie oraz kolumny niezrozumiałych znaków. Sukces specjalisty, ślęczącego gdzieś w Europie, sprawił, że hieroglify i kliny zaczynały przemawiać, o p o w i a d a ć o ludziach i zdarzeniach. Poznaliśmy pieśni, którymi faraon Echnaton wielbił bóstwo słońca. O kulcie słońca uprawianym na naszej Ślęży świadczą skromne gliniane krążki.
Trudno krajowej szarzyźnie współzawodniczyć z egzotycznym kolorem. Że jest tak właśnie, o tym najlepiej świadczy nasza prasa codzienna i literacka z paru ostatnich lat. Relacje o śródziemnomorskich i azteckich starożytnościach wywołują jej żywe zainteresowanie, o krajowych – żadnego.
Bezstronnie stwierdzając znacznie większą atrakcyjność znalezisk, o których piszą Kosidowski i Ceram, gotów jestem kłócić się do upadłego o wartość polskiej archeologii i sprawność jej metod. Bardzo dobrze się stało, że jednocześnie ukazały się reportaże Zofii Jeżewskiej, która nie zapomniała powiedzieć o mocno zniszczonych dłoniach członkiń polskiej ekipy oraz o tym, jak profesor Michałowski żądał od Egipcjan przesiewania przez palce każdej grudki ziemi pochodzącej z wykopu. Te niezwykle mozolne i nad wyraz precyzyjne sposoby pozwoliły w kraju odtworzyć z milczenia cały świat prasłowiańskiej kultury łużyckiej. Pierwsza kronikarska wiadomość o Polsce pochodzi z 963 roku naszej ery, ale wiedza o przeszłości ludów zamieszkujących nasze ziemie sięga epok kamiennych. Trudności zrodziły postęp. Brakowi wiadomości spisanych musiała radzić doskonałość metody badania świadectw niemych.
Obfitość książek o archeologii światowej cieszy, ale nie pozbawia prawa do uwag krytycznych.
Nie rozumiem ani naszych wydawnictw, ani polskich pisarzy wędrujących za morza. Od przeszło dziesięciu lat cały świat kulturalny pasjonuje się odkryciami nad Morzem Martwym. A co my na to? W tym roku Katolicki Uniwersytet Lubelski wydał rozprawę Henryka Strąkowskiego _Manuskrypty z Qumran a chrześcijaństwo_. Dziełko ma trzydzieści stron i jedną mapę.
Literatura światowa o tych odkryciach liczy już setki książek najrozmaitszego typu – od ściśle naukowych do eseistycznych i reporterskich.
A my co na to? – zapytuję powtórnie.
Jeśli wierzyć niektórym polskim tygodnikom, w naszym kraju toczy się podobno dyskusja światopoglądowa, a wyniki jej rozstrzygną ponoć o przyszłości narodu. Pewni pisarze nawet lekkoatletykę mierzą filozoficznym łokciem. Dziwna dyskusja, dziwny spór, w którym żadna z wysokich stron nie sięga po najświeższe argumenty. Palestyńskie odkrycia dotyczą wszak początków chrześcijaństwa.
Znalezione manuskrypty pozwalają jakoby wywodzić je wprost od esseńczyków. O ile mi wiadomo, w tym roku ukazała się we Francji książka (przeszło trzysta stron), której autor dowodzi, że owych esseńczyków w ogóle nigdy nie było, a mit o nich pochodzi z błędnego odczytania jakiejś notatki Filona z Aleksandrii.
Na długo przed wojną pewien socjalistyczny senator opowiadał mi o swoich pierwszych krokach na ścieżce wolnomyślicielstwa. Znajomi oskarżyli go przed babką o bezbożność. „Michaś, ludzie mówią, że ty się wcale nie modlisz. – Ależ modlę się, babciu, modlę. – A co ty odmawiasz? – No... Ojcze nasz... Zdrowaś Maryja... Wierzę w Boga... – Michaś, to ty nawet Dziesięciorga Przykazań nie mówisz? – Babciu, co ja mam powtarzać przepisy jakiegoś starego Żyda? – Bój się Boga, Michaś, to Mojżesz Żyd był?”
Zdaje się, że wspomnianym sporem filozoficznym opiekuje się duch dobrej babci. Tak przynajmniej świadczy niezwykle u nas żywe zainteresowanie papirusami znad Morza Martwego.
Druk książki Cerama jest dużym osiągnięciem Państwowego Instytutu Wydawniczego. Przekład Jerzego Nowackiego jasny i bodaj zupełnie dobry (nie znając oryginału, niczego więcej nie mogę na ten temat powiedzieć). Szata zewnętrzna książki prawie wspaniała, ilustracje dobrze dobrane i piękne. Pewne wątpliwości budzą tylko zdjęcia z polskich prac wykopaliskowych w Egipcie, które wszak były przeprowadzane już po napisaniu _Bogów, grobów i uczonych._ Ale czy nie lepiej było zaspokoić wymagania rynku jeszcze jednym wydaniem _Słońca_ Zenona Kosidowskiego, a trud i starania PIW-u poświęcić na spolszczenie chociażby paru cennych pozycji o palestyńskich rękopisach i tamtejszych odkryciach archeologicznych najświeższej doby? Naprawdę nie należy utrzymywać polskiego czytelnika w mniemaniu, że od czasu wykrycia zwłok Tutenchamona niczego ciekawego nie wykopano na świecie. Rewelacje sprzed trzydziestu kilku lat nie są ostatnim słowem wiedzy archeologicznej.
Uparte zapatrzenie w złoto Mezopotamii, Egiptu i Meksyku oraz w grecko-italskie marmury może nas łatwo przyprawić o kulturalną ślepotę. Ani mi w głowie lekceważyć dziedzictwo klasyczne. Ale przez litość – pamiętajmy, zechciejmy wiedzieć, że cywilizacje ludzkie rozwijały się nie tylko tam.
Scena prehistorii Europy przedstawia się tak, że reflektory rzucają światło tylko na Grecję i Kretę. Od czasu do czasu z mroków otoczenia wylezą jacyś Dorowie, którymi zaczynamy się interesować od chwili ich wtargnięcia do Argos. Tymczasem i przedtem nie byli oni podludźmi; ruszając w pochód, nieśli ze sobą dorobek kultury zdobyty w dawnych siedzibach.
W listopadzie 1956 roku odwiedziłem Czoukoutien, czyli Górę Smoczej Kości. Jest to miejscowość położona kilkadziesiąt kilometrów od Pekinu. W tamtejszych pieczarach i szczelinach skalnych odnaleziono szczątki kilku istot, zupełnie niesłusznie określanych jako Pitekantropus. (Najcenniejszych rzeczy nie ma obecnie w miejscowym doskonale urządzonym muzeum; podczas wojny Amerykanie zabrali je do siebie). Inna, znacznie lepsza nazwa mówi o „praczłowieku pekińskim”. W rzeczywistości bowiem w Czoukoutien wykryto szczątki człowieka, który umiał wyrabiać prymitywne narzędzia kamienne, stale posługiwał się ogniem, a żył około pół miliona lat temu.
W porównaniu z tym cóż znaczą zabytki mezopotamskie, liczące sobie kilka tysięcy wiosen? Na mocy jakiego prawa uważa się znaleziska z Ur czy Jerycha za świt dziejów ludzkości w Azji?
Nad Eufratem i Tygrysem odsłonięto grube złoża iłu, świadczące, że w tych stronach naprawdę zdarzyła się jakaś katastrofalna powódź. Pod warstwami mułu leżały przedmioty pochodzące od bardzo starych plemion. Ale nawet te sędziwe garnki i skorupy wobec Czoukoutien są rzeczami wcale świeżej daty.
W naszej prasie czytuje się czasem artykuły poświęcone sporom o pochodzenie etyki. Z niektórych wywodów zdaje się wynikać, że autorzy widzą jej historyczny (w znaczeniu „najwcześniejszy”) fundament w Dekalogu Mojżeszowym. Dzieje Izraelitów nie całkiem jeszcze zostały wyjaśnione. Ale bez względu na to, jaką chronologię zastosujemy – „długą” czy „krótką” – jest niezbitym faktem, że kiedy plemiona izraelskie obozowały pod górą Synaj, w Babilonie już od setek lat obowiązywał kodeks Hammurabiego, który nie tylko zabraniał kraść, ale szczegółowymi przepisami regulował pracę lekarza i budowniczego. Kodeks ów wywodził się zresztą z jeszcze starszego prawa sumeryjskiego.
To, co napisałem, nie jest i wcale nie zamierza być jakimkolwiek argumentem w sporze o źródło etyki. Uważam jednak, że uczestnicy wspomnianej dyskusji nie powinni puszczać się na wywody historyczne, które wyglądają dość śmiesznie. Systemy prawne, opierające się wszak na jakichś założeniach etycznych, rozwijały się na długo przed Mojżeszem i w stronach niezmiernie odległych od Ziemi Obiecanej.
Zostawmy w spokoju kraje egzotyczne i popatrzmy na nasz Biskupin.
Jest on znacznie młodszy, współczesny złotemu wiekowi kultury greckiej, ale więcej niż wątpliwe, czy nad jeziora, zwane dzisiaj żnińskimi, mogła dotrzeć jakakolwiek wiadomość o Dekalogu. Oto osiedle na ciasnej wysepce, dosłownie wymoszczonej drewnem. Kryte trzciną domy, oczywiście drewniane, stykają się ścianami. Na otwartych paleniskach ogień. A w odkopanych zwaliskach ani śladu generalnych pożarów. Mieszkańcy tej osady na pewno musieli zatem bardzo ściśle przestrzegać prawideł regulujących życie zbiorowe. Pod żadnym pozorem nie możemy ich uznać za hordę pozbawioną moralności. To było całkiem wysoko zorganizowane społeczeństwo, a termin ten oznacza przecież nie tylko ludzi zamieszkujących dane terytorium, lecz również łączące ich ze sobą więzi natury moralnej.
A więc jeśli się rozprawia o etyce, trzeba pamiętać o jej przejawach w życiu ludów od niezmiernie dawna rozsianych po całym globie, a pozbawionych możliwości znoszenia się ze sobą. Trzy tysiące lat temu można było mniemać, że świat zawiera się między Persją a Egiptem – dzisiaj już nie. Nawet w zimnej Polsce czterdzieści wieków temu żyły plemiona znające rolnictwo i hodowlę, budujące kopalnie krzemienia i uprawiające handel bursztynem.
Dyskusje światopoglądowe przyniosą korzyść tylko w tym wypadku, jeśli będą stanowić ukoronowanie całej wiedzy, dostarczonej przez nauki szczegółowe. Na jej dowolnie wybranych fragmentach można wznosić rozmaite konstrukcje i dowodzić, czego dusza zapragnie.
W związku z tym niepokoi mnie, że uwaga czytelnika znowu zaczyna się zwracać właśnie ku wybranym fragmentom starożytności. C.W. Ceram na pewno jest dobrym i zasłużonym pisarzem. Byłoby jeszcze lepiej, gdyby ktoś równie świetnie przedstawił ludziom dorobek archeologii niemieckiej w jej własnym kraju. Ceram przetworzył na literaturę treść nudnych nieraz dzieł badaczy starożytności klasycznej. On albo kto inny powinien teraz zrobić to samo z wiedzą o antyku ojczystym. Wdzięczne pole do popisu mają też autorzy francuscy, hiszpańscy... w ogóle wszyscy.
Dzieje ludzkości mają zakres bardzo szeroki i głęboko sięgają w przeszłość naszej planety. Pora chyba dążyć do obrazu zawierającego ich syntezę.
„Twórczość”, grudzień 1958
------------------------------------------------------------------------
ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI KSIĄŻKI
------------------------------------------------------------------------