Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Ucieczka przed miłością - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
30 grudnia 2025
11,99
1199 pkt
punktów Virtualo

Ucieczka przed miłością - ebook

Tuż przed ślubem Brett zrywa z narzeczoną i wkrótce wpada w kolejną pułapkę namiętności. Sarabeth na szczęście nie chce związku – po latach u boku dominującego męża ceni niezależność. Ale zgadza się na romans – mimo obaw, że Brett ją szybko rzuci, jest przecież od niego sporo starsza. Pożąda go jednak coraz bardziej, i to z wzajemnością…

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-291-2402-7
Rozmiar pliku: 1,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Uciekający pan młody powraca.

Brett Harston skrzywił się, wjeżdżając na ranczo Heritage. Ręce trzymał na kierownicy nowiutkiego Forda-150 Limited, odebrał go w Dallas w drodze powrotnej z Kajmanów. Był zamożny, a najbardziej w swoim bogactwie cenił sobie to, że mógł wynająć prywatny samolot, dom na plaży z dala od tłumu turystów czy kupić najnowszy model samochodu. Co prawda z powodu zamieszania, jakiego stał się powodem w minionym miesiącu, można powiedzieć, że na to nie zasłużył.

Pomasował kark, po czym opuścił szybę w oknie. Do środka wpadło słodkie teksaskie powietrze; wciągnął je głęboko i napięcie trochę zelżało. W końcu wrócił do domu, marzył o tym przez ostatnie dwa tygodnie.

Wyjechał, by dać Lexi trochę czasu i przestrzeni, i aby ucichły plotki wywołane tym, że w dniu zaplanowanego ślubu wystawił ją do wiatru. Kompletnie go nie obchodziło, co plotkarze z Royal mieli do powiedzenia. Odkąd sięgał pamięcią, Harstonowie stanowili ulubiony temat plotek. Jednak o ile się orientował, Lexi Alderidge po raz pierwszy stała się przedmiotem zainteresowania i spekulacji.

Siedząc w luksusowym, oddalonym od świata domu na plaży, który zarezerwował na ich podróż poślubną, miał sporo czasu na myślenie o tym, jakim cudem tak mało brakowało, by został mężem Lexi.

Wszystko działo się szybko – został wzięty z zaskoczenia, gdy jego pierwsza miłość, jedna z niewielu osób, która nie zwracała uwagi na to, że jest synem miejscowej „pijaczki”, pojawiła się znów w jego życiu i roznieciła na nowo młodzieńcze uczucie.

Połączenie pożądania i wspomnień doprowadziło do tego, że rzucił się w to bez namysłu, ignorując fakt, że Lexi była tuż po rozwodzie i przeżyła zawód miłosny. Po kilku tygodniach spektakularnego seksu zasugerowała, by się pobrali, on zaś w półśnie odparł, że tak, zrobią to w bliżej nieokreślonej przyszłości.

Nie wziął jednak pod uwagę tego, że Lexi słyszy to, co chce słyszeć, nie docenił zdolności organizacyjnych jej i jej matki. Zanim zdążył oprzytomnieć, wieść o zaręczynach rozeszła się po Royal, zaś matka i córka postanowiły udowodnić światu, że w ciągu dwóch miesięcy zorganizują niezapomniany ślub.

Winston Alderidge od początku wyrażał dezaprobatę wobec tego związku. Ojciec Lexi miał wysokie mniemanie o sobie i swoim statusie, uważał zatem, że Brett mimo bogactwa nie jest wart jego córki. Brett wciąż czuł się przy nim jak biedny dzieciak pracujący po godzinach dla Tweeda Hugginsa, byle tylko się wykazać.

Teraz należał do najbogatszych właścicieli ziemskich w okręgu, był szanowanym hodowcą bydła i koni. Wciąż jednak dla niektórych, w tym dla Alderidge’ów, pozostał dzieciakiem z dzielnicy biedoty.

Gdy powróciła jego pierwsza miłość, gdy oczy Lexi po fantastycznym seksie i mnóstwie komplementów odzyskały dawny blask, Brett pomyślał, że wchodząc do jednej z najbardziej szanowanych rodzin w Royal, może nareszcie odnajdzie swoje miejsce. Niestety nie słuchał instynktu, który szeptał, że ślub z Lexi to błąd.

Na szczęście odzyskał rozum, zanim stało się za późno. Choć nie żałował ucieczki sprzed ołtarza, było mu przykro, że zranił Lexi. Dzwonił do niej, chciał ją przeprosić, ale nie odbierała telefonu. Za kilka dni znów spróbuje.

Nie był z siebie dumny, wstydził się, że wcześniej nie zerwał zaręczyn. Miał w końcu trzydzieści osiem lat. Skontaktował się z prawnikiem, gdyż chciał zwrócić Alderidge’om poniesione przez nich koszty. Miał też nadzieję, że z czasem Lexi mu wybaczy. A plotkarze w Royal będą mówić o jego ucieczce sprzed ołtarza dotąd, dokąd ktoś bardziej interesujący nie przyciągnie ich uwagi.

Skręcił w prawo i kątem oka dostrzegł ciemną czapkę z daszkiem i jasne włosy ściągnięte w koński ogon.

Zwolnił i patrzył, jak nastoletnia córka brygadzisty biegnie w stronę domu na ranczu. Stacy często tu biegała, a Brett musiał przyznać, że była utalentowaną sportsmenką.

Gdy nie zwolniła, Brett domyślił się, że ma w uszach słuchawki. W innym wypadku usłyszałaby szum silnika. Zerknął na zegar na desce rozdzielczej, potem na nadgarstek, by sprawdzić, czy się nie myli. Tak, jedenasta czterdzieści. Czemu, do diabła, Stacy nie jest w szkole?

Podjechał do niej powoli.

- Czemu nie jesteś na lekcjach? – spytał.

Palcem wskazującym podsunęła do góry daszek czapki i odwróciła się, a wtedy zamiast brązowych oczu spojrzały na niego rozbawione oczy niebieskie. Uciekł przed ich spojrzeniem, przenosząc wzrok na wysokie kości policzkowe, a potem na zmysłowe wargi. Choć minęło sporo czasu, natychmiast ją rozpoznał.

Sarabeth Edmond miała na sobie sportową koszulkę, spodnie do jogi i drogie sportowe buty. Strój podkreślał jej doskonałą figurę. Mój Boże, jest seksowna.

- Cześć.

Niby normalne powitanie, ale jej głos był schrypnięty, niższy niż zwykle. Brettowi przebiegły po plecach ciarki. Natychmiast zapragnął poczuć, jak Sarabeth obejmuje go nogami, a on w nią wchodzi… Westchnął i ściągnął brwi, rozdrażniony własną reakcją. Dwa tygodnie temu uciekł sprzed ołtarza, nie ma prawa interesować się inną kobietą, zwłaszcza byłą żoną Rusty’ego Edmonda.

Ale skąd ona się tu wzięła?

Zadał to pytanie, świadomy, że nie brzmi zbyt uprzejmie. Sarabeth usłyszała jego irytację. Uniosła brwi.

- Wynajmuję domek gościnny, agentka powiedziała mi, że właściciel wyjechał i mogę jeździć na wszystkich koniach oprócz ogiera.

Oczywiście. Zachował się jak debil.

Potarł brodę. Przypomniał sobie mejla od agentki z informacją, że wynajęła jego domek gościnny na trzy miesiące. Nie pamiętał, by pisała, kto jest najemcą, a może w całym tym szaleństwie zapomniał.

Wysiadł z auta i natychmiast zauważył, że Sarabeth jest wyższa, niż sądził.

- Źle mi powiedziała? Jeśli tak, to przepraszam.

Mówiła lodowatym tonem. Brett wyciągnął rękę.

- Nie, to ja przepraszam. Witamy na ranczu Heritage. Jestem Brett Harston.

- Sarabeth. – Podała mu dłoń, a on znów poczuł na plecach ciarki. Tak, podniecała go.

Fantastycznie. Podnieca go kobieta, której powrót do Royal wzbudzi równe zainteresowanie, co jego ucieczka sprzed ołtarza.

- I przepraszam za tę szkołę. Wziąłem panią za Stacy, córkę mojego brygadzisty.

W jej oczach pojawił się uśmiech. Boże, ten uśmiech! Wszystkie komórki jego ciała drżały z podziwu. Chciał wiedzieć, czy jej usta smakują tak dobrze, jak wyglądają.

- Niech pan nie przeprasza, że wziął mnie pan za nastolatkę. Dawno mi się to nie zdarzyło. Bardzo dawno.

Nie wierzył jej. Och, wiedział, że jest od niego starsza o jakieś dziesięć lat, wyglądała jednak na jego rówieśnicę. Zawdzięczała to doskonałej figurze i gładkiej oliwkowej skórze. Należała do osób, które pięknie się starzeją.

Zabrała rękę i oparła się biodrem o jego auto.

- Podróż poślubna się udała? A gdzie panna młoda?

Brett skrzywił się.

- Niestety odwołałem ślub wieczorem przed ceremonią. Podczas próbnego przyjęcia weselnego. Dziwię się, że jeszcze pani o tym nie słyszała.

Szeroko otworzyła oczy.

- Przyjechałam wczoraj wieczorem, nie słyszałam o tym. – Posłała mu współczujący uśmiech. – Pewnie plotkarze się pogubili i nie wiedzą, o czym mówić, o pana ucieczce sprzed ołtarza czy o moim powrocie do Royal i o tym, co knuję.

- A coś pani knuje?

W pięknych błękitnych oczach, w których widział rozbawienie, dostrzegł też cień strachu.

- Nie. Chcę tylko naprawić relację z synem i poznać wnuka.

Ross, syn Sarabeth, był do szaleństwa zakochany w Charlotte, matce swojego dziecka i szefowej Sheen, jednej z restauracji w Royal. Brett nie miał tyle szczęścia, miłość i dom rodzinny to coś, czego mu wciąż brakowało, i nawet gdy dostał to na talerzu, nie potrafił tego przyjąć.

Lexi cię nie kocha, ty też jej nie kochasz. Oboje się oszukiwaliśmy, pomyślał.

- Niech pani szaleje bez skrępowania, przynajmniej dadzą mi spokój – zasugerował.

Sarabeth zaśmiała się.

- Och nie, dopóki jestem w Teksasie, chcę zostać niezauważona i trzymać się z dala od kłopotów.

- Ja podobnie. Zawsze byłem tematem plotek.

Nie odwróciła wzroku, w jej oczach dojrzał zaciekawienie. Musiał jednak przyznać, że nie drążyła tematu. Zastanawiał się, czy pamiętała opowieści o jego mamie. Mało to prawdopodobne. Gdy mieszkała w Royal, była skupiona na Rustym i dwójce małych dzieci.

Słysząc znajome rżenie, odwrócił się i zobaczył Bellę, jedną ze swoich ulubionych klaczy, która stała przy drewnianym płocie padoku. Tak, ta dama szczerze za nim tęskni. Podszedł do ogrodzenia i pogłaskał ją po nosie.

- Ja też za tobą tęskniłem. – Zaśmiał się, gdy nosem dotknęła jego kieszeni, szukając marchewki, po czym delikatnie potarła jego policzek. – Flirciara z ciebie, przecież wiesz, że marchewki są wieczorem.

Oparł czoło o szyję klaczy i opuścił powieki. Dużo łatwiej komunikować się ze zwierzętami niż z ludźmi, nie stosują żadnych sztuczek. Nie lubił podstępów i gierek, sam zazwyczaj był brutalnie szczery.

Poza ostatnimi tygodniami, bo nie był szczery z Lexi. Boże, czuł się zażenowany i chory z powodu bólu i stresu, jakich jej przysporzył. Mógł pokryć koszty wesela, które się nie odbyło, ale reszty nie potrafił zmienić.

Pamiętał, jak na próbnym przyjęciu weselnym stał na uboczu i myślał o tym, że nie chce skrzywdzić Lexi, że wolałby sobie rękę odciąć. A jednocześnie zdawał sobie sprawę, że to, co do niej czuł, jest skomplikowane i dezorientujące, że na jego emocje miało wpływ młodzieńcze pragnienie bycia akceptowanym.

Choć był właścicielem rancza i kierował jednym z najbardziej udanych przedsięwzięć w okolicy, ślub z Lexi umocniłby jego pozycję w Royal, w końcu należałby do jakiegoś kręgu. Tyle że najpierw musiałby sprzedać duszę.

Zaciskając zęby, wziął Lexi na bok i oznajmił, że nie może jej poślubić, że jej nie kocha i że ona także nie darzy go miłością. Lexi się rozpłakała, a on ją zostawił, zszokowaną i niemile zaskoczoną. Połowa Royal była świadkami katastrofy, w jaką zamieniło się ich próbne przyjęcie weselne. Boże, jest strasznym draniem.

Nagle poczuł delikatny dotyk i usłyszał ciche kobiece westchnienie.

- Ciężko być sobą, co?

Podniósł powieki i widząc Sarabeth, siłą woli lekko się uśmiechnął. Patrzyła na niego ze współczuciem, ale go nie oceniała. Nie żeby jej opinia była dla niego ważna, zresztą nie mogła myśleć o nim gorzej, niż sam o sobie myślał.

- Czemu pan uciekł? – spytała.

Nawet gdyby miał zwyczaj się tłumaczyć, nie dałby głowy, że jego wyjaśnienia mają sens. Jak miałby wyjaśnić, że nagle go olśniło, że nie są z Lexi dla siebie drugimi połówkami? Poza tym nie uważał się za materiał na męża. Był zbyt zamknięty w sobie, zbyt samodzielny, zbyt popaprany emocjonalnie, by zostać czyimś mężem i partnerem.

Delikatna ręka poklepała go po ramieniu.

- Nie musi pan odpowiadać.

Sam to wiedział i nie zamierzał tego robić.

- Mogę coś dodać? To minie, proszę mi wierzyć. Minie jak kamienie w nerkach, ból, ale minie. Wszystko mija. – Sarabeth uśmiechała się ze zrozumieniem.

Potem się odwróciła i ruszyła przed siebie. W pewnym momencie nasunęła czapkę niżej na czoło i uniosła dwa palce, salutując. Chwilę potem ruszyła biegiem, poruszając się z gracją. Do diabła, co za intrygująca kobieta.

Biegła szybko, aż dotarła do wynajmowanego domu. Zatrzymała się gwałtownie przy schodkach na ganek, oparła dłonie na udach i pochyliła się, łapiąc oddech.

Bieg pozbawił ją tchu – w wieku czterdziestu ośmiu lat wciąż przebiegała półtora kilometra w ciągu siedmiu minut. Brak tchu zawdzięczała też jednak Brettowi i jego ciemnozielonym oczom, czarnym rzęsom, brodzie pokrytej gęstym zarostem. Włosy miał brązowe, a nos odrobinę krzywy. A jego ciało… Boże! Długie nogi, szczupłe biodra, szeroka pierś. Mężczyzna w kwiecie wieku. Wyprostowała się i zakręciło jej się w głowie. Zrobiła to za szybko?

Usiadła na schodku i wyciągnęła przed siebie nogi, wciąż myśląc o brzuchu Bretta i o tym, co znajdowało się poniżej. O rety, już dawno o tym nie myślała. Spotykała wielu kowbojów, ale Brett był wyjątkowy. Powiedzenie „Oszczędź konia i ujeżdżaj kowboja” nagle nabrało sensu. Oczywiście nic takiego nie zrobi, ani z Brettem ani z żadnym innym kowbojem w Teksasie. W każdym razie nieprędko.

Oparła się na łokciach i uniosła twarz do słońca. Nie mogła uwierzyć, że znów znalazła się w Royal, po prawie dwudziestu latach. Chciałaby powiedzieć, że jest tym podekscytowana. Było jednak inaczej.

Gdy opuściła tę część Teksasu z czekiem na alimenty, samochodem i walizką ubrań, obiecała sobie, że nigdy tu nie wróci, a nie lubiła łamać obietnic, nawet tych składanych sobie. A jednak dla dzieci zrobiłaby wszystko. Zależało jej na relacji z Rossem, którego przed laty zostawiła.

Nigdy nie wybaczy Rusty’emu, że nie dopuszczał jej do dzieci. Opowiadał im, że to ona jest winna rozwodu, że nie chciała dłużej być ich matką. Cały czas walczyła o kontakt z dziećmi, a fakt, że wciąż przegrywała, łamał jej serce. Bywała tak zdesperowana, że chciała powiedzieć Ginie i Rossowi, że ich ojciec jest zdrajcą i oszustem, który wielokrotnie ją znieważał, uznała jednak, że jedno z rodziców musi zachowywać się jak dorosły.

Na szczęście Gina, gdy była już nastolatką, zaczęła kwestionować wersję ojca i jej relacja z matką była teraz dobra. Ross stanowił trudniejszy orzech do zgryzienia.

Mimo to niedawno nawiązał z nią kontakt, więc nie chciała stracić szansy na pogłębienie więzi z synem. Pragnęła też spędzić czas ze swoim wnukiem Benem. W wieku czterdziestu ośmiu lat została babcią. Na tę myśl się uśmiechnęła. Tylko dla dzieci i Bena wróciła do tej zapadłej dziury. Wolała, gdy od byłego męża dzieliły ją dwa stany i tysiące kilometrów.

On już nie może cię zranić, jesteś starsza, mądrzejsza i masz o wiele więcej środków finansowych niż wtedy, gdy opuściłaś Elegance Ranch, pomyślała.

To było dziwne, a raczej wspaniałe, że nie rozpoznawała tamtej Sarabeth, która poślubiła Rusty’ego kilka miesięcy po swoich osiemnastych urodzinach. Cicha, zamknięta w sobie, niepewna dziewczyna była już kimś innym, ale ta zmiana kosztowała Sarabeth wiele wysiłku.

Dzisiaj z uśmiechem przeglądała się w lustrze. Nie była ideałem, ale nie była też wrakiem człowieka jak wtedy, gdy porzuciła męża i chciała wszystkich zadowolić. Pogodziła się z tym, że szczęście do końca życia i bajkowi bohaterowie nie istnieją. Po latach rozczarowujących związków doszła do wniosku, że jej szczęście nie zależy od mężczyzny i tylko ona sama za nie odpowiada, i że miłość to mit.

Dotarcie do miejsca, w którym się teraz znajdowała, zabrało jej dużo czasu i kosztowało wiele łez. A jednak było warto. Stała się silna emocjonalnie i finansowo niezależna. Poradzi sobie z uganiającym się za spódniczkami oszustem, jakim był jej mąż, i plotkami, jakie wywoła jej powrót.

Z saszetki przypiętej do ramienia wyjęła telefon i sprawdziła liczbę pokonanych kilometrów, a także swoją prędkość. Bieganie na ranczu będzie miłą odmianą od sztucznej bieżni czy pokonywania brudnych ulic LA.

To jej jedyne uzależnienie. Kiedy była nastolatką, biegi przełajowe stały się jej sposobem na ucieczkę z domu, od matki, która miała obsesję na punkcie konkursów piękności. Sarabeth nie znosiła tego świata.

Kiedy Rusty Edmond – starszy, wytworny i bogaty – dał jej szansę na opuszczenie tego świata przez małżeństwo, skwapliwie z niej skorzystała. Jej matka Betty była zawiedziona, że nie doprowadziła córki do zdobycia tytułu Miss America, na szczęście ślub jedynego dziecka z bogatym teksaskim ranczerem jej to wynagrodził.

Zakończenie tego małżeństwa załamało Betty. Do dnia śmierci miała córce za złe, że nie wytrwała przy mężu. Podniosła się zirytowana. Dawno nie wracała myślą do matki, małżeństwa i konkursów piękności. Spędziła w Royal ledwie jedną noc, a bolesne wspomnienia już nie dają jej spokoju. O wiele przyjemniej jest myśleć o przystojnym gospodarzu.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij