-
nowość
-
promocja
Ugryzł mnie skorpion i padł - ebook
Ugryzł mnie skorpion i padł - ebook
Niektóre rzeczy widzi się wyraźnie dopiero po latach.
Lata dziewięćdziesiąte. Polki zaczynają wyjeżdżać w świat, a Europa dopiero odkrywa Polskę.
„Ugryzł mnie skorpion” i „Padł” to dwie historie o miłości, która rodzi się między językami, kulturami i temperamentami. O fascynacji, która potrafi zmienić życie — i o codzienności, która szybko weryfikuje marzenia.
Z czułością, ironią i dystansem autorka opowiada o relacjach, emigracji i wyborach, które nigdy nie są proste.
Zabawne. Czasem gorzkie. I bardzo prawdziwe.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8310-933-6 |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Uroczym dziecięciem będąc, Anna Garwolińska tańczyła i śpiewała w „Gawędzie”. Później ukończyła słynną Filmówkę w Łodzi i uzyskała tytuł MBA na European University Campus Waw. Zajmowała się publicystyką ekonomiczną w TVP oraz tajnikami kompozycji w Akademii Muzycznej im. Fryderyka Chopina. Mało? Jak na kobietę niezwykłej dzielności i wyobraźni zdecydowanie za mało! Doradzała więc ministrowi przekształceń własnościowych, broniła interesów polskiej energetyki w Brukseli, pomagała PLL Lot… Lista jej osiągnięć jest dłuuuga, dałoby się tymi sukcesami obdzielić tłum mężczyzn dumnych ze swej męskości. A do tego jest świetną narratorką, więc w swej opowieści o latach dziewięćdziesiątych miesza powagę z uśmiechem, głęboką refleksję – z anegdotą, wierny opis wydarzeń – z ironią (łagodną i mniej łagodną). Moją wątpliwość budzi jedynie tytuł książki: _Ugryzł mnie skorpion i padł_ – znam się trochę na skorpionach, to stworzenia rozsądne, kierujące się instynktem samozachowawczym, żaden nie ośmieliłby się nawet pomyśleć o gryzieniu Garwolińskiej. Absolutnie nie!
_Michał Komar, polski scenarzysta i krytyk filmowy_
_Ugryzł mnie skorpion i padł_ – już sam tytuł zapowiada intrygującą historię. To eseistyczna, osobista opowieść o doświadczeniu transformacji lat dziewięćdziesiątych, widzianej oczami autorki – jednocześnie uczestniczki i uważnej obserwatorki tamtego czasu. Tekst jest błyskotliwy i ironiczny, pełen celnych metafor oraz kulturowych detali, które znakomicie oddają ducha „Dzikiego Wschodu”, epoki euforii, chaosu i niekontrolowanego kapitalizmu.
Autorka umiejętnie łączy lekkość anegdoty z trafną diagnozą społeczną, balansując między nostalgią a krytycznym dystansem. Szczególną siłą tej opowieści jest żywy, obrazowy, inteligentnie prześmiewczy język oraz szczere przyznanie się do subiektywności narracji.
Choć momentami narracja bywa rozwlekła i celowo przerysowana, właśnie to nadaje jej autentyczność i wyrazisty charakter. To nie sucha analiza transformacji, lecz pamiętnik epoki: chaotyczny, intensywny i pełen sprzeczności – dokładnie taki, jak opisywany czas. Tekst najmocniej trafi do czytelników pamiętających lata dziewięćdziesiąte, ale dla młodszych może być równie ciekawym i barwnym zapisem narodzin współczesnej Polski.
_Vincent V. Severski_
Czym jest historia? Źródłem współczesnej polityki? Kluczem do zrozumienia świata? Podróżą w przeszłość, o której wciąż tak mało wiemy?
Wszystkim po kolei. Dlaczego więc jej poznawanie wydaje się niebywale nudnym zajęciem? Bo historią rządzą nudni a nieudolni naukowcy. Nie lubią konkurencji, więc spychają na margines tych, którzy wiele oferują ludziom szukającym przewodnika po dziejach. A taką przewodniczką jest właśnie Anka Garwolińska. I tylko dlatego przewiduję zmasowany atak „nieudolnych”. Zaczną krytykę od tytułu Jej książki. „Przecież skorpiony nie gryzą!” – owszem, znawcy entomologii będą mieli rację. Tytuł jednak nie jest ważny. Ważna jest jego druga część. Jak ten groźny stwór, kiedy zdechł po próbie ataku na Autorkę. Czy to możliwe? Ja, znając Ankę, uważam, że tak. Wiem, że jest baczną, wnikliwą (i groźną) obserwatorką wydarzeń, w dodatku tych sprzed 30–40 lat. Ogromnie istotnych dla naszego kraju, którego wciąż nie rozumiemy. Będzie zapewne obiektem ataków zgorzkniałych dziennikarek i historyków, którzy nie mogą przeboleć, że świat ich nie zna. Pełniona przez nią funkcja doradczyni szefa Ministerstwa Przekształceń Własnościowych, na równi z intelektem i urodą, dawała jej wgląd w proces transformacji Polski. Opisuje go lekko, z uśmiechem i sympatią dla tych, którzy go realizowali. Dlatego tę książkę tak dobrze się czyta. Choć czasem sobie myślę, że następna, w której odsłoni inne oblicze przełomowego czasu, będzie jeszcze lepsza.
Ale, Aniu, trzymaj się z dala od skorpionów! Oczywiście ze względu na ochronę egzotycznej przyrody.
_Bogusław Wołoszański_ZAMIAST WSTĘPU
Ugryzł mnie skorpion i zdechł.
Znajomi mówili, że to dlatego, iż się nie przedstawiłam. Byłam wtedy nad jeziorem Turkana w północnej Kenii, w hotelu zawieszonym na drzewach – tym samym, w którym Angelina Jolie kręciła _Tomb Raider: Kolebkę życia_. Tak, dokładnie tam, gdzie bohaterki filmu kopią wrogów z półobrotu, a życie toczy się w trybie przygody.
Skorpiona nie zauważyłam. On mnie – owszem. Broniąc się, użądlił, a ja, równie impulsywnie i niegrzecznie, zdeptałam go klapkiem. I tyle go widziano. Palec spuchł, zrobił się czarny, dłoń piekła jak diabli. Wezwano lekki samolot z pilotem, który był też sanitariuszem (takie rzeczy w Afryce są całkiem normalne), a ponieważ uznał, że sprawa jest pilna, wróciliśmy do Nairobi. Lądowanie odbyło się na lotnisku dla tzw. latających lekarzy.
Czy nie brzmi to jak początek powieści sensacyjno-przygodowej z elementami medycyny katastroficznej? A jednak każde zdanie to prawda. Albo prawie. Bo to, co przeczytasz w tej książce, rzeczywiście się wydarzyło. Albo tak mi się wydaje, albo tak to zapamiętałam. A może tylko tak to sobie opowiadam.
Nie chodzi tu o zmyślanie. Chodzi o sposób widzenia. O to, że historia to nie tylko fakty – to także ich interpretacja, ton, pierwsze wrażenie. Czasem przesadzone, czasem skrócone, czasem tylko delikatnie podkręcone. Jak z tym skorpionem. On rzeczywiście mnie użądlił. Ja naprawdę nie żartuję z bólu ani z samolotu. Ale tytuł – przyznaj – działa.
Ta książka to zbiór takich właśnie historii. Czasem zabawnych, czasem dramatycznych, czasem absurdalnych. Wszystkie mają wspólny mianownik: patrzę na nie z własnego punktu widzenia. Nie obiecuję obiektywizmu. Obiecuję autentyczność. Taką, jaką tylko pamięć i wyobraźnia potrafią wspólnie wyprodukować.
Czyli prawdę, która przetrwała użądlenie.
A wszystko to działo się w latach dziewięćdziesiątych XX wieku – w czasach przełomu, które niektórzy nazywali „polską konkwistą”, a inni po prostu „Dzikim Wschodem”. Bo z jednej strony to my z paszportem w zębach ruszyliśmy zdobywać Zachód, głodni świata i szans. Z drugiej – to świat ruszył do nas. Ekspaci, doradcy, ambasadorzy nowego stylu życia. Przyjeżdżali z kredytami zaufania i kartami kredytowymi, trochę jak dawni konkwistadorzy, tylko w lnianych garniturach.
Nie było krwi – wszystko za obopólną zgodą. Ale żądła pozostały. A jad – jak to jad – czasem zabijał, czasem leczył.
* * *
Jak opisać atmosferę lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku? Najprościej: nieustający melanż entuzjazmu i lęku, wolności i niepewności, euforii podszytej gorączkowym niepokojem.
Po dekadach reglamentacji, szarzyzny i wiecznego „nie ma” świat nagle eksplodował kolorami. Reklamy, dżinsy, fast foody, plastikowe gadżety i cała zachodnia tandeta – błyszcząca, jaskrawa, absolutnie nie do odparcia – wsunęły się do naszej rzeczywistości jak katalog wysłany przez pomyłkę na koniec świata. Koniec świata, który właśnie wrócił z przymusowych robót i postanowił się urządzić. Z rozmachem. Ludzie zachowywali się jak dzieci wypuszczone na podwórko po tygodniu ulewnego deszczu. Każdy chciał wszystkiego, naraz, natychmiast. Granice przestały istnieć, zakazy się rozmyły, a możliwości mnożyły jak grzyby po deszczu – nikt tylko nie sprawdzał, które są trujące.
Odreagowanie PRL-u przypominało wesele u nowobogackiego wujka: złote krany, wypasione skórzane sofy, cegłofony przyklejone do ucha, pierwsze Mercedesy „na firmę” i hurtowe zakupy w supermarketach, które przypominały raj – o ile raj oferuje promocje keczupu i lokówek. Garnitury były dwa rozmiary za duże, skarpetki białe i dumnie wyeksponowane, a kobiece kreacje błyszczały, jakby ktoś wysypał brokat na disco polo. Sukces pachniał wodą kolońską z kiosku i stresem pourazowym po kontakcie z urzędem celnym.
Kapitalizm był nową religią. Przedsiębiorczość – sakramentem.
A każdy, kto miał komputer Amiga, modem 56k i kontakt w hurtowni z AGD, czuł się lokalnym Rockefellerem. Turbo Rockefellerem. Wszyscy mieli zostać milionerami, najlepiej przed sylwestrem. W wyobraźni każdy siedział już przy basenie przyklejonym do willi z katalogu OBI, a na podjeździe parkowała karawana aut „sprowadzonych, niebitych”.
Problem w tym, że pojęcia „biznes” i „ryzyko” rozumieliśmy wtedy tak jak angielski po kursie z kasety _Hello, my name is success_.
Wydawało się, że wystarczy mieć pomysł, entuzjazm i kogoś znajomego, kto zna kogoś, kto zna kogoś z banku. Czasem mam przed oczami tamte lata i nas samych. To trochę jak plaża pełna małych żółwików biegnących do oceanu w przekonaniu, że każdy zostanie rekinem.
A przecież pierwsza lepsza mewa (czytaj: konkurencja z Zachodu) tylko czekała. Ale my się nie baliśmy.
Liczyła się fala. Złapać ją. Płynąć. Bez mapy, bez boi, bez kapoka, za to z wiarą większą niż zdrowy rozsądek i energią nie do zdarcia. Bo wiedzieliśmy jedno: Jak nie teraz, to kiedy? Jak nie my, to kto?
Ktoś kiedyś powiedział, że majątki zdobywa się w dwóch momentach historii – gdy kraj się odbudowuje albo gdy idzie na wojnę. Nam trafiło się to pierwsze. I choć nikt nie rozdawał instrukcji, czuliśmy, że jesteśmy we właściwym miejscu, w najdziwniejszym, ale naszym czasie.
Wcześniej ktoś próbował nam wmówić, że jesteśmy pokoleniem straconym. Bzdura.
Wejście w dorosłość w 1990 roku to było jak wygrana w totka, tyle że zamiast pieniędzy dostawało się deadline, telefon stacjonarny i niezachwiane przekonanie, że wszystko się da.
Pamiętaliśmy smak pustych półek, ale byliśmy wystarczająco młodzi, żeby nie ugrzęznąć w PRL-owym myśleniu. Plastyczni, głodni, naiwni. Gotowi do pracy po trzynaście godzin dziennie – i o ironio, dumni z każdej dodatkowej godziny. Bo wtedy nikt nie mówił o wypaleniu. Jak ktoś płakał w pracy, to w łazience – i szybko wracał do komputera. _Work-life balance_?
To był czas: _work fast or get out_. Albo jeszcze szybciej. Na Dzikim Wschodzie wszystko było możliwe.
A my – młodzi, niedoszkoleni i lekko szaleni – lecieliśmy na złamanie karku.
CV pisaliśmy w Wordzie 2.0, a garnitur kupowaliśmy „na okazji” i tak z dumą paradowaliśmy na spotkaniach, podczas których nikt nie pytał o doświadczenie, tylko o to: „czy umiesz to zrobić do piątku?”. Firmy zachodnie nie szukały profesorów. Szukały ludzi, którzy nie zadawali zbyt wielu pytań, nie liczyli nadgodzin i nie mieli złych nawyków. Świeżych, elastycznych i… tanich. Trzydziestolatkowie na dyrektorskich stołkach? Oczywiste. A czasem i młodsi.
Starsze pokolenia kiwały z politowaniem głowami, że dzieci dorwały się do steru, a my – w garniturach z kredytu i z błyskiem w oku – byliśmy pewni, że świat sam się podłoży, żebyśmy mogli po nim przejść.
Warszawa? To był kocioł. Miasto obietnic i ambicji. Przyjeżdżało się tu z walizką, w której były pożyczony garnitur, buty z bazaru i dezodorant z kiosku.
Wynajmowało się pokoje w dziesięcioosobowych mieszkaniach i każdego ranka ruszało do walki o zlecenie, o kontakt, o „swoje pięć minut”. Energia w stolicy była jak wrzątek w garnku – coś się cały czas gotowało, kipiało, wybuchało i przelewało.
To były powojenne lata bez wojny. Nie decydowało pochodzenie ani znajomość z „towarzyszem ministrem”. Liczyły się szybkość, talent, wyczucie i siła przebicia.
W tym rozpalonym mieście pojawiali się ekspaci – wysłannicy zachodnich koncernów. Nie wujkowie z Chicago w dresach Adidasa. To byli panowie z Londynu, Paryża, Nowego Jorku.
Białe zęby, głos z CNN, perfumy jak z lotniska w Zurychu. Mówili „asap”, „deadline”, „brief”, „kejpiaje”. A my kiwaliśmy głowami i gorączkowo sprawdzaliśmy po powrocie, co to znaczy. Wierzyliśmy, że oni wiedzą więcej. Że mają dostęp do wiedzy, której jeszcze nie posiedliśmy. Że przynieśli ze sobą przyszłość: pachnącą, uśmiechniętą, pewną siebie. I chcieliśmy do niej wejść. Bez pukania. Wydawało się nam, że do Polski przyjeżdżają najlepsi. Profesorowie ekonomii, wyjadacze marketingu, mistrzowie sprzedaży. Ludzie, którzy wcześniej tworzyli kampanie dla największych marek świata, a teraz, z jakichś tajemniczych powodów, postanowili dzielić się swoją mądrością w Warszawie, Łodzi czy Bydgoszczy. Wpatrywaliśmy się w nich jak w półbogów. Zachłannie notowaliśmy każde słowo, każde „benchmark”, każde „brand awareness” wypowiedziane z miękkim akcentem. Uznawaliśmy ich za posłańców zachodniego sukcesu, takich, co mają w kieszeni przepis na prosperity, a w laptopie – slajdy ze złotym kluczem do przyszłości.
Dopiero z czasem okazało się, że to nie byli żadni wielcy stratedzy ani rekiny branży. To byli technicy. Średnia kadra. Niedoszli konsultanci, którym w centrali uprzejmie zaproponowano „rozwój w regionie”. Eksperci od przestawiania przecinków i koordynowania projektów w krajach, których nazw nie umieli poprawnie wymówić. Zostali wypchnięci na _emerging market_. Na nas. I choć początkowo nosili tytuły dyrektorów, brand managerów i regionalnych advisorów, po latach zostali po prostu ludźmi. Zwykłymi. Pisanymi przez małe „l”. Z czasem zaczęliśmy patrzeć inaczej. Z dystansem. Z ironią. A niekiedy – z pobłażliwym uśmiechem.
Bo choć przywieźli świat, to i my – nie wiedzieć kiedy – zaczęliśmy go współtworzyć. Po swojemu. Z błędami, z improwizacją, z charakterystycznym „jakoś to będzie”, ale jednak.
Zrobiliśmy swoje.
I co więcej, okazało się, że to my jesteśmy lepiej wykształceni. Że choć PRL był szary, absurdalny i pełen propagandowej waty, to szkoły, szczególnie licea i uniwersytety, naprawdę uczyły myślenia. Nie „testów kompetencyjnych” ani „zarządzania sobą w czasie”, tylko logicznego wnioskowania, czytania między wierszami i błyskawicznego kojarzenia faktów. Uczyły też, trochę mimochodem, kreatywności. A może raczej kombinowania. Bo jak nie było podręcznika, to się samemu pisało ściągę. Jak nie było sprzętu, to się go montowało z trzech popsutych. Jak nie było budżetu, to się znajdowało „inny sposób”. Nie czekaliśmy na brief ani na zatwierdzenie przez komitet sterujący. Działało się. Szybko, czasem chaotycznie, ale skutecznie.
To my potrafiliśmy zorganizować konferencję z niczego, załatwić pięć drukarek „na jutro”, wymyślić kampanię w weekend i zrobić event w pustej hali, która dzień wcześniej była magazynem. Nie mieliśmy prezentacji na dziesięć slajdów. Mieliśmy pomysł, determinację i znajomego, który znał faceta z telewizji.
I w tym wszystkim ja.