Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Układ bez obietnic - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
25 lutego 2026
19,98
1998 pkt
punktów Virtualo

Układ bez obietnic - ebook

W świecie, w którym władza działa w ciszy, ona przestaje być pionkiem. Wciągnięta w mafijne układy, szybko odkrywa, że największą ceną nie są decyzje — lecz ludzie, którzy za nie płacą. On z kolei zna zasady tej gry aż za dobrze i wie, że uczucia bywają najsłabszym punktem. „Układ bez obietnic” to psychologiczny romans mafijny o relacji bez gwarancji, o sile wyboru i o kobiecie, która zamiast ufać obietnicom, sama zaczyna decydować o swoim losie. * Książka przeznaczona dla osób pełnoletnich.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 150 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Krew pachnie metalem. Zawsze.

Nie wiem, czy to strach wyostrza zmysły, czy po prostu umysł próbuje się czegoś złapać, kiedy wszystko inne się rozpada. Moje dłonie drżą, choć trzymam broń tak mocno, że bolą mnie palce. Zimna stal wciska się w skórę, a ja myślę tylko o tym, że jeszcze rok temu największym problemem było to, czy zdążę na ostatni pociąg do domu.

Teraz stoję w willi na wzgórzu nad Palermo. W miejscu, które miało być piękne. Marmurowe schody, kryształowe żyrandole, szerokie okna z widokiem na morze. Teraz wszystko jest popękane, brudne, splamione krwią ludzi, których imion nawet nie znam.

— Oddaj ją — słyszę głos.

Jego głos.

Niski, chropowaty, pozbawiony emocji. Znam go na pamięć. Słyszałam go, kiedy szeptał mi do ucha rzeczy, których nie powinnam była słuchać. Kiedy obiecywał mi bezpieczeństwo. Kiedy mówił, że nic mi się nie stanie, dopóki jestem przy nim.

Kłamca.

Patrzę na niego przez dym unoszący się w powietrzu. Stoi kilka metrów ode mnie, wyprostowany, jakby kule nie świstały przed chwilą obok jego głowy. Czarny garnitur ma rozpięty, koszulę poplamioną krwią — nie wiem, czyją. Jego oczy są ciemne, nieprzeniknione, dokładnie takie, jak wtedy, gdy poznałam prawdę.

— To już nie jest twoja decyzja — odpowiadam, a mój głos brzmi obco nawet dla mnie.

Nie powinnam była nauczyć się mówić do niego w ten sposób. Bez strachu. Bez uległości.

Za mną ktoś jęczy. Leży na podłodze, ciężko oddychając. Jeszcze żyje. Jeszcze.

— Wiesz, że nie wyjdziesz stąd żywa — mówi spokojnie.

Uśmiecham się krzywo.

— Wiesz, że mnie nie zastrzelisz.

Milczy. To jedyna chwila zawahania, jaką kiedykolwiek u niego widziałam.

Na zewnątrz rozlega się syrena. Gdzieś daleko, jak echo innego świata. Tego normalnego. Tego, do którego już nie mam powrotu.

Cofam się o krok. Potem o drugi. Czuję zimną balustradę balkonu za plecami. Morze pod nami jest czarne, wzburzone. Noc nie ma gwiazd, jakby nawet niebo odwróciło wzrok.

— Powiedziałeś, że mnie ochronisz — mówię cicho. — Za każdą cenę.

Jego szczęka się napina.

— Nadal mogę.

— Nie. — Kręcę głową. — Nie przed samą sobą.

Wspomnienia uderzają nagle, zbyt gwałtownie. Pierwszy wieczór we Włoszech. Zapach kawy i cytrusów. Jego spojrzenie w barze, ciężkie, zatrzymujące mnie w miejscu. To, jak powiedział moje imię, jakby należało do niego od zawsze.

Byłam głupia.

Byłam ciekawa.

Byłam zakochana.

A miłość w jego świecie jest walutą. I słabością.

— Zrób krok do przodu, a pociągnę za spust — mówię, unosząc broń wyżej.

Nie wiem, czy byłabym w stanie. Ale on nie może tego wiedzieć.

— Nie jesteś morderczynią — odpowiada.

— Ty też nie byłeś — szepczę. — Dopóki mnie nie poznałeś.

Coś w jego oczach pęka. Na ułamek sekundy widzę w nim mężczyznę, nie bossa. Człowieka, który mógłby kochać inaczej, gdyby urodził się w innym świecie.

Ale ten świat nie daje drugich szans.

— To się nie skończy dobrze — mówi.

— To już się źle skończyło — odpowiadam.

Odwracam się w stronę morza. Wiatr targa moje włosy, suknia klei się do nóg. Wiem, że jeśli teraz zawaham się choćby na sekundę, wszystko, co zrobiłam, straci sens.

A to dopiero początek.ROZDZIAŁ 1

Wtedy, kiedy jeszcze nie wiedziałam

Palermo przywitało mnie słońcem tak intensywnym, że aż musiałam zmrużyć oczy. Powietrze pachniało kawą, rozgrzanym asfaltem i czymś słodkim, czego nie potrafiłam nazwać. Może wolnością. Może złudzeniem, że przez kilka tygodni moje życie będzie prostsze.

Stałam na chodniku z walizką w ręku i mapą w telefonie, która uparcie twierdziła, że hotel jest „pięć minut pieszo”. We Włoszech pięć minut może znaczyć wszystko.

— Scusi? — zapytałam starszego mężczyznę, który przechodził obok.

Uśmiechnął się szeroko, wskazał gdzieś w bok i zaczął mówić szybciej, niż byłam w stanie zrozumieć. Skinęłam głową, udając, że wszystko jasne, po czym skręciłam dokładnie w przeciwną stronę.

Typowe.

Po dziesięciu minutach wiedziałam już jedno: jestem zgubiona. Po dwudziestu — że zaczynam się pocić. Po trzydziestu — że Palermo wcale nie jest takie urocze, gdy ciągniesz walizkę po krzywych uliczkach.

Wtedy zobaczyłam bar.

Mały, wciśnięty między dwie kamienice, z wyblakłym szyldem i stolikami wystawionymi na zewnątrz. Kilku mężczyzn siedziało przy nich z filiżankami espresso, gestykulując żywo. Śmiali się głośno, jakby czas nie miał tu żadnego znaczenia.

Potrzebowałam kawy. I chwili, żeby przestać udawać, że panuję nad sytuacją.

Weszłam do środka.

Chłód klimatyzacji uderzył mnie natychmiast. Bar był ciemniejszy, niż się spodziewałam. Za ladą stał mężczyzna w białej koszuli, wycierał szklanki i rozmawiał z kimś po włosku. Uniosłam rękę niepewnie.

— Un caffè, per favore.

Mój akcent był okropny, ale zadziałało. Skinął głową i odwrócił się do ekspresu.

Usiadłam przy barze i wtedy poczułam to spojrzenie.

Nie wiedziałam jeszcze, kim jest.

Nie wiedziałam, co robi.

Ale wiedziałam jedno: ktoś patrzy na mnie zbyt intensywnie, żeby był to przypadek.

Odwróciłam głowę powoli.

Siedział kilka metrów dalej, przy stoliku w rogu. Sam. Ubrany na czarno, z rozpiętą marynarką, jakby nie odczuwał upału. Łokieć opierał o blat, palce luźno trzymały filiżankę. Jego twarz była spokojna, niemal obojętna, ale oczy… oczy miał skupione wyłącznie na mnie.

Nie uśmiechał się.

Nie odwracał wzroku.

Nie udawał.

Serce zabiło mi szybciej. Irracjonalnie. Głupio.

Zrobiłam to, co robią ludzie, kiedy nie wiedzą, jak się zachować — udawałam, że nic nie widzę.

Barista postawił przede mną espresso.

— Prego.

Podziękowałam i upiłam łyk. Gorzkie. Idealne.

— Zgubiłaś się.

Jego głos zabrzmiał tuż obok mnie. Nisko. Spokojnie. Po angielsku, bez obcego akcentu.

Drgnęłam i odwróciłam się gwałtownie. Stał teraz obok mnie, bliżej, niż powinnam była pozwolić komukolwiek obcemu. Pachniał czymś ciężkim — skórą, dymem, czymś męskim i niepokojącym.

— Słucham? — zapytałam.

— Hotele zwykle nie są w tej części miasta — dodał, jakbyśmy kontynuowali rozmowę rozpoczętą dawno temu.

Zmrużyłam oczy.

— A skąd pan wie, że szukam hotelu?

Jego usta drgnęły w czymś, co mogło być uśmiechem.

— Walizka. Mapa w telefonie. Ten wyraz twarzy.

Powinnam była wstać. Wyjść. Podziękować i odejść.

Zamiast tego zapytałam:

— I co pan proponuje?

Patrzył na mnie przez chwilę, jakby oceniał, czy warto powiedzieć prawdę.

— Że pokażę ci drogę — powiedział w końcu. — Albo zaprowadzę w miejsce, do którego nie powinnaś trafić sama.

Serce znów przyspieszyło. Tym razem nie ze strachu.

Nie wiedziałam jeszcze, że w tej chwili zrobiłam pierwszy krok w stronę wszystkiego, co miało mnie zniszczyć.

I wszystkiego, co miało mnie do niego przywiązać.ROZDZIAŁ 2

Mężczyźni, przed którymi się nie ostrzega

Wyszliśmy z baru razem, choć nikt z nas nie powiedział tego wprost. On zapłacił za moją kawę, zanim zdążyłam zaprotestować, a potem po prostu ruszył przed siebie, jakby oczywistym było, że pójdę za nim.

I poszłam.

Ulica była wąska, kamienice stały tak blisko siebie, że niemal zasłaniały niebo. Słońce przebijało się tylko fragmentami, zostawiając na bruku jasne plamy. Mój krok był szybszy, nerwowy. Jego — spokojny, pewny, jakby znał każdą nierówność tej drogi.

— Nie boisz się? — zapytałam w końcu.

Odwrócił głowę, ale nie zatrzymał się.

— Czego?

— Obcej dziewczyny w obcym mieście — odpowiedziałam. — Albo tego, że mogę być… problemem.

Parsknął cicho.

— Gdybyś była problemem, już bym to wiedział.

To nie było uspokajające.

— A ja powinnam się bać pana? — dodałam.

Zatrzymał się nagle. Tak gwałtownie, że niemal na niego wpadłam. Odwrócił się do mnie powoli, z rękami w kieszeniach spodni. Z bliska był jeszcze bardziej niepokojący. Miał twarz mężczyzny, który rzadko się tłumaczy. Kogoś, kto nie musi.

— Tak — powiedział bez wahania.

Serce podskoczyło mi do gardła.

— To… szczerość czy groźba?

— Ostrzeżenie.

Patrzył mi w oczy dłużej, niż wypadało. Czułam, jak coś we mnie reaguje — instynkt, adrenalina, ciekawość. Ta niebezpieczna mieszanka, przez którą rozsądek milknie.

— A jednak idziesz — dodał spokojnie.

Nie odpowiedziałam. Bo miał rację.

Ruszył dalej. Tym razem wolniej, jakby dawał mi możliwość zawrócenia. Nie skorzystałam.

— Jak masz na imię? — zapytałam po chwili.

— To zależy — odpowiedział. — Chcesz imię, czy coś, co ułatwi ci o mnie zapomnieć?

— Raczej to drugie — mruknęłam.

Zerknął na mnie kątem oka.

— W takim razie mów mi Luca.

Nie zapytałam, czy to prawdziwe imię. Już wtedy wiedziałam, że prawda w jego ustach jest pojęciem elastycznym.

— A ty? — zapytał.

Podałam swoje imię. Powiedział je cicho, wolno, jakby sprawdzał, jak brzmi w jego języku. To był drobiazg. A jednak poczułam dreszcz.

— Nie jesteś stąd — stwierdził.

— To takie oczywiste?

— Zbyt uważnie patrzysz — odpowiedział. — Tutejsi nauczyli się nie zauważać rzeczy, których nie mogą zmienić.

Przechodziliśmy obok małego placu. Starsze kobiety siedziały na krzesłach wystawionych przed domy, dzieci grały w piłkę, ktoś krzyczał z balkonu. Życie toczyło się zwyczajnie. Normalnie. A ja miałam wrażenie, że idę obok czegoś, co nie pasuje do tej scenerii.

— Co robisz w Palermo? — zapytał.

— Uciekam — odpowiedziałam zgodnie z prawdą.

Uniósł brew.

— Przed czym?

— Przed życiem, które wszyscy uważają za „bezpieczne” — wzruszyłam ramionami. — Studia, praca, kredyt, powtarzalność.

— A więc uciekasz w niebezpieczeństwo — skwitował.

— A pan? — odbiłam pytanie. — Przed czym pan ucieka?

Zaśmiał się krótko, bez wesołości.

— Ja nie uciekam. Ja pilnuję, żeby inni nie mogli.

To była pierwsza czerwona flaga.

Zignorowałam ją.

Zatrzymaliśmy się w końcu przed niewielkim budynkiem z wyblakłą tablicą hotelu. Odetchnęłam z ulgą, choć jednocześnie poczułam dziwne ukłucie rozczarowania.

— Jesteśmy — powiedział.

— Dziękuję — odpowiedziałam. — Za kawę. I drogę.

Skinął głową, jakby to nic nie znaczyło. Odwrócił się, gotów odejść, ale coś we mnie zaprotestowało.

— Luca?

Zatrzymał się, nie odwracając.

— Tak?

— Czy… zobaczymy się jeszcze?

Przez chwilę milczał. Potem spojrzał na mnie przez ramię. W jego oczach było coś, czego wtedy nie potrafiłam nazwać. Coś między decyzją a wyrokiem.

— To zależy — powiedział. — Czy zadasz właściwe pytanie.

— Jakie?

Uśmiechnął się lekko.

— Gdzie mnie znaleźć.

I odszedł, zostawiając mnie z walizką, przyspieszonym oddechem i przeczuciem, że właśnie wplątałam się w coś, czego nie powinnam była zaczynać.

Jeszcze nie wiedziałam, że to nie było nasze pierwsze spotkanie.

Tylko pierwsze, które zapamiętam.ROZDZIAŁ 3

Rzeczy, których nie powinno się wiedzieć

Hotel okazał się głośniejszy, niż się spodziewałam. Cienkie ściany, skrzypiące łóżko, obce języki dobiegające z korytarza. Leżałam na plecach, wpatrując się w sufit, próbując wmówić sobie, że dzisiejszy dzień był po prostu… intensywny. Nic więcej.

Nie działało.

Jego głos wracał do mnie uporczywie. Ten spokojny ton, jakby nic nie mogło go wytrącić z równowagi. Jego spojrzenie, zbyt uważne, zbyt świadome. Mówił, że powinnam się go bać — a ja zamiast uciec, zapytałam, czy jeszcze się zobaczymy.

Idiotka.

Przewróciłam się na bok, sięgnęłam po telefon i bez większego namysłu wpisałam w wyszukiwarkę:

„Palermo mafia”.

Lista artykułów była przytłaczająca. Nazwy, których nie potrafiłam wymówić. Zdjęcia mężczyzn w garniturach, twarze pozornie zwyczajne, podpisy mówiące o aresztowaniach, zniknięciach, „wewnętrznych porachunkach”.

Zamknęłam przeglądarkę. To nie mój świat. Nie powinnam była nawet o tym myśleć.

Telefon zawibrował.

Nowa wiadomość. Numer nieznany.

Nie śpisz?

Serce niemal wyskoczyło mi z piersi. Usiadłam gwałtownie na łóżku, rozglądając się, jakby ktoś mógł mnie obserwować przez cienkie zasłony.

Skąd masz mój numer?

— odpisałam po chwili.

Odpowiedź przyszła niemal natychmiast.

— Powiedziałaś, że uciekasz.

Ludzie, którzy uciekają, zostawiają po sobie ślady.

To nie było romantyczne. To było… niepokojące.

— To nie jest w porządku.

Minęła chwila. Dłuższa niż poprzednie.

— Masz rację.

Dlatego powinnaś być ostrożniejsza.

Odłożyłam telefon, ręce mi drżały. Próbowałam oddychać głęboko, racjonalnie. Może to żart. Może przypadek. Może po prostu…

Rozległo się pukanie do drzwi.

Zamarłam.

Pukanie było ciche, ale stanowcze. Nie hotelowe. Nie przypadkowe. Wstałam powoli, każdy krok wydawał się zbyt głośny. Spojrzałam przez judasza.

On.

Stał na korytarzu, oparty o ścianę, z rękami w kieszeniach. Spokojny. Jak zawsze.

Otworzyłam drzwi tylko na tyle, na ile pozwalał łańcuch.

— Co ty tu robisz? — syknęłam.

— Sprawdzam, czy żyjesz — odpowiedział. — I czy jesteś sama.

— To brzmi jeszcze gorzej, kiedy mówisz to na głos.

Uniósł kącik ust.

— Wpuścisz mnie, czy będziemy tak rozmawiać całą noc?

Rozsądek krzyczał. Każda komórka mojego ciała powinna była mówić „nie”.

Zamiast tego zdjęłam łańcuch.

Wszedł do środka i zamknął drzwi. Pokój nagle wydał się za mały. Za ciasny. Zbyt intymny.

— To nie był przypadek — powiedziałam. — Nasze spotkanie.

— Nie — zgodził się spokojnie.

— I twoje imię też nie jest prawdziwe.

— Nie.

Patrzył na mnie uważnie, jakby ważył coś w myślach. W końcu sięgnął do kieszeni marynarki i wyjął telefon. Otworzył galerię, podał mi go bez słowa.

Na ekranie było zdjęcie. On — ten sam mężczyzna, którego znałam z baru. Ten sam chłodny wyraz twarzy. Tylko że obok niego stali inni mężczyźni. Uzbrojeni. A podpis pod zdjęciem, w artykule, który wcześniej zamknęłam, był jednoznaczny.

Nazwisko.

To, które widziałam kilkanaście minut wcześniej.

— Nazywam się inaczej — powiedział cicho. — A to, kim jestem, to powód, dla którego powinnaś jutro wyjechać z Palermo.

Spojrzałam na niego, czując, jak grunt usuwa mi się spod nóg.

— A jeśli nie wyjadę?

Jego spojrzenie pociemniało.

— Wtedy już nie będę mógł udawać, że cię nie znam.

Cisza w pokoju była ciężka. Duszna.

— Dlaczego mi to mówisz? — zapytałam w końcu.

Zbliżył się o krok. Tylko jeden. Wystarczający, żebym poczuła jego zapach.

— Bo ktoś już wie, że tu jesteś — odpowiedział. — A w moim świecie ciekawość wobec obcych kobiet kończy się źle.

Przełknęłam ślinę.

— A twoja?

Jego głos był niemal szeptem.

— Moja kończy się obsesją.

I w tej chwili zrozumiałam, że nie chodziło o to, czy ucieknę.

Tylko o to, czy pozwolę mu mnie zatrzymać.ROZDZIAŁ 4

Ucieczki, które kończą się szybciej, niż powinny

Nie spałam ani minuty.

Leżałam na łóżku, wpatrując się w ciemny sufit, słuchając każdego dźwięku hotelu. Kroków na korytarzu. Skrzypnięcia drzwi. Śmiechu dobiegającego z pokoju obok. Wszystko brzmiało jak zagrożenie.

Jego słowa wciąż dudniły mi w głowie.

„Ktoś już wie, że tu jesteś.”

„W moim świecie ciekawość kończy się źle.”

„Obsesją.”

Nie wiedziałam, czy bardziej przeraża mnie to, co powiedział — czy fakt, że mimo wszystko czułam coś, co nie miało prawa się pojawić. To napięcie. To przyciąganie. To irracjonalne poczucie, że przy nim jestem jednocześnie bezpieczna i skazana.

To było chore.

A ja nie byłam jedną z tych dziewczyn, które mylą strach z pożądaniem. Przynajmniej tak sobie powtarzałam, pakując walizkę jeszcze przed świtem.

Nie zostawiłam żadnej wiadomości. Żadnego śladu. Zapłaciłam za noc u recepcjonisty, który nawet na mnie nie spojrzał, i wyszłam na ulicę, zanim miasto na dobre się obudziło.

Palermo o tej porze było inne. Cichsze. Surowsze. Jakby zdejmowało maskę.

Zamówiłam taksówkę na dworzec. Plan był prosty: pociąg do Rzymu, potem dalej, gdziekolwiek. Byle daleko. Byle szybko.

Telefon zawibrował.

Nie musiałam sprawdzać, żeby wiedzieć.

— Wyjeżdżasz.

Zatrzymałam się na środku chodnika. Serce waliło mi w piersi.

— Tak.

I nie próbuj mnie zatrzymywać.

Odpowiedź przyszła po kilku sekundach.

— To nie ja będę problemem.

Zimno przebiegło mi po plecach.

Taksówka podjechała chwilę później. Wsiadłam, podałam adres dworca i zamknęłam oczy, próbując oddychać normalnie. Palermo mijało za oknem jak film, z którego chciałam wysiąść przed napisami końcowymi.

Na dworcu panował chaos. Turyści z plecakami, miejscowi spieszący się do pracy, zapach kawy i spalin. Kupiłam bilet drżącymi rękami i ruszyłam w stronę peronu.

Byłam prawie wolna.

— Signorina.

Czyjeś palce zacisnęły się na moim nadgarstku.

Odwróciłam się gwałtownie. To nie był on. Mężczyzna był starszy, miał twarde oczy i zbyt uważne spojrzenie. Uśmiechnął się, ale w jego uśmiechu nie było nic przyjaznego.

— Zgubiłaś coś — powiedział po angielsku, wskazując głową na moją walizkę.

— Proszę mnie puścić — syknęłam.

Uśmiech zniknął.

— On nie lubi, kiedy się nie żegna.

Serce zamarło.

— Kto? — zapytałam, choć znałam odpowiedź.

Zanim zdążyłam zareagować, ktoś stanął za mną. Potem drugi z boku. Ludzie na peronie byli, a jakby ich nie było. Nikt nie patrzył. Nikt nie reagował.

— To jakaś pomyłka — powiedziałam szybko. — Ja tylko…

— Basta.

I wtedy go zobaczyłam.

Stał kilka metrów dalej. Opierał się o filar, ręce miał skrzyżowane na piersi. Czarny płaszcz, ciemne okulary. Spokojny. Opanowany. Jakby wszystko działo się dokładnie według jego planu.

Podszedł wolno. Mężczyźni natychmiast się odsunęli.

— Puśćcie ją — powiedział cicho.

Zrobili to bez wahania.

— Mówiłam, że wyjeżdżam — wysyczałam, gdy stanął przede mną.

Zdjął czarne okulary. Jego spojrzenie było twarde, pozbawione wczorajszego cienia wahania.

— Mówiłem, że nie ja będę problemem.

— To było porwanie? — zapytałam. — Czy ostrzeżenie?

— Lekcja — odpowiedział. — Pierwsza i ostatnia.

— Nie masz prawa mnie zatrzymywać.

Zbliżył się. Za blisko.

— W tej chwili mam każde.

— Dlaczego?! — wyrwało mi się. — Dlaczego po prostu nie pozwolisz mi odejść?!

Patrzył na mnie długo. Zbyt długo.

— Bo kiedy próbowałaś uciec — powiedział nisko — ktoś uznał, że jesteś słabym punktem.

Pochylił się do mojego ucha.

— A ja nie pozwalam dotykać tego, co jest moje.

Zadrżałam.

— Nigdy nie byłam twoja.

Wyprostował się.

— Jeszcze nie.

Skinął głową w stronę wyjścia.

— Jedziesz ze mną.

— A jeśli odmówię?

Jego głos stwardniał.

— Wtedy następnym razem nie będę tak delikatny.

Ludzie zaczęli wsiadać do pociągu. Mój pociąg. Drzwi się zamykały.

Patrzyłam, jak odjeżdża.

I wiedziałam, że właśnie przekroczyłam granicę, zza której nie ma już powrotu.ROZDZIAŁ 5

Noc, w której przestałam być tylko gościem

Samochód był czarny. Oczywiście. Cichy, drogi, z przyciemnianymi szybami, przez które Palermo znikało, jakby nigdy nie istniało. Siedziałam z tyłu, wyprostowana jak struna, z walizką między nogami, jakby była jedyną rzeczą, która jeszcze należała do mnie.

On siedział obok kierowcy. Nie odwracał się. Nie mówił nic.

To było gorsze niż krzyk.

— Dokąd jedziemy? — zapytałam w końcu, nie wytrzymując ciszy.

— Do miejsca, gdzie nikt nie zadaje niepotrzebnych pytań — odpowiedział spokojnie.

— Ja zadaję — syknęłam.

Spojrzał na mnie w lusterku. Tylko na chwilę. Wystarczająco, żebym poczuła się naga pod tym spojrzeniem.

— W nocy lepiej słuchać niż mówić — stwierdził. — Szczególnie, jeśli chce się dożyć rana.

Zamilkłam.

Droga wiła się w górę. Miasto zostało za nami, światła robiły się rzadsze, aż w końcu zniknęły niemal całkowicie. Gdy samochód zatrzymał się przed bramą, zobaczyłam wysoki mur i żelazne ogrodzenie. Kamera obróciła się leniwie. Brama otworzyła się bez dźwięku.

Willa była ogromna. Jasny kamień, tarasy, ogród tonący w ciemności. Wyglądała jak coś wyjętego z katalogu, a jednak… nie była ciepła. Była twierdzą.

— Wysiadamy — powiedział.

Zrobiłam to, choć każda komórka mojego ciała krzyczała, że właśnie wchodzę do klatki.

W środku było chłodno. Marmur pod stopami, wysokie sufity, zapach czystości i czegoś jeszcze — metalu, skóry, władzy. Mężczyźni pojawiali się i znikali w ciszy. Nikt na mnie nie patrzył dłużej niż sekundę. Nikt się nie uśmiechał.

— To jest dom — powiedział. — Nie hotel.

— Czuję różnicę — mruknęłam.

Prowadził mnie korytarzem, aż zatrzymał się przed drzwiami na piętrze. Otworzył je i gestem kazał mi wejść.

Pokój był duży. Łóżko z ciemnym zagłówkiem, okna wychodzące na ogród, łazienka większa niż moje dotychczasowe mieszkanie.

— Tu będziesz spać — oznajmił.

— Będę? — podkreśliłam.

— Tak.

Odwróciłam się do niego gwałtownie.

— To brzmi jak wyrok.

Zamknął drzwi za sobą, ale nie na klucz. Przynajmniej tak mi się wydawało.

— To brzmi jak ochrona — poprawił mnie. — Do rana nikt nie wejdzie tu bez mojej zgody.

— A ty?

Podszedł bliżej. Zbyt blisko.

— Ja nie muszę wchodzić — powiedział cicho. — Już tu jesteś.

Zacisnęłam dłonie.

— Nie możesz mnie tu trzymać wbrew mojej woli.

— Mogę — odparł spokojnie. — Ale nie chcę.

— Jaka różnica?

Jego wzrok przesunął się po mojej twarzy, powoli, uważnie.

— Ogromna.

Milczeliśmy chwilę. Napięcie wisiało w powietrzu jak burza.

— Są zasady — powiedział w końcu. — Proste.

— Słucham.

— Nie wychodzisz sama.

— Nie rozmawiasz z nikim bez mojej wiedzy.

— Nie próbujesz uciekać.

Zaśmiałam się krótko, nerwowo.

— A jeśli złamię którąś z nich?

Zbliżył się jeszcze o krok. Czułam jego ciepło. Jego obecność.

— Wtedy będę musiał przypomnieć ci, dlaczego tu jesteś.

— Grozisz mi?

Pochylił się, jego głos był ledwie szeptem.

— Ostrzegam.

Serce waliło mi jak oszalałe. A jednak… nie cofnęłam się.

— A ty? — zapytałam. — Masz jakieś zasady wobec mnie?

Zatrzymał się. Przez chwilę wyglądał, jakby nie spodziewał się tego pytania.

— Jedną — odpowiedział po chwili. — Nie dotykam tego, co jest przerażone.

Spojrzałam mu prosto w oczy.

— A jeśli nie jestem?

Coś w nim drgnęło. Prawie niewidocznie.

Wyprostował się.

— Dobranoc — powiedział krótko i wyszedł, zostawiając mnie samą w ciszy, która nie była ulgą.

Zamknęłam drzwi i oparłam się o nie plecami. Kolana mi drżały.

Leżałam później w obcym łóżku, słuchając dźwięków domu. Kroków. Szeptów. Ciszy. A gdzieś w tym wszystkim czułam jego obecność — nie w pokoju, ale wszędzie indziej.

Wiedziałam jedno.

To nie była noc, po której obudzę się wolna.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij