Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Ugoszczone duchy. Antologia opowiadań grozy - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
21 stycznia 2026
56,00
5600 pkt
punktów Virtualo

Ugoszczone duchy. Antologia opowiadań grozy - ebook

Nawiedzone domostwa i tajemnice przeszłości, nadnaturalne siły i duchy, które straszą i mszczą się za doznaną niesprawiedliwość.

Panuje powszechne przekonanie, że nikt już nie wierzy w duchy. A jednak opowieści o zjawach, upiorach i zjawiskach nadprzyrodzonych wciąż cieszą się ogromną popularnością. Ta niezwykła antologia zawiera utwory G.K. Chestertona, D.H. Lawrence’a, Rosy Mulholland, Richarda Marsha oraz innych pisarzy z końca XIX i początku XX wieku.

Mimo że należą do szeroko rozumianej literatury grozy, są zupełnie odmienne: czytelnicy znajdą tu zarówno przypowieści, urzekające swoim mistycyzmem, jak i klasyczne opowiadania o duchach. Wszystkie zaś stanowią doskonałe świadectwo swojej epoki i świetną lekturę na długie zimowe wieczory.

Kategoria: Horror i thriller
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8335-812-3
Rozmiar pliku: 1,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Roger Pater

STRACEŃCZY KIELICH

Przez całe przedpołudnie właściciel Stanton Rivers był zajęty rozmowami z agentem nieruchomości i poza mszą oraz śniadaniem nie miałem nawet okazji go zobaczyć. Swoje sprawy zdążyli jednak załatwić do obiadu, agent zaś, który został, aby się jeszcze posilić, wyjechał szybko, żeby zdążyć na pociąg. Obaj odprowadziliśmy go do drzwi i kiedy bryczka wyjechała z dziedzińca, kapłan, opierając się na mnie, udał się na skraj górnego trawnika, gdzie można było zasiąść pośród kępki cisów i zapatrzyć się na ogród, a także dolny trawnik ograniczony parkiem. Dzień był ciepły i jasny, całe miejsce tchnęło aurą spokoju i ciszy, obaj więc zamilkliśmy, sycąc się tym widokiem.

– Nie mogłem zapomnieć tego, co mi ojciec opowiedział zeszłej nocy – odezwałem się w końcu. – I mam tego pewne wyjaśnienie, jeśli tylko zechcesz go wysłuchać.

– Tak, proszę dalej – odrzekł kapłan z zainteresowaniem, a ja po chwili ciszy ciągnąłem:

– Jeśli dobrze zrozumiałem, tym, co najbardziej zdumiało cię, ojcze, w obu tych przypadkach, był długi czas, który upłynął pomiędzy chwilą śmierci a momentem, gdy usłyszał ojciec uprzedzający o nich głos. Czy tak?

– Tak – zgodził się mój rozmówca. – To jest najbardziej zdumiewające w obu tych przypadkach.

– I właśnie to staram się wyjaśnić, chociaż nie oczekuję, że się ze mną zgodzisz, ale przyszedł mi do głowy taki pomysł. Gdyby głos, wiadomość, czy jakkolwiek ojciec to nazwie, wystąpiły w momencie śmierci, z pewnością przypisałby ojciec to umierającej osobie. A więc twojemu bratu Oswaldowi za pierwszym razem, a ojcu za drugim. Mam rację?

– Zgoda.

– Jeśli przeto owo coś pojawiło się dobrych kilka godzin po śmierci, przyczyną telepatycznych fal, które poniosły wiadomość, musiał być ktoś inny. Ktoś, kto chciał porozumieć się z tobą, ojcze, dokładnie w chwili, gdy usłyszałeś głos.

– No cóż, brzmi to bardzo rozsądnie – odrzekł ksiądz. – Ale kto to mógł być?

– W pierwszym przypadku byłby to szef firmy, do którego twój ojciec zatelegrafował, prosząc, aby przekazał ojcu wiadomość. Ów szef otrzymał depeszę przed opuszczeniem biura, a nie wiedząc, gdzie się znajdujesz, wszystkie swoje myśli skupił tylko na tym, jak się z ojcem skomunikować. Myślę, że właśnie ta koncentracja odpowiedzialna była za słowa, które usłyszałeś w teatrze.

– To z pewnością bardzo pomysłowe i muszę przyznać, że nigdy do głowy mi nie przyszło takie wyjaśnienie. Co jednak z drugim przypadkiem? Czy w nim twoja teoria będzie równie skuteczna?

– No cóż, raczej nie. Chyba że chłopiec, który dostarczył telegram, zajrzał do niego na poczcie i domyślił się, iż słowa są łagodniejsze od prawdy. Ale to jeszcze nie dość, aby nazwać ten mój pomysł teorią, szczególnie że obiecałeś, ojcze, iż podasz jeszcze kilka przykładów takiego zdarzenia. Czy zatem zechciałbyś to zrobić?

– Jak najbardziej, z chęcią ci przedstawię inne podobne zdarzenie, tyle że rozegrało się ono kilkanaście lat po tych, o których już mówiłem. Jak wiesz, święcenia kapłańskie odebrałem w Rzymie, a niedługo potem tu przybyłem. Byłem rad, wracając po kilku latach do Anglii, z drugiej jednak strony bardzo dręczył mnie brak jakichkolwiek przejawów katolicyzmu. Nawet teraz niewiele się zmieniło w tak niewielkiej miejscowości jak ta, ale przed czterdziestu laty wszystko wyglądało znacznie gorzej, zaś po wspaniałych ceremoniach, których byłem świadkiem w Rzymie – a przypominam, że mówimy o czasach przed likwidacją Państwa Kościelnego – gorąco zatęskniłem za katolicką mszą i wyśpiewywanymi hymnami kościelnymi. Pragnienie owo tak we mnie potężniało, iż w końcu postanowiłem spędzić Boże Narodzenie gdzie indziej. Może za granicą, a jeśli jednak w Anglii, to w jakimś naprawdę katolickim otoczeniu. Ostatecznie zdecydowałem się na Faversham.

– Jeśli dobrze sobie przypominam, wcześniej wspominał ojciec, że nigdy nie był w tamtych stronach. Czy dobrze pamiętam?

Ksiądz przytaknął i ciągnął:

– Muszę ci opowiedzieć trochę o tym miejscu, aby reszta historii stała się bardziej klarowna. Faversham jest opactwem benedyktyńskim, chociaż w czasach, o których mówię, był tam tylko klasztor. Ten został tam ulokowany po rewolucji francuskiej. Co prawda założono go jeszcze chyba w czasach królowej Elżbiety, potem jednak z racji nieprzychylności politycznej mnisi przenieśli się do Arras we Francji. Mam nadzieję, iż wiesz, że historia angielskich benedyktynów ciągnie się nieprzerwanie od czasów jeszcze sprzed reformacji, a szkoła prowadzona w Faversham cieszyła się takim szacunkiem, że klasztorowi pozwolono funkcjonować bez przerwy do chwili, gdy zakon mógł już powrócić do Anglii. Za czasów terroru rewolucyjnego zakonników z Arras aresztowano i uwięziono, a wystarczyło tylko to, iż byli mnichami i Anglikami. Chociaż jednak przetrzymywano ich w więzieniu prawie dwa lata, nie wytoczono im żadnego procesu, a po upadku Robespierre,a zwolniono i pozwolono wrócić do Anglii.

Podczas dwóch lat uwięzienia wspólnota zakonna starała się w miarę możliwości kontynuować swe regularne życie, a najpewniej dzięki przekupieniu strażników udało im się przemycić do więzienia kielich mszalny, kamień ołtarzowy, a także mszał, wszystko zaś po to, aby wielbić chwałę Pańską. Nawet przez cały czas terroru w niedzielę oraz podczas wielkich świąt zaraz po północy zakrywali okna materacami, a jeden z nich odprawiał mszę i dawał innym komunię. Wracając do Anglii, zabrali ze sobą kielich mszalny, który może pan dzisiaj zobaczyć w zakrystii.

Do Faversham przybyłem zatem kilka dni przed Bożym Narodzeniem, a piękne, swobodne otoczenie pozwalało się duchowo przygotować na wielkie święto. Jak już wcześniej zauważyłeś, istotnie ta część kraju nie była mi znana, a chociaż klasztor znajdował się o niecałe dwie mile od miasteczka na skraju zagłębia górniczego, w drugim kierunku rozpościerały się wielkie trzęsawiska, po których można było wałęsać się całymi godzinami, nie spotykając żywej duszy. W owych czasach piękny kościół dopiero wznoszono, a ja zwykłem modlić się w małej kapliczce w północnym krużganku. Dzisiaj kaplica ta spogląda na południowy ciąg chóru, wówczas jednak nawet jeszcze nie przystąpiono do jego budowy, ostrołuki zaś przesłonięto deskami. Bo też jedyną skończoną już częścią kościoła były transepty, a do mojej kaplicy dało się wejść tylko po spiralnych schodach południowego transeptu, który łączył się także z miejscem na organy. Opisuję dość szczegółowo, gdyż później będzie to miało znaczenie. Najważniejsze jest, iż do mej kaplicy dało się przejść jedynie po spiralnych schodach południowego transeptu, a także to, że w ścianie północnej znajdowały się ostrołuki przesłonięte deskami, za którymi nic się już nie znajdowało, albowiem chór nie był jeszcze wzniesiony. Mam nadzieję, iż wszystko nakreśliłem odpowiednio jasno. Trzeci dzień mojego pobytu wypadał w Wigilię, a kiedy po południu wróciłem ze spaceru, zobaczyłem zakrystiana zajętego przygotowaniami do świąt.

– Opat zdecydował, że w tym roku o północy odprawimy mszę, którą na kontynencie nazywają pasterką – oznajmił zakrystian, gdy zaoferowałem mu pomoc.

– Ale przecież zawsze odprawialiście o tej porze mszę bożonarodzeniową, prawda? – rzekłem ze zdziwieniem.

– Tak, istotnie – padła odpowiedź. – Tyle że przed czterema laty agitatorzy protestanccy podburzyli górników w Bursdon, a ci oznajmili, że zjawią się i zdemolują kościół, jeśli ktoś się ośmieli odprawiać mszę o północy. Nie sądzę, aby doszło do czegoś takiego, ale policja bardzo się zaniepokoiła i nakłoniła opata do zrezygnowania z tego nabożeństwa, i przez trzy kolejne lata istotnie nie było odprawiane. Ponieważ jednak wydaje się, że to wzburzenie przygasło, chcemy znowu wrócić do dawnego obrzędu.

– Bardzo się z tego cieszę – oznajmiłem. – Trzeba panu wiedzieć, że to pierwsze moje Boże Narodzenie po święceniach kapłańskich i bardzo by mi brakowało mszy o północy. Czy sam mogę odprawić swoje trzy msze bożonarodzeniowe w kapliczce na górze, gdzie się dotąd modliłem?

– Oczywiście – odpowiedział zakrystian. – Poproszę syna zarządcy, aby księdzu pomógł. Chłopak zjawi się tutaj o siódmej. A tak przy okazji, czy zechce ksiądz wykorzystać własne akcesoria liturgiczne, bo bracia są zajęci? Dam księdzu kielich mszalny, na górze będzie zupełnie bezpieczny, bo nikt się tam nie zjawi przed jutrzejszym porankiem.

Naturalnie obiecałem, że postąpię tak, jak sobie życzy, a wtedy otworzył sejf, z którego wyjął kielich.

– Tak sobie pomyślałem, iż będzie ksiądz chciał użyć straceńczego kielicha, bo z pewnością zna pan jego historię, prawda?

– Obawiam się, że nie – odparłem. – Po nazwie jednak wnioskuję, że wiąże się z kielichem jakieś ponure zdarzenie.

– Hmm… raczej tak… – zaczął zakrystian, w tym momencie jednak rozległ się dzwonek na nieszpory. Natychmiast skoczył do wyjścia, w drzwiach jeszcze rzucając: – Znajdzie się okazja, żeby o tym opowiedzieć.

Zaniosłem kielich na górę do kaplicy i przygotowałem go, umieszczając w nim trzy duże hostie. Potem, rozłożywszy sprzęt liturgiczny, zszedłem na dół, bo właśnie zaczynały się nieszpory, po których przyszedł czas na wieczerzę. Niedługo później wróciłem do siebie i położyłem się, aby trochę się zdrzemnąć przed godziną jedenastą, gdy zaczynały się godzinki bożonarodzeniowe, a kilka minut po północy miała być odprawiona msza. Ani wówczas, ani potem nie pomyślałem o kielichu czy też o związanej z nim historii, którą miałem dopiero usłyszeć. Zresztą przestałem myśleć o całej tej kwestii, przejęty oczekiwaniami na wieczerzę i późniejszą mszę.

Gdy skończyliśmy jeść, jak zwykle położyłem się do łóżka, a niedługo po szóstej, zgodnie z moją prośbą, zbudzono mnie. Wstałem, ubrałem się, przygotowałem do mszy i zanim zszedłem na dół, otworzyłem okno. Uderzyła mnie panująca absolutna cisza. W nocy był lekki przymrozek, nie leżał jednak śnieg i panował zupełny spokój. Po jakiejś pół minucie mojego wystawania w oknie ciszę zakłóciło odległe beczenie owcy, to jednak natychmiast umilkło i znowu zapanował natarczywy, powiedziałbym, spokój. W kaplicy czekał na mnie już syn zarządcy, natychmiast więc założyłem ornat i zacząłem odprawiać mszę. W kaplicy byliśmy tylko we dwóch.

Zaraz po ofiarowaniu, gdy opłukałem palce i skłoniłem się do modlitwy poprzedzającej Orate fratres, usłyszałem dziwny dźwięk daleko za klasztorem. Trwało to chwilkę, więc nie odciągnęło mojej uwagi, przystąpiłem zatem do modlitwy nad darami i przedśpiewu Secreta i Praefatio. Kiedy dotarłem do ­Sanctus, chłopak jak zwykle zadzwonił, chociaż nie było innych uczestników mszy. Gdy rozpocząłem ­Kanon, znowu posłyszałem tamten dźwięk. Rozbrzmiewał gdzieś na północy, daleko od budynków klasztornych, niemniej zdało mi się, że teraz jest bliższy i głoś­niejszy. Chociaż robiłem wszystko, aby skupić się na czynnościach liturgicznych, nie mogłem opędzić się od myśli, co to takiego.

Pomimo owego skupienia, ledwie uniosłem kielich, aby przystąpić do konsekracji, ów dźwięk rozbrzmiał ponownie, tym razem już z całą pewnością bliższy, a zarazem robiący wrażenie ludzkich okrzyków. „Zupełnie jak tłum na meczu futbolowym”, przemknęło mi przez myśl, czemu towarzyszyła jednoczes­na refleksja: „Ale to przecież niemożliwe”. Wtedy też przypomniałem sobie, co zakrystian opowiadał o groźbach górników z Bursdon, i pomyślałem, że może to właśnie tego typu niepokoje. Bo może dowiedzieli się o mszy odprawionej o północy i zgodnie z zapowiedziami zjawili się, aby zdemolować kościół.

Wydawało się to niezwykle prawdopodobne, odgłos bowiem dochodził już z niedaleka i wyraźnie przywodził na myśl jazgot rozwścieczonego tłumu. Nic dziwnego, iż począłem się zastanawiać, jak mam się zachować, jeśli owa zgraja włamie się do kościoła, zanim skończę mszę. „Jeśli w kościele wybuchnie pożar”, przypomniałem sobie, „reguły ogólne nakazują kapłanowi, aby bezpośrednio przeszedł do komunii i po niej natychmiast zakończył mszę”. Postanowiłem, że tak właśnie bym się zachował. Głosy rozlegały się niemal tuż obok, odnosiłem wrażenie, iż napastnicy szybko przemieszczają się drogą prowadzącą od bramy do kościoła. Byłem w stanie rozpoznać poszczególne głosy, niektóre wysokie, inne basowe, natomiast nie potrafiłem wychwycić niczego. Zaskoczyło mnie to nawet pomimo przerażenia, które mnie ogarnęło. „Zupełnie jakby to była jakaś zgraja w obcym kraju”, pomyślałem. „Z tego, co krzyczą, nie potrafię zrozumieć nawet słowa”.

Pomimo całej zgrozy nie przestałem odprawiać mszy, gotów przejść natychmiast do komunii, gdyby tłum wdarł się do kościoła. Myślałem: „Nie dotrą tu tak szybko, nikt bowiem nie odgadnie, że u ­szczytu spiralnych schodów jest jeszcze kaplica”. Byłem przekonany, iż hałas rozlega się tuż za drzwiami, ale w momencie gdy rozpocząłem Agnus Dei, nagle wszystko ucichło. Nie pojmowałem wprawdzie, co mogło się stać, odczułem jednak ogromną ulgę. Bez żadnych dalszych zakłóceń dokończyłem mszę. Następnie odprawiłem więc jeszcze dwie pozostałe, ale domniemani mąciciele nie dawali już nawet znaku życia. Zdumiony zacząłem powątpiewać w słuszność swego przypuszczenia, dlatego też gdy ministrant, zakrywszy ołtarz, opuszczał kaplicę, zwróciłem się do niego z pytaniem:

– Skąd wziął się ten niezwykły hałas podczas pierwszej mszy?

Ku mojemu jeszcze większemu zdumieniu odpowiedział pytaniem:

– Jaki niby hałas, ojcze?

– No przecież musiałeś słyszeć te wrzaski, okrzyki, czy cokolwiek to było. Zaczęły się wkrótce po ofiarowaniu, a trwały niemal do samej komunii.

– Niczego takiego nie słyszałem, ojcze – odrzekł chłopak. – Zresztą kto miałby się awanturować tak wcześnie pierwszego dnia świąt?

– Najwidoczniej musiałem się przesłyszeć – odparłem z taką beztroską, na jaką potrafiłem się zdobyć. – W każdym razie bardzo dziękuję za służenie mi do mszy – powiedziałem i opadłem na klęcznik.

Skończywszy modlitwy dziękczynne, zszedłem do refektarza, ciągle zastanawiając się, jakie mogło być wytłumaczenie owego niezwykłego zdarzenia. Na miejscu zebrała się już spora grupka mnichów, a po kilku minutach zjawił się też znany mi zakrystian, który usiadł obok mnie i po kilku wstępnych uwagach powiedział:

– Pamiętam, że nie skończyłem opowiadać księdzu o straceńczym kielichu, z którego korzystał pan dziś z rana. Dopiero po naszym rozstaniu pomyślałem, że Anglikowi nie jest tak łatwo zorientować się, skąd wzięła się nazwa. Ten kielich to jeden ze sprzętów liturgicznych, które nasi bracia przemycili do więzienia podczas rewolucji francuskiej. Mam nadzieję, że pamięta pan jeszcze, jak o tym mówiłem, a także jak starali się przestrzegać wszystkich reguł liturgicznych również w czasach terroru.

– Oczywiście, że pamiętam – zapewniłem, a w głowie już zaczęło mi się rysować wyjaśnienie całego zdarzenia. – A więc dzisiaj podczas mszy korzystałem z tego przemyconego wówczas kielicha. Czy tak?

– Istotnie, obecnie sięgamy już po niego nieczęsto, chyba że ktoś stanowczo się tego domaga. Nie sądzę, by wiele było kielichów mszalnych obudowanych tak niezwykłą historią.

– Chyba masz rację, bracie – rzekłem. – Czy dobrze zgaduję, że dla zakonników trzymanie się reguł liturgicznych stanowiło wielkie ryzyko?

– No cóż, tego łatwo się domyślić – zapewnił zakrystian. – W razie wykrycia najpewniej czekałaby ich gilotyna. I rzeczywiście wedle opowieści, którą chciałbym teraz dokończyć, raz niemal zostali złapani na gorącym uczynku.

– Bardzo proszę mówić dalej – zachęciłem podniecony. – Co się właściwie stało?

– Był to poranek pierwszego dnia świąt, mszę zaś miał odprawiać najmłodszy w całym zgromadzeniu kapłan. Święcenia zyskał raptem kilka miesięcy przed tym, jak uwięziono zakonników, i miała to być jego pierwsza msza bożonarodzeniowa. Mogę sobie wyobrazić, jak się przygotowywał, a jeszcze na dodatek zakonnik, który miał wszystkich zbudzić, zaspał i cały obrzęd rozpoczął się później, niż zamierzano. Tak czy owak, zanim msza dobiegła połowy, z zewnątrz zaczęły dolatywać okrzyki, które coraz bardziej potężniały, aż wreszcie dotarły pod samą bramę. Potem okazało się, że złapano jakiegoś nieszczęsnego arystokratę, który chciał zbiec z kraju, a rozwrzeszczany tłum prowadził go na miejsce egzekucji. Hałas był tak ogromny, że zbiło to z tropu młodego kapłana do tego stopnia, że nie bardzo wiedział, jak kontynuować odprawianie nabożeństwa. Wtedy jednak wiekowy opat wstał, podszedł i powiedział do niego: „Czyń dalej, co trzeba, synu, tamci bowiem tutaj się nie wedrą. Nasz Pan dba o tych, którzy oddają Mu cześć”. W rzeczy też samej mszę udało się dokończyć zgodnie z regułami, chociaż tłum nieprzerwanie awanturował się na zewnątrz. Nie mieli ci wyuzdańcy najmniejszego pojęcia, że tylko słomiane materace odgradzają ich od hołdu składanego Bogu Najwyższemu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij