-
nowość
-
promocja
U Boćka - ebook
U Boćka - ebook
„U Boćka” to gęsty od dymu i emocji kryminał, który zabierze Cię w samo serce poznańskich Jeżyc. Robert Bocian, właściciel klimatycznego pubu, to postać, jakiej w polskiej literaturze dawno nie było – barman, powiernik tajemnic i człowiek, którego przeszłość sięga mrocznych lat 90. i legendarnego hotelu Merkury. Kiedy w piwnicznym półmroku pojawia się tajemniczy „Ważniak” i padają pytania o wydarzenia z 1993 roku, spokój lokalnych bywalców zostaje wystawiony na próbę. Co kryje stara kasetka pod barem? To nie jest zwykła historia o nalewaniu piwa. To opowieść o lojalności, cieniach przeszłości i sprawiedliwości wymierzanej tam, gdzie prawo nie sięga. Jeśli szukasz autentycznego klimatu Poznania, błyskotliwych dialogów i intrygi, która trzyma w napięciu do ostatniej strony – ta książka jest dla Ciebie. Pobierz „U Boćka” i sprawdź, dlaczego w tej piwnicy nikt nigdy nie podnosi głosu.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 4,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
nazwy lokali oraz postacie są wytworem wyobraźni autora,
a ich zbieżność z prawdziwymi kronikami poznańskiego
półświatka, historią hotelu Merkury czy konkretnymi kamienicami na Jeżycach, należy traktować wyłącznie jako dowód na to, że świat pod ziemią jest znacznie mniejszy, niż nam się wydaje.
Autor
Rozdział 1: Piwnica
Na Jeżycach życie toczyło się nad ziemią – warkotem tramwajów na Dąbrowskiego, krzykiem handlarzy na Rynku i zapachem świeżych drożdżówek z serem. Ale dwadzieścia stopni w dół, za solidnymi drzwiami obitymi blachą, czas zwalniał do tempa leniwie kapiącej piany.
Robert Bocian spojrzał na zegarek. 15:55.
W pubie „u Boćka” nie było okien. Właściciel uważał to za błogosławieństwo. W hotelu Merkury, gdzie spędził najlepsze lata za barem, okna zawsze przypominały mu o gościach, których sznur taksówek zabierał w nieznane. Tutaj, w piwnicznym półmroku, nikt się nie spieszył.
Pod sufitem, nad barem, wisiały niczym barwne girlandy piłkarskie szaliki z niemal całego świata. Brakowało tylko kilku barw, które mogłyby niepotrzebnie napsuć krwi lokalnym kibicom Kolejorza.
Centralne miejsce przed barem zajmowała ciężka, wysoka lada barowa z szarym blatem z konglomeratu — chłodna w dotyku i niezniszczalna, jakby odlana z samej historii Jeżyc. Dostępu do baru strzegło pięć wysokich stołków - hokerów, które znały niejedną skrywaną opowieść. Prawa część blatu pełniła funkcję tzw. „okna życia” – miejsca, przy którym nikt nie zasiadał, aby umożliwić swobodny dostęp osobom zamawiającym. W głównej sali, zamiast gładkich tynków, oko cieszyły wydrukowane w sepii zdjęcia starego Poznania — archiwalne ujęcia placu Wolności i nieistniejących już kamienic, nadające piwnicy melancholijny klimat.
Barman chwycił białą ściereczkę i po raz ostatni tego popołudnia przetarł stalową kolumnę nalewaka. Tuż za kranami, na czarnej tablicy, widniał staranny, niemal kaligraficzny napis kredą: „Instalacja była czyszczona 12.06”. Robert dbał o te krany bardziej niż o własne zdrowie. Piwo musiało płynąć bez uszczerbku. Lewy kran – ten dla koneserów – serwował mały, rodzinny browar spod Ostrawy. Prawy, bardziej plebejski, lał klasykę.
Właściciel poprawił koszulę. Lata w Merkurym nauczyły go, że barman bez fasonu to tylko nalewacz alkoholu. A on był powiernikiem. Zanim otworzył drzwi, zajrzał jeszcze do toalety. U „Boćka” panowała sterylna egzotyka. Blask kafli i świeży zapach cytrusów kłócił się z obrazem typowego poznańskiego pubu, kojarzonego z odrzucającym odorem zaszczanego szaletu.
Zanim weszli pierwsi goście, właściciel rzucił jeszcze okiem na ścianę po lewej stronie baru. Wisiał tam oprawiony w ramy plakat „Zaklętych Rewirów”. Robert zerkał na młodego Marka Kondrata za każdym razem, gdy brakowało mu sił na upierdliwych gości. To ten film z siedemdziesiątego piątego roku, obejrzany w starym kinie, pchnął go do gastronomii i sprawił, że jako młody chłopak zamarzył o białej koszuli kelnera.
Pierwsze tąpnięcie na schodach. Ciężkie, rytmiczne kroki.
Robert nie podniósł wzroku. Nie musiał. Ten rytm znał od lat. Drzwi otworzyły się bez pośpiechu. Do środka wszedł mężczyzna w roboczej kurtce. Twarz miał zaciśniętą, jakby dźwigała na sobie ciężar mijającego dnia. Zdjął wełniany beret i przeciągnął dłonią po krótko przyciętych, siwiejących włosach.
Kiedyś ta głowa była ogolona do zera. Na nogach nosił ciężkie glany, a w oczach miał gniew, który potrzebował wroga. Szukał go wszędzie.
Dopiero po latach, grzebiąc w papierach po zmarłej ciotce, natrafił na coś, co nie pasowało do opowieści, w której dorastał. Listy. Dokumenty. Obcobrzmiące nazwiska, których nikt w domu nie wypowiadał.
Ariel skinął głową, zawiesił zakurzoną kurtkę na trzecim haku i usiadł na drugim stołku od lewej. Nie zagrzał na nim długo miejsca; już po chwili, niczym stały bywalec, znalazł się za kontuarem przy małej umywalce zawieszonej na rurach.
– To co zawsze? – zapytał Robert cicho.
Ariel zakręcił kurek, mamrocząc pod nosem końcówkę hebrajskiej modlitwy.
– Z lewego, Robert. Byle zimne. Muszę przepłukać gardło, bo tam na górze tylko remonty, piach i nie ma czym oddychać – mruknął gość, wyciągając z kieszeni ołówek i skrawek papieru. – Znowu muszę jechać do Belgii na dwa miesiące, Robert. Robota na rusztowaniach. Wolałbym gnić tu na Jeżycach, rysować te nasze gęby, ale tam płacą w euro, a u nas na budowie... sam wiesz.
Robert skinął głową i spojrzał w stronę mniejszej salki.
Na ścianie, obok zdjęć starego miasta, wisiały oprawione karykatury. Ariel miał niezwykłą rękę – rysował głównie Żydów: chasydów w tańcu, starców nad Torą, kupców z długimi brodami. Każda kreska była pełna szacunku,
ale nie brakowało w niej pazura. Było w tym coś hipnotyzującego, co sprawiało, że nawet najbardziej krewcy kibice Lecha milknęli patrząc na te portrety. Właściciel nalał piwo powoli, pozwalając mu „odpocząć”. Na blacie wylądowała miseczka słonych przekąsek. To był darmowy dodatek, prawo pierwszej szklanki.
Schody znów zajęczały. Marcel, śpiewak z Teatru Muzycznego, wszedł do środka mrużąc oczy. Opadł na stołek numer cztery. – Dobry wieczór. Prawy, Robert. Muszę się w pianie schować przed dzisiejszą próbą. Mizeria, Panie... mizeria ducha.
Barman bez pytania sięgnął na specjalną półkę pod barem. Stały tam kufle stałych bywalców, każdy z własną historią wypisaną na szkle. Wyjął ten ciężki, należący do Marcela, który stał w rzędzie obok naczyń z napisem „Karol RTG” oraz „Hubełt”. Ten drugi, ze swoim specyficznym zapisem, wymownie przypominał, że Hubert od lat toczy przegraną wojnę z literą „r”. Robert nalał złocisty płyn z dużą czapą piany, dokładnie tak, jak śpiewak lubił najbardziej.
Przez kilka minut pili w milczeniu. Żadnych żartów, żadnych anegdot. Dopiero po dziesięciu minutach drzwi otworzyły się z impetem, a do środka wpadł zapach tanich perfum i wiatru z Wildy. Giorgio poprawił swoją niemodną, skórzaną kurtkę. – Buonasera, panowie – powiedział, siadając między Arielem a Marcelem. – Robert, przyjacielu, nalej mi szybko, bo ja na górze widział takie rzeczy, że ja nie wierzę.
Giorgio chwycił kufel, który barman podał mu niemal natychmiast. Wziął duży łyk, odetchnął i dopiero wtedy jego twarz nieco pojaśniała. – Ja cię mówię, Robert, te młode dzisiaj... Ja widziałem dziewczyna przy Rynku, ona zamawiała kawę z owies! Z owies, Robert! Czy ja wyglądam na koń, żeby ja w takie miasto mieszkał, gdzie owies się pije? We Włoszech, w Rimini, tam nikt by o tym nie pomyślał.
Robert uśmiechnął się pod nosem i rzucił gwarą wycierając blat. – Tej, Giorgio, nie rychluj się tak. Wiadomo, że dzisiaj ta cała wiara na górze inne mody ma. Ale u mnie, w piwnicy, jest porządek. Tutaj piwo masz świeże, a szklankę czystą jak sznupę przed kolacją.
Wtedy w progu pojawił się Janek, Marynarz. Pachniało od niego zimnym morzem i zatęchłym kutrem. Przeszedł wzdłuż baru jak cień i usiadł na samym końcu. Skinął Robertowi głową. – Dobry – mruknął Janek. – Panie Janku.To co zwykle? – właściciel zaczął nalewać piwo, zanim Marynarz zdążył potwierdzić.
Atmosfera była gęsta, niemrawa. Każdy z nich siedział ze swoim ciężarem, patrząc na telewizor za barem lub w dno
kufla. Dopiero teraz, gdy Robert postawił przed nimi kolejne szklanki, a pierwsza fala alkoholu zaczęła rozluźniać
spięte karki, Ariel spojrzał na Marynarza.
– Jak tam na wodzie, Janek? – zapytał, tym razem bez zaczepki z czystym, barowym respektem. Janek odstawił kufel. Na jego wyschniętych wargach została odrobina piany. –Mokro, Ariel. I śmierdzi rybą. Nawet w snach. Dobrze, że tu buja tylko po czwartym, bo tam na fali to człowiek zapomina, jak to jest stać prosto.
Giorgio przytaknął z powagą.
– Święta prawda, panie Janku. W Rimini moja łódka była mała, ale ja zawsze czułem pod nogami grunt. A na Jeżycach? Tu ja już nie wiem, gdzie jestem. Na Prusa ani jednego miejsca, bo wszędzie te pasy dla rowery. No i ludzie... Hummus zgarniesz na każdym rogu, a porządnie w mordę to już nie ma od kogo dostać. Mamma mia, co za czasy!
Robert oparł się o bar. Wiedział, że teraz, po tym drugim pi-
wie, powoli zaczną się otwierać. Piwnica „u Boćka” przestawała być tylko poczekalnią, a stawała się ich wspólnym azylem.
Rozdział 2: Rentgen i Piach