Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Ugryzł mnie skorpion i padł - ebook

Format:
EPUB
3299 pkt
punktów Virtualo

Ugryzł mnie skorpion i padł - ebook

Niektóre rzeczy widzi się wyraźnie dopiero po latach.

Lata dziewięćdziesiąte. Polki zaczynają wyjeżdżać w świat, a Europa dopiero odkrywa Polskę.

„Ugryzł mnie skorpion” i „Padł” to dwie historie o miłości, która rodzi się między językami, kulturami i temperamentami. O fascynacji, która potrafi zmienić życie — i o codzienności, która szybko weryfikuje marzenia.

Z czułością, ironią i dystansem autorka opowiada o relacjach, emigracji i wyborach, które nigdy nie są proste.

Zabawne. Czasem gorzkie. I bardzo prawdziwe.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8310-933-6

FRAGMENT KSIĄŻKI

RECENZJE

Uro­czym dzie­cię­ciem będąc, Anna Gar­wo­liń­ska tań­czyła i śpie­wała w „Gawę­dzie”. Póź­niej ukoń­czyła słynną Fil­mówkę w Łodzi i uzy­skała tytuł MBA na Euro­pean Uni­ver­sity Cam­pus Waw. Zaj­mo­wała się publi­cy­styką eko­no­miczną w TVP oraz taj­ni­kami kom­po­zy­cji w Aka­de­mii Muzycz­nej im. Fry­de­ryka Cho­pina. Mało? Jak na kobietę nie­zwy­kłej dziel­no­ści i wyobraźni zde­cy­do­wa­nie za mało! Dora­dzała więc mini­strowi prze­kształ­ceń wła­sno­ścio­wych, bro­niła inte­re­sów pol­skiej ener­ge­tyki w Bruk­seli, poma­gała PLL Lot… Lista jej osią­gnięć jest dłu­uuga, dałoby się tymi suk­ce­sami obdzie­lić tłum męż­czyzn dum­nych ze swej męsko­ści. A do tego jest świetną nar­ra­torką, więc w swej opo­wie­ści o latach dzie­więć­dzie­sią­tych mie­sza powagę z uśmie­chem, głę­boką reflek­sję – z aneg­dotą, wierny opis wyda­rzeń – z iro­nią (łagodną i mniej łagodną). Moją wąt­pli­wość budzi jedy­nie tytuł książki: _Ugryzł mnie skor­pion i padł_ – znam się tro­chę na skor­pio­nach, to stwo­rze­nia roz­sądne, kie­ru­jące się instynk­tem samo­za­cho­waw­czym, żaden nie ośmie­liłby się nawet pomy­śleć o gry­zie­niu Gar­wo­liń­skiej. Abso­lut­nie nie!

_Michał Komar, pol­ski sce­na­rzy­sta i kry­tyk fil­mowy_

_Ugryzł mnie skor­pion i padł_ – już sam tytuł zapo­wiada intry­gu­jącą histo­rię. To ese­istyczna, oso­bi­sta opo­wieść o doświad­cze­niu trans­for­ma­cji lat dzie­więć­dzie­sią­tych, widzia­nej oczami autorki – jed­no­cze­śnie uczest­niczki i uważ­nej obser­wa­torki tam­tego czasu. Tekst jest bły­sko­tliwy i iro­niczny, pełen cel­nych meta­for oraz kul­tu­ro­wych detali, które zna­ko­mi­cie oddają ducha „Dzi­kiego Wschodu”, epoki eufo­rii, cha­osu i nie­kon­tro­lo­wa­nego kapi­ta­li­zmu.

Autorka umie­jęt­nie łączy lek­kość aneg­doty z trafną dia­gnozą spo­łeczną, balan­su­jąc mię­dzy nostal­gią a kry­tycz­nym dystan­sem. Szcze­gólną siłą tej opo­wie­ści jest żywy, obra­zowy, inte­li­gent­nie prze­śmiew­czy język oraz szczere przy­zna­nie się do subiek­tyw­no­ści nar­ra­cji.

Choć momen­tami nar­ra­cja bywa roz­wle­kła i celowo prze­ry­so­wana, wła­śnie to nadaje jej auten­tycz­ność i wyra­zi­sty cha­rak­ter. To nie sucha ana­liza trans­for­ma­cji, lecz pamięt­nik epoki: cha­otyczny, inten­sywny i pełen sprzecz­no­ści – dokład­nie taki, jak opi­sy­wany czas. Tekst naj­moc­niej trafi do czy­tel­ni­ków pamię­ta­ją­cych lata dzie­więć­dzie­siąte, ale dla młod­szych może być rów­nie cie­ka­wym i barw­nym zapi­sem naro­dzin współ­cze­snej Pol­ski.

_Vin­cent V. Sever­ski_

Czym jest histo­ria? Źró­dłem współ­cze­snej poli­tyki? Klu­czem do zro­zu­mie­nia świata? Podróżą w prze­szłość, o któ­rej wciąż tak mało wiemy?

Wszyst­kim po kolei. Dla­czego więc jej pozna­wa­nie wydaje się nie­by­wale nud­nym zaję­ciem? Bo histo­rią rzą­dzą nudni a nie­udolni naukowcy. Nie lubią kon­ku­ren­cji, więc spy­chają na mar­gi­nes tych, któ­rzy wiele ofe­rują ludziom szu­ka­ją­cym prze­wod­nika po dzie­jach. A taką prze­wod­niczką jest wła­śnie Anka Gar­wo­liń­ska. I tylko dla­tego prze­wi­duję zma­so­wany atak „nie­udol­nych”. Zaczną kry­tykę od tytułu Jej książki. „Prze­cież skor­piony nie gryzą!” – ow­szem, znawcy ento­mo­lo­gii będą mieli rację. Tytuł jed­nak nie jest ważny. Ważna jest jego druga część. Jak ten groźny stwór, kiedy zdechł po pró­bie ataku na Autorkę. Czy to moż­liwe? Ja, zna­jąc Ankę, uwa­żam, że tak. Wiem, że jest baczną, wni­kliwą (i groźną) obser­wa­torką wyda­rzeń, w dodatku tych sprzed 30–40 lat. Ogrom­nie istot­nych dla naszego kraju, któ­rego wciąż nie rozu­miemy. Będzie zapewne obiek­tem ata­ków zgorzk­nia­łych dzien­ni­ka­rek i histo­ry­ków, któ­rzy nie mogą prze­bo­leć, że świat ich nie zna. Peł­niona przez nią funk­cja dorad­czyni szefa Mini­ster­stwa Prze­kształ­ceń Wła­sno­ścio­wych, na równi z inte­lek­tem i urodą, dawała jej wgląd w pro­ces trans­for­ma­cji Pol­ski. Opi­suje go lekko, z uśmie­chem i sym­pa­tią dla tych, któ­rzy go reali­zo­wali. Dla­tego tę książkę tak dobrze się czyta. Choć cza­sem sobie myślę, że następna, w któ­rej odsłoni inne obli­cze prze­ło­mo­wego czasu, będzie jesz­cze lep­sza.

Ale, Aniu, trzy­maj się z dala od skor­pio­nów! Oczy­wi­ście ze względu na ochronę egzo­tycz­nej przy­rody.

_Bogu­sław Woło­szań­ski_ZAMIAST WSTĘPU

Ugryzł mnie skor­pion i zdechł.

Zna­jomi mówili, że to dla­tego, iż się nie przed­sta­wi­łam. Byłam wtedy nad jezio­rem Tur­kana w pół­noc­nej Kenii, w hotelu zawie­szo­nym na drze­wach – tym samym, w któ­rym Ange­lina Jolie krę­ciła _Tomb Raider: Kolebkę życia_. Tak, dokład­nie tam, gdzie boha­terki filmu kopią wro­gów z pół­ob­rotu, a życie toczy się w try­bie przy­gody.

Skor­piona nie zauwa­ży­łam. On mnie – ow­szem. Bro­niąc się, użą­dlił, a ja, rów­nie impul­syw­nie i nie­grzecz­nie, zdep­ta­łam go klap­kiem. I tyle go widziano. Palec spuchł, zro­bił się czarny, dłoń pie­kła jak dia­bli. Wezwano lekki samo­lot z pilo­tem, który był też sani­ta­riu­szem (takie rze­czy w Afryce są cał­kiem nor­malne), a ponie­waż uznał, że sprawa jest pilna, wró­ci­li­śmy do Nairobi. Lądo­wa­nie odbyło się na lot­ni­sku dla tzw. lata­ją­cych leka­rzy.

Czy nie brzmi to jak począ­tek powie­ści sen­sa­cyjno-przy­go­do­wej z ele­men­tami medy­cyny kata­stro­ficz­nej? A jed­nak każde zda­nie to prawda. Albo pra­wie. Bo to, co prze­czy­tasz w tej książce, rze­czy­wi­ście się wyda­rzyło. Albo tak mi się wydaje, albo tak to zapa­mię­ta­łam. A może tylko tak to sobie opo­wia­dam.

Nie cho­dzi tu o zmy­śla­nie. Cho­dzi o spo­sób widze­nia. O to, że histo­ria to nie tylko fakty – to także ich inter­pre­ta­cja, ton, pierw­sze wra­że­nie. Cza­sem prze­sa­dzone, cza­sem skró­cone, cza­sem tylko deli­kat­nie pod­krę­cone. Jak z tym skor­pio­nem. On rze­czy­wi­ście mnie użą­dlił. Ja naprawdę nie żar­tuję z bólu ani z samo­lotu. Ale tytuł – przy­znaj – działa.

Ta książka to zbiór takich wła­śnie histo­rii. Cza­sem zabaw­nych, cza­sem dra­ma­tycz­nych, cza­sem absur­dal­nych. Wszyst­kie mają wspólny mia­now­nik: patrzę na nie z wła­snego punktu widze­nia. Nie obie­cuję obiek­ty­wi­zmu. Obie­cuję auten­tycz­ność. Taką, jaką tylko pamięć i wyobraź­nia potra­fią wspól­nie wypro­du­ko­wać.

Czyli prawdę, która prze­trwała użą­dle­nie.

A wszystko to działo się w latach dzie­więć­dzie­sią­tych XX wieku – w cza­sach prze­łomu, które nie­któ­rzy nazy­wali „pol­ską kon­kwi­stą”, a inni po pro­stu „Dzi­kim Wscho­dem”. Bo z jed­nej strony to my z pasz­por­tem w zębach ruszy­li­śmy zdo­by­wać Zachód, głodni świata i szans. Z dru­giej – to świat ruszył do nas. Eks­paci, doradcy, amba­sa­do­rzy nowego stylu życia. Przy­jeż­dżali z kre­dy­tami zaufa­nia i kar­tami kre­dy­to­wymi, tro­chę jak dawni kon­kwi­sta­do­rzy, tylko w lnia­nych gar­ni­tu­rach.

Nie było krwi – wszystko za obo­pólną zgodą. Ale żądła pozo­stały. A jad – jak to jad – cza­sem zabi­jał, cza­sem leczył.

* * *

Jak opi­sać atmos­ferę lat dzie­więć­dzie­sią­tych ubie­głego wieku? Naj­pro­ściej: nie­usta­jący melanż entu­zja­zmu i lęku, wol­no­ści i nie­pew­no­ści, eufo­rii pod­szy­tej gorącz­ko­wym nie­po­ko­jem.

Po deka­dach regla­men­ta­cji, sza­rzy­zny i wiecz­nego „nie ma” świat nagle eks­plo­do­wał kolo­rami. Reklamy, dżinsy, fast foody, pla­sti­kowe gadżety i cała zachod­nia tan­deta – błysz­cząca, jaskrawa, abso­lut­nie nie do odpar­cia – wsu­nęły się do naszej rze­czy­wi­sto­ści jak kata­log wysłany przez pomyłkę na koniec świata. Koniec świata, który wła­śnie wró­cił z przy­mu­so­wych robót i posta­no­wił się urzą­dzić. Z roz­ma­chem. Ludzie zacho­wy­wali się jak dzieci wypusz­czone na podwórko po tygo­dniu ulew­nego desz­czu. Każdy chciał wszyst­kiego, naraz, natych­miast. Gra­nice prze­stały ist­nieć, zakazy się roz­myły, a moż­li­wo­ści mno­żyły jak grzyby po desz­czu – nikt tylko nie spraw­dzał, które są tru­jące.

Odre­ago­wa­nie PRL-u przy­po­mi­nało wesele u nowo­bo­gac­kiego wujka: złote krany, wypa­sione skó­rzane sofy, cegło­fony przy­kle­jone do ucha, pierw­sze Mer­ce­desy „na firmę” i hur­towe zakupy w super­mar­ke­tach, które przy­po­mi­nały raj – o ile raj ofe­ruje pro­mo­cje keczupu i lokó­wek. Gar­ni­tury były dwa roz­miary za duże, skar­petki białe i dum­nie wyeks­po­no­wane, a kobiece kre­acje błysz­czały, jakby ktoś wysy­pał bro­kat na disco polo. Suk­ces pach­niał wodą koloń­ską z kio­sku i stre­sem poura­zo­wym po kon­tak­cie z urzę­dem cel­nym.

Kapi­ta­lizm był nową reli­gią. Przed­się­bior­czość – sakra­men­tem.

A każdy, kto miał kom­pu­ter Amiga, modem 56k i kon­takt w hur­towni z AGD, czuł się lokal­nym Roc­ke­fel­le­rem. Turbo Roc­ke­fel­le­rem. Wszy­scy mieli zostać milio­ne­rami, naj­le­piej przed syl­we­strem. W wyobraźni każdy sie­dział już przy base­nie przy­kle­jo­nym do willi z kata­logu OBI, a na pod­jeź­dzie par­ko­wała kara­wana aut „spro­wa­dzo­nych, nie­bi­tych”.

Pro­blem w tym, że poję­cia „biz­nes” i „ryzyko” rozu­mie­li­śmy wtedy tak jak angiel­ski po kur­sie z kasety _Hello, my name is suc­cess_.

Wyda­wało się, że wystar­czy mieć pomysł, entu­zjazm i kogoś zna­jo­mego, kto zna kogoś, kto zna kogoś z banku. Cza­sem mam przed oczami tamte lata i nas samych. To tro­chę jak plaża pełna małych żół­wi­ków bie­gną­cych do oce­anu w prze­ko­na­niu, że każdy zosta­nie reki­nem.

A prze­cież pierw­sza lep­sza mewa (czy­taj: kon­ku­ren­cja z Zachodu) tylko cze­kała. Ale my się nie bali­śmy.

Liczyła się fala. Zła­pać ją. Pły­nąć. Bez mapy, bez boi, bez kapoka, za to z wiarą więk­szą niż zdrowy roz­są­dek i ener­gią nie do zdar­cia. Bo wie­dzie­li­śmy jedno: Jak nie teraz, to kiedy? Jak nie my, to kto?

Ktoś kie­dyś powie­dział, że majątki zdo­bywa się w dwóch momen­tach histo­rii – gdy kraj się odbu­do­wuje albo gdy idzie na wojnę. Nam tra­fiło się to pierw­sze. I choć nikt nie roz­da­wał instruk­cji, czu­li­śmy, że jeste­śmy we wła­ści­wym miej­scu, w naj­dziw­niej­szym, ale naszym cza­sie.

Wcze­śniej ktoś pró­bo­wał nam wmó­wić, że jeste­śmy poko­le­niem stra­co­nym. Bzdura.

Wej­ście w doro­słość w 1990 roku to było jak wygrana w totka, tyle że zamiast pie­nię­dzy dosta­wało się deadline, tele­fon sta­cjo­narny i nie­za­chwiane prze­ko­na­nie, że wszystko się da.

Pamię­ta­li­śmy smak pustych pó­łek, ale byli­śmy wystar­cza­jąco mło­dzi, żeby nie ugrzę­znąć w PRL-owym myśle­niu. Pla­styczni, głodni, naiwni. Gotowi do pracy po trzy­na­ście godzin dzien­nie – i o iro­nio, dumni z każ­dej dodat­ko­wej godziny. Bo wtedy nikt nie mówił o wypa­le­niu. Jak ktoś pła­kał w pracy, to w łazience – i szybko wra­cał do kom­pu­tera. _Work-life balance_?

To był czas: _work fast or get out_. Albo jesz­cze szyb­ciej. Na Dzi­kim Wscho­dzie wszystko było moż­liwe.

A my – mło­dzi, nie­do­szko­leni i lekko sza­leni – lecie­li­śmy na zła­ma­nie karku.

CV pisa­li­śmy w Wor­dzie 2.0, a gar­ni­tur kupo­wa­li­śmy „na oka­zji” i tak z dumą para­do­wa­li­śmy na spo­tka­niach, pod­czas któ­rych nikt nie pytał o doświad­cze­nie, tylko o to: „czy umiesz to zro­bić do piątku?”. Firmy zachod­nie nie szu­kały pro­fe­so­rów. Szu­kały ludzi, któ­rzy nie zada­wali zbyt wielu pytań, nie liczyli nad­go­dzin i nie mieli złych nawy­ków. Świe­żych, ela­stycz­nych i… tanich. Trzy­dzie­sto­lat­ko­wie na dyrek­tor­skich stoł­kach? Oczy­wi­ste. A cza­sem i młodsi.

Star­sze poko­le­nia kiwały z poli­to­wa­niem gło­wami, że dzieci dorwały się do steru, a my – w gar­ni­tu­rach z kre­dytu i z bły­skiem w oku – byli­śmy pewni, że świat sam się pod­łoży, żeby­śmy mogli po nim przejść.

War­szawa? To był kocioł. Mia­sto obiet­nic i ambi­cji. Przy­jeż­dżało się tu z walizką, w któ­rej były poży­czony gar­ni­tur, buty z bazaru i dez­odo­rant z kio­sku.

Wynaj­mo­wało się pokoje w dzie­się­cio­oso­bo­wych miesz­ka­niach i każ­dego ranka ruszało do walki o zle­ce­nie, o kon­takt, o „swoje pięć minut”. Ener­gia w sto­licy była jak wrzą­tek w garnku – coś się cały czas goto­wało, kipiało, wybu­chało i prze­le­wało.

To były powo­jenne lata bez wojny. Nie decy­do­wało pocho­dze­nie ani zna­jo­mość z „towa­rzy­szem mini­strem”. Liczyły się szyb­kość, talent, wyczu­cie i siła prze­bi­cia.

W tym roz­pa­lo­nym mie­ście poja­wiali się eks­paci – wysłan­nicy zachod­nich kon­cer­nów. Nie wuj­ko­wie z Chi­cago w dre­sach Adi­dasa. To byli pano­wie z Lon­dynu, Paryża, Nowego Jorku.

Białe zęby, głos z CNN, per­fumy jak z lot­ni­ska w Zury­chu. Mówili „asap”, „deadline”, „brief”, „kej­piaje”. A my kiwa­li­śmy gło­wami i gorącz­kowo spraw­dza­li­śmy po powro­cie, co to zna­czy. Wie­rzy­li­śmy, że oni wie­dzą wię­cej. Że mają dostęp do wie­dzy, któ­rej jesz­cze nie posie­dli­śmy. Że przy­nie­śli ze sobą przy­szłość: pach­nącą, uśmiech­niętą, pewną sie­bie. I chcie­li­śmy do niej wejść. Bez puka­nia. Wyda­wało się nam, że do Pol­ski przy­jeż­dżają naj­lepsi. Pro­fe­so­ro­wie eko­no­mii, wyja­da­cze mar­ke­tingu, mistrzo­wie sprze­daży. Ludzie, któ­rzy wcze­śniej two­rzyli kam­pa­nie dla naj­więk­szych marek świata, a teraz, z jakichś tajem­ni­czych powo­dów, posta­no­wili dzie­lić się swoją mądro­ścią w War­sza­wie, Łodzi czy Byd­gosz­czy. Wpa­try­wa­li­śmy się w nich jak w pół­bo­gów. Zachłan­nie noto­wa­li­śmy każde słowo, każde „bench­mark”, każde „brand awa­re­ness” wypo­wie­dziane z mięk­kim akcen­tem. Uzna­wa­li­śmy ich za posłań­ców zachod­niego suk­cesu, takich, co mają w kie­szeni prze­pis na pro­spe­rity, a w lap­to­pie – slajdy ze zło­tym klu­czem do przy­szło­ści.

Dopiero z cza­sem oka­zało się, że to nie byli żadni wielcy stra­te­dzy ani rekiny branży. To byli tech­nicy. Śred­nia kadra. Nie­do­szli kon­sul­tanci, któ­rym w cen­trali uprzej­mie zapro­po­no­wano „roz­wój w regio­nie”. Eks­perci od prze­sta­wia­nia prze­cin­ków i koor­dy­no­wa­nia pro­jek­tów w kra­jach, któ­rych nazw nie umieli popraw­nie wymó­wić. Zostali wypchnięci na _emer­ging mar­ket_. Na nas. I choć począt­kowo nosili tytuły dyrek­to­rów, brand mana­ge­rów i regio­nal­nych advi­so­rów, po latach zostali po pro­stu ludźmi. Zwy­kłymi. Pisa­nymi przez małe „l”. Z cza­sem zaczę­li­śmy patrzeć ina­czej. Z dystan­sem. Z iro­nią. A nie­kiedy – z pobłaż­li­wym uśmie­chem.

Bo choć przy­wieźli świat, to i my – nie wie­dzieć kiedy – zaczę­li­śmy go współ­two­rzyć. Po swo­jemu. Z błę­dami, z impro­wi­za­cją, z cha­rak­te­ry­stycz­nym „jakoś to będzie”, ale jed­nak.

Zro­bi­li­śmy swoje.

I co wię­cej, oka­zało się, że to my jeste­śmy lepiej wykształ­ceni. Że choć PRL był szary, absur­dalny i pełen pro­pa­gan­do­wej waty, to szkoły, szcze­gól­nie licea i uni­wer­sy­tety, naprawdę uczyły myśle­nia. Nie „testów kom­pe­ten­cyj­nych” ani „zarzą­dza­nia sobą w cza­sie”, tylko logicz­nego wnio­sko­wa­nia, czy­ta­nia mię­dzy wier­szami i bły­ska­wicz­nego koja­rze­nia fak­tów. Uczyły też, tro­chę mimo­cho­dem, kre­atyw­no­ści. A może raczej kom­bi­no­wa­nia. Bo jak nie było pod­ręcz­nika, to się samemu pisało ściągę. Jak nie było sprzętu, to się go mon­to­wało z trzech popsu­tych. Jak nie było budżetu, to się znaj­do­wało „inny spo­sób”. Nie cze­ka­li­śmy na brief ani na zatwier­dze­nie przez komi­tet ste­ru­jący. Dzia­łało się. Szybko, cza­sem cha­otycz­nie, ale sku­tecz­nie.

To my potra­fi­li­śmy zor­ga­ni­zo­wać kon­fe­ren­cję z niczego, zała­twić pięć dru­ka­rek „na jutro”, wymy­ślić kam­pa­nię w week­end i zro­bić event w pustej hali, która dzień wcze­śniej była maga­zy­nem. Nie mie­li­śmy pre­zen­ta­cji na dzie­sięć slaj­dów. Mie­li­śmy pomysł, deter­mi­na­cję i zna­jo­mego, który znał faceta z tele­wi­zji.

I w tym wszyst­kim ja.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij