Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Tyran - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
28 stycznia 2026
3199 pkt
punktów Virtualo

Tyran - ebook

Rzymem władają tylko tacy, co nie znają litości…

W dniu zaślubin Klaudiusza z Agrypiną młody pretor leży na łożu śmierci we własnym domu. Jeszcze poprzedniego dnia był zaręczony z Oktawią, córką cesarza... Agrypina bezwzględnie poszerza krąg swoich wpływów. Namawia Klaudiusza, by przysposobił i mianował swoim następcą jej trzynastoletniego syna, zwanego teraz Neronem. Niedojrzały jeszcze chłopiec rywalizuje z Brytanikiem, naturalnym następcą tronu. Zdobywa wiedzę z pomocą Seneki i uczy się walczyć. Uczy się kochać. I co z tego, że matka chce, by poślubił Oktawię, jego przyrodnią siostrę? Rzym bywał już świadkiem podobnych skandali. A jednak ci, których nie dosięgły macki Agrypiny, i rodziny jej ofiar mają dobrą pamięć i ostre noże. Rzym zawsze był niebezpieczny. Neron z czasem się przekona, że tu można dojść do celu tylko po trupach. Choćby nawet cesarzy.

Fantastyczne dzieło – klasa sama w sobie. - „Daily Mirror”

Opowieść spod pióra mistrza. - „Daily Express”

Kategoria: Esej
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8338-629-4
Rozmiar pliku: 2,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Dzwony dud­niły w całym Rzy­mie. Tysiące dzwo­nów, w które bito raz za razem. We wszyst­kich świą­ty­niach ako­lici potrzą­sali ręcz­nymi dzwon­kami albo stu­kali prę­tami w cza­sze z brązu. Ten huk niczym burzowe gromy zda­wał się spły­wać z nieba na sie­dem wzgórz, na któ­rych pobu­do­wane było mia­sto, i prze­ta­czał się dalej, poza jego oka­załe mury. Połą­czone brzmie­nie, swo­iście ryt­miczne, a przy tym nie­me­lo­dyjne, wdzie­rało się we wszyst­kie ulice i odbi­jało echem we wnę­trzach sank­tu­ariów i pod skle­pie­niami.

Robot­nicy prze­stali się uwi­jać przy pracy, zasłu­chani z nie­mym podzi­wem w dźwięki, które w takiej masie sły­szeli pierw­szy raz i nie­wy­klu­czone, że ostatni. Ich życie toczyło się od zawsze swoim torem, prze­peł­nione nadzie­jami i tra­ge­diami, w wiecz­nym wirze pracy i walki o utrzy­ma­nie rodziny. Wszystko to zostało prze­rwane, lecz tylko na ten jeden pora­nek. Bo wła­śnie tego dnia, nim słońce się­gnie zenitu, cesarz miał się oże­nić. Miał nało­żyć złoty pier­ścień na palec kobiety, którą wielu znało z imie­nia. Agry­pina. Córka w swoim cza­sie uwiel­bia­nego dowódcy Ger­ma­nika. Sio­stra Kali­guli, który budził prze­raź­liwy strach. Kobieta, która w pro­stej linii wywo­dziła się od cesa­rza Augu­sta.

Agry­pina ukoń­czyła już trzy­dzie­ści lat i miała wła­snego syna, a zatem cesarz Klau­diusz nie zna­lazł sobie nie­śmia­łej dzie­wicy, która osło­dzi­łaby mu pode­szły wiek. Powia­dano, że sio­dła i ręka­wice robią się wygod­niej­sze od zuży­cia. Że ogień nie musi buzo­wać, by ogrzać łoże, i że są tacy, któ­rzy nawet nie wie­dzą, iż potrze­bują towa­rzy­stwa kobiety. No chyba że ona takiego w tym sta­now­czo utwier­dzi.

Na szczy­cie Celiusa pre­tor Juniusz Syla­nus patrzył zdu­miony na pre­torianów, któ­rzy wdarli się do jego domu. Było za późno, by się zasta­na­wiać, jak mógł się przy­go­to­wać na takie zagro­że­nie. Przy­tasz­czyli żela­zny taran, by roz­bić drzwi, które jesz­cze poprzed­niego dnia spra­wiały wra­że­nie zgrab­nych i solid­nych. Roz­trza­skali je dwoma moc­nymi ude­rze­niami, dziw­nie koja­rzą­cymi się z biciem w dzwony. Także jego służba nie była gotowa na zbrojny atak, zwłasz­cza w ciem­no­ściach. Słońce jesz­cze się nie poka­zało, a tu ci żoł­nie­rze hała­śli­wie pano­szyli się w jego domu, prze­trzą­sa­jąc wszyst­kie pokoje, aż wresz­cie doszli do jego łoża.

W bla­dym świe­tle jutrzenki Juniusz ukrył trwogę naj­le­piej, jak potra­fił. Miał dwa­dzie­ścia lat i w ręku trzy­mał gla­dius, pochwy­cony w ostat­niej chwili. Dom był duży, sta­no­wił sym­bol bogac­twa rodu Syla­nów. Udało mu się nacią­gnąć togę i wzuć san­dały, ale włosy ster­czały mu we wszyst­kie strony, gdy tak stał naprze­ciwko nich.

Zamru­gał na widok uni­for­mów, roz­po­zna­jąc ludzi odpo­wie­dzial­nych za bez­pie­czeń­stwo cesa­rza i jego rodziny. Pre­to­ria­nie zlek­ce­wa­żyli go i roze­szli się po wnę­trzu, spraw­dza­jąc drzwi i okna, by się upew­nić, że Juniusz rze­czy­wi­ście jest sam.

Intruzi wyraź­nie się nie przej­mo­wali poje­dyn­czym mie­czem, nie­sta­no­wią­cym dla nich zagro­że­nia. Juniusz prze­ra­ził się, że zaraz zemdleje, bo serce łomo­tało mu nie­mi­ło­sier­nie. A jed­nak w jego wnę­trzu roz­wi­nął się też robak nadziei, nie­malże zada­jąc ból. Patrzył na cesar­skich żoł­nie­rzy, ludzi zna­ją­cych dys­cy­plinę i porzą­dek. Juniusz Syla­nus był sena­to­rem i jed­nym z osiem­na­stu pre­to­rów w całym impe­rium, urzęd­ni­kiem jurys­dyk­cyj­nym. Jego ofi­cjalny tytuł był drugi pod wzglę­dem rangi, zaraz po kon­su­lach – nie licząc cesa­rza Klau­diu­sza, który stał ponad wszyst­kimi.

Młody pre­tor poczuł nagle, że wygląda głu­pio z tym małym mie­czem zaci­śnię­tym w drżą­cej dłoni. Cisnął go na łoże.

– Jestem pre­to­rem, nazy­wam się Juniusz Syla­nus Tor­kwa­tus – powie­dział, sta­ra­jąc się, by jego głos brzmiał spo­koj­nie i wład­czo.

Sły­szał dzwony roz­brzmie­wa­jące na uli­cach, dud­niące w całym mie­ście. Rado­sna atmos­fera kłó­ciła się z kwa­śnym posma­kiem w jego ustach. Oddy­chał powoli, czu­jąc, że sto­jący przed nim ludzie są pewni sie­bie. Jego star­szy brat wie­działby, co robić. Marek był głową rodziny, bo miał żonę i dzieci; już się upodob­nił do ich ojca. Nie­raz chro­nił Juniu­sza przed drę­czy­cie­lami. Gdyby dało się go wezwać zwy­kłą siłą woli, to sta­nąłby wła­śnie w progu.

– Pano­wie, naj­wy­raź­niej zaszła jakaś straszna pomyłka – cią­gnął Juniusz. – Jestem pre­to­rem tego mia­sta, sena­to­rem. Zechciej­cie mi oka­zać roz­kazy na piśmie. Może nie dotarło do was, że to pry­watny dom.

Powie­dział to jak naj­oględ­niej, ale dwóch pre­to­ria­nów obró­ciło się w stronę trze­ciego z nich, jakby chcieli o coś spy­tać. Męż­czy­zna nie nosił żad­nej oznaki rangi, był wśród nich naj­star­szy, na oko pięć­dzie­się­cio­letni, bar­czy­sty i umię­śniony. Ręce miał pokre­ślone bia­łymi bli­znami i Juniusz zauwa­żył, że u lewej dłoni bra­kuje mu dwóch pal­ców. Wie­dział, że legiony są two­rzone wła­śnie z takich jak on. Wyczuł w tym czło­wieku skłon­ność do prze­mocy, doświad­cze­nia wynie­sione z wielu bitew. On sam nie miał niczego, co mógłby tu prze­ciw­sta­wić. Tacy ludzie jak ten przed nim nie ule­gają łatwo sen­ty­men­tom, ale też nie są z kamie­nia. Słu­chają argu­men­tów.

– Jeśli ty tu dowo­dzisz, to jak się nazy­wasz? – jesz­cze raz spró­bo­wał Juniusz. – Kto dał wam roz­kaz wła­ma­nia się do mojego domu?

Trzę­sły mu się ręce. Zaci­snął je za ple­cami. Potrze­bo­wał czasu, aby uspo­koić serce, które łomo­tało mu pod żebrami i przy­pra­wiało o mdło­ści.

– Cen­tu­rion Sek­stus Bur­rus, pre­to­rze – odparł męż­czy­zna. Włosy miał posi­wiałe i przy­strzy­żone krótko przy czaszce, przez co koja­rzyły się z zaję­czą sier­ścią. Z kolei oczy, któ­rymi spo­glą­dał w oczy Juniu­sza, były tak czarne, że tęczówki wyda­wały się zespo­lone ze źre­ni­cami i z tego powodu jego spoj­rze­nie budziło nie­po­kój.

Bur­rus skrzy­wił się, jakby nagle zjadł coś nie­smacz­nego. Juniusz nie miał nawet połowy tylu lat co on i z wiel­kim tru­dem sta­rał się roz­szy­fro­wać wyraz jego twa­rzy. Wła­ści­wie to cen­tu­rion spra­wiał wra­że­nie skrę­po­wa­nego, ale Juniusz nie potra­fił odgad­nąć, z jakiej przy­czyny. Ode­zwał się znowu, mocno się jąka­jąc.

– B-będziesz musiał opi­sać… wytłu­ma­czyć się z tego nie­zwy­czaj­nego dzia­ła­nia przed pre­fek­tem Rufriu­szem, cen­tu­rio­nie. Rozu­miesz? Twój dowódca przy­jaźni się z rodem Syla­nów. I jest też pre­to­rem. – Juniusz z led­wo­ścią trzy­mał nerwy na wodzy pod wpły­wem oso­bli­wej obo­jęt­no­ści na twa­rzach intru­zów. – Rozu­miesz czy nie? Naj­wy­raź­niej zaszła jakaś pomyłka. Jestem pre­to­rem i sena­to­rem. Wywo­dzę się z rodu Syla­nów. Jeśli chcesz zacho­wasz rangę, jeśli chcesz ura­to­wać grzbiet przed chło­stą, to zabierz tych ludzi i opuść mój dom.

– Oba­wiam się, że nie zaszła tu żadna pomyłka, pre­to­rze – odparł spo­koj­nie cen­tu­rion.

Bur­rus odwró­cił na chwilę wzrok, prze­jeż­dża­jąc dło­nią po krót­kiej szczeci. W zatło­czo­nej prze­strzeni roz­le­gło się szu­ra­nie. Juniusz zauwa­żył, że czuje kwa­śną woń potu, ale nie umiałby orzec, czy to od niego, czy od któ­re­goś z tam­tych.

– Nie rozu­miem. To nie pomyłka?

Zauwa­żył, że mimo woli pod­niósł mu się głos, więc zaci­snął usta. Zer­k­nął na miecz leżący na łóżku. Był tam, kusił. A groźba prze­mocy wciąż wisiała w powie­trzu. Czuł ją od tych ludzi, widział ją w ich spoj­rze­niach. Wie­dział, że nie wywal­czy sobie drogi ucieczki, bo mogą natych­miast się na niego rzu­cić. Tylko naj­lepsi są przyj­mo­wani do ich sze­re­gów, przy­po­mniał sobie, sta­ra­jąc się wypchnąć strach z umy­słu. Żoł­nie­rze z dwu­dzie­stu ośmiu legio­nów prze­pro­wa­dzali spraw­dziany, kiedy potrze­bo­wali rekru­tów i wybie­rali elitę do służby trak­to­wa­nej jak świę­tość. Oczy­wi­ście peł­nili także czynną służbę w Rzy­mie, pil­nu­jąc razem z innymi legio­nami, by obca armia nie pode­szła za bli­sko.

– Oba­wiam się… moje roz­kazy są jasne, pre­to­rze – odparł Bur­rus. – Zosta­łeś oskar­żony o kazi­rodz­two. Ja już…

Nie skoń­czył zda­nia, bo sto­jący przed nim mło­dzie­niec zaśmiał się.

– Kazi­rodz­two? Moja matka nie żyje, cen­tu­rio­nie! A może ktoś uznał, że ska­la­łem jej pro­chy?

Pre­to­ria­nin mówił dalej bez­na­mięt­nie:

– Przed­mio­tem oskar­że­nia jest twoja sio­stra, pre­to­rze. Roz­ma­wia­łem z nią i z jej mężem. Potwier­dził, co mi powie­dziano.

Pre­to­ria­nin był wyraź­nie zaże­no­wany i Juniusz nagle wszystko zro­zu­miał. Ten czło­wiek kła­mał i wie­dział, że kła­mie. Miał dość honoru, by brzy­dzić się tym, co robi. Być może w tym wła­śnie był jakiś punkt zacze­pie­nia, coś, czym dałoby się go odwieść od wyko­na­nia roz­kazu.

– Doma­gam się wysłu­cha­nia, pod­czas któ­rego mógł­bym oba­lić te fał­szywe oskar­że­nia – powie­dział Juniusz. – Moja sio­stra jest prawą i sza­no­waną kobietą. Za to jej mąż… tak, już rozu­miem. Za tym wszyst­kim kryje się pod­łość. Jestem tego pewien. Mąż sio­stry to słaby czło­wiek. Cóż, mogę zwo­łać sąd, korzy­sta­jąc ze swej wła­dzy pre­tora. Sio­stra zosta­nie wezwana jako świa­dek i prawda wyj­dzie na jaw. Możesz mi wie­rzyć.

– Twoja sio­stra jest wła­śnie wywo­żona na wygna­nie, pre­to­rze – odparł Bur­rus. – Przy­kro mi, ale to… Zro­zum: tu nie ma ratunku, żad­nej drogi wyj­ścia. Moje roz­kazy wyszły z cesar­skiej sie­dziby. Mamy dopro­wa­dzić do spo­koj­nego zakoń­cze­nia sprawy, bez jej prze­cią­ga­nia. Nie będzie pro­cesu, nie będzie publicz­nych oskar­żeń. Jesteś mło­dym czło­wie­kiem, pre­to­rze, jesz­cze bez­dziet­nym. Twoi bra­cia poniosą dalej wasze nazwi­sko rodowe.

Juniusz znowu dostrzegł zakło­po­ta­nie na twa­rzy cen­tu­riona.

– Suge­ruję, byś ode­brał sobie życie z god­no­ścią, pre­to­rze. W prze­ciw­nym razie może to się oka­zać… trudne, krwawe, nie dał­byś wiary, jak straszne. Takie mam roz­kazy. Uwierz mi, sam wybrał­bym spo­kojną drogę, gdyby mi dawano spo­sob­ność. Nie pra­gnę zaka­to­wać cię na śmierć, panie. Jesteś młody… i cie­szysz się zdro­wiem. Nie potrwa to długo. Zważ moje słowa. Jaką­kol­wiek drogę wybie­rzesz, nie wyj­dziesz z tego pokoju.

Młod­szy syn z rodu Syla­nów wytrzesz­czył oczy ze zdu­mie­nia. Ten czło­wiek obwiesz­czał jego śmierć. Otwo­rzył usta i zaraz je zamknął.

– Ni­gdy nie popeł­ni­łem aktu kazi­rodz­twa z moją sio­strą… – zapro­te­sto­wał sła­bym gło­sem.

– Samo oskar­że­nie wystar­czy – odrzekł Bur­rus. – Powiedz mi teraz, czy jeśli uży­czę ci swo­jego noża, pre­to­rze, uczy­nisz z nim coś głu­piego? Nie chcę, by któ­ryś z moich ludzi doznał jakichś obra­żeń. Sprawa jest nie­smaczna, a oni robią tylko, co do nich należy.

– Uży­czysz mi…? Spo­dzie­wasz się, że pode­rżnę sobie gar­dło? Że potul­nie ule­gnę, bo wła­ma­łeś się do mojego domu, wywa­ży­łeś drzwi i tego zażą­da­łeś?

– Mów ciszej – mruk­nął cen­tu­rion.

Znie­nacka ruszył z miej­sca i sta­nął bar­dzo bli­sko sena­tora. Juniusz nie mógł zro­bić ani kroku w tył, bo drogę zagra­dzało mu łoże.

– To honor, pre­to­rze, wyni­ka­jący z two­jej rangi i… tak, należy ci się, bo wywo­dzisz się z wpły­wo­wej i majęt­nej rodziny. Jeśli pode­tniesz sobie nad­garstki albo gar­dło, jeśli zro­bisz to wła­sno­ręcz­nie, twoja sio­stra będzie żyła na wygna­niu w spo­koju i na tym wszystko się zakoń­czy. A twoja rodzina dowie się, że ode­bra­łeś sobie życie ze wstydu. Rozu­miesz? Takie są roz­kazy z cesar­skiego domu. Nie wymi­gasz się, nie zosta­niesz uła­ska­wiony. Ja też nie będę tra­cił poranka na dys­ku­sje z tobą. Mogę wło­żyć ostry nóż w twoją dłoń. Na tyle zasłu­gu­jesz z racji rangi.

– To jakieś sza­leń­stwo – odrzekł led­wie sły­szal­nie Juniusz. – To oskar­że­nie jest… kłam­stwem. – Skrzy­wił się nagle. – I zbyt poważ­nym, by to była pomyłka skryby. Z cesar­skiego domu? Jestem zarę­czony z jedyną córką cesa­rza! Pobie­rzemy się za parę lat, kiedy Okta­wia osią­gnie wła­ściwy wiek! To ja jestem z cesar­skiego domu, albo w każ­dym razie będę! Na bogów, czło­wieku! Może jed­nak się zatrzy­masz i zasta­no­wisz przez chwilę? A jeśli przy­by­wasz do nie­wła­ści­wej rodziny, jeśli podano ci nie to nazwi­sko…

Zawie­sił głos, bo Bur­rus wycią­gnął z pochwy zło­wiesz­czo wyglą­da­jący szty­let, sze­roki u pod­stawy. Było to ostrze legio­ni­sty, któ­rym można zarówno ściąć młodą sosenkę, jak i pode­rżnąć gar­dło. Zalśniło w świe­tle świtu i Juniusz uchy­lił się odru­chowo. Cały zesztyw­niał, bo nagle wszystko zro­zu­miał.

– O to cho­dzi, nie­praw­daż? Te zarę­czyny. Na Marsa, tak jest! Ta prze­klęta kobieta stoi za tym wszyst­kim. Ta, która zaplą­tała cesa­rza w swoje spód­nice, która wycho­dzi dzi­siaj za niego za mąż. Źró­dło tego prze­klę­tego łomotu dzwo­nów! – To ostat­nie wykrzy­czał, dopro­wa­dzony do pasji mono­ton­nym dud­nie­niem, które cały czas się potę­go­wało, odkąd prze­mocą wyrwano go ze snu.

Juniusz powoli usiadł na łożu. Bur­rus wycią­gnął ostrze w jego stronę.

– Przy­kro mi, pre­to­rze, szcze­rze mówię – powie­dział.

Rze­czy­wi­ście spra­wiał wra­że­nie, jakby mu było przy­kro, ale był nie­ustę­pliwy, nie zamie­rzał odstę­po­wać od swego zada­nia. Juniusz po raz pierw­szy zro­zu­miał, naprawdę zro­zu­miał. Że nie będzie wyba­wie­nia w ostat­niej minu­cie. Jego brat usły­szy o wszyst­kim dopiero po jego śmierci i też nic nie zrobi, bo wszak stała za tym żona cesa­rza. Cesarz Klau­diusz żenił się tego ranka i jego narze­czona ska­zała Juniu­sza na śmierć, jakby to miał być jej ślubny poda­ru­nek.

– Daj mi tro­chę czasu, dobrze? – popro­sił Juniusz. – Chcę napi­sać listy do rodziny. Jeśli się zgo­dzisz, wezmę potem nóż od cie­bie i pode­tnę sobie żyły.

– Muszę wra­cać na Pala­tyn, pre­to­rze – odparł Bur­rus.

Zer­k­nął na mały sto­lik, na któ­rym leżały przy­bory do napi­sa­nia listu. Wosk do pie­czę­to­wa­nia i per­ga­min, a do tego blo­czek ciem­nego atra­mentu i dzba­nek z wodą z Tybru. W noc­nej lampce oliw­nej wciąż jesz­cze tlił się maleńki pło­myk. Usta pre­to­ria­nina wykrzy­wiły się, kiedy to prze­my­śli­wał.

– Pro­szę – bła­gał go Juniusz łamią­cym się gło­sem. Przy­jął do wia­do­mo­ści, że nie uda mu się uciec, ale jesz­cze nie do końca do niego dotarło, co to wszystko tak naprawdę ozna­cza. W jego oczach, gdy spoj­rzał na cen­tu­riona, był strach.

– Niech będzie – mruk­nął cen­tu­rion.

Kiedy wyda­wano mu ten roz­kaz, uznał, że to zwy­czajny obo­wią­zek w ramach służby. Młody pre­tor otrzyma szansę ode­bra­nia sobie życia wła­sno­ręcz­nie, zamiast spro­wa­dzać hańbę na swoją rodzinę. Bur­rus potrzą­snął głową, gdy Juniusz pochy­lił się nad biur­kiem. Mło­dzie­niec splu­nął wprost na blo­czek atra­mentu i jął drą­żyć w nim skro­ba­kiem, aż w końcu uzy­skał odro­binę mazi, którą mógł wyko­rzy­stać do pisa­nia.

Cen­tu­rion już nie wie­rzył w oskar­że­nia, ale to niczego nie zmie­niało. Zło­żył przy­sięgę, że będzie chro­nił rodzinę cesar­ską i wyko­ny­wał jej roz­kazy. Agry­pina oczy­wi­ście nie była tak do końca człon­kiem rodziny, w każ­dym razie dopóki Klau­diusz jesz­cze nie uczy­nił jej swoją żoną. Ta róż­nica liczyła się w takim samym stop­niu jak to, czy młody pre­tor jest winny czy nie. Bur­rus nie miał poję­cia, czy Agry­pina fawo­ry­zuje kogoś innego na sta­no­wi­sku pre­tora, czy raczej ma innego pre­ten­denta do ręki córki cesa­rza. Nie był też już taki pewien, czy będzie patrzyła przy­chyl­nie na jego szansę awansu, jak obie­cała. Bur­rus na swój spo­sób wie­dział, że jego życie jest rów­nie kru­che jak życie tego mło­dego czło­wieka, który pisał teraz stronę za stroną, mie­sza­jąc łzy z atra­men­tem. Agry­pina rozu­miała, na czym polega wła­dza – ta spra­wo­wana real­nie i ta ukryta w obiet­ni­cach. Skoro potra­fiła znisz­czyć pre­tora z pomocą odpo­wied­nio dobra­nych słów i kilku twar­dych ludzi, to życie Sek­stusa Bur­rusa także nie mogło mieć dla niej więk­szej war­to­ści.

Po dłu­gim cza­sie cen­tu­rion poło­żył dłoń na ramie­niu mło­dzieńca.

– Dokończ ten list, dobrze, synu? Wydaje mi się, że już jest dosta­tecz­nie długi.

Przy­glą­dał się, jak Juniusz dodaje ozdobny zakrę­tas do pod­pisu i składa arkusz per­ga­minu. Zro­biw­szy to, mło­dzie­niec z wyraźną wprawą otwo­rzył lampkę, wydłu­żył knot i prze­je­chał kostką wosku po pło­mie­niu. Wosk przy­ło­żony do per­ga­minu utwo­rzył owalną plamę z czer­wieni i sadzy, niczym zakrwa­wiona moneta. Zanim zdą­żył stward­nieć, pre­tor odci­snął w nim swój pier­ścień.

– Daj teraz nóż – zażą­dał.

Cen­tu­rion ski­nął głową i podał mu broń ręko­je­ścią naprzód. Pozo­stali patrzyli na to, gotowi natych­miast przy­stą­pić do dzia­ła­nia. Bo widzieli ostrze w ręku mło­dzieńca, ale być może też czuli już śmierć cza­jącą się w tym wnę­trzu. Jeden z nich obli­zał wargi w ocze­ki­wa­niu. Wszystko to było lep­sze niż nudne obo­wiązki w kosza­rach albo odga­nia­nie motło­chu od cesar­skiego powozu. Tym­cza­sem huk dzwo­nów osią­gnął apo­geum, roz­le­wa­jąc się po całym mie­ście.

Bur­rus stał nie­ru­chomo jak kamień, gdy młody czło­wiek wstał od sto­lika z nożem w ręku.

– Nawet nie pró­buj – mruk­nął cen­tu­rion.

Juniusz ski­nął głową, a potem znie­nacka ruszył z miej­sca, z nie­zwy­kłą szyb­ko­ścią, do jakiej dopro­wa­dziła go despe­ra­cja. Bur­rus pró­bo­wał zro­bić unik, ale zastygł w miej­scu, bo poczuł kra­wędź ostrza przy­ci­śniętą do gar­dła. Mło­dzie­niec wyko­nał ruch jak jado­wity wąż, a tak po praw­dzie to Bur­rus nie widział bitwy od lat. Czuł, że zalewa go gorąco od rumień­ców, które mu wypeł­zły na twarz. Nim zdą­żył wydo­być głos, Juniusz odjął nóż i uniósł go, wyraź­nie się pod­da­jąc.

– Chcia­łem tylko, żebyś wie­dział – powie­dział, wzru­sza­jąc ramio­nami. – Mogłem cię zabrać z sobą.

Bur­rus zamru­gał, wię­znąc w rosną­cym gnie­wie, dla któ­rego nie znaj­do­wał ujścia. Bez­sen­sowna demon­stra­cja nie­doj­rza­ło­ści. Dotknął szyi i zoba­czył na pal­cach plamkę krwi. Sam naostrzył ten nóż. Na bogów, poko­chał tego mło­dego pre­tora w jego chwili sza­leń­stwa.

Nic nie powie­dział, tylko ski­nął głową, zga­dza­jąc się z uwagą mło­dzieńca. Prze­wi­dy­wał, że pozo­stali będą z niego drwili pod­czas drogi powrot­nej do koszar. Pięć­dzie­się­cio­la­tek, który nie potrafi dorów­nać szyb­ko­ścią dwu­dzie­sto­lat­kowi! Na pewno to zauwa­żyli. Zachmu­rzył się. Będzie musiał któ­re­muś przy­ło­żyć. Spo­strzegł, że wymie­niają ner­wowe spoj­rze­nia na widok wście­kło­ści malu­ją­cej się na jego twa­rzy, i poki­wał głową sam do sie­bie, sapiąc jak stary byk. I dobrze. Niech te ścierwa boją się jego gniewu.

– Ja…

Poha­mo­wał się. Oczy mło­dzieńca zogrom­niały ze stra­chu i gniewu. Bur­rus nie mógł już powie­dzieć nic, co by jakoś zła­go­dziło tę chwilę.

– Nie mamy już czasu, chłop­cze.

Juniusz przy­ło­żył szty­let do swego lewego nad­garstka i prze­je­chał po nim z ogromną siłą. Nacię­cie było głę­bo­kie i krew try­snęła natych­miast. Wydał stłu­miony okrzyk, gdy usi­ło­wał prze­ło­żyć nóż, aby naciąć nad­gar­stek pra­wej dłoni. Lewa dłoń zawi­sła bez­wład­nie, przez co nóż wymknął mu się z uści­sku. Zato­czył się, padł na łoże i wtedy Bur­rus wyjął nóż z jego ręki. Cen­tu­rion przy­glą­dał się, jak oczy mło­dzieńca ciem­nieją. Pre­tor widział, że coś nad­cho­dzi, ale usi­ło­wał na to nie patrzeć.

Bur­rus zaklął, bo zoba­czył, że to trwa za długo. Zdrowy męż­czy­zna potra­fił przy­lgnąć do świata i uczy­nić umie­ra­nie czymś wyjąt­kowo trud­nym. Nie mógł na to pozwo­lić, dla­tego sam pod­ciął mu drugi nad­gar­stek. Czer­wień wykwi­tła na pościeli niczym wzory w splo­cie tka­niny. Pre­tor osu­nął się na bok, a jego oddech spo­wal­niał, aż wresz­cie ustał.

Bur­rus odcze­kał jesz­cze chwilę.

– Doko­nało się – powie­dział, spo­chmur­niały z gniewu.

Spo­dzie­wał się, że jego ludzie będą z niego kpili, ale zauwa­żyli, że toczy gniew­nym spoj­rze­niem, i nabrali wody w usta. Przy­glą­dali się w mil­cze­niu, jak pali list nad pło­mie­niem lampy. W końcu cała trójka opu­ściła domo­stwo pre­tora, przy wtó­rze wciąż dud­nią­cych dzwo­nów.

Kiedy masze­ro­wali z powro­tem w stronę Pala­tynu, Bur­rus ciężko sta­wiał stopy, jakby chciał roz­cho­dzić nowe san­dały. Wie­dział, że jego pod­ko­mendni popa­trują na sie­bie ner­wowo, ale nic go to nie obcho­dziło. Dano mu roz­kazy i wypeł­nił je co do joty. Bywało, że jakiś sena­tor upra­wiał jakieś obrzy­dliwe per­wer­sje, prze­spał się z nie­wła­ściwą żoną albo po pro­stu roz­gnie­wał nie tego, kogo trzeba. Bur­rus wie­dział, że w takich sytu­acjach nie było publicz­nych pro­ce­sów, że nie for­mu­ło­wano żad­nych oskar­żeń, a jed­nak całe mia­sto w końcu się dowia­dy­wało. I wtedy takim ludziom pod­su­wano nóż albo nie­kiedy tru­ci­znę – kazano im wybie­rać samo­bój­stwo zamiast życia w nie­sła­wie. Wie­dział, że w Rzy­mie tak to już jest! I aż do tego ranka dopa­try­wał się w tym sensu. Nie­które sprawy nale­żało roz­wią­zy­wać po cichu, aby rzym­scy oby­wa­tele nie poznali ponu­rych szcze­gó­łów. Ponadto dawało się tego typu roz­wią­za­nia uza­sad­nić god­no­ścią cesa­rza albo senatu. To nie były kwe­stie do roz­pa­trze­nia na grun­cie prawa, tylko doma­ga­jące się rady­kal­nej spra­wie­dli­wo­ści.

Wciąż pamię­tał sena­tora, który pomor­do­wał swo­ich nie­wol­ni­ków, ponoć dla roz­rywki. Kiedy znacz­nie młod­szy Bur­rus sta­nął na jego progu, sta­rzec zbesz­tał go, twier­dząc, że z ludźmi, któ­rych jest wła­ści­cie­lem, ma prawo robić, co mu się żyw­nie podoba. Bur­rus zapamię­tał, że sena­tor nie zechciał pod­ciąć sobie nad­garst­ków. Śmierć nade­szła jed­nak prędko, gdy po pro­stu udu­sił zwy­rod­nialca. Cen­tu­rion nie miał wtedy żad­nych pro­ble­mów ze spa­niem, wręcz uznał, że coś zro­zu­miał i nabył doświad­cze­nia życio­wego. Być pre­to­ria­ni­nem nie ogra­ni­czało się do masze­ro­wa­nia w para­dach i nosze­nia heł­mów z pió­rami. Ozna­czało także nie­przy­jemną pracę w imie­niu impe­rium.

Zaci­snął szczęki. Gdyby wtedy wie­dział, że prze­żyje kolejne ćwierć wieku bez awansu, że jego kariera zatrzyma się i upodobni do wysty­głych popio­łów, to pew­nie tego dnia uda­wałby cho­rego. Rok w rok przy­glą­dał się znacz­nie mar­niej­szym ludziom, któ­rzy zdo­by­wali coraz to wyż­sze rangi, a taki Rufriusz to nawet został pre­fek­tem jego uko­cha­nego legionu. Wszystko dla­tego, że to wła­śnie dło­nie Bur­rusa chwy­ciły kark owego sena­tora.

Sta­rał się być dobrym czło­wie­kiem, ale ta nie­spra­wie­dli­wość zże­rała go od środka. Wyko­nał roz­kazy i uwol­nił sta­rego kun­dla od cier­pie­nia. Był kie­dyś taki czas, kiedy został uznany za wscho­dzącą gwiazdę, za cen­tu­riona o bystrym umy­śle i intu­icji. Za wzór do naśla­do­wa­nia. Wszystko to znik­nęło jak poranny szron, aż w końcu odszu­kała go ta kobieta.

Zadarł głowę i omiótł spoj­rze­niem Pala­tyn. Była tam teraz, w świą­tyni Junony, brała ślub z gar­ba­tym mężem, cesa­rzem K-K-Klau­diu­szem. Bur­rus wie­dział, że Per­so­wie i Żydzi opo­wia­dają o jakichś anio­łach. Miał wra­że­nie, że ona wła­śnie jest takim anio­łem, gdy pode­szła do niego i chwilę szła u jego boku. Dawała mu szansę na oczysz­cze­nie imie­nia, obie­cy­wała przy­chyl­ność cesa­rzo­wej. To było coś, o czym marzył przez lata, kiedy przy­glą­dał się pre­fek­towi Rufriu­szowi, który puszył się i tak utył, że nie mie­ścił się w uni­for­mie. Oczysz­cze­nie imie­nia. Jesz­cze jedna szansa.

Zamru­gał, bo zapie­kły go oczy. Za każ­dym razem, kiedy je przy­my­kał, widział głupi pokaz bra­wury mło­dzieńca, który posta­no­wił przy­ci­snąć nóż do jego gar­dła, aby choć na chwilę zacho­wać god­ność. Czyn był tak bez­sen­sowny, że aż Bur­rus miał ochotę objąć tego bie­daka. Led­wie pamię­tał czasy, gdy był tak młody! I wcale to nie wyglą­dało na oczysz­cze­nie imie­nia, że pozo­sta­wił za sobą Juniu­sza Sylana z pode­rżnię­tymi żyłami.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij