-
nowość
-
promocja
Tyran - ebook
Tyran - ebook
Rzymem władają tylko tacy, co nie znają litości…
W dniu zaślubin Klaudiusza z Agrypiną młody pretor leży na łożu śmierci we własnym domu. Jeszcze poprzedniego dnia był zaręczony z Oktawią, córką cesarza... Agrypina bezwzględnie poszerza krąg swoich wpływów. Namawia Klaudiusza, by przysposobił i mianował swoim następcą jej trzynastoletniego syna, zwanego teraz Neronem. Niedojrzały jeszcze chłopiec rywalizuje z Brytanikiem, naturalnym następcą tronu. Zdobywa wiedzę z pomocą Seneki i uczy się walczyć. Uczy się kochać. I co z tego, że matka chce, by poślubił Oktawię, jego przyrodnią siostrę? Rzym bywał już świadkiem podobnych skandali. A jednak ci, których nie dosięgły macki Agrypiny, i rodziny jej ofiar mają dobrą pamięć i ostre noże. Rzym zawsze był niebezpieczny. Neron z czasem się przekona, że tu można dojść do celu tylko po trupach. Choćby nawet cesarzy.
Fantastyczne dzieło – klasa sama w sobie. - „Daily Mirror”
Opowieść spod pióra mistrza. - „Daily Express”
| Kategoria: | Esej |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8338-629-4 |
| Rozmiar pliku: | 2,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Dzwony dudniły w całym Rzymie. Tysiące dzwonów, w które bito raz za razem. We wszystkich świątyniach akolici potrząsali ręcznymi dzwonkami albo stukali prętami w czasze z brązu. Ten huk niczym burzowe gromy zdawał się spływać z nieba na siedem wzgórz, na których pobudowane było miasto, i przetaczał się dalej, poza jego okazałe mury. Połączone brzmienie, swoiście rytmiczne, a przy tym niemelodyjne, wdzierało się we wszystkie ulice i odbijało echem we wnętrzach sanktuariów i pod sklepieniami.
Robotnicy przestali się uwijać przy pracy, zasłuchani z niemym podziwem w dźwięki, które w takiej masie słyszeli pierwszy raz i niewykluczone, że ostatni. Ich życie toczyło się od zawsze swoim torem, przepełnione nadziejami i tragediami, w wiecznym wirze pracy i walki o utrzymanie rodziny. Wszystko to zostało przerwane, lecz tylko na ten jeden poranek. Bo właśnie tego dnia, nim słońce sięgnie zenitu, cesarz miał się ożenić. Miał nałożyć złoty pierścień na palec kobiety, którą wielu znało z imienia. Agrypina. Córka w swoim czasie uwielbianego dowódcy Germanika. Siostra Kaliguli, który budził przeraźliwy strach. Kobieta, która w prostej linii wywodziła się od cesarza Augusta.
Agrypina ukończyła już trzydzieści lat i miała własnego syna, a zatem cesarz Klaudiusz nie znalazł sobie nieśmiałej dziewicy, która osłodziłaby mu podeszły wiek. Powiadano, że siodła i rękawice robią się wygodniejsze od zużycia. Że ogień nie musi buzować, by ogrzać łoże, i że są tacy, którzy nawet nie wiedzą, iż potrzebują towarzystwa kobiety. No chyba że ona takiego w tym stanowczo utwierdzi.
Na szczycie Celiusa pretor Juniusz Sylanus patrzył zdumiony na pretorianów, którzy wdarli się do jego domu. Było za późno, by się zastanawiać, jak mógł się przygotować na takie zagrożenie. Przytaszczyli żelazny taran, by rozbić drzwi, które jeszcze poprzedniego dnia sprawiały wrażenie zgrabnych i solidnych. Roztrzaskali je dwoma mocnymi uderzeniami, dziwnie kojarzącymi się z biciem w dzwony. Także jego służba nie była gotowa na zbrojny atak, zwłaszcza w ciemnościach. Słońce jeszcze się nie pokazało, a tu ci żołnierze hałaśliwie panoszyli się w jego domu, przetrząsając wszystkie pokoje, aż wreszcie doszli do jego łoża.
W bladym świetle jutrzenki Juniusz ukrył trwogę najlepiej, jak potrafił. Miał dwadzieścia lat i w ręku trzymał gladius, pochwycony w ostatniej chwili. Dom był duży, stanowił symbol bogactwa rodu Sylanów. Udało mu się naciągnąć togę i wzuć sandały, ale włosy sterczały mu we wszystkie strony, gdy tak stał naprzeciwko nich.
Zamrugał na widok uniformów, rozpoznając ludzi odpowiedzialnych za bezpieczeństwo cesarza i jego rodziny. Pretorianie zlekceważyli go i rozeszli się po wnętrzu, sprawdzając drzwi i okna, by się upewnić, że Juniusz rzeczywiście jest sam.
Intruzi wyraźnie się nie przejmowali pojedynczym mieczem, niestanowiącym dla nich zagrożenia. Juniusz przeraził się, że zaraz zemdleje, bo serce łomotało mu niemiłosiernie. A jednak w jego wnętrzu rozwinął się też robak nadziei, niemalże zadając ból. Patrzył na cesarskich żołnierzy, ludzi znających dyscyplinę i porządek. Juniusz Sylanus był senatorem i jednym z osiemnastu pretorów w całym imperium, urzędnikiem jurysdykcyjnym. Jego oficjalny tytuł był drugi pod względem rangi, zaraz po konsulach – nie licząc cesarza Klaudiusza, który stał ponad wszystkimi.
Młody pretor poczuł nagle, że wygląda głupio z tym małym mieczem zaciśniętym w drżącej dłoni. Cisnął go na łoże.
– Jestem pretorem, nazywam się Juniusz Sylanus Torkwatus – powiedział, starając się, by jego głos brzmiał spokojnie i władczo.
Słyszał dzwony rozbrzmiewające na ulicach, dudniące w całym mieście. Radosna atmosfera kłóciła się z kwaśnym posmakiem w jego ustach. Oddychał powoli, czując, że stojący przed nim ludzie są pewni siebie. Jego starszy brat wiedziałby, co robić. Marek był głową rodziny, bo miał żonę i dzieci; już się upodobnił do ich ojca. Nieraz chronił Juniusza przed dręczycielami. Gdyby dało się go wezwać zwykłą siłą woli, to stanąłby właśnie w progu.
– Panowie, najwyraźniej zaszła jakaś straszna pomyłka – ciągnął Juniusz. – Jestem pretorem tego miasta, senatorem. Zechciejcie mi okazać rozkazy na piśmie. Może nie dotarło do was, że to prywatny dom.
Powiedział to jak najoględniej, ale dwóch pretorianów obróciło się w stronę trzeciego z nich, jakby chcieli o coś spytać. Mężczyzna nie nosił żadnej oznaki rangi, był wśród nich najstarszy, na oko pięćdziesięcioletni, barczysty i umięśniony. Ręce miał pokreślone białymi bliznami i Juniusz zauważył, że u lewej dłoni brakuje mu dwóch palców. Wiedział, że legiony są tworzone właśnie z takich jak on. Wyczuł w tym człowieku skłonność do przemocy, doświadczenia wyniesione z wielu bitew. On sam nie miał niczego, co mógłby tu przeciwstawić. Tacy ludzie jak ten przed nim nie ulegają łatwo sentymentom, ale też nie są z kamienia. Słuchają argumentów.
– Jeśli ty tu dowodzisz, to jak się nazywasz? – jeszcze raz spróbował Juniusz. – Kto dał wam rozkaz włamania się do mojego domu?
Trzęsły mu się ręce. Zacisnął je za plecami. Potrzebował czasu, aby uspokoić serce, które łomotało mu pod żebrami i przyprawiało o mdłości.
– Centurion Sekstus Burrus, pretorze – odparł mężczyzna. Włosy miał posiwiałe i przystrzyżone krótko przy czaszce, przez co kojarzyły się z zajęczą sierścią. Z kolei oczy, którymi spoglądał w oczy Juniusza, były tak czarne, że tęczówki wydawały się zespolone ze źrenicami i z tego powodu jego spojrzenie budziło niepokój.
Burrus skrzywił się, jakby nagle zjadł coś niesmacznego. Juniusz nie miał nawet połowy tylu lat co on i z wielkim trudem starał się rozszyfrować wyraz jego twarzy. Właściwie to centurion sprawiał wrażenie skrępowanego, ale Juniusz nie potrafił odgadnąć, z jakiej przyczyny. Odezwał się znowu, mocno się jąkając.
– B-będziesz musiał opisać… wytłumaczyć się z tego niezwyczajnego działania przed prefektem Rufriuszem, centurionie. Rozumiesz? Twój dowódca przyjaźni się z rodem Sylanów. I jest też pretorem. – Juniusz z ledwością trzymał nerwy na wodzy pod wpływem osobliwej obojętności na twarzach intruzów. – Rozumiesz czy nie? Najwyraźniej zaszła jakaś pomyłka. Jestem pretorem i senatorem. Wywodzę się z rodu Sylanów. Jeśli chcesz zachowasz rangę, jeśli chcesz uratować grzbiet przed chłostą, to zabierz tych ludzi i opuść mój dom.
– Obawiam się, że nie zaszła tu żadna pomyłka, pretorze – odparł spokojnie centurion.
Burrus odwrócił na chwilę wzrok, przejeżdżając dłonią po krótkiej szczeci. W zatłoczonej przestrzeni rozległo się szuranie. Juniusz zauważył, że czuje kwaśną woń potu, ale nie umiałby orzec, czy to od niego, czy od któregoś z tamtych.
– Nie rozumiem. To nie pomyłka?
Zauważył, że mimo woli podniósł mu się głos, więc zacisnął usta. Zerknął na miecz leżący na łóżku. Był tam, kusił. A groźba przemocy wciąż wisiała w powietrzu. Czuł ją od tych ludzi, widział ją w ich spojrzeniach. Wiedział, że nie wywalczy sobie drogi ucieczki, bo mogą natychmiast się na niego rzucić. Tylko najlepsi są przyjmowani do ich szeregów, przypomniał sobie, starając się wypchnąć strach z umysłu. Żołnierze z dwudziestu ośmiu legionów przeprowadzali sprawdziany, kiedy potrzebowali rekrutów i wybierali elitę do służby traktowanej jak świętość. Oczywiście pełnili także czynną służbę w Rzymie, pilnując razem z innymi legionami, by obca armia nie podeszła za blisko.
– Obawiam się… moje rozkazy są jasne, pretorze – odparł Burrus. – Zostałeś oskarżony o kazirodztwo. Ja już…
Nie skończył zdania, bo stojący przed nim młodzieniec zaśmiał się.
– Kazirodztwo? Moja matka nie żyje, centurionie! A może ktoś uznał, że skalałem jej prochy?
Pretorianin mówił dalej beznamiętnie:
– Przedmiotem oskarżenia jest twoja siostra, pretorze. Rozmawiałem z nią i z jej mężem. Potwierdził, co mi powiedziano.
Pretorianin był wyraźnie zażenowany i Juniusz nagle wszystko zrozumiał. Ten człowiek kłamał i wiedział, że kłamie. Miał dość honoru, by brzydzić się tym, co robi. Być może w tym właśnie był jakiś punkt zaczepienia, coś, czym dałoby się go odwieść od wykonania rozkazu.
– Domagam się wysłuchania, podczas którego mógłbym obalić te fałszywe oskarżenia – powiedział Juniusz. – Moja siostra jest prawą i szanowaną kobietą. Za to jej mąż… tak, już rozumiem. Za tym wszystkim kryje się podłość. Jestem tego pewien. Mąż siostry to słaby człowiek. Cóż, mogę zwołać sąd, korzystając ze swej władzy pretora. Siostra zostanie wezwana jako świadek i prawda wyjdzie na jaw. Możesz mi wierzyć.
– Twoja siostra jest właśnie wywożona na wygnanie, pretorze – odparł Burrus. – Przykro mi, ale to… Zrozum: tu nie ma ratunku, żadnej drogi wyjścia. Moje rozkazy wyszły z cesarskiej siedziby. Mamy doprowadzić do spokojnego zakończenia sprawy, bez jej przeciągania. Nie będzie procesu, nie będzie publicznych oskarżeń. Jesteś młodym człowiekiem, pretorze, jeszcze bezdzietnym. Twoi bracia poniosą dalej wasze nazwisko rodowe.
Juniusz znowu dostrzegł zakłopotanie na twarzy centuriona.
– Sugeruję, byś odebrał sobie życie z godnością, pretorze. W przeciwnym razie może to się okazać… trudne, krwawe, nie dałbyś wiary, jak straszne. Takie mam rozkazy. Uwierz mi, sam wybrałbym spokojną drogę, gdyby mi dawano sposobność. Nie pragnę zakatować cię na śmierć, panie. Jesteś młody… i cieszysz się zdrowiem. Nie potrwa to długo. Zważ moje słowa. Jakąkolwiek drogę wybierzesz, nie wyjdziesz z tego pokoju.
Młodszy syn z rodu Sylanów wytrzeszczył oczy ze zdumienia. Ten człowiek obwieszczał jego śmierć. Otworzył usta i zaraz je zamknął.
– Nigdy nie popełniłem aktu kazirodztwa z moją siostrą… – zaprotestował słabym głosem.
– Samo oskarżenie wystarczy – odrzekł Burrus. – Powiedz mi teraz, czy jeśli użyczę ci swojego noża, pretorze, uczynisz z nim coś głupiego? Nie chcę, by któryś z moich ludzi doznał jakichś obrażeń. Sprawa jest niesmaczna, a oni robią tylko, co do nich należy.
– Użyczysz mi…? Spodziewasz się, że poderżnę sobie gardło? Że potulnie ulegnę, bo włamałeś się do mojego domu, wyważyłeś drzwi i tego zażądałeś?
– Mów ciszej – mruknął centurion.
Znienacka ruszył z miejsca i stanął bardzo blisko senatora. Juniusz nie mógł zrobić ani kroku w tył, bo drogę zagradzało mu łoże.
– To honor, pretorze, wynikający z twojej rangi i… tak, należy ci się, bo wywodzisz się z wpływowej i majętnej rodziny. Jeśli podetniesz sobie nadgarstki albo gardło, jeśli zrobisz to własnoręcznie, twoja siostra będzie żyła na wygnaniu w spokoju i na tym wszystko się zakończy. A twoja rodzina dowie się, że odebrałeś sobie życie ze wstydu. Rozumiesz? Takie są rozkazy z cesarskiego domu. Nie wymigasz się, nie zostaniesz ułaskawiony. Ja też nie będę tracił poranka na dyskusje z tobą. Mogę włożyć ostry nóż w twoją dłoń. Na tyle zasługujesz z racji rangi.
– To jakieś szaleństwo – odrzekł ledwie słyszalnie Juniusz. – To oskarżenie jest… kłamstwem. – Skrzywił się nagle. – I zbyt poważnym, by to była pomyłka skryby. Z cesarskiego domu? Jestem zaręczony z jedyną córką cesarza! Pobierzemy się za parę lat, kiedy Oktawia osiągnie właściwy wiek! To ja jestem z cesarskiego domu, albo w każdym razie będę! Na bogów, człowieku! Może jednak się zatrzymasz i zastanowisz przez chwilę? A jeśli przybywasz do niewłaściwej rodziny, jeśli podano ci nie to nazwisko…
Zawiesił głos, bo Burrus wyciągnął z pochwy złowieszczo wyglądający sztylet, szeroki u podstawy. Było to ostrze legionisty, którym można zarówno ściąć młodą sosenkę, jak i poderżnąć gardło. Zalśniło w świetle świtu i Juniusz uchylił się odruchowo. Cały zesztywniał, bo nagle wszystko zrozumiał.
– O to chodzi, nieprawdaż? Te zaręczyny. Na Marsa, tak jest! Ta przeklęta kobieta stoi za tym wszystkim. Ta, która zaplątała cesarza w swoje spódnice, która wychodzi dzisiaj za niego za mąż. Źródło tego przeklętego łomotu dzwonów! – To ostatnie wykrzyczał, doprowadzony do pasji monotonnym dudnieniem, które cały czas się potęgowało, odkąd przemocą wyrwano go ze snu.
Juniusz powoli usiadł na łożu. Burrus wyciągnął ostrze w jego stronę.
– Przykro mi, pretorze, szczerze mówię – powiedział.
Rzeczywiście sprawiał wrażenie, jakby mu było przykro, ale był nieustępliwy, nie zamierzał odstępować od swego zadania. Juniusz po raz pierwszy zrozumiał, naprawdę zrozumiał. Że nie będzie wybawienia w ostatniej minucie. Jego brat usłyszy o wszystkim dopiero po jego śmierci i też nic nie zrobi, bo wszak stała za tym żona cesarza. Cesarz Klaudiusz żenił się tego ranka i jego narzeczona skazała Juniusza na śmierć, jakby to miał być jej ślubny podarunek.
– Daj mi trochę czasu, dobrze? – poprosił Juniusz. – Chcę napisać listy do rodziny. Jeśli się zgodzisz, wezmę potem nóż od ciebie i podetnę sobie żyły.
– Muszę wracać na Palatyn, pretorze – odparł Burrus.
Zerknął na mały stolik, na którym leżały przybory do napisania listu. Wosk do pieczętowania i pergamin, a do tego bloczek ciemnego atramentu i dzbanek z wodą z Tybru. W nocnej lampce oliwnej wciąż jeszcze tlił się maleńki płomyk. Usta pretorianina wykrzywiły się, kiedy to przemyśliwał.
– Proszę – błagał go Juniusz łamiącym się głosem. Przyjął do wiadomości, że nie uda mu się uciec, ale jeszcze nie do końca do niego dotarło, co to wszystko tak naprawdę oznacza. W jego oczach, gdy spojrzał na centuriona, był strach.
– Niech będzie – mruknął centurion.
Kiedy wydawano mu ten rozkaz, uznał, że to zwyczajny obowiązek w ramach służby. Młody pretor otrzyma szansę odebrania sobie życia własnoręcznie, zamiast sprowadzać hańbę na swoją rodzinę. Burrus potrząsnął głową, gdy Juniusz pochylił się nad biurkiem. Młodzieniec splunął wprost na bloczek atramentu i jął drążyć w nim skrobakiem, aż w końcu uzyskał odrobinę mazi, którą mógł wykorzystać do pisania.
Centurion już nie wierzył w oskarżenia, ale to niczego nie zmieniało. Złożył przysięgę, że będzie chronił rodzinę cesarską i wykonywał jej rozkazy. Agrypina oczywiście nie była tak do końca członkiem rodziny, w każdym razie dopóki Klaudiusz jeszcze nie uczynił jej swoją żoną. Ta różnica liczyła się w takim samym stopniu jak to, czy młody pretor jest winny czy nie. Burrus nie miał pojęcia, czy Agrypina faworyzuje kogoś innego na stanowisku pretora, czy raczej ma innego pretendenta do ręki córki cesarza. Nie był też już taki pewien, czy będzie patrzyła przychylnie na jego szansę awansu, jak obiecała. Burrus na swój sposób wiedział, że jego życie jest równie kruche jak życie tego młodego człowieka, który pisał teraz stronę za stroną, mieszając łzy z atramentem. Agrypina rozumiała, na czym polega władza – ta sprawowana realnie i ta ukryta w obietnicach. Skoro potrafiła zniszczyć pretora z pomocą odpowiednio dobranych słów i kilku twardych ludzi, to życie Sekstusa Burrusa także nie mogło mieć dla niej większej wartości.
Po długim czasie centurion położył dłoń na ramieniu młodzieńca.
– Dokończ ten list, dobrze, synu? Wydaje mi się, że już jest dostatecznie długi.
Przyglądał się, jak Juniusz dodaje ozdobny zakrętas do podpisu i składa arkusz pergaminu. Zrobiwszy to, młodzieniec z wyraźną wprawą otworzył lampkę, wydłużył knot i przejechał kostką wosku po płomieniu. Wosk przyłożony do pergaminu utworzył owalną plamę z czerwieni i sadzy, niczym zakrwawiona moneta. Zanim zdążył stwardnieć, pretor odcisnął w nim swój pierścień.
– Daj teraz nóż – zażądał.
Centurion skinął głową i podał mu broń rękojeścią naprzód. Pozostali patrzyli na to, gotowi natychmiast przystąpić do działania. Bo widzieli ostrze w ręku młodzieńca, ale być może też czuli już śmierć czającą się w tym wnętrzu. Jeden z nich oblizał wargi w oczekiwaniu. Wszystko to było lepsze niż nudne obowiązki w koszarach albo odganianie motłochu od cesarskiego powozu. Tymczasem huk dzwonów osiągnął apogeum, rozlewając się po całym mieście.
Burrus stał nieruchomo jak kamień, gdy młody człowiek wstał od stolika z nożem w ręku.
– Nawet nie próbuj – mruknął centurion.
Juniusz skinął głową, a potem znienacka ruszył z miejsca, z niezwykłą szybkością, do jakiej doprowadziła go desperacja. Burrus próbował zrobić unik, ale zastygł w miejscu, bo poczuł krawędź ostrza przyciśniętą do gardła. Młodzieniec wykonał ruch jak jadowity wąż, a tak po prawdzie to Burrus nie widział bitwy od lat. Czuł, że zalewa go gorąco od rumieńców, które mu wypełzły na twarz. Nim zdążył wydobyć głos, Juniusz odjął nóż i uniósł go, wyraźnie się poddając.
– Chciałem tylko, żebyś wiedział – powiedział, wzruszając ramionami. – Mogłem cię zabrać z sobą.
Burrus zamrugał, więznąc w rosnącym gniewie, dla którego nie znajdował ujścia. Bezsensowna demonstracja niedojrzałości. Dotknął szyi i zobaczył na palcach plamkę krwi. Sam naostrzył ten nóż. Na bogów, pokochał tego młodego pretora w jego chwili szaleństwa.
Nic nie powiedział, tylko skinął głową, zgadzając się z uwagą młodzieńca. Przewidywał, że pozostali będą z niego drwili podczas drogi powrotnej do koszar. Pięćdziesięciolatek, który nie potrafi dorównać szybkością dwudziestolatkowi! Na pewno to zauważyli. Zachmurzył się. Będzie musiał któremuś przyłożyć. Spostrzegł, że wymieniają nerwowe spojrzenia na widok wściekłości malującej się na jego twarzy, i pokiwał głową sam do siebie, sapiąc jak stary byk. I dobrze. Niech te ścierwa boją się jego gniewu.
– Ja…
Pohamował się. Oczy młodzieńca zogromniały ze strachu i gniewu. Burrus nie mógł już powiedzieć nic, co by jakoś złagodziło tę chwilę.
– Nie mamy już czasu, chłopcze.
Juniusz przyłożył sztylet do swego lewego nadgarstka i przejechał po nim z ogromną siłą. Nacięcie było głębokie i krew trysnęła natychmiast. Wydał stłumiony okrzyk, gdy usiłował przełożyć nóż, aby naciąć nadgarstek prawej dłoni. Lewa dłoń zawisła bezwładnie, przez co nóż wymknął mu się z uścisku. Zatoczył się, padł na łoże i wtedy Burrus wyjął nóż z jego ręki. Centurion przyglądał się, jak oczy młodzieńca ciemnieją. Pretor widział, że coś nadchodzi, ale usiłował na to nie patrzeć.
Burrus zaklął, bo zobaczył, że to trwa za długo. Zdrowy mężczyzna potrafił przylgnąć do świata i uczynić umieranie czymś wyjątkowo trudnym. Nie mógł na to pozwolić, dlatego sam podciął mu drugi nadgarstek. Czerwień wykwitła na pościeli niczym wzory w splocie tkaniny. Pretor osunął się na bok, a jego oddech spowalniał, aż wreszcie ustał.
Burrus odczekał jeszcze chwilę.
– Dokonało się – powiedział, spochmurniały z gniewu.
Spodziewał się, że jego ludzie będą z niego kpili, ale zauważyli, że toczy gniewnym spojrzeniem, i nabrali wody w usta. Przyglądali się w milczeniu, jak pali list nad płomieniem lampy. W końcu cała trójka opuściła domostwo pretora, przy wtórze wciąż dudniących dzwonów.
Kiedy maszerowali z powrotem w stronę Palatynu, Burrus ciężko stawiał stopy, jakby chciał rozchodzić nowe sandały. Wiedział, że jego podkomendni popatrują na siebie nerwowo, ale nic go to nie obchodziło. Dano mu rozkazy i wypełnił je co do joty. Bywało, że jakiś senator uprawiał jakieś obrzydliwe perwersje, przespał się z niewłaściwą żoną albo po prostu rozgniewał nie tego, kogo trzeba. Burrus wiedział, że w takich sytuacjach nie było publicznych procesów, że nie formułowano żadnych oskarżeń, a jednak całe miasto w końcu się dowiadywało. I wtedy takim ludziom podsuwano nóż albo niekiedy truciznę – kazano im wybierać samobójstwo zamiast życia w niesławie. Wiedział, że w Rzymie tak to już jest! I aż do tego ranka dopatrywał się w tym sensu. Niektóre sprawy należało rozwiązywać po cichu, aby rzymscy obywatele nie poznali ponurych szczegółów. Ponadto dawało się tego typu rozwiązania uzasadnić godnością cesarza albo senatu. To nie były kwestie do rozpatrzenia na gruncie prawa, tylko domagające się radykalnej sprawiedliwości.
Wciąż pamiętał senatora, który pomordował swoich niewolników, ponoć dla rozrywki. Kiedy znacznie młodszy Burrus stanął na jego progu, starzec zbeształ go, twierdząc, że z ludźmi, których jest właścicielem, ma prawo robić, co mu się żywnie podoba. Burrus zapamiętał, że senator nie zechciał podciąć sobie nadgarstków. Śmierć nadeszła jednak prędko, gdy po prostu udusił zwyrodnialca. Centurion nie miał wtedy żadnych problemów ze spaniem, wręcz uznał, że coś zrozumiał i nabył doświadczenia życiowego. Być pretorianinem nie ograniczało się do maszerowania w paradach i noszenia hełmów z piórami. Oznaczało także nieprzyjemną pracę w imieniu imperium.
Zacisnął szczęki. Gdyby wtedy wiedział, że przeżyje kolejne ćwierć wieku bez awansu, że jego kariera zatrzyma się i upodobni do wystygłych popiołów, to pewnie tego dnia udawałby chorego. Rok w rok przyglądał się znacznie marniejszym ludziom, którzy zdobywali coraz to wyższe rangi, a taki Rufriusz to nawet został prefektem jego ukochanego legionu. Wszystko dlatego, że to właśnie dłonie Burrusa chwyciły kark owego senatora.
Starał się być dobrym człowiekiem, ale ta niesprawiedliwość zżerała go od środka. Wykonał rozkazy i uwolnił starego kundla od cierpienia. Był kiedyś taki czas, kiedy został uznany za wschodzącą gwiazdę, za centuriona o bystrym umyśle i intuicji. Za wzór do naśladowania. Wszystko to zniknęło jak poranny szron, aż w końcu odszukała go ta kobieta.
Zadarł głowę i omiótł spojrzeniem Palatyn. Była tam teraz, w świątyni Junony, brała ślub z garbatym mężem, cesarzem K-K-Klaudiuszem. Burrus wiedział, że Persowie i Żydzi opowiadają o jakichś aniołach. Miał wrażenie, że ona właśnie jest takim aniołem, gdy podeszła do niego i chwilę szła u jego boku. Dawała mu szansę na oczyszczenie imienia, obiecywała przychylność cesarzowej. To było coś, o czym marzył przez lata, kiedy przyglądał się prefektowi Rufriuszowi, który puszył się i tak utył, że nie mieścił się w uniformie. Oczyszczenie imienia. Jeszcze jedna szansa.
Zamrugał, bo zapiekły go oczy. Za każdym razem, kiedy je przymykał, widział głupi pokaz brawury młodzieńca, który postanowił przycisnąć nóż do jego gardła, aby choć na chwilę zachować godność. Czyn był tak bezsensowny, że aż Burrus miał ochotę objąć tego biedaka. Ledwie pamiętał czasy, gdy był tak młody! I wcale to nie wyglądało na oczyszczenie imienia, że pozostawił za sobą Juniusza Sylana z poderżniętymi żyłami.