Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Tylko wróć - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
14 stycznia 2026
44,99
4499 pkt
punktów Virtualo

Tylko wróć - ebook

Współczesna Polska. Legnica. Tajemnicze zniknięcie kilkuletniego chłopca i przejęty sprawą dziennikarz, który ma talent do rozwiązywania zagadek kryminalnych, ale też do pakowania się w kłopoty. Child Alert nie przynosi rezultatów, policja jest bezradna, a kolejne tropy prowadzą w ślepe uliczki. Uparty żurnalista nie daje jednak za wygraną, choć coraz bardziej wątpi w happy end. Robert Ostaszewski barwnie i dosadnie opisuje współczesne polskie realia, odsłaniając przed nami kulisy zarówno dziennikarskiego rzemiosła, jak i kryminalnego podziemia. Ta książka spowoduje, że będziemy zamykać drzwi naszych mieszkań na wszystkie zamki.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Horror i thriller
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8343-707-1
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Prolog

Trochę wcześniej

Rze­czy­wi­ście było zimno, czy jed­nak chłód wypły­wał ze środka ciała? Czy cią­gnął od czar­nego serca niczym zamróz po szy­bie, stop­niowo mro­ził całe ciało, para­li­żo­wał struny gło­sowe, tak by nie wydo­był się z nich żaden, naj­cich­szy nawet dźwięk pro­te­stu? W sumie mogło cho­dzić o pogodę, bo maj nie roz­piesz­czał aurą. Słońce wpraw­dzie świe­ciło cały dzień, ale mocne podmu­chy lodo­wa­tego wia­tru spra­wiały, że ludzie się kulili, prze­my­ka­jąc po chod­ni­kach. Niby wio­sna, niby radość. Jaka tam znowu radość…

Nie­zbyt rzu­ca­jący się w oczy gra­na­towy SUV Renault znik­nął już w tej czę­ści ulicy Zło­to­ryj­skiej, która prze­ci­nała Lasek Legnicki. Co z oczu, to z serca? Żeby to wszystko było takie pro­ste. Ta chwila, ta decy­zja na pewno nazna­czy całe życie. Pyta­nie tylko – jak mocno? Jakie będą kon­se­kwen­cje, bo jakieś być muszą. Tliła się nadzieja, że nie­wy­obra­żal­nym cudem wszystko rozej­dzie się po kościach. W życiu cza­sami tak bywa, że zło koniec koń­ców nie zostaje uka­rane. Czy nie w ten spo­sób myślą prze­stępcy, któ­rzy póź­niej i tak wpa­dają, tra­fia­jąc za kraty na dłu­gie lata?

Odwró­cić się i odejść, tyle tylko pozo­sta­wało. I na pewno nie oglą­dać się choćby raz, nie patrzeć za sie­bie. Zwy­czaj­nie iść krok po kroku, czu­jąc, jak serce, pomimo że jest czarne jak zasty­gła smoła, cią­gle bije. Dla naj­bliż­szych. Tylko dla nich.Ten, który jest podejrzany

12 maja 2025 roku, poniedziałek, Legnica, Wrocław

Stwier­dze­nie, że wsta­łem z łóżka, byłoby mocno na wyrost. Po pro­stu zwlo­kłem się z niego, bo nie mogłem znieść dzwo­nią­cej już chyba po raz czwarty czy piąty komórki. Dla­czego wie­czo­rem zosta­wi­łem ją na stole w kuchni? A kto mnie tam wie­dział. Pew­nie, zbie­ra­jąc się do snu, uzna­łem, że i tak nie zadzwoni nikt, z kim miał­bym ochotę poroz­ma­wiać. O czym­kol­wiek.

A jed­nak po chwili wie­dzia­łem. Z nieco splą­ta­nej snem pamięci wychy­nęło wspo­mnie­nie noc­nego zamie­sza­nia. Pró­bo­wała się ze mną skon­tak­to­wać moja incy­den­talna kochanka, Helena Żyt­nicka, którą nazy­wa­łem Helką Żywioł, bo co jakiś czas się zda­rzało, że z impe­tem wbi­jała w moje życie, powo­du­jąc nie lada zamęt. Mia­łem do niej nie­wy­tłu­ma­czalną sła­bość, więc nie potra­fi­łem być na tyle sta­now­czy, by zerwać z nią raz na zawsze. W swoim nie­po­wta­rzal­nym stylu zachciała ze mną kon­taktu, nic to, że koło trze­ciej w nocy. Dzwo­niła, wysy­łała wia­do­mo­ści i mejle. Nie mia­łem ochoty na wysłu­chi­wa­nie jej życio­wych sen­sa­cji-rewe­la­cji, więc zwy­czaj­nie wyci­szy­łem smart­fon i wynio­słem go do kuchni. Co z oczu, to z serca. Fakt, dzie­cinna stra­te­gia, jed­nak cza­sami spraw­dzała się wręcz wybor­nie.

Był ponie­dzia­łek, nie mia­łem kaca, bo w week­end pra­wie nie piłem, a musia­łem zwle­kać się z łóżka, bo mi się nie chciało. Nic. Stan dosko­nale znany mi od mie­sięcy, a kto wie, w róż­nym natę­że­niu może nawet od kilku lat, i chyba oswo­jony. Można by też mój stan okre­ślić w taki spo­sób, że nie spo­dzie­wa­łem się, aby w nowym dniu spo­tkało mnie cokol­wiek, co by mnie zain­te­re­so­wało. Czy w ogóle można tak żyć? Otóż mój nie nazbyt skom­pli­ko­wany przy­pa­dek potwier­dzał, że jak naj­bar­dziej. Czło­wiek z cza­sem do wszyst­kiego przy­wyk­nie. Try­wialna prawda, ale jed­nak prawda.

Poczła­pa­łem do kuchni, by się dowie­dzieć, kto do mnie tak usil­nie się dobi­jał. Spraw­dzi­łem ostat­nie kon­takty, oka­zało się, że dzwo­nili z redak­cji. Cho­lera, mogłem w pią­tek zapo­wie­dzieć, że w tym tygo­dniu będę pra­co­wał zdal­nie, tylko wyska­ku­jąc na mia­sto w poszu­ki­wa­niu mate­ria­łów do tek­stów albo po to, by zro­bić zdję­cia. Mądry Kamil po szko­dzie. Do redak­cji też mi się nie chciało cho­dzić, bo nie mia­łem wiel­kiej ochoty oglą­dać ludzi. Nie, wcale nie byłem mizan­tro­pem, więc akcep­to­wa­łem fakt, że w mojej pracy kon­takty z bliź­nimi są nie­unik­nione. W końcu musia­łem jakoś zara­biać na bułkę z cien­kim pla­strem szynki. Tyle tylko że zamie­rza­łem kon­tak­to­wać się z ludźmi na wła­snych zasa­dach, o ile było to moż­liwe. Uzna­łem więc, że z oddzwa­nia­niem do redak­cji spo­koj­nie mogę pocze­kać.

Posze­dłem do łazienki, obmy­łem twarz, sta­ra­jąc się zbyt uważ­nie nie wpa­try­wać w lustro. Nie było czego oglą­dać. Mia­łem pięć­dzie­siąt pięć lat i solid­nie zapra­co­wa­łem na swój wygląd. Wzią­łem szybki prysz­nic, a potem ubra­łem się w to, co zwy­kle, czyli w zie­lone bojówki i szarą bluzę z kap­tu­rem. Mia­łem sporą ochotę na papie­rosa, ale zga­si­łem ją w sobie. W życiu, w któ­rym na nic spe­cjal­nie się nie czeka, ważne są rytu­ały, bo zmu­szają do aktyw­no­ści i nadają dniom jako taki porzą­dek. Naj­pierw kawa i namiastka śnia­da­nia, potem fajka. Nie odwrot­nie. Posta­wi­łem kawiarkę na gazie i cze­ka­jąc, aż kawa będzie gotowa, zro­bi­łem sobie kanapkę z bia­łym serem i mio­dem. Pomy­śla­łem gorzko, że życie trzeba sobie dosła­dzać, kiedy tylko jest to moż­liwe. Nawet mio­dem wie­lo­kwia­to­wym z Bie­dry, o mocno nie­pew­nym skła­dzie.

Pod­sze­dłem do okna, uchy­li­łem je i wresz­cie pierw­szy raz tego dnia mogłem się zacią­gnąć. Pali­łem w środku, bo moje nie­wiel­kie miesz­ka­nie na par­te­rze nie miało bal­konu, a byłem już za stary, żeby wysta­wać z papie­ro­sem przed kamie­nicą. Poza tym kaza­łem odma­lo­wać całe miesz­ka­nie zaraz po tym, gdy opu­ścili je ostatni loka­to­rzy. Ściany wciąż były białe i minie sporo czasu, zanim pożółkną od dymu prze­mie­sza­nego z kurzem. Opar­łem ręce o para­pet i gapi­łem się przed sie­bie. Na stud­nię wiel­kiego podwórka, oko­lo­nego sta­rymi, trzy­pię­tro­wymi kamie­ni­cami. Pobu­do­wano na nim bez ładu i składu garaże oraz komórki. Par­ko­wały tam pod tyl­nymi wej­ściami do kla­tek scho­do­wych samo­chody, stały rowery i hulaj­nogi elek­tryczne. Pra­wie pod samym oknem mia­łem śmiet­nik. Cza­sami prze­cho­dziło mi przez myśl, że jest to nie­zła meta­fora obec­nego momentu w moim życiu.

Z moim miesz­ka­niem to była cie­kawa histo­ria, potwier­dza­jąca, że bywały czasy, kiedy mia­łem farta. Kil­ka­na­ście lat wcze­śniej odzie­dzi­czy­łem je po ciotce. Za cho­lerę nie wiem, czemu zapi­sała je aku­rat mnie. Może nie miała nikogo bliż­szego, bo przez całe życie była sama, a przy­naj­mniej nie wie­dzia­łem o tym, by zwią­zała się z kimś na dłu­żej czy trwa­lej. Może spodo­bał jej się sio­strze­niec z Kato­wic, który za dzie­ciaka cza­sami wpa­dał do niej na waka­cje. A może zwy­czaj­nie miała taki kaprys. Oczy­wi­ście w rodzi­nie były dąsy z tego powodu, że lokum, na które pew­nie nie­któ­rzy ostrzyli sobie zęby, przy­pa­dło majęt­nemu dzien­ni­ka­rzy­nie z War­szawy. Z tą majęt­no­ścią to gruba prze­sada. Tylko wzru­szy­łem ramio­nami, bo wtedy mało czym się przej­mo­wa­łem, przy­ją­łem spa­dek. Odre­mon­to­wa­łem miesz­ka­nie i poszło na wyna­jem. I tyle. Nie były to żadne luk­susy, pokój z kuch­nią i łazienką, pew­nie dawno temu wykro­jone z więk­szego miesz­ka­nia. Wszyst­kie pomiesz­cze­nia były jed­nak prze­stronne i wyso­kie. Przez więk­szość życia zwy­kle miesz­ka­łem w blo­kach, peere­low­skich i tro­chę now­szych, więc teraz, kiedy tu tra­fi­łem, zaczą­łem tę prze­strzen­ność doce­niać.

Z nie tak znowu daw­nych cza­sów zostało mi przy­zwy­cza­je­nie, że roz­po­czy­na­łem dzień od pra­sówki. Tak to się lata temu nazy­wało. Włą­czy­łem lap­topa, aby spraw­dzić, co tam złego w kraju i za gra­nicą. Złe wia­do­mo­ści są solą dzien­ni­kar­stwa. A i pie­przem. Wes­tchną­łem, bo z miej­sca zaata­ko­wały mnie newsy o kolej­nych zakrę­tach w histo­rii kawa­lerki pana Jerzego, którą prze­jął kan­dy­dat na pre­zy­denta Nawrocki. Kie­dyś pew­nie i mnie roz­pa­li­łaby ta histo­ria do bia­ło­ści, też chciał­bym drą­żyć do spodu, dla­czego i w jakich oko­licz­no­ściach miesz­ka­nie prze­szło na wła­sność kan­dy­data. Tyle tylko że doży­łem cza­sów, w któ­rych nawet naj­gor­sza upu­blicz­niona prawda o poli­ty­kach nie prze­są­dzała wła­ści­wie o niczym. Byłem pewien, że nie­za­leż­nie od tego, czy Nawrocki okaże się cze­go­kol­wiek winny czy nie, nie­spe­cjal­nie wpły­nie to na jego słu­pek w son­da­żach.

Nagle pod masą bez­sen­sow­nych mate­ria­łów o poli­tycz­nej bie­żączce rzu­ciła mi się w oczy zajawka tek­stu, która zapa­liła mi w gło­wie czer­woną lampkę. Klik­ną­łem i szybko prze­czy­ta­łem nie­wielką notatkę.

– Szlag by to ciężki!

Już wie­dzia­łem, dla­czego dobi­jali się do mnie z redak­cji.

* * *

– Ooo, redak­tor Łoziń­ski wresz­cie raczył się zja­wić. Zawsze pierw­szy po gorą­cego newsa – przy­wi­tał mnie zgryź­li­wie naczelny.

Wzru­szy­łem ramio­nami, bo od dawna tego rodzaju słowa mnie nie ruszały. Ani tro­chę. Do tego wypo­wie­dział je Maciek Rataj­czyk, z któ­rym zna­li­śmy się jak łyse konie. Obaj stu­dio­wa­li­śmy dzien­ni­kar­stwo na UJ-ocie w tym samym cza­sie, obaj ruszy­li­śmy na pod­bój dzien­ni­kar­skiej ziemi obie­ca­nej do sto­licy. Mnie się udało. Tak mniej wię­cej. Jemu nie bar­dzo. Nie mam poję­cia, czy czuł o to do mnie żal. Ja nie pyta­łem, on nie zdra­dzał się z emo­cjami.

– Dobi­jam się do cie­bie od rana – cią­gnął poła­janki. – Czyż­byś dołą­czył do ludzi, któ­rzy śpie­szą się powoli?

– Dobrze, zejdź ze mnie. Poga­dajmy o robo­cie, bo nie ma czasu.

– Świet­nie, że to zauwa­ży­łeś.

Kolejny raz zigno­ro­wa­łem jego zaczepkę i spy­ta­łem:

– Udało ci się już usta­lić jakieś kon­krety?

– Nie­wiele poza tym, co raczyła udo­stęp­nić poli­cja. Zagi­niony dzie­ciak to Mykoła Ż. Ma pięć lat, jest Ukra­iń­cem i ostat­nio był widziany na ulicy Arty­le­ryj­skiej 10. Lucjan od swo­jego zna­jomka z poli­cji dowie­dział się, że dzie­ciak znik­nął przed ósmą rano.

Spoj­rza­łem na zegar ścienny w pokoju Macieja.

– Led­wie minęło połu­dnie, ale…

– Przy spra­wach zwią­za­nych z dziećmi wszy­scy dzia­łają szybko – dokoń­czył za mnie.

– Jasne, tylko że wiesz, w więk­szo­ści takich przy­pad­ków dzieci znaj­dują się tego samego dnia, bo zaraz wycho­dzi, że nawa­leni albo naćpani rodzice nie zauwa­żyli, że dzie­ciak wybrał się do dziad­ków. Albo się oka­zuje, że cho­dziło o upro­wa­dze­nie rodzi­ciel­skie, które rów­nież szybko prze­staje być tajem­nicą.

– Czy ty się migasz od roboty? – Maciek zmarsz­czył krza­cza­ste brwi.

– Tylko stwier­dzam fakty.

– To ja ci powiem, jakie są te fakty. To nie my pierwsi puści­li­śmy newsa o zagi­nię­ciu Mykoły, a to prze­cież nasz teren. Ktoś u nas zaspał… Mniej­sza – mach­nął ręką. – Jak chło­pa­czek, odpu­kać, w ciągu kilku godzin się nie znaj­dzie, zaraz będziemy mieli na karku war­szaw­skie hieny z tele­wi­zo­rów.

Czy mi się tylko zda­wało, czy spoj­rzał na mnie z dziw­nym bły­skiem w oku?

– Musimy więc zagęsz­czać ruchy, żeby jak naj­szyb­ciej dowie­dzieć się wszyst­kiego o spra­wie. Przed wszyst­kimi – wresz­cie naczelny prze­szedł do kon­kret­nych pole­ceń.

– Maciek, nie tłu­macz mi oczy­wi­sto­ści. Tylko muszę się chwilę zasta­no­wić, jak to ugryźć. Skoro Lucjan nie­wiele dowie­dział się od poli­cji, ja też dużo u nich nie zdzia­łam. Jestem tu krótko, jesz­cze nie wyro­bi­łem sobie na tyle solid­nych kon­tak­tów, żeby sku­tecz­nie wycią­gać od nich poufne infor­ma­cje.

– Ale prze­cież masz tę Miro­sławę z komendy woje­wódz­kiej. Tak z próż­nej cie­ka­wo­ści, wy jesz­cze ze sobą krę­ci­cie?

Prych­ną­łem, bo jed­nak nieco pod­niósł mi ciśnie­nie, nie za dużo, mniej wię­cej tak jak pół nie­spe­cjal­nie moc­nej kawy. Moja sława naj­więk­szego lowe­lasa w śro­do­wi­sku dzien­ni­kar­skim była mocno prze­sa­dzona. Cho­ciaż, nie powiem, mia­łem sporo za uszami.

– Cze­pliwy dzi­siaj jesteś – nie poda­ro­wa­łem sobie komen­ta­rza. – Ni­gdy z nią nie byłem. Kie­dyś wymie­nia­li­śmy się infor­ma­cjami, i tyle.

Uniósł otwarte dło­nie w uspo­ka­ja­ją­cym geście.

– Nie wni­kam, z kim tam aku­rat sypiasz i czy z przy­jem­no­ścią czy bez. Tylko że wła­śnie teraz infor­ma­cje są nam potrzebne. Wła­ści­wie na już.

Wsta­łem z krze­sełka i rzu­ci­łem:

– I ja ci je dam.

– Cze­kam w napię­ciu.

Pozwo­li­łem mu mieć ostat­nie zda­nie. W końcu był naczel­nym.

* * *

Wysze­dłem przed trzy­pię­trową, nie nazbyt repre­zen­ta­cyjną kamie­nicę, w któ­rej sie­dzibę miał por­tal infor­ma­cyjno-publi­cy­styczny o śred­nio wyszu­ka­nej nazwie Nasza­le­gnica.pl. Zapa­li­łem i zer­k­ną­łem na tabliczkę z nume­rem. Dzien­ni­kar­ska 10. Ni­gdy nie dopy­ty­wa­łem, czy ktoś spe­cjal­nie wybrał lokum redak­cji przy ulicy o tej nazwie, może dla żartu, czy naj­zwy­czaj­niej w świe­cie cho­dziło o taki, a nie inny czynsz. Raczej niż­szy. Tak czy siak zda­rzało nam się z kole­gami żar­to­wać, że w tym miej­scu upra­wia się dzien­ni­kar­stwo na dzie­siątkę. Oczy­wi­ście w dzie­się­cio­stop­nio­wej skali.

W pobliżu nie było kosza na śmieci, więc wrzu­ci­łem peta do kratki ście­ko­wej. W pierw­szej chwili ruszy­łem w stronę zapar­ko­wa­nego nie­da­leko samo­chodu, bor­do­wego Mer­ce­desa zwa­nego beczką. Miał swoje lata, ale się pocie­sza­łem, że jed­nak jest młod­szy ode mnie. Już mia­łem wsia­dać i odpa­lać, gdy zmie­ni­łem zda­nie. Musia­łem naj­pierw poukła­dać sobie wszystko w gło­wie, stwo­rzyć cho­ciażby szki­cowy plan dzia­ła­nia. Tak mia­łem i czę­sto rato­wało mi to chudy tyłek. Do tego potrze­bo­wa­łem dru­giej kawy, więc zro­bi­łem sobie spa­cer prze­ci­na­ją­cymi sta­rówkę uli­cami Zło­to­ryj­ską i Naj­święt­szej Marii Panny do kawiarni White Bear. Kawa tam nie była tania, za to zacna. W sumie nie musia­łem liczyć się z kasą. Zara­bia­łem tyle, że mnie, od dłuż­szego czasu sin­glowi, wystar­czało na wszystko. A na dokładkę ostat­nio poszczę­ściło mi się w obsta­wia­niu wyni­ków ligi angiel­skiej. Man­che­ster Uni­ted mnie nie zawiódł i znowu nie wygrał.

Cze­ka­jąc na kawę, tęsk­nie spoj­rza­łem na ulicę. Wciąż jesz­cze kawiar­nia nie wysta­wiała sto­li­ków w ogródku na dep­taku. Szkoda, bo wtedy mógł­bym też spo­koj­nie palić. Wia­domo, że kawa i fajki to ide­alne połą­cze­nie. Trudno się było jed­nak dzi­wić, bo wciąż pano­wało dotkliwe zimno. _Wyjąt­kowo zimny maj_, przy­po­mniał mi się stary prze­bój Maanamu. Nic dodać, nic ująć.

Wzią­łem sobie naj­więk­szą kawę, żeby potem nie ganiać za kolej­nymi daw­kami kofe­iny. Usia­dłem w fotelu, wygod­nym, tyle że w pokrowcu w badziewny, bar­dzo kolo­rowy kwia­towy wzór. Sporo było podob­nych w tej knaj­pie. Trudno, zamyka się oczy i żyje się dalej. Zaczą­łem od spraw­dze­nia w smart­fo­nie, czy nie poja­wiły się nowe wia­do­mo­ści w spra­wie Mykoły Ż. Niczego nowego nie zna­la­złem. Tro­chę dziwne. Czyżby poli­cja zba­ga­te­li­zo­wała sprawę ukra­iń­skiego dziecka? Cóż, nasz kraj bogo­boj­nych kato­li­ków, szcze­rze miłu­ją­cych Pana, za to nie­ko­niecz­nie kocha­ją­cych bliź­nich swo­ich, nie takie rze­czy już widział. Cho­ciaż w przy­padku domnie­ma­nej krzywdy dziecka zwy­kle wszy­scy się spi­nali, nie wni­ka­jąc, jakiej jest ono naro­do­wo­ści.

Prawdę powie­dziaw­szy, kiedy byłem repor­te­rem śled­czym, nie zaj­mo­wa­łem się spra­wami zagi­nięć ludzi. Pra­wie żad­nymi. Chyba że aku­rat był to wątek zwią­zany z pro­wa­dzoną przeze mnie sprawą. Inte­re­so­wała mnie zor­ga­ni­zo­wana prze­stęp­czość, krę­ciło wycią­ga­nie na świa­tło dzienne więk­szych i mniej­szych tajem­nic moż­nych tego świata. Wła­śnie tego rodzaju i kali­bru tematy. Zagi­nię­cia były dla mnie tra­gicz­nymi, ale dosyć pospo­li­tymi przy­pad­kami. Wpa­dły mi kie­dyś w oczy sta­ty­styki, że w Pol­sce każ­dego roku docho­dzi do mniej wię­cej dwu­dzie­stu pię­ciu tysięcy zagi­nięć. W sumie to dosyć prze­ra­ża­jące, bo ozna­cza, że corocz­nie tak jakby znika cał­ko­wi­cie nie takie znów małe mia­sto. Spora część z tych ludzi nie odnaj­dy­wała się ni­gdy, bo albo nie żyła, albo sku­tecz­nie odcięła się od poprzed­niego życia, zacie­ra­jąc za sobą ślady. Tyle tylko że teraz zwy­czaj­nie musia­łem zająć się zagi­nię­ciem pię­cio­latka, a do tego spo­koj­nie mogłem sobie z tym pora­dzić. Zna­łem się na rze­czy, na pro­wa­dze­niu docho­dzeń, dogrze­by­wa­niu się do prawdy, jaka­kol­wiek by ona była. A na dokładkę powi­nie­nem słu­chać pole­ceń Maćka. W końcu nie byłem już nawet upa­dłym dzien­ni­ka­rzem śled­czym, a jedy­nie dzien­ni­ka­rzyną do wszyst­kiego w lokal­nym por­talu infor­ma­cyj­nym. Musia­łem pisać o wszyst­kim, to i pisa­łem. Jedy­nie od zaj­mo­wa­nia się róż­nymi popier­duł­kami doty­czą­cymi codzien­nego życia urzę­dów i lokal­nych władz, od pisa­nia roz­ma­itych spra­woz­dań z posie­dzeń rady mia­sta i temu podob­nych rze­czy miga­łem się, jak mogłem. Na szczę­ście to był konik redak­tora Lucjana Mycia, który sam był nudny, więc po mojemu nawet paso­wało mu zami­ło­wa­nie do nud­nych aż do bólu tema­tów. Z rado­ścią mu takie odstę­po­wa­łem.

A teraz po pro­stu zajmę się sprawą Mykoły Ż.

Po kolej­nym łyku kawy jed­nak naszły mnie wąt­pli­wo­ści. Może poli­cja mil­czy, bo na razie też nie do końca wie, co sądzić o tej spra­wie. Może cho­dzi o kolejny zatarg rodzi­ców, któ­rzy po roz­wo­dzie wal­czą o opiekę nad dziećmi, co jesz­cze bar­dziej się kom­pli­kuje, gdy mał­żeń­stwo jest dwu­na­ro­dowe. Takich przy­pad­ków tra­fia się od cho­lery i tro­chę, a to pra­wie zawsze są deli­katne kwe­stie. Zna­łem temat o tyle, że kie­dyś mój kum­pel wal­czył z byłą o opiekę nad dzie­wię­cio­let­nim synem. I oczy­wi­ście wiele nie zwo­jo­wał. W takich spra­wach sądy rodzinne zwy­kle biorą stronę kobiet. Rów­nie dobrze może cho­dzić o też nie­rzadki przy­pa­dek, że pijani albo naćpani rodzice nie wie­dzą, gdzie jest ich dziecko – co już wcze­śniej wpa­dło mi do głowy. Może błąka się po uli­cach… Kurde, zaczy­nam wymy­ślać ponad miarę i roz­są­dek. Pię­cio­la­tek, który cho­dziłby sam po mie­ście, na pewno szybko zwró­ciłby czy­jąś uwagę. Ludzie są prze­wraż­li­wieni na punk­cie dzieci, moim zda­niem cza­sami aż za bar­dzo. Wystar­czy, że uśmiech­niesz się do obcego dziecka, a już zaczy­nają patrzeć na cie­bie jak na pedo­fila.

Wysze­dłem przed kawiar­nię i zapa­li­łem.

– Pie­przę, po pro­stu to zro­bię, i tyle – mruk­ną­łem pod nosem.

Posta­no­wi­łem, że prze­stanę mno­żyć wąt­pli­wo­ści i zwy­czaj­nie zajmę się dzien­ni­kar­ską robotą. Koniec języka za prze­wod­nika, te sprawy. Na razie jedy­nie mogłem pokrę­cić się po oko­licy, w któ­rej miesz­kała rodzina zagi­nio­nego chłopca, i jak naj­wię­cej dowie­dzieć się o niej. Na szczę­ście Lucjan wydę­bił od swo­jego poli­cyj­nego infor­ma­tora adres. Brawo on, przy­naj­mniej odjął mi roboty.

* * *

Wró­ci­łem pod sie­dzibę redak­cji po samo­chód, bo spa­cery dla zdro­wot­no­ści są podobno istotne, ale w moim wieku trzeba oszczę­dzać nogi. Tym bar­dziej że nie wyklu­cza­łem koniecz­no­ści pokrę­ce­nia się po mie­ście, bo Maciek znowu dzwo­nił i wywi­jał pej­czem. Dopy­ty­wał się, czy mam coś dla niego, cokol­wiek. Odpo­wie­dzia­łem mu, że takie sprawy to nie bieg na sto metrów, tro­chę trzeba pocze­kać na wyniki. Coś zaczął maru­dzić w swoim nie­po­wta­rzal­nym stylu, ale się roz­łą­czy­łem. Od pew­nego czasu byłem nie­spo­ty­ka­nie spo­koj­nym i cier­pli­wym czło­wie­kiem, ale wszystko ma swoje gra­nice.

Z ulicy Zło­to­ryj­skiej skrę­ci­łem w Arty­le­ryj­ską. To aku­rat była tro­chę bar­dziej blo­ko­wi­skowa część cen­trum mia­sta. Jak fak­tycz­nie nazy­wała się ta dziel­nica? Nie mia­łem poję­cia. Wpraw­dzie miesz­ka­łem w Legnicy nie­całe pół roku, ale byłem jed­nak tak jakby lokal­nym dzien­ni­ka­rzem, więc powi­nie­nem się zain­te­re­so­wać. Tyle że, uwaga, abso­lutna nie­spo­dzianka, nie chciało mi się w stop­niu znacz­nym. Doto­czy­łem się do skrzy­żo­wa­nia z Saper­ską i skrę­ci­łem w prawo. Zapar­ko­wa­łem na pierw­szym dostęp­nym miej­scu, bar­dzo dokład­nie i popraw­nie, bo zauwa­ży­łem, że krę­ciło się tu dużo poli­cjan­tów. Trudno, żeby było ina­czej. A nuż któ­ryś zain­te­re­so­wałby się źle zapar­ko­wa­nym autem. Nie lubi­łem dosta­wać man­da­tów. Wró­ci­łem do skrzy­żo­wa­nia i rozej­rza­łem się po oko­licy. Nie­zły archi­tek­to­niczny misz­masz. Po dru­giej stro­nie Arty­le­ryj­skiej cią­gnął się sze­reg sta­rych kamie­nic. Na prze­ciw­le­głym rogu Arty­le­ryj­skiej i Saper­skiej stał cał­kiem nie­źle zapro­jek­to­wany apar­ta­men­to­wiec. Na dru­gim – czte­ro­pię­trowy, wie­lo­klat­kowy blok, na moje oko wybu­do­wany w cza­sach PRL-u. I to wła­śnie tam miesz­kała rodzina Mykoły.

Zapa­li­łem i posze­dłem w stronę wejść do kla­tek scho­do­wych. Nie musia­łem spraw­dzać, któ­rej klatki szu­kam, bo wska­zy­wały to dwa radio­wozy zapar­ko­wane przed jedną z nich. I jedno zwy­kłe auto, które pew­nie było nie­ozna­ko­wa­nym samo­cho­dem poli­cyj­nym. Podej­rze­wa­łem, że tak będzie i że raczej szybko nie uda mi się poroz­ma­wiać z rodzi­cami czy rodzi­cem pię­cio­latka. Byłem też pewien, że nie ma sensu pytać o cokol­wiek poli­cjan­tów, bo z doświad­cze­nia wie­dzia­łem, że na tym eta­pie dowiem się tylko cze­goś w rodzaju, że śledz­two jest w toku, albo usły­szę war­kliwe „bez komen­ta­rza”. Mia­łem jed­nak plan. Chcia­łem się przejść po sąsia­dach i popy­tać o rodzinę Mykoły. Upier­dliwa robota, ale liczy­łem na to, że uda mi się tra­fić na jaką­kol­wiek infor­ma­cję, którą zatkam na chwilę głodny dziób naczel­nego.

Przez moment zasta­na­wia­łem się, czy nie pójść w legendę pry­wat­nego detek­tywa, który szuka zagi­nio­nego chło­paczka. Aż uśmia­łem się w głos sam z sie­bie, bo tego dnia naprawdę przy­cho­dziły mi do głowy dziwne czy wła­ści­wie głu­pawe pomy­sły i kon­cep­cje. Prze­cież detek­tyw nie nale­żał u nas do sza­no­wa­nych zawo­dów. Na taką opi­nię mocno sobie zapra­co­wali detek­tyw Rut­kow­ski i jemu podobni. Zawie­si­łem więc na szyi legi­ty­ma­cję pra­sową i łazi­łem od miesz­ka­nia do miesz­ka­nia niczym nie­ludzko cier­pliwy akwi­zy­tor. Dowia­dy­wa­łem się róż­nych mniej lub bar­dziej cie­ka­wych rze­czy o sobie, spra­wie zagi­nio­nego dziecka i o świe­cie, a także bliź­nich – że jestem dzien­ni­kar­ską mendą, że to taka tra­ge­dia, panie, pedo­fil go pew­nie porwał, że nie mam co pytać, bo w tej oko­licy to każdy tylko swo­ich spraw pil­nuje, że jeśli jestem z tego, tfu, TVN-u, to mam spier­da­lać, że dowiem się wszyst­kiego, doku­ment­nie wszyst­kiego i na dokładkę z pikant­nymi szcze­gó­łami, jeśli tylko zapłacę pięć­set zło­tych, naj­le­piej od razu z ręki do ręki. Aż w końcu tra­fi­łem na panią Zofię i ode­tchną­łem z ulgą, bo już zaczy­nały mnie boleć nogi od cho­dze­nia po scho­dach.

Pani Zofia miała siwe włosy zwią­zane w koń­ski ogon, twarz pokrytą sia­teczką zmarsz­czek, maniery przed­wo­jen­nej szlach­cianki. I psa Kak­tusa, terie­ro­po­dob­nego kun­delka. Zapew­niła mnie, że jeśli tylko to w czym­kol­wiek pomoże, opo­wie mi wszystko, co wie o bied­nej dzie­ci­nie i jego matce. Tro­chę zanie­po­ko­iło mnie słowo „wszystko”, bo jak znie­kształ­cone echo odpo­wia­dało mu słowo „kon­fa­bu­la­cja”, ale co mi szko­dziło posłu­chać pani Zofii. Tym bar­dziej że poczę­sto­wała mnie kawą i pysz­nym ser­ni­kiem wie­deń­skim domo­wej roboty.

Kiedy poja­dłem cia­sta i szcze­rze pochwa­li­łem, bo było wybitne, spy­ta­łem:

– Czyli zna pani Mykołę i jego matkę?

Pani Zofia uśmiech­nęła się lekko i odpo­wie­działa:

– Że znam, to za dużo powie­dziane, po pro­stu koja­rzę, że miesz­kają w klatce obok, i cza­sami ich widuję. I zda­rzało się, że sły­sza­łam, o czym mówi Tatiana.

– Tatiana? Tak ma na imię matka Mykoły?

– Tak.

– A skąd pani wie?

– Ona pra­cuje w Żabce, która jest tu nie­da­leko. A oni noszą przy­pięte do bluz tabliczki z imio­nami.

Byłem pełen podziwu dla pani Zofii, bo jak na swój wiek umysł wciąż miała jak brzy­twa.

– Z tego, co pani powie­działa do tej pory, wynika, że chło­piec mieszka tylko z matką, bo nie wspo­mniała pani o ojcu, czy tak?

– To ja może dla porządku po pro­stu opo­wiem wszystko to, co wiem o Mykole i Tatia­nie. A póź­niej będzie pan dopy­ty­wał. Może tak być?

W odpo­wie­dzi ski­ną­łem głową.

– Przy­je­chali ze Lwowa we trójkę zaraz po wybu­chu wojny roz­pę­ta­nej przez tego dra­nia Putina… Że też taka swo­łocz cią­gle cho­dzi po świe­cie, a tyle dobrych ludzi już dawno umarło.

W gło­wie zami­go­tała mi czer­wona lampka. Czy pani Zofia chce mi opo­wie­dzieć zmy­śloną histo­ryjkę tylko po to, żeby mieć słu­cha­cza? Zda­rzało mi się tra­fiać na star­szych ludzi, któ­rzy sto­so­wali taką stra­te­gię. Prze­rwa­łem jej, macha­jąc ręką.

– Zaraz, moment. Powie­działa pani wcze­śniej, że tylko widy­wała pani tę dwójkę, więc skąd zna pani takie szcze­góły?

Spoj­rzała na mnie z figlar­nym bły­skiem w oku znad kra­wę­dzi oku­la­rów, nieco opusz­czo­nych na nosie. „Figlarny” – w tym przy­padku to było jak naj­wła­ściw­sze słowo.

– Tro­chę wiary w czło­wieka, młody panie.

Z tru­dem poha­mo­wa­łem się przed wybu­chem śmie­chu. Ja i młody, dobre sobie.

– Od lat miesz­kam sama, bo mąż dawno odumarł. No, nie taka sama, bo z tym łobu­zem – poczo­chrała po gło­wie psa, który nie odstę­po­wał swo­jej pani na krok. – Czę­sto wycho­dzę z Kak­tu­sem na spa­cery albo sie­dzę sobie na ławce pod blo­kiem, jak mi już się znu­dzi oglą­da­nie moich czte­rech ścian.

Nie mia­łem poję­cia, do czego ta opo­wieść zmie­rza, ale nie prze­ry­wa­łem pani Zofii. Niech się wygada. Cza­sami wystar­czy cier­pli­wie słu­chać, aby dowie­dzieć się wszyst­kiego, co naj­waż­niej­sze.

– I sły­szę, co mówią Ukra­ińcy przez tele­fon, w tym rów­nież Tatiana. Oni mają taki zwy­czaj, że czę­sto wycho­dzą przed blok i roz­ma­wiają bez skrę­po­wa­nia, bo pew­nie im się wydaje, że nikt ich tu nie rozu­mie.

Plus dla pani Zofii za kolejną, nie­zwy­kle trafną uwagę. Przy­znam, że i mnie cza­sami tra­fiał szlag, kiedy w kolejce w skle­pie ukra­iń­scy mło­dzieńcy blu­zgali ponad miarę. Więk­szość Ukra­iń­ców, na któ­rych się naty­ka­łem, mówiła po rosyj­sku, a ja ten język rów­nież pozna­łem. Dla mojego poko­le­nia to nie była żadna sztuka, bo obo­wiąz­kowo uczono nas rosyj­skiego w szko­łach. Tyle że jak to ja – w takich przy­pad­kach nie chciało mi się nakrę­cać afery.

– Zda­rzało mi się, że docie­rały do mnie strzępy roz­mów Tatiany – kon­ty­nu­owała pani Zofia. – I z nich się dowie­dzia­łam, że przy­je­chała z mężem, ale go póź­niej pogo­niła, cho­ciaż nie wiem, co prze­skro­bał. Zresztą raz go nawet widzia­łam.

Mój podziw dla seniorki rósł z każdą minutą, bo była lep­sza niż świet­nie wyszko­lony ofi­cer wywiadu.

– Podej­rze­wam, że tutaj? – wresz­cie pod­rzu­ci­łem pyta­nie.

– Tak. Tam koło sąsied­niego bloku jest duży plac zabaw. Tatiana cho­dzi tam z Mykołą, żeby chło­pa­czek się poba­wił. Ja cza­sami też tam prze­sia­duję, żeby popa­trzeć na dzieci. Swo­ich ni­gdy nie mia­łam, omi­nęło mnie bycie matką, bab­cią… – urwała nagle. Na moment zamarła, wbi­ja­jąc wzrok w ścianę dużego pokoju. Potem jakby się ock­nęła, potrzą­snęła głową. – Nie ma sensu zadrę­czać się prze­szło­ścią. Zresztą nie przy­szedł pan, żeby wysłu­chi­wać narze­kań sta­ruszki.

– Pani Zofio, pani nie jest…

Prze­rwała mi z uśmie­chem.

– Nie musi pan koń­czyć, młody czło­wieku, ale dzię­kuję za dobre chęci. Wrócę do tam­tej sytu­acji na placu zabaw. Przy­szłam tam z Kak­tu­sem, kiedy aku­rat był też Mykoła z matką. Chło­pa­czek się bawił z innymi dzie­cia­kami, naszymi i ukra­iń­skimi. Wie pan, dzie­ciaki zawsze się ze sobą doga­dają, tyle że nie­stety póź­niej dora­stają… – znowu prze­rwała, ale tylko na moment. – Tatiana patrzyła na niego z takim, wie pan, odda­niem. Moim zda­niem jest bar­dzo dobrą matką. W pew­nym momen­cie poja­wił się męż­czy­zna z nie­dużą paczką w ręku i szedł w stronę Mykoły. Jak Tatiana go zoba­czyła, od razu do niego pod­bie­gła. Zaczęła go odcią­gać od placu zabaw. Z miej­sca zaczęli się kłó­cić. Za wiele do moich uszu nie dotarło, ale Tatiana powta­rzała, że nie powi­nien tu przy­cho­dzić i że tylko mie­sza synowi w gło­wie. On wyglą­dał na takiego… Nie do końca wiem, jak to ująć. Pokor­nego, tro­chę zre­zy­gno­wa­nego. Coś jej pró­bo­wał tłu­ma­czyć.

– To była ostra sprzeczka? Szar­pali się może?

– Nic z tych rze­czy. To się po chwili i tak skoń­czyło. Bar­dzo nie­przy­jem­nie. Mykoła zauwa­żył ojca, zawo­łał do niego i zaczął biec. Tatiana powie­działa coś ostro do męż­czy­zny. Wci­snął jej paczkę i odszedł. Chwy­ciła syna, który wyry­wał się i pła­kał. Tatiana tuliła go, trzy­ma­jąc mocno, coś do niego mówiła, ale on się nie uspo­ka­jał. Przej­mu­jąca scena, serce mi się kra­jało. Tylko tak to już czę­sto bywa. Rodzice się kłócą, roz­wo­dzą, a naj­bar­dziej cier­pią na tym dzieci. Takie życie.

Trudno mi się było z tym nie zgo­dzić, bo zna­łem wiele podob­nych przy­pad­ków z mojego oto­cze­nia.

– Pamięta pani, kiedy to się wyda­rzyło?

– Tak dokład­nie to nie, bo umysł… – popu­kała się pal­cem w głowę – już nie ten. Na pewno w zeszłym roku i praw­do­po­dob­nie latem, bo dzieci na placu zabaw były lekko ubrane.

– A od kiedy Tatiana z synem miesz­kają w pani bloku?

– Tak mniej wię­cej to będą już ze dwa lata.

Chcia­łem jesz­cze dopy­tać, jak wygląda ojciec Mykoły, ale nagle stało się coś nie­po­ko­ją­cego. Pani Zofia znie­ru­cho­miała ze wzro­kiem wbi­tym gdzieś obok mnie. Mniej wię­cej w kie­runku sto­ją­cego tam tele­wi­zora, który nasta­wiony był na kanał infor­ma­cyjny. Sta­ruszka wyłą­czyła dźwięk na początku naszej roz­mowy. Kiedy zaczął jej drżeć pod­bró­dek, odwró­ci­łem się i zro­zu­mia­łem, co się dzieje.

– To on, on… – pani Zofia tylko tyle zdo­łała wydu­kać, bo wybu­chła pła­czem.

Na ekra­nie tele­wi­zora wid­niało zdję­cie chłop­czyka, szczu­płego blon­dynka.

* * *

Tele­fon mia­łem wyci­szony, ale czu­łem jego wibra­cje, kiedy pró­bo­wa­łem jako tako uspo­koić panią Zofię. Ktoś się do mnie dobi­jał i mogłem się zało­żyć o spore pie­nią­dze, że bez zaglą­da­nia do smart­fona zgadnę, kto to taki. Zakład pra­wie tak pewny jak obsta­wia­nie porażki Legii War­szawa w przed­ostat­niej kolejce Eks­tra­klasy, bo ten zespół pod koniec sezonu grał straszną padakę. Sta­ruszka prze­stała łkać, zaraz zaczęła mnie prze­pra­szać za swoje zała­ma­nie. Powie­dzia­łem, że abso­lut­nie nie ma za co, spy­ta­łem, czy mogę ją zosta­wić samą. Odparła, że da sobie radę, bo nie z takimi cię­ża­rami w życiu radziła sobie w poje­dynkę. Mia­łem taką nadzieję, bo naprawdę nie chcia­łem, żeby coś jej się stało z powodu stresu. Polu­bi­łem sta­ro­winkę.

Chwy­ci­łem za tele­fon, kiedy tylko wypry­sną­łem z klatki scho­do­wej. Oczy­wi­ście wygra­łem zakład z samym sobą. Trzy razy dzwo­nił do mnie naczelny. Bio­rąc pod uwagę, co się stało, nawet się nie dzi­wi­łem, że był nie­cier­pliwy, a może nawet wkur­wiony ponad miarę. Nie chciało mi się strzę­pić języka po próż­nicy, więc tylko puści­łem mu SMS-a z info, że jestem w dro­dze. Naj­pierw ruszy­łem w stronę zapar­ko­wa­nego przy ulicy Saper­skiej samo­chodu, ale zatrzy­ma­łem się w pół kroku. Rozej­rza­łem się wokoło i odna­la­złem wzro­kiem budy­nek z neo­nem Żabki. Uzna­łem, że kil­ka­na­ście minut wte lub wewte mnie nie zbawi, a przy­naj­mniej zwe­ry­fi­kuję infor­ma­cje uzy­skane od pani Zofii. Nie żebym nie wie­rzył seniorce, ale nale­ża­łem do tych już mocno nie­dzi­siej­szych dzien­ni­ka­rzy, któ­rzy sta­rają się potwier­dzać zdo­byte infor­ma­cje przy­naj­mniej w jesz­cze jed­nym źró­dle. Poza tym mia­łem nadzieję dowie­dzieć się cze­goś nowego o Tatia­nie. Zawsze warto zbie­rać jak naj­wię­cej infor­ma­cji, choćby nawet póź­niej oka­zały się nie­istotne.

Dwie bar­dzo młode pra­cow­nice sklepu na początku nie chciały ze mną gadać, wykrę­ca­jąc się, że nie zamie­rzają się w nic mie­szać, a w ogóle mało co wie­dzą, bo sku­piają się tylko na robo­cie. Żeby to jesz­cze prawda była. Uro­bi­łem je, że sprawa jest ważna i poważna, w końcu cho­dzi o zdro­wie, a może i życie małego dziecka. Byłem dobry w te klocki – prze­ko­ny­wa­nie i nama­wia­nie, więc wresz­cie zaczęły odpo­wia­dać na moje pyta­nia. Dziew­czyny mówiły, że Tatiana nie była skora do zwie­rzeń, nie prze­pa­dała za poga­dusz­kami w robo­cie. Była mil­cząca, może nawet skryta, sku­piona na pracy i dziecku. Mykołę znały, bo cza­sami matka przycho­dziła z nim do sklepu na zakupy albo po frytki, które mały podobno uwiel­biał. Pod­rzu­ciły mi także, że Tatiana była roz­wódką, bo kie­dyś jej się to wymsknęło przy oka­zji krót­kiej, nie­zo­bo­wią­zu­ją­cej roz­mowy. Nie zauwa­żyły, żeby krę­cił się koło niej jakiś męż­czy­zna. Nie miały poję­cia o jakich­kol­wiek pro­ble­mach star­szej kole­żanki. I tyle.

Wiele tego nie było, ale zawsze – jakieś nowe infor­ma­cje. Czy istotne? To się dopiero okaże. Dzien­ni­kar­skie śledz­twa cza­sami koja­rzyły mi się z ukła­da­niem puz­zli. Nale­żało cier­pli­wie dopa­so­wy­wać jeden kawa­łek do dru­giego, powoli two­rzyć zarys obrazu czy cho­ciażby jego suge­stię, jak zwał, tak zwał, by wresz­cie wyło­nił się w pełni. Wtedy dzien­ni­karz mógł powie­dzieć: „Aha, to tak to wygląda”.

* * *

Wpa­dłem do redak­cji jak burza i od razu sia­dłem do kom­pu­tera, by jak naj­szyb­ciej napi­sać tekst infor­mu­jący o tym, kim są rodzice zagi­nio­nego chłopca, a przede wszyst­kim jego matka, Tatiana, bo o jego ojcu wie­dzia­łem na razie tyle co nic. Zanim otwo­rzy­łem nowy plik tek­stowy, Rataj­czyk zawisł nad moim biur­kiem niczym sęp nad ledwo żywą ofiarą.

– Chyba cię wyślę na szko­le­nie z odbie­ra­nia tele­fo­nów – tego dnia naczelny posta­no­wił być kon­se­kwent­nie zło­śliwy.

– A są takie? – zagra­łem w jego nie­zbyt wyra­fi­no­waną grę. – W sumie czemu nie. Wiesz, swoje lata mam i cza­sami trudno mi tra­fić palu­chem w odpo­wiedni kla­wisz. Do tego nie­do­wi­dzę.

– Prze­cież ty masz smart­fona – zdzi­wił się szcze­rze.

Wyszcze­rzy­łem się w głu­pa­wym uśmie­chu. Maciek ni­gdy nie czaił mojego poczu­cia humoru. Podej­rze­wa­łem, że w tym życiu to się raczej nie zmieni.

Naczelny otwie­rał usta, aby zadać pyta­nie. Wie­dzia­łem, o co chce zapy­tać, więc żeby nie mar­no­wać czasu, powie­dzia­łem szybko:

– Mam infor­ma­cje na temat matki Mykoły, a i tro­chę ojca, choć to bar­dziej skom­pli­ko­wana histo­ria. Machnę tekst i zaraz ci pokażę.

– Co ja z tobą mam – jęk­nął, ale dał mi spo­kój i poszedł do swo­jej kan­ciapy, dum­nie nazy­wa­nej gabi­ne­tem redak­tora naczel­nego.

Szybko wystu­ka­łem tekst. Same suche fakty, bez spe­ku­la­cji czy wyra­ża­nia opi­nii. Sprawa zagi­nię­cia pię­cio­latka była zbyt poważna, aby wyko­rzy­sty­wać ją do zwięk­sza­nia kli­kal­no­ści poprzez sen­sa­cyjne suge­stie. Byłem o tym prze­ko­nany i mia­łem nadzieję, że Maciek jest tego samego zda­nia. Posła­łem mu tekst na mejla, odcze­ka­łem kilka minut, by miał czas prze­czy­tać go i prze­tra­wić, a potem bez puka­nia wpa­ro­wa­łem do niego.

– Mam publi­ko­wać? – od razu prze­sze­dłem do kon­kre­tów.

Podra­pał się po pokry­tej kil­ku­dnio­wym zaro­stem bro­dzie i zaczął od nie­wy­raź­nej pochwały.

– Coś kon­kret­nego już mamy. I dobrze, bo po tym Child Aler­cie zaraz zwali nam się na łeb pół Pol­ski. A my te wstępne infor­ma­cje – popu­kał pal­cem w ekran lap­topa, na któ­rym wid­niał mój tekst – podamy jako pierwsi.

Jasna jasność. Naczel­nemu takiego pro­win­cjo­nal­nego por­talu jak nasz zale­żało na tym, by był cyto­wany przez poważ­niej­sze media. To pod­no­siło jego pre­stiż i zna­cze­nie, co prze­kła­dało się na zain­te­re­so­wa­nie rekla­mo­daw­ców. Po mojemu – tak raczej w teo­rii, bo w prak­tyce to chyba nie­ko­niecz­nie. Tym bar­dziej że te tak zwane poważ­niej­sze media cza­sami ole­wały poda­wa­nie źró­dła cytatu, czyli mówiąc wprost, kra­dły infor­ma­cje. Media to zawsze była dżun­gla, ale od jakie­goś czasu stały się dżun­glą mocno pośmier­du­jącą bagni­skiem.

– Może jed­nak warto by jesz­cze dorzu­cić info, że w sprawę porwa­nia chłopca praw­do­po­dob­nie zamie­szany jest jego ojciec – zasu­ge­ro­wał Maciek.

Podej­rze­wa­łem, że spró­buje takiej zagrywki, więc od progu nasta­wi­łem się na to, że będę sta­now­czy, i powie­dzia­łem wyraź­nie:

– Nie, ponie­waż nic pew­nego na temat udziału ojca w tym zaj­ściu nie wiemy. I obsta­wiam, że poli­cja też.

– Nie jest to jed­nak wyklu­czone.

– Maciek, co innego potwier­dzona infor­ma­cja, a co innego spe­ku­la­cje. Posta­wię sprawę jasno – zaczy­nało się we mnie goto­wać – albo robię przy tej spra­wie po swo­jemu, albo zbie­ram ołówki z biurka i się roz­sta­jemy. Raz na zawsze.

Zmie­rzył mnie wzro­kiem. Jego twarz wykrzy­wił iro­niczny pół­u­śmiech.

– Z tego, co sły­sza­łem, nie byłeś taki zasad­ni­czy, kiedy pra­co­wa­łeś w Wawie.

Chciał mnie znowu ukłuć? Pro­szę bar­dzo, niech pró­buje. Od dawna skórę mia­łem grubą jak u hipo­po­tama.

– Przy­po­mnę ci, że jeste­śmy w Legnicy, a nie w War­sza­wie – odwi­ną­łem się. – To jak, publi­ko­wać tekst w mojej wer­sji, czy jed­nak zbie­rać te ołówki?

Zama­chał dło­nią, jakby opę­dzał się od natręt­nej muchy, i zarzą­dził:

– Publi­kuj.

* * *

Wymy­śli­łem zgrabny, sen­sa­cyj­nie pod­krę­cony _lead_, dorzu­ci­łem mroczną fotę Legnicy z redak­cyj­nej bazy i opu­bli­ko­wa­łem tekst na naszym por­talu. Odro­bina sen­sa­cji była ukło­nem w stronę Maćka. Nie­za­leż­nie od tego, że nie zawsze się zga­dza­li­śmy w kwe­stiach roboty dzien­ni­kar­skiej czy w ogóle podej­ścia do życia, byli­śmy sta­rymi kum­plami. Ze sło­wem „przy­ja­ciel” zawsze obcho­dzi­łem się ostroż­nie. Nie było ani potrzeby, ani sensu, żeby nakrę­cać spór.

Posze­dłem do niego raz jesz­cze, żeby wyja­śnić, dla­czego upie­ra­łem się przy mojej wer­sji tek­stu bez jego popra­wek. Kaza­łem mu otwo­rzyć w necie stronę z Child Aler­tem.

– I co tu widzisz? – spy­ta­łem.

Par­sk­nął śmie­chem i odwi­nął się pyta­niem:

– Chcesz się bawić w nauczy­ciela?

Pogro­zi­łem mu pal­cem i wyja­śni­łem spo­koj­nie:

– Przy­po­mi­nam, że zda­rzało mi się uczyć pisa­nia repor­taży nie raz i nie dwa.

– Dobra, niech będzie po two­jemu. Mamy tu infor­ma­cję, że pię­cio­letni Mykoła Żadan zagi­nął dzi­siaj około godziny ósmej rano w oko­li­cach ulicy Arty­le­ryj­skiej 10 w Legnicy. W sumie mało kon­kret­nie.

– Trafna uwaga. I zauważ też, że nie wspo­mina się o udziale osób trze­cich, a to zna­czy, że nie mają nic kon­kret­nego, co wska­zy­wa­łoby na ojca Mykoły jako pory­wa­cza. Ani na kogo­kol­wiek innego. A w przy­padku zagi­nię­cia tak małego dziecka, na pewno nie cza­iliby się z poda­wa­niem szcze­gó­łów, które mogłyby pomóc w namie­rze­niu ewen­tu­al­nego pory­wa­cza, nie zasła­nia­liby się tajem­nicą śledz­twa czy podob­nymi pier­do­łami pro­ce­du­ral­nymi.

– Ale to prze­cież cał­kiem moż­liwe, bo jest wiele podob­nych spraw upro­wa­dzeń doko­ny­wa­nych przez rodzi­ców. A dokład­niej przez ojców pozba­wio­nych przez sądy rodzinne prawa do opieki nad dziećmi.

– Masz rację, tyle że poli­cji potrzebne są dowody. Teraz dzia­łają ostroż­nie, tym bar­dziej że mamy kam­pa­nię wybor­czą.

– Co ma pier­nik do wia­traka?

– Maciek, co ty, wczo­raj się uro­dzi­łeś? Infor­ma­cję, choćby nawet tylko pogło­skę, że Ukra­iniec porwał małe dziecko, mniej­sza, że wła­snego syna, na tere­nie naszego kraju, któ­ryś z mniej lub bar­dziej pory­pa­nych kan­dy­da­tów na pre­zy­denta na pewno by roz­dmu­chał. Wiesz, nar­ra­cja typu, że obcy, emi­granci i tak dalej sieją zamęt w naszej spo­koj­nej, mle­kiem i mio­dem pły­ną­cej kra­inie.

Tylko poki­wał głową.

– To co robimy? – spy­tał. – Może dzie­ciak się znaj­dzie nie­długo, ale i tak musimy mieć jakiś plan.

– Oczy­wi­ście, mam. Ja ci tego ojca Mykoły znajdę. Obo­jęt­nie, jak poto­czy się sprawa, będziemy mieć przy­naj­mniej jakiś mate­riał na póź­niej. Wiesz, mam nadzieję, że dziecko się znaj­dzie, ale i tak będzie można dalej cią­gnąć temat, poka­zy­wać tło zagi­nię­cia. Czy­tel­nicy lubią takie histo­rie i jak wiesz, zwy­kle robi się z tego samo­graj. Aż do następ­nej rów­nie gło­śnej sprawy.

– Fakt. Tylko że to plan, jak mi się zdaje, wła­śnie na póź­niej, a musisz dzia­łać zaraz, teraz.

– Ustalę, co wie poli­cja i dla­czego tak mało.

– Czyli jed­nak będziesz się kon­tak­to­wał z Miro­sławą z komendy woje­wódz­kiej – powie­dział ze śmie­chem.

– Wal się – wark­ną­łem. I żeby nie drą­żył tematu, od razu doda­łem: – I posta­ram się jak naj­szyb­ciej poroz­ma­wiać z Tatianą.

– To dzia­łaj.

– Dzię­kuję, panie redak­to­rze naczelny. Tylko taka mała prośba, nie wydzwa­niaj do mnie co chwilę. Znajdź sobie inną ofiarę.

I nie cze­ka­jąc na ripo­stę Maćka, wysze­dłem.

* * *

Nad­ko­mi­sarz Miro­sława Walas z Komendy Woje­wódz­kiej Poli­cji we Wro­cła­wiu była moją dawną zna­jomą i wisiała mi przy­sługę. Dosko­nałe połą­cze­nie. I nie – wbrew podej­rze­niom Maćka – ni­gdy z nią nie spa­łem, cho­ciaż, nie powiem, kie­dyś zakieł­ko­wała we mnie ochota na łóż­kowe figle z panią poli­cjant. W tej kwe­stii Maciek dobrze mnie roz­czy­ty­wał. Mia­łem tego rodzaju feler, że łatwo pod­da­wa­łem się uro­kowi kobiet. Tyle tylko że w moim przy­padku od zauro­cze­nia do seksu droga nie zawsze była krótka i czę­sto zatrzy­my­wa­łem się na niej mniej wię­cej w poło­wie.

Pozna­łem Miro­sławę nie­spełna dzie­sięć lat temu, kiedy pro­wa­dzi­łem śledz­two w spra­wie poważ­nego i wpły­wo­wego biz­nes­mena z Dol­nego Ślą­ska, który miał bar­dzo nie­ja­sne powią­za­nia z fir­mami mogą­cymi być pod kon­trolą rosyj­skiego wywiadu. Wpraw­dzie było to jesz­cze grubo przed wybu­chem wojny w Ukra­inie, ale tego rodzaju konek­sje zawsze śmier­działy na odle­głość i nie wyglą­dały dobrze w prze­strzeni publicz­nej. Mówiąc wprost, mogły go skom­pro­mi­to­wać jako biz­nes­mena o nie­skry­wa­nych ambi­cjach poli­tycz­nych. A i pra­wi­cowca, który lubił poklę­czeć sobie w roz­ma­itych zna­nych sank­tu­ariach. Miro­sława w tym samym cza­sie zaj­mo­wała się sprawą kilku gwał­tów na bar­dzo mło­dych kobie­tach. Do tych prze­stępstw doszło w róż­nych miej­scach regionu, ale wszystko wska­zy­wało na to, że sprawcą był ten sam męż­czy­zna, bo _modus ope­randi_ był taki sam. Tro­chę przy­pad­kowo tra­fi­łem na dowody, że gwał­ci­cie­lem był młod­szy syn biz­nes­mena, uwa­ża­jący, że może robić wszystko, bo ma boga­tego tatu­sia, goto­wego zawsze wycią­gnąć go z pro­ble­mów. Nie­na­wi­dzi­łem face­tów, któ­rzy krzyw­dzili kobiety. Usta­li­łem swo­imi kana­łami, kto pro­wa­dzi docho­dze­nie w spra­wie gwał­tów, i tak tra­fi­łem na Miro­sławę. Prze­ka­za­łem jej dowody i nie chcia­łem niczego w zamian. Spo­tka­li­śmy się raz czy drugi, chyba nawet się polu­bi­li­śmy, ale nic wię­cej. Utrzy­my­wa­li­śmy kon­takt, a wła­ści­wie bar­dziej robi­łem to ja, kon­sul­tu­jąc z nią różne kry­mi­nalne tematy. Ni­gdy nie nad­uży­wa­łem jej dobrej woli, więc mia­łem nadzieję, że tego dnia przy­nie­sie to soczy­ste owoce.

Wybra­łem numer Miro­sławy, ale odrzu­ciła połą­cze­nie. Podob­nie jak kilka następ­nych. Nie żebym się wku­rzył, bo takie zagrywki od dawna nie robiły na mnie wra­że­nia, ale zale­żało mi na cza­sie, więc wpa­dłem na pomysł. Nieco wredny. Spraw­dzi­łem godzinę, było led­wie po sie­dem­na­stej, więc uzna­łem, że spo­koj­nie obrócę do Wro­cła­wia i z powro­tem przed zmierz­chem. Daleko nie było.

Śmi­ga­jąc moją wysłu­żoną beczką na połu­dnie, prze­łą­cza­łem się z jed­nej sta­cji radio­wej na drugą i szu­ka­łem infor­ma­cji o Mykole. Nic nowego nie wypły­nęło i było to coraz bar­dziej nie­po­ko­jące. W przy­padku zagi­nięć dzieci ważną rolę odgry­wał czas. Im wię­cej mijało godzin od momentu zagi­nię­cia, tym mniej­sze były szanse, że dziecko się odnaj­dzie. A pię­cio­la­tek zagi­nął o ósmej rano. Przed wyjaz­dem w trasę pospraw­dza­łem jesz­cze pro­ce­dury Child Alertu. Oka­zało się, że w ramach tego sys­temu alar­mo­wego wia­do­mo­ści o zagi­nio­nym roz­po­wszech­niane są przez media przez dwa­na­ście godzin. Alert ogło­szony został o czter­na­stej. Zegar tykał nie­ubła­ga­nie. Oczy­wi­ście pro­ce­dury prze­wi­dy­wały, że jeśli dziecko wciąż się nie odna­la­zło, można alert powtó­rzyć. Tyle tylko, jak mi się wyda­wało, wtedy będzie już po pto­kach. Oby nie.

Sta­ną­łem na par­kingu przy wro­cław­skim Pod­walu, spoj­rza­łem na budy­nek komendy woje­wódz­kiej. Pię­cio­pię­trowy, o regu­lar­nych, cho­ciaż nieco topor­nych kształ­tach, z czer­wo­nej, mocno już posza­rza­łej cegły. Na moje oko taki tro­chę kla­syk budyn­ków uży­tecz­no­ści publicz­nej sta­wia­nych za Niemca. Nie tra­cąc czasu, wbi­łem do środka i przed­sta­wi­łem się poli­cjan­towi dyżur­nemu, macha­jąc mu przed oczami legi­ty­ma­cją pra­sową i pod­kre­śla­jąc, że jestem repor­te­rem śled­czym. Z tym repor­te­rem śled­czym ściem­nia­łem, bo już dawno nim nie byłem, ale dyżurny o tym na pewno nie wie­dział. Oznaj­mi­łem, że potrze­buję pil­nego kon­taktu z nad­ko­mi­sarz Miro­sławą Walas, co ściemą już nie było. Oka­zało się, że Miro­sławy nie ma już w pracy, ale dyżurny miał ją poin­for­mo­wać, że się poja­wi­łem. O to mi cho­dziło. Teraz pozo­sta­wało tylko cze­kać. Mia­łem nadzieję, że nie nazbyt długo. Wró­ci­łem na par­king i zapa­li­łem. Led­wie zdą­ży­łem wypa­lić papie­rosa, roz­dzwo­niła się komórka. Uśmiech­ną­łem się pod nosem.

– Czy cie­bie, Kamilku, już ze szczę­tem popier­do­liło? – przy­wi­tała się ze mną sym­pa­tycz­nie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij