Tylko wróć - ebook
Współczesna Polska. Legnica. Tajemnicze zniknięcie kilkuletniego chłopca i przejęty sprawą dziennikarz, który ma talent do rozwiązywania zagadek kryminalnych, ale też do pakowania się w kłopoty. Child Alert nie przynosi rezultatów, policja jest bezradna, a kolejne tropy prowadzą w ślepe uliczki. Uparty żurnalista nie daje jednak za wygraną, choć coraz bardziej wątpi w happy end. Robert Ostaszewski barwnie i dosadnie opisuje współczesne polskie realia, odsłaniając przed nami kulisy zarówno dziennikarskiego rzemiosła, jak i kryminalnego podziemia. Ta książka spowoduje, że będziemy zamykać drzwi naszych mieszkań na wszystkie zamki.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8343-707-1 |
| Rozmiar pliku: | 1,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Trochę wcześniej
Rzeczywiście było zimno, czy jednak chłód wypływał ze środka ciała? Czy ciągnął od czarnego serca niczym zamróz po szybie, stopniowo mroził całe ciało, paraliżował struny głosowe, tak by nie wydobył się z nich żaden, najcichszy nawet dźwięk protestu? W sumie mogło chodzić o pogodę, bo maj nie rozpieszczał aurą. Słońce wprawdzie świeciło cały dzień, ale mocne podmuchy lodowatego wiatru sprawiały, że ludzie się kulili, przemykając po chodnikach. Niby wiosna, niby radość. Jaka tam znowu radość…
Niezbyt rzucający się w oczy granatowy SUV Renault zniknął już w tej części ulicy Złotoryjskiej, która przecinała Lasek Legnicki. Co z oczu, to z serca? Żeby to wszystko było takie proste. Ta chwila, ta decyzja na pewno naznaczy całe życie. Pytanie tylko – jak mocno? Jakie będą konsekwencje, bo jakieś być muszą. Tliła się nadzieja, że niewyobrażalnym cudem wszystko rozejdzie się po kościach. W życiu czasami tak bywa, że zło koniec końców nie zostaje ukarane. Czy nie w ten sposób myślą przestępcy, którzy później i tak wpadają, trafiając za kraty na długie lata?
Odwrócić się i odejść, tyle tylko pozostawało. I na pewno nie oglądać się choćby raz, nie patrzeć za siebie. Zwyczajnie iść krok po kroku, czując, jak serce, pomimo że jest czarne jak zastygła smoła, ciągle bije. Dla najbliższych. Tylko dla nich.Ten, który jest podejrzany
12 maja 2025 roku, poniedziałek, Legnica, Wrocław
Stwierdzenie, że wstałem z łóżka, byłoby mocno na wyrost. Po prostu zwlokłem się z niego, bo nie mogłem znieść dzwoniącej już chyba po raz czwarty czy piąty komórki. Dlaczego wieczorem zostawiłem ją na stole w kuchni? A kto mnie tam wiedział. Pewnie, zbierając się do snu, uznałem, że i tak nie zadzwoni nikt, z kim miałbym ochotę porozmawiać. O czymkolwiek.
A jednak po chwili wiedziałem. Z nieco splątanej snem pamięci wychynęło wspomnienie nocnego zamieszania. Próbowała się ze mną skontaktować moja incydentalna kochanka, Helena Żytnicka, którą nazywałem Helką Żywioł, bo co jakiś czas się zdarzało, że z impetem wbijała w moje życie, powodując nie lada zamęt. Miałem do niej niewytłumaczalną słabość, więc nie potrafiłem być na tyle stanowczy, by zerwać z nią raz na zawsze. W swoim niepowtarzalnym stylu zachciała ze mną kontaktu, nic to, że koło trzeciej w nocy. Dzwoniła, wysyłała wiadomości i mejle. Nie miałem ochoty na wysłuchiwanie jej życiowych sensacji-rewelacji, więc zwyczajnie wyciszyłem smartfon i wyniosłem go do kuchni. Co z oczu, to z serca. Fakt, dziecinna strategia, jednak czasami sprawdzała się wręcz wybornie.
Był poniedziałek, nie miałem kaca, bo w weekend prawie nie piłem, a musiałem zwlekać się z łóżka, bo mi się nie chciało. Nic. Stan doskonale znany mi od miesięcy, a kto wie, w różnym natężeniu może nawet od kilku lat, i chyba oswojony. Można by też mój stan określić w taki sposób, że nie spodziewałem się, aby w nowym dniu spotkało mnie cokolwiek, co by mnie zainteresowało. Czy w ogóle można tak żyć? Otóż mój nie nazbyt skomplikowany przypadek potwierdzał, że jak najbardziej. Człowiek z czasem do wszystkiego przywyknie. Trywialna prawda, ale jednak prawda.
Poczłapałem do kuchni, by się dowiedzieć, kto do mnie tak usilnie się dobijał. Sprawdziłem ostatnie kontakty, okazało się, że dzwonili z redakcji. Cholera, mogłem w piątek zapowiedzieć, że w tym tygodniu będę pracował zdalnie, tylko wyskakując na miasto w poszukiwaniu materiałów do tekstów albo po to, by zrobić zdjęcia. Mądry Kamil po szkodzie. Do redakcji też mi się nie chciało chodzić, bo nie miałem wielkiej ochoty oglądać ludzi. Nie, wcale nie byłem mizantropem, więc akceptowałem fakt, że w mojej pracy kontakty z bliźnimi są nieuniknione. W końcu musiałem jakoś zarabiać na bułkę z cienkim plastrem szynki. Tyle tylko że zamierzałem kontaktować się z ludźmi na własnych zasadach, o ile było to możliwe. Uznałem więc, że z oddzwanianiem do redakcji spokojnie mogę poczekać.
Poszedłem do łazienki, obmyłem twarz, starając się zbyt uważnie nie wpatrywać w lustro. Nie było czego oglądać. Miałem pięćdziesiąt pięć lat i solidnie zapracowałem na swój wygląd. Wziąłem szybki prysznic, a potem ubrałem się w to, co zwykle, czyli w zielone bojówki i szarą bluzę z kapturem. Miałem sporą ochotę na papierosa, ale zgasiłem ją w sobie. W życiu, w którym na nic specjalnie się nie czeka, ważne są rytuały, bo zmuszają do aktywności i nadają dniom jako taki porządek. Najpierw kawa i namiastka śniadania, potem fajka. Nie odwrotnie. Postawiłem kawiarkę na gazie i czekając, aż kawa będzie gotowa, zrobiłem sobie kanapkę z białym serem i miodem. Pomyślałem gorzko, że życie trzeba sobie dosładzać, kiedy tylko jest to możliwe. Nawet miodem wielokwiatowym z Biedry, o mocno niepewnym składzie.
Podszedłem do okna, uchyliłem je i wreszcie pierwszy raz tego dnia mogłem się zaciągnąć. Paliłem w środku, bo moje niewielkie mieszkanie na parterze nie miało balkonu, a byłem już za stary, żeby wystawać z papierosem przed kamienicą. Poza tym kazałem odmalować całe mieszkanie zaraz po tym, gdy opuścili je ostatni lokatorzy. Ściany wciąż były białe i minie sporo czasu, zanim pożółkną od dymu przemieszanego z kurzem. Oparłem ręce o parapet i gapiłem się przed siebie. Na studnię wielkiego podwórka, okolonego starymi, trzypiętrowymi kamienicami. Pobudowano na nim bez ładu i składu garaże oraz komórki. Parkowały tam pod tylnymi wejściami do klatek schodowych samochody, stały rowery i hulajnogi elektryczne. Prawie pod samym oknem miałem śmietnik. Czasami przechodziło mi przez myśl, że jest to niezła metafora obecnego momentu w moim życiu.
Z moim mieszkaniem to była ciekawa historia, potwierdzająca, że bywały czasy, kiedy miałem farta. Kilkanaście lat wcześniej odziedziczyłem je po ciotce. Za cholerę nie wiem, czemu zapisała je akurat mnie. Może nie miała nikogo bliższego, bo przez całe życie była sama, a przynajmniej nie wiedziałem o tym, by związała się z kimś na dłużej czy trwalej. Może spodobał jej się siostrzeniec z Katowic, który za dzieciaka czasami wpadał do niej na wakacje. A może zwyczajnie miała taki kaprys. Oczywiście w rodzinie były dąsy z tego powodu, że lokum, na które pewnie niektórzy ostrzyli sobie zęby, przypadło majętnemu dziennikarzynie z Warszawy. Z tą majętnością to gruba przesada. Tylko wzruszyłem ramionami, bo wtedy mało czym się przejmowałem, przyjąłem spadek. Odremontowałem mieszkanie i poszło na wynajem. I tyle. Nie były to żadne luksusy, pokój z kuchnią i łazienką, pewnie dawno temu wykrojone z większego mieszkania. Wszystkie pomieszczenia były jednak przestronne i wysokie. Przez większość życia zwykle mieszkałem w blokach, peerelowskich i trochę nowszych, więc teraz, kiedy tu trafiłem, zacząłem tę przestrzenność doceniać.
Z nie tak znowu dawnych czasów zostało mi przyzwyczajenie, że rozpoczynałem dzień od prasówki. Tak to się lata temu nazywało. Włączyłem laptopa, aby sprawdzić, co tam złego w kraju i za granicą. Złe wiadomości są solą dziennikarstwa. A i pieprzem. Westchnąłem, bo z miejsca zaatakowały mnie newsy o kolejnych zakrętach w historii kawalerki pana Jerzego, którą przejął kandydat na prezydenta Nawrocki. Kiedyś pewnie i mnie rozpaliłaby ta historia do białości, też chciałbym drążyć do spodu, dlaczego i w jakich okolicznościach mieszkanie przeszło na własność kandydata. Tyle tylko że dożyłem czasów, w których nawet najgorsza upubliczniona prawda o politykach nie przesądzała właściwie o niczym. Byłem pewien, że niezależnie od tego, czy Nawrocki okaże się czegokolwiek winny czy nie, niespecjalnie wpłynie to na jego słupek w sondażach.
Nagle pod masą bezsensownych materiałów o politycznej bieżączce rzuciła mi się w oczy zajawka tekstu, która zapaliła mi w głowie czerwoną lampkę. Kliknąłem i szybko przeczytałem niewielką notatkę.
– Szlag by to ciężki!
Już wiedziałem, dlaczego dobijali się do mnie z redakcji.
* * *
– Ooo, redaktor Łoziński wreszcie raczył się zjawić. Zawsze pierwszy po gorącego newsa – przywitał mnie zgryźliwie naczelny.
Wzruszyłem ramionami, bo od dawna tego rodzaju słowa mnie nie ruszały. Ani trochę. Do tego wypowiedział je Maciek Ratajczyk, z którym znaliśmy się jak łyse konie. Obaj studiowaliśmy dziennikarstwo na UJ-ocie w tym samym czasie, obaj ruszyliśmy na podbój dziennikarskiej ziemi obiecanej do stolicy. Mnie się udało. Tak mniej więcej. Jemu nie bardzo. Nie mam pojęcia, czy czuł o to do mnie żal. Ja nie pytałem, on nie zdradzał się z emocjami.
– Dobijam się do ciebie od rana – ciągnął połajanki. – Czyżbyś dołączył do ludzi, którzy śpieszą się powoli?
– Dobrze, zejdź ze mnie. Pogadajmy o robocie, bo nie ma czasu.
– Świetnie, że to zauważyłeś.
Kolejny raz zignorowałem jego zaczepkę i spytałem:
– Udało ci się już ustalić jakieś konkrety?
– Niewiele poza tym, co raczyła udostępnić policja. Zaginiony dzieciak to Mykoła Ż. Ma pięć lat, jest Ukraińcem i ostatnio był widziany na ulicy Artyleryjskiej 10. Lucjan od swojego znajomka z policji dowiedział się, że dzieciak zniknął przed ósmą rano.
Spojrzałem na zegar ścienny w pokoju Macieja.
– Ledwie minęło południe, ale…
– Przy sprawach związanych z dziećmi wszyscy działają szybko – dokończył za mnie.
– Jasne, tylko że wiesz, w większości takich przypadków dzieci znajdują się tego samego dnia, bo zaraz wychodzi, że nawaleni albo naćpani rodzice nie zauważyli, że dzieciak wybrał się do dziadków. Albo się okazuje, że chodziło o uprowadzenie rodzicielskie, które również szybko przestaje być tajemnicą.
– Czy ty się migasz od roboty? – Maciek zmarszczył krzaczaste brwi.
– Tylko stwierdzam fakty.
– To ja ci powiem, jakie są te fakty. To nie my pierwsi puściliśmy newsa o zaginięciu Mykoły, a to przecież nasz teren. Ktoś u nas zaspał… Mniejsza – machnął ręką. – Jak chłopaczek, odpukać, w ciągu kilku godzin się nie znajdzie, zaraz będziemy mieli na karku warszawskie hieny z telewizorów.
Czy mi się tylko zdawało, czy spojrzał na mnie z dziwnym błyskiem w oku?
– Musimy więc zagęszczać ruchy, żeby jak najszybciej dowiedzieć się wszystkiego o sprawie. Przed wszystkimi – wreszcie naczelny przeszedł do konkretnych poleceń.
– Maciek, nie tłumacz mi oczywistości. Tylko muszę się chwilę zastanowić, jak to ugryźć. Skoro Lucjan niewiele dowiedział się od policji, ja też dużo u nich nie zdziałam. Jestem tu krótko, jeszcze nie wyrobiłem sobie na tyle solidnych kontaktów, żeby skutecznie wyciągać od nich poufne informacje.
– Ale przecież masz tę Mirosławę z komendy wojewódzkiej. Tak z próżnej ciekawości, wy jeszcze ze sobą kręcicie?
Prychnąłem, bo jednak nieco podniósł mi ciśnienie, nie za dużo, mniej więcej tak jak pół niespecjalnie mocnej kawy. Moja sława największego lowelasa w środowisku dziennikarskim była mocno przesadzona. Chociaż, nie powiem, miałem sporo za uszami.
– Czepliwy dzisiaj jesteś – nie podarowałem sobie komentarza. – Nigdy z nią nie byłem. Kiedyś wymienialiśmy się informacjami, i tyle.
Uniósł otwarte dłonie w uspokajającym geście.
– Nie wnikam, z kim tam akurat sypiasz i czy z przyjemnością czy bez. Tylko że właśnie teraz informacje są nam potrzebne. Właściwie na już.
Wstałem z krzesełka i rzuciłem:
– I ja ci je dam.
– Czekam w napięciu.
Pozwoliłem mu mieć ostatnie zdanie. W końcu był naczelnym.
* * *
Wyszedłem przed trzypiętrową, nie nazbyt reprezentacyjną kamienicę, w której siedzibę miał portal informacyjno-publicystyczny o średnio wyszukanej nazwie Naszalegnica.pl. Zapaliłem i zerknąłem na tabliczkę z numerem. Dziennikarska 10. Nigdy nie dopytywałem, czy ktoś specjalnie wybrał lokum redakcji przy ulicy o tej nazwie, może dla żartu, czy najzwyczajniej w świecie chodziło o taki, a nie inny czynsz. Raczej niższy. Tak czy siak zdarzało nam się z kolegami żartować, że w tym miejscu uprawia się dziennikarstwo na dziesiątkę. Oczywiście w dziesięciostopniowej skali.
W pobliżu nie było kosza na śmieci, więc wrzuciłem peta do kratki ściekowej. W pierwszej chwili ruszyłem w stronę zaparkowanego niedaleko samochodu, bordowego Mercedesa zwanego beczką. Miał swoje lata, ale się pocieszałem, że jednak jest młodszy ode mnie. Już miałem wsiadać i odpalać, gdy zmieniłem zdanie. Musiałem najpierw poukładać sobie wszystko w głowie, stworzyć chociażby szkicowy plan działania. Tak miałem i często ratowało mi to chudy tyłek. Do tego potrzebowałem drugiej kawy, więc zrobiłem sobie spacer przecinającymi starówkę ulicami Złotoryjską i Najświętszej Marii Panny do kawiarni White Bear. Kawa tam nie była tania, za to zacna. W sumie nie musiałem liczyć się z kasą. Zarabiałem tyle, że mnie, od dłuższego czasu singlowi, wystarczało na wszystko. A na dokładkę ostatnio poszczęściło mi się w obstawianiu wyników ligi angielskiej. Manchester United mnie nie zawiódł i znowu nie wygrał.
Czekając na kawę, tęsknie spojrzałem na ulicę. Wciąż jeszcze kawiarnia nie wystawiała stolików w ogródku na deptaku. Szkoda, bo wtedy mógłbym też spokojnie palić. Wiadomo, że kawa i fajki to idealne połączenie. Trudno się było jednak dziwić, bo wciąż panowało dotkliwe zimno. _Wyjątkowo zimny maj_, przypomniał mi się stary przebój Maanamu. Nic dodać, nic ująć.
Wziąłem sobie największą kawę, żeby potem nie ganiać za kolejnymi dawkami kofeiny. Usiadłem w fotelu, wygodnym, tyle że w pokrowcu w badziewny, bardzo kolorowy kwiatowy wzór. Sporo było podobnych w tej knajpie. Trudno, zamyka się oczy i żyje się dalej. Zacząłem od sprawdzenia w smartfonie, czy nie pojawiły się nowe wiadomości w sprawie Mykoły Ż. Niczego nowego nie znalazłem. Trochę dziwne. Czyżby policja zbagatelizowała sprawę ukraińskiego dziecka? Cóż, nasz kraj bogobojnych katolików, szczerze miłujących Pana, za to niekoniecznie kochających bliźnich swoich, nie takie rzeczy już widział. Chociaż w przypadku domniemanej krzywdy dziecka zwykle wszyscy się spinali, nie wnikając, jakiej jest ono narodowości.
Prawdę powiedziawszy, kiedy byłem reporterem śledczym, nie zajmowałem się sprawami zaginięć ludzi. Prawie żadnymi. Chyba że akurat był to wątek związany z prowadzoną przeze mnie sprawą. Interesowała mnie zorganizowana przestępczość, kręciło wyciąganie na światło dzienne większych i mniejszych tajemnic możnych tego świata. Właśnie tego rodzaju i kalibru tematy. Zaginięcia były dla mnie tragicznymi, ale dosyć pospolitymi przypadkami. Wpadły mi kiedyś w oczy statystyki, że w Polsce każdego roku dochodzi do mniej więcej dwudziestu pięciu tysięcy zaginięć. W sumie to dosyć przerażające, bo oznacza, że corocznie tak jakby znika całkowicie nie takie znów małe miasto. Spora część z tych ludzi nie odnajdywała się nigdy, bo albo nie żyła, albo skutecznie odcięła się od poprzedniego życia, zacierając za sobą ślady. Tyle tylko że teraz zwyczajnie musiałem zająć się zaginięciem pięciolatka, a do tego spokojnie mogłem sobie z tym poradzić. Znałem się na rzeczy, na prowadzeniu dochodzeń, dogrzebywaniu się do prawdy, jakakolwiek by ona była. A na dokładkę powinienem słuchać poleceń Maćka. W końcu nie byłem już nawet upadłym dziennikarzem śledczym, a jedynie dziennikarzyną do wszystkiego w lokalnym portalu informacyjnym. Musiałem pisać o wszystkim, to i pisałem. Jedynie od zajmowania się różnymi popierdułkami dotyczącymi codziennego życia urzędów i lokalnych władz, od pisania rozmaitych sprawozdań z posiedzeń rady miasta i temu podobnych rzeczy migałem się, jak mogłem. Na szczęście to był konik redaktora Lucjana Mycia, który sam był nudny, więc po mojemu nawet pasowało mu zamiłowanie do nudnych aż do bólu tematów. Z radością mu takie odstępowałem.
A teraz po prostu zajmę się sprawą Mykoły Ż.
Po kolejnym łyku kawy jednak naszły mnie wątpliwości. Może policja milczy, bo na razie też nie do końca wie, co sądzić o tej sprawie. Może chodzi o kolejny zatarg rodziców, którzy po rozwodzie walczą o opiekę nad dziećmi, co jeszcze bardziej się komplikuje, gdy małżeństwo jest dwunarodowe. Takich przypadków trafia się od cholery i trochę, a to prawie zawsze są delikatne kwestie. Znałem temat o tyle, że kiedyś mój kumpel walczył z byłą o opiekę nad dziewięcioletnim synem. I oczywiście wiele nie zwojował. W takich sprawach sądy rodzinne zwykle biorą stronę kobiet. Równie dobrze może chodzić o też nierzadki przypadek, że pijani albo naćpani rodzice nie wiedzą, gdzie jest ich dziecko – co już wcześniej wpadło mi do głowy. Może błąka się po ulicach… Kurde, zaczynam wymyślać ponad miarę i rozsądek. Pięciolatek, który chodziłby sam po mieście, na pewno szybko zwróciłby czyjąś uwagę. Ludzie są przewrażliwieni na punkcie dzieci, moim zdaniem czasami aż za bardzo. Wystarczy, że uśmiechniesz się do obcego dziecka, a już zaczynają patrzeć na ciebie jak na pedofila.
Wyszedłem przed kawiarnię i zapaliłem.
– Pieprzę, po prostu to zrobię, i tyle – mruknąłem pod nosem.
Postanowiłem, że przestanę mnożyć wątpliwości i zwyczajnie zajmę się dziennikarską robotą. Koniec języka za przewodnika, te sprawy. Na razie jedynie mogłem pokręcić się po okolicy, w której mieszkała rodzina zaginionego chłopca, i jak najwięcej dowiedzieć się o niej. Na szczęście Lucjan wydębił od swojego policyjnego informatora adres. Brawo on, przynajmniej odjął mi roboty.
* * *
Wróciłem pod siedzibę redakcji po samochód, bo spacery dla zdrowotności są podobno istotne, ale w moim wieku trzeba oszczędzać nogi. Tym bardziej że nie wykluczałem konieczności pokręcenia się po mieście, bo Maciek znowu dzwonił i wywijał pejczem. Dopytywał się, czy mam coś dla niego, cokolwiek. Odpowiedziałem mu, że takie sprawy to nie bieg na sto metrów, trochę trzeba poczekać na wyniki. Coś zaczął marudzić w swoim niepowtarzalnym stylu, ale się rozłączyłem. Od pewnego czasu byłem niespotykanie spokojnym i cierpliwym człowiekiem, ale wszystko ma swoje granice.
Z ulicy Złotoryjskiej skręciłem w Artyleryjską. To akurat była trochę bardziej blokowiskowa część centrum miasta. Jak faktycznie nazywała się ta dzielnica? Nie miałem pojęcia. Wprawdzie mieszkałem w Legnicy niecałe pół roku, ale byłem jednak tak jakby lokalnym dziennikarzem, więc powinienem się zainteresować. Tyle że, uwaga, absolutna niespodzianka, nie chciało mi się w stopniu znacznym. Dotoczyłem się do skrzyżowania z Saperską i skręciłem w prawo. Zaparkowałem na pierwszym dostępnym miejscu, bardzo dokładnie i poprawnie, bo zauważyłem, że kręciło się tu dużo policjantów. Trudno, żeby było inaczej. A nuż któryś zainteresowałby się źle zaparkowanym autem. Nie lubiłem dostawać mandatów. Wróciłem do skrzyżowania i rozejrzałem się po okolicy. Niezły architektoniczny miszmasz. Po drugiej stronie Artyleryjskiej ciągnął się szereg starych kamienic. Na przeciwległym rogu Artyleryjskiej i Saperskiej stał całkiem nieźle zaprojektowany apartamentowiec. Na drugim – czteropiętrowy, wieloklatkowy blok, na moje oko wybudowany w czasach PRL-u. I to właśnie tam mieszkała rodzina Mykoły.
Zapaliłem i poszedłem w stronę wejść do klatek schodowych. Nie musiałem sprawdzać, której klatki szukam, bo wskazywały to dwa radiowozy zaparkowane przed jedną z nich. I jedno zwykłe auto, które pewnie było nieoznakowanym samochodem policyjnym. Podejrzewałem, że tak będzie i że raczej szybko nie uda mi się porozmawiać z rodzicami czy rodzicem pięciolatka. Byłem też pewien, że nie ma sensu pytać o cokolwiek policjantów, bo z doświadczenia wiedziałem, że na tym etapie dowiem się tylko czegoś w rodzaju, że śledztwo jest w toku, albo usłyszę warkliwe „bez komentarza”. Miałem jednak plan. Chciałem się przejść po sąsiadach i popytać o rodzinę Mykoły. Upierdliwa robota, ale liczyłem na to, że uda mi się trafić na jakąkolwiek informację, którą zatkam na chwilę głodny dziób naczelnego.
Przez moment zastanawiałem się, czy nie pójść w legendę prywatnego detektywa, który szuka zaginionego chłopaczka. Aż uśmiałem się w głos sam z siebie, bo tego dnia naprawdę przychodziły mi do głowy dziwne czy właściwie głupawe pomysły i koncepcje. Przecież detektyw nie należał u nas do szanowanych zawodów. Na taką opinię mocno sobie zapracowali detektyw Rutkowski i jemu podobni. Zawiesiłem więc na szyi legitymację prasową i łaziłem od mieszkania do mieszkania niczym nieludzko cierpliwy akwizytor. Dowiadywałem się różnych mniej lub bardziej ciekawych rzeczy o sobie, sprawie zaginionego dziecka i o świecie, a także bliźnich – że jestem dziennikarską mendą, że to taka tragedia, panie, pedofil go pewnie porwał, że nie mam co pytać, bo w tej okolicy to każdy tylko swoich spraw pilnuje, że jeśli jestem z tego, tfu, TVN-u, to mam spierdalać, że dowiem się wszystkiego, dokumentnie wszystkiego i na dokładkę z pikantnymi szczegółami, jeśli tylko zapłacę pięćset złotych, najlepiej od razu z ręki do ręki. Aż w końcu trafiłem na panią Zofię i odetchnąłem z ulgą, bo już zaczynały mnie boleć nogi od chodzenia po schodach.
Pani Zofia miała siwe włosy związane w koński ogon, twarz pokrytą siateczką zmarszczek, maniery przedwojennej szlachcianki. I psa Kaktusa, terieropodobnego kundelka. Zapewniła mnie, że jeśli tylko to w czymkolwiek pomoże, opowie mi wszystko, co wie o biednej dziecinie i jego matce. Trochę zaniepokoiło mnie słowo „wszystko”, bo jak zniekształcone echo odpowiadało mu słowo „konfabulacja”, ale co mi szkodziło posłuchać pani Zofii. Tym bardziej że poczęstowała mnie kawą i pysznym sernikiem wiedeńskim domowej roboty.
Kiedy pojadłem ciasta i szczerze pochwaliłem, bo było wybitne, spytałem:
– Czyli zna pani Mykołę i jego matkę?
Pani Zofia uśmiechnęła się lekko i odpowiedziała:
– Że znam, to za dużo powiedziane, po prostu kojarzę, że mieszkają w klatce obok, i czasami ich widuję. I zdarzało się, że słyszałam, o czym mówi Tatiana.
– Tatiana? Tak ma na imię matka Mykoły?
– Tak.
– A skąd pani wie?
– Ona pracuje w Żabce, która jest tu niedaleko. A oni noszą przypięte do bluz tabliczki z imionami.
Byłem pełen podziwu dla pani Zofii, bo jak na swój wiek umysł wciąż miała jak brzytwa.
– Z tego, co pani powiedziała do tej pory, wynika, że chłopiec mieszka tylko z matką, bo nie wspomniała pani o ojcu, czy tak?
– To ja może dla porządku po prostu opowiem wszystko to, co wiem o Mykole i Tatianie. A później będzie pan dopytywał. Może tak być?
W odpowiedzi skinąłem głową.
– Przyjechali ze Lwowa we trójkę zaraz po wybuchu wojny rozpętanej przez tego drania Putina… Że też taka swołocz ciągle chodzi po świecie, a tyle dobrych ludzi już dawno umarło.
W głowie zamigotała mi czerwona lampka. Czy pani Zofia chce mi opowiedzieć zmyśloną historyjkę tylko po to, żeby mieć słuchacza? Zdarzało mi się trafiać na starszych ludzi, którzy stosowali taką strategię. Przerwałem jej, machając ręką.
– Zaraz, moment. Powiedziała pani wcześniej, że tylko widywała pani tę dwójkę, więc skąd zna pani takie szczegóły?
Spojrzała na mnie z figlarnym błyskiem w oku znad krawędzi okularów, nieco opuszczonych na nosie. „Figlarny” – w tym przypadku to było jak najwłaściwsze słowo.
– Trochę wiary w człowieka, młody panie.
Z trudem pohamowałem się przed wybuchem śmiechu. Ja i młody, dobre sobie.
– Od lat mieszkam sama, bo mąż dawno odumarł. No, nie taka sama, bo z tym łobuzem – poczochrała po głowie psa, który nie odstępował swojej pani na krok. – Często wychodzę z Kaktusem na spacery albo siedzę sobie na ławce pod blokiem, jak mi już się znudzi oglądanie moich czterech ścian.
Nie miałem pojęcia, do czego ta opowieść zmierza, ale nie przerywałem pani Zofii. Niech się wygada. Czasami wystarczy cierpliwie słuchać, aby dowiedzieć się wszystkiego, co najważniejsze.
– I słyszę, co mówią Ukraińcy przez telefon, w tym również Tatiana. Oni mają taki zwyczaj, że często wychodzą przed blok i rozmawiają bez skrępowania, bo pewnie im się wydaje, że nikt ich tu nie rozumie.
Plus dla pani Zofii za kolejną, niezwykle trafną uwagę. Przyznam, że i mnie czasami trafiał szlag, kiedy w kolejce w sklepie ukraińscy młodzieńcy bluzgali ponad miarę. Większość Ukraińców, na których się natykałem, mówiła po rosyjsku, a ja ten język również poznałem. Dla mojego pokolenia to nie była żadna sztuka, bo obowiązkowo uczono nas rosyjskiego w szkołach. Tyle że jak to ja – w takich przypadkach nie chciało mi się nakręcać afery.
– Zdarzało mi się, że docierały do mnie strzępy rozmów Tatiany – kontynuowała pani Zofia. – I z nich się dowiedziałam, że przyjechała z mężem, ale go później pogoniła, chociaż nie wiem, co przeskrobał. Zresztą raz go nawet widziałam.
Mój podziw dla seniorki rósł z każdą minutą, bo była lepsza niż świetnie wyszkolony oficer wywiadu.
– Podejrzewam, że tutaj? – wreszcie podrzuciłem pytanie.
– Tak. Tam koło sąsiedniego bloku jest duży plac zabaw. Tatiana chodzi tam z Mykołą, żeby chłopaczek się pobawił. Ja czasami też tam przesiaduję, żeby popatrzeć na dzieci. Swoich nigdy nie miałam, ominęło mnie bycie matką, babcią… – urwała nagle. Na moment zamarła, wbijając wzrok w ścianę dużego pokoju. Potem jakby się ocknęła, potrząsnęła głową. – Nie ma sensu zadręczać się przeszłością. Zresztą nie przyszedł pan, żeby wysłuchiwać narzekań staruszki.
– Pani Zofio, pani nie jest…
Przerwała mi z uśmiechem.
– Nie musi pan kończyć, młody człowieku, ale dziękuję za dobre chęci. Wrócę do tamtej sytuacji na placu zabaw. Przyszłam tam z Kaktusem, kiedy akurat był też Mykoła z matką. Chłopaczek się bawił z innymi dzieciakami, naszymi i ukraińskimi. Wie pan, dzieciaki zawsze się ze sobą dogadają, tyle że niestety później dorastają… – znowu przerwała, ale tylko na moment. – Tatiana patrzyła na niego z takim, wie pan, oddaniem. Moim zdaniem jest bardzo dobrą matką. W pewnym momencie pojawił się mężczyzna z niedużą paczką w ręku i szedł w stronę Mykoły. Jak Tatiana go zobaczyła, od razu do niego podbiegła. Zaczęła go odciągać od placu zabaw. Z miejsca zaczęli się kłócić. Za wiele do moich uszu nie dotarło, ale Tatiana powtarzała, że nie powinien tu przychodzić i że tylko miesza synowi w głowie. On wyglądał na takiego… Nie do końca wiem, jak to ująć. Pokornego, trochę zrezygnowanego. Coś jej próbował tłumaczyć.
– To była ostra sprzeczka? Szarpali się może?
– Nic z tych rzeczy. To się po chwili i tak skończyło. Bardzo nieprzyjemnie. Mykoła zauważył ojca, zawołał do niego i zaczął biec. Tatiana powiedziała coś ostro do mężczyzny. Wcisnął jej paczkę i odszedł. Chwyciła syna, który wyrywał się i płakał. Tatiana tuliła go, trzymając mocno, coś do niego mówiła, ale on się nie uspokajał. Przejmująca scena, serce mi się krajało. Tylko tak to już często bywa. Rodzice się kłócą, rozwodzą, a najbardziej cierpią na tym dzieci. Takie życie.
Trudno mi się było z tym nie zgodzić, bo znałem wiele podobnych przypadków z mojego otoczenia.
– Pamięta pani, kiedy to się wydarzyło?
– Tak dokładnie to nie, bo umysł… – popukała się palcem w głowę – już nie ten. Na pewno w zeszłym roku i prawdopodobnie latem, bo dzieci na placu zabaw były lekko ubrane.
– A od kiedy Tatiana z synem mieszkają w pani bloku?
– Tak mniej więcej to będą już ze dwa lata.
Chciałem jeszcze dopytać, jak wygląda ojciec Mykoły, ale nagle stało się coś niepokojącego. Pani Zofia znieruchomiała ze wzrokiem wbitym gdzieś obok mnie. Mniej więcej w kierunku stojącego tam telewizora, który nastawiony był na kanał informacyjny. Staruszka wyłączyła dźwięk na początku naszej rozmowy. Kiedy zaczął jej drżeć podbródek, odwróciłem się i zrozumiałem, co się dzieje.
– To on, on… – pani Zofia tylko tyle zdołała wydukać, bo wybuchła płaczem.
Na ekranie telewizora widniało zdjęcie chłopczyka, szczupłego blondynka.
* * *
Telefon miałem wyciszony, ale czułem jego wibracje, kiedy próbowałem jako tako uspokoić panią Zofię. Ktoś się do mnie dobijał i mogłem się założyć o spore pieniądze, że bez zaglądania do smartfona zgadnę, kto to taki. Zakład prawie tak pewny jak obstawianie porażki Legii Warszawa w przedostatniej kolejce Ekstraklasy, bo ten zespół pod koniec sezonu grał straszną padakę. Staruszka przestała łkać, zaraz zaczęła mnie przepraszać za swoje załamanie. Powiedziałem, że absolutnie nie ma za co, spytałem, czy mogę ją zostawić samą. Odparła, że da sobie radę, bo nie z takimi ciężarami w życiu radziła sobie w pojedynkę. Miałem taką nadzieję, bo naprawdę nie chciałem, żeby coś jej się stało z powodu stresu. Polubiłem starowinkę.
Chwyciłem za telefon, kiedy tylko wyprysnąłem z klatki schodowej. Oczywiście wygrałem zakład z samym sobą. Trzy razy dzwonił do mnie naczelny. Biorąc pod uwagę, co się stało, nawet się nie dziwiłem, że był niecierpliwy, a może nawet wkurwiony ponad miarę. Nie chciało mi się strzępić języka po próżnicy, więc tylko puściłem mu SMS-a z info, że jestem w drodze. Najpierw ruszyłem w stronę zaparkowanego przy ulicy Saperskiej samochodu, ale zatrzymałem się w pół kroku. Rozejrzałem się wokoło i odnalazłem wzrokiem budynek z neonem Żabki. Uznałem, że kilkanaście minut wte lub wewte mnie nie zbawi, a przynajmniej zweryfikuję informacje uzyskane od pani Zofii. Nie żebym nie wierzył seniorce, ale należałem do tych już mocno niedzisiejszych dziennikarzy, którzy starają się potwierdzać zdobyte informacje przynajmniej w jeszcze jednym źródle. Poza tym miałem nadzieję dowiedzieć się czegoś nowego o Tatianie. Zawsze warto zbierać jak najwięcej informacji, choćby nawet później okazały się nieistotne.
Dwie bardzo młode pracownice sklepu na początku nie chciały ze mną gadać, wykręcając się, że nie zamierzają się w nic mieszać, a w ogóle mało co wiedzą, bo skupiają się tylko na robocie. Żeby to jeszcze prawda była. Urobiłem je, że sprawa jest ważna i poważna, w końcu chodzi o zdrowie, a może i życie małego dziecka. Byłem dobry w te klocki – przekonywanie i namawianie, więc wreszcie zaczęły odpowiadać na moje pytania. Dziewczyny mówiły, że Tatiana nie była skora do zwierzeń, nie przepadała za pogaduszkami w robocie. Była milcząca, może nawet skryta, skupiona na pracy i dziecku. Mykołę znały, bo czasami matka przychodziła z nim do sklepu na zakupy albo po frytki, które mały podobno uwielbiał. Podrzuciły mi także, że Tatiana była rozwódką, bo kiedyś jej się to wymsknęło przy okazji krótkiej, niezobowiązującej rozmowy. Nie zauważyły, żeby kręcił się koło niej jakiś mężczyzna. Nie miały pojęcia o jakichkolwiek problemach starszej koleżanki. I tyle.
Wiele tego nie było, ale zawsze – jakieś nowe informacje. Czy istotne? To się dopiero okaże. Dziennikarskie śledztwa czasami kojarzyły mi się z układaniem puzzli. Należało cierpliwie dopasowywać jeden kawałek do drugiego, powoli tworzyć zarys obrazu czy chociażby jego sugestię, jak zwał, tak zwał, by wreszcie wyłonił się w pełni. Wtedy dziennikarz mógł powiedzieć: „Aha, to tak to wygląda”.
* * *
Wpadłem do redakcji jak burza i od razu siadłem do komputera, by jak najszybciej napisać tekst informujący o tym, kim są rodzice zaginionego chłopca, a przede wszystkim jego matka, Tatiana, bo o jego ojcu wiedziałem na razie tyle co nic. Zanim otworzyłem nowy plik tekstowy, Ratajczyk zawisł nad moim biurkiem niczym sęp nad ledwo żywą ofiarą.
– Chyba cię wyślę na szkolenie z odbierania telefonów – tego dnia naczelny postanowił być konsekwentnie złośliwy.
– A są takie? – zagrałem w jego niezbyt wyrafinowaną grę. – W sumie czemu nie. Wiesz, swoje lata mam i czasami trudno mi trafić paluchem w odpowiedni klawisz. Do tego niedowidzę.
– Przecież ty masz smartfona – zdziwił się szczerze.
Wyszczerzyłem się w głupawym uśmiechu. Maciek nigdy nie czaił mojego poczucia humoru. Podejrzewałem, że w tym życiu to się raczej nie zmieni.
Naczelny otwierał usta, aby zadać pytanie. Wiedziałem, o co chce zapytać, więc żeby nie marnować czasu, powiedziałem szybko:
– Mam informacje na temat matki Mykoły, a i trochę ojca, choć to bardziej skomplikowana historia. Machnę tekst i zaraz ci pokażę.
– Co ja z tobą mam – jęknął, ale dał mi spokój i poszedł do swojej kanciapy, dumnie nazywanej gabinetem redaktora naczelnego.
Szybko wystukałem tekst. Same suche fakty, bez spekulacji czy wyrażania opinii. Sprawa zaginięcia pięciolatka była zbyt poważna, aby wykorzystywać ją do zwiększania klikalności poprzez sensacyjne sugestie. Byłem o tym przekonany i miałem nadzieję, że Maciek jest tego samego zdania. Posłałem mu tekst na mejla, odczekałem kilka minut, by miał czas przeczytać go i przetrawić, a potem bez pukania wparowałem do niego.
– Mam publikować? – od razu przeszedłem do konkretów.
Podrapał się po pokrytej kilkudniowym zarostem brodzie i zaczął od niewyraźnej pochwały.
– Coś konkretnego już mamy. I dobrze, bo po tym Child Alercie zaraz zwali nam się na łeb pół Polski. A my te wstępne informacje – popukał palcem w ekran laptopa, na którym widniał mój tekst – podamy jako pierwsi.
Jasna jasność. Naczelnemu takiego prowincjonalnego portalu jak nasz zależało na tym, by był cytowany przez poważniejsze media. To podnosiło jego prestiż i znaczenie, co przekładało się na zainteresowanie reklamodawców. Po mojemu – tak raczej w teorii, bo w praktyce to chyba niekoniecznie. Tym bardziej że te tak zwane poważniejsze media czasami olewały podawanie źródła cytatu, czyli mówiąc wprost, kradły informacje. Media to zawsze była dżungla, ale od jakiegoś czasu stały się dżunglą mocno pośmierdującą bagniskiem.
– Może jednak warto by jeszcze dorzucić info, że w sprawę porwania chłopca prawdopodobnie zamieszany jest jego ojciec – zasugerował Maciek.
Podejrzewałem, że spróbuje takiej zagrywki, więc od progu nastawiłem się na to, że będę stanowczy, i powiedziałem wyraźnie:
– Nie, ponieważ nic pewnego na temat udziału ojca w tym zajściu nie wiemy. I obstawiam, że policja też.
– Nie jest to jednak wykluczone.
– Maciek, co innego potwierdzona informacja, a co innego spekulacje. Postawię sprawę jasno – zaczynało się we mnie gotować – albo robię przy tej sprawie po swojemu, albo zbieram ołówki z biurka i się rozstajemy. Raz na zawsze.
Zmierzył mnie wzrokiem. Jego twarz wykrzywił ironiczny półuśmiech.
– Z tego, co słyszałem, nie byłeś taki zasadniczy, kiedy pracowałeś w Wawie.
Chciał mnie znowu ukłuć? Proszę bardzo, niech próbuje. Od dawna skórę miałem grubą jak u hipopotama.
– Przypomnę ci, że jesteśmy w Legnicy, a nie w Warszawie – odwinąłem się. – To jak, publikować tekst w mojej wersji, czy jednak zbierać te ołówki?
Zamachał dłonią, jakby opędzał się od natrętnej muchy, i zarządził:
– Publikuj.
* * *
Wymyśliłem zgrabny, sensacyjnie podkręcony _lead_, dorzuciłem mroczną fotę Legnicy z redakcyjnej bazy i opublikowałem tekst na naszym portalu. Odrobina sensacji była ukłonem w stronę Maćka. Niezależnie od tego, że nie zawsze się zgadzaliśmy w kwestiach roboty dziennikarskiej czy w ogóle podejścia do życia, byliśmy starymi kumplami. Ze słowem „przyjaciel” zawsze obchodziłem się ostrożnie. Nie było ani potrzeby, ani sensu, żeby nakręcać spór.
Poszedłem do niego raz jeszcze, żeby wyjaśnić, dlaczego upierałem się przy mojej wersji tekstu bez jego poprawek. Kazałem mu otworzyć w necie stronę z Child Alertem.
– I co tu widzisz? – spytałem.
Parsknął śmiechem i odwinął się pytaniem:
– Chcesz się bawić w nauczyciela?
Pogroziłem mu palcem i wyjaśniłem spokojnie:
– Przypominam, że zdarzało mi się uczyć pisania reportaży nie raz i nie dwa.
– Dobra, niech będzie po twojemu. Mamy tu informację, że pięcioletni Mykoła Żadan zaginął dzisiaj około godziny ósmej rano w okolicach ulicy Artyleryjskiej 10 w Legnicy. W sumie mało konkretnie.
– Trafna uwaga. I zauważ też, że nie wspomina się o udziale osób trzecich, a to znaczy, że nie mają nic konkretnego, co wskazywałoby na ojca Mykoły jako porywacza. Ani na kogokolwiek innego. A w przypadku zaginięcia tak małego dziecka, na pewno nie czailiby się z podawaniem szczegółów, które mogłyby pomóc w namierzeniu ewentualnego porywacza, nie zasłanialiby się tajemnicą śledztwa czy podobnymi pierdołami proceduralnymi.
– Ale to przecież całkiem możliwe, bo jest wiele podobnych spraw uprowadzeń dokonywanych przez rodziców. A dokładniej przez ojców pozbawionych przez sądy rodzinne prawa do opieki nad dziećmi.
– Masz rację, tyle że policji potrzebne są dowody. Teraz działają ostrożnie, tym bardziej że mamy kampanię wyborczą.
– Co ma piernik do wiatraka?
– Maciek, co ty, wczoraj się urodziłeś? Informację, choćby nawet tylko pogłoskę, że Ukrainiec porwał małe dziecko, mniejsza, że własnego syna, na terenie naszego kraju, któryś z mniej lub bardziej porypanych kandydatów na prezydenta na pewno by rozdmuchał. Wiesz, narracja typu, że obcy, emigranci i tak dalej sieją zamęt w naszej spokojnej, mlekiem i miodem płynącej krainie.
Tylko pokiwał głową.
– To co robimy? – spytał. – Może dzieciak się znajdzie niedługo, ale i tak musimy mieć jakiś plan.
– Oczywiście, mam. Ja ci tego ojca Mykoły znajdę. Obojętnie, jak potoczy się sprawa, będziemy mieć przynajmniej jakiś materiał na później. Wiesz, mam nadzieję, że dziecko się znajdzie, ale i tak będzie można dalej ciągnąć temat, pokazywać tło zaginięcia. Czytelnicy lubią takie historie i jak wiesz, zwykle robi się z tego samograj. Aż do następnej równie głośnej sprawy.
– Fakt. Tylko że to plan, jak mi się zdaje, właśnie na później, a musisz działać zaraz, teraz.
– Ustalę, co wie policja i dlaczego tak mało.
– Czyli jednak będziesz się kontaktował z Mirosławą z komendy wojewódzkiej – powiedział ze śmiechem.
– Wal się – warknąłem. I żeby nie drążył tematu, od razu dodałem: – I postaram się jak najszybciej porozmawiać z Tatianą.
– To działaj.
– Dziękuję, panie redaktorze naczelny. Tylko taka mała prośba, nie wydzwaniaj do mnie co chwilę. Znajdź sobie inną ofiarę.
I nie czekając na ripostę Maćka, wyszedłem.
* * *
Nadkomisarz Mirosława Walas z Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu była moją dawną znajomą i wisiała mi przysługę. Doskonałe połączenie. I nie – wbrew podejrzeniom Maćka – nigdy z nią nie spałem, chociaż, nie powiem, kiedyś zakiełkowała we mnie ochota na łóżkowe figle z panią policjant. W tej kwestii Maciek dobrze mnie rozczytywał. Miałem tego rodzaju feler, że łatwo poddawałem się urokowi kobiet. Tyle tylko że w moim przypadku od zauroczenia do seksu droga nie zawsze była krótka i często zatrzymywałem się na niej mniej więcej w połowie.
Poznałem Mirosławę niespełna dziesięć lat temu, kiedy prowadziłem śledztwo w sprawie poważnego i wpływowego biznesmena z Dolnego Śląska, który miał bardzo niejasne powiązania z firmami mogącymi być pod kontrolą rosyjskiego wywiadu. Wprawdzie było to jeszcze grubo przed wybuchem wojny w Ukrainie, ale tego rodzaju koneksje zawsze śmierdziały na odległość i nie wyglądały dobrze w przestrzeni publicznej. Mówiąc wprost, mogły go skompromitować jako biznesmena o nieskrywanych ambicjach politycznych. A i prawicowca, który lubił poklęczeć sobie w rozmaitych znanych sanktuariach. Mirosława w tym samym czasie zajmowała się sprawą kilku gwałtów na bardzo młodych kobietach. Do tych przestępstw doszło w różnych miejscach regionu, ale wszystko wskazywało na to, że sprawcą był ten sam mężczyzna, bo _modus operandi_ był taki sam. Trochę przypadkowo trafiłem na dowody, że gwałcicielem był młodszy syn biznesmena, uważający, że może robić wszystko, bo ma bogatego tatusia, gotowego zawsze wyciągnąć go z problemów. Nienawidziłem facetów, którzy krzywdzili kobiety. Ustaliłem swoimi kanałami, kto prowadzi dochodzenie w sprawie gwałtów, i tak trafiłem na Mirosławę. Przekazałem jej dowody i nie chciałem niczego w zamian. Spotkaliśmy się raz czy drugi, chyba nawet się polubiliśmy, ale nic więcej. Utrzymywaliśmy kontakt, a właściwie bardziej robiłem to ja, konsultując z nią różne kryminalne tematy. Nigdy nie nadużywałem jej dobrej woli, więc miałem nadzieję, że tego dnia przyniesie to soczyste owoce.
Wybrałem numer Mirosławy, ale odrzuciła połączenie. Podobnie jak kilka następnych. Nie żebym się wkurzył, bo takie zagrywki od dawna nie robiły na mnie wrażenia, ale zależało mi na czasie, więc wpadłem na pomysł. Nieco wredny. Sprawdziłem godzinę, było ledwie po siedemnastej, więc uznałem, że spokojnie obrócę do Wrocławia i z powrotem przed zmierzchem. Daleko nie było.
Śmigając moją wysłużoną beczką na południe, przełączałem się z jednej stacji radiowej na drugą i szukałem informacji o Mykole. Nic nowego nie wypłynęło i było to coraz bardziej niepokojące. W przypadku zaginięć dzieci ważną rolę odgrywał czas. Im więcej mijało godzin od momentu zaginięcia, tym mniejsze były szanse, że dziecko się odnajdzie. A pięciolatek zaginął o ósmej rano. Przed wyjazdem w trasę posprawdzałem jeszcze procedury Child Alertu. Okazało się, że w ramach tego systemu alarmowego wiadomości o zaginionym rozpowszechniane są przez media przez dwanaście godzin. Alert ogłoszony został o czternastej. Zegar tykał nieubłaganie. Oczywiście procedury przewidywały, że jeśli dziecko wciąż się nie odnalazło, można alert powtórzyć. Tyle tylko, jak mi się wydawało, wtedy będzie już po ptokach. Oby nie.
Stanąłem na parkingu przy wrocławskim Podwalu, spojrzałem na budynek komendy wojewódzkiej. Pięciopiętrowy, o regularnych, chociaż nieco topornych kształtach, z czerwonej, mocno już poszarzałej cegły. Na moje oko taki trochę klasyk budynków użyteczności publicznej stawianych za Niemca. Nie tracąc czasu, wbiłem do środka i przedstawiłem się policjantowi dyżurnemu, machając mu przed oczami legitymacją prasową i podkreślając, że jestem reporterem śledczym. Z tym reporterem śledczym ściemniałem, bo już dawno nim nie byłem, ale dyżurny o tym na pewno nie wiedział. Oznajmiłem, że potrzebuję pilnego kontaktu z nadkomisarz Mirosławą Walas, co ściemą już nie było. Okazało się, że Mirosławy nie ma już w pracy, ale dyżurny miał ją poinformować, że się pojawiłem. O to mi chodziło. Teraz pozostawało tylko czekać. Miałem nadzieję, że nie nazbyt długo. Wróciłem na parking i zapaliłem. Ledwie zdążyłem wypalić papierosa, rozdzwoniła się komórka. Uśmiechnąłem się pod nosem.
– Czy ciebie, Kamilku, już ze szczętem popierdoliło? – przywitała się ze mną sympatycznie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki