Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Układ z Bogiem. Czy Bóg mieszka w naszym układzie nerwowym? - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
24 marca 2026
20,00
2000 pkt
punktów Virtualo

Układ z Bogiem. Czy Bóg mieszka w naszym układzie nerwowym? - ebook

Autobiograficzna historia Mai, która po latach toksycznego małżeństwa przeżywa epizod psychozy. Kryzys prowadzi ją przez hospitalizację i refleksje nad cierpieniem, wiarą i siłą kobiecej solidarności. Bohaterka odkrywa w nim duchowe przebudzenie i drogę do wolności, wierząc, że doświadczenie to pomogło jej wyrwać się z destrukcyjnej relacji i wspierać inne kobiety.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Biografie
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788368349559
Rozmiar pliku: 884 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

NOTA OD AUTORKI

Mam na imię Maja. Ta książka jest fragmentem mojego życia – takim, którego nigdy bym się nie spodziewała, a który zmienił mnie na zawsze.

Świat nazwał to psychozą. Ja wolę nazywać to pęknięciem, przez które zaczęło sączyć się światło.

Piszę, bo wierzę, że w życiu nie ma przypadków. Wierzę, że każda chwila – nawet ta najtrudniejsza – może mieć sens, jeśli odważymy się go poszukać. W mojej historii jest ból, strach i chaos, ale jest też Bóg, który pojawił się tam, gdzie rozum nie sięga. Nie znajdziesz tu porad ani gotowych recept. Znajdziesz prawdę – moją prawdę. Prawdziwe emocje, myśli, rozmowy i modlitwy. Być może w niektórych słowach zobaczysz kawałek siebie. Jeśli tak się stanie, wiedz, że nie jesteś sam(a).

„Układ z Bogiem. Czy Bóg mieszka w naszym układzie nerwowym?” jest moją opowieścią o utracie i odzyskaniu siebie. O odwadze, która przychodzi wtedy, gdy wszystko inne znika. O Bogu, który potrafi przemówić nawet w obliczu zgiełku i ciemności.

Ta książka to także zaproszenie do refleksji nad tym, co naprawdę ważne – nad życiem, które potrafi zaskoczyć i sprawić, że przewartościujemy wszystko to, co dotąd znaliśmy. To historia o powolnym rodzeniu się nadziei i sile, którą każdy z nas nosi w sobie, nawet jeśli czasem nie potrafimy jej dostrzec.

Jeśli ta książka pomoże choć jednej osobie zawalczyć o swoje życie – będzie to mój największy dar.JA O SOBIE SAMEJ

Odkąd pamiętam, przeżywam wszystko mocniej i głębiej niż moje najbliższe otoczenie. Często czułam się niezrozumiana i jakaś inna, można rzec – dziwna. O tym, że nie jestem sama i że jest na ­świecie wielu takich jak ja, dowiedziałam się dość niedawno. Dowiedziałam się też, że mamy nawet swoją nazwę – WWO, czyli wysoko wrażliwe osoby. Długo nie czekając, sięgnęłam po książki Christel Petitcollin „Jak mniej myśleć. Dla analizujących bez końca i wysoko wrażliwych”, „Jak lepiej myśleć. Dla analizujących bez końca i wysoko wrażliwych” oraz Elaine N. Aron „Wysoko wrażliwi. Jak funkcjonować w świecie, który nas przytłacza”. I zaczęłam zaprzyjaźniać się z moją naturą. Lepiej późno niż wcale, prawda?

Podjęłam się także mojej małej prywatnej misji – wspierania młodych osób, zagubionych w obecnym świecie ze względu na swoją empatię, głębokie odczuwanie, uważność na świat, altruizm – często bardzo niezdrowy („najpierw inni, a potem ja”). Warto dodać, że wszystko to jest niejednokrotnie postrzegane przez otoczenie jako frajerstwo i słabość.

Moje dzieciństwo było raczej normalne… Tak przynajmniej myślałam. Tata zwykle nieobecny, przez większość czasu pracujący za granicą, by rodzinie niczego nie brakowało. Często zmieniający pracę – jak się po latach dowiedziałam, w dużej mierze ze względu na problem alkoholowy. Mama obecna, ale bardziej ciałem niż duchem. Nauczona powściągania emocji, nie za bardzo okazywała je swoim córkom. „Kocham cię, jesteś wspaniała taka jaka jesteś” – te słowa nigdy nie wybrzmiały w naszym domu. A gdy dzieci okazywały zbyt dużo emocji, trzeba było je „naprawić”, bo „świrują” lub „mają znowu doła”.

Rodzice także nie okazywali czułości sobie nawzajem. Egzystowali obok siebie, jak współlokatorzy. Nic więc dziwnego, że nie otrzymałyśmy wzorca, jakim powinna być zdrowa relacja w związku dwojga ludzi, oparta na miłości i uważności na drugiego człowieka.

Jestem pewna, że w tym momencie wielu z was powie: „Znam to z autopsji”. Mama zagarniająca przestrzeń, tata unikający kontaktu, zaszywający się w swoim kącie przed telewizorem. Towarzyszył nam brak nie tylko wzajemnej komunikacji, lecz także chęci wspólnego naprawienia zaistniałej sytuacji.

Każdy ratował się jak umiał. Wraz z siostrą ratunku upatrywałyśmy w ucieczce z domu, czyli – jak na katolicką rodzinę przystało – w niczym innym jak zamążpójściu. Jako że wiarę katolicką miałyśmy wpajaną od najmłodszych lat, głównie przez mamę i babcię, nie wyobrażałyśmy sobie, by zamieszkać z wybrankiem jeszcze przed ślubem. To był duży błąd, który popełniłyśmy obie, będąc bardzo młodymi, niepoukładanymi dziewczynami. Nie zrozumcie mnie źle. Jestem bardzo wdzięczna za wiarę, ale… tylko za wiarę, a nie za doktryny głoszone przez kościół, które wpajano i wciąż wpaja się nam – katolikom. Zero seksu przed ślubem, zero antykoncepcji przed ślubem i po nim, zero unieważnień nieszczęśliwych małżeństw. Owszem, istnieje możliwość ubiegania się o tzw. rozwód kościelny, czyli unieważnienie małżeństwa, ale jest to długotrwały proces, podczas którego często wyciągane są bolesne szczegóły pożycia małżeńskiego.

No i taka sobie ja pewnego dnia wpadłam w szpony mojego totalnego przeciwieństwa i, co gorsza, wzięłam z nim ślub konkordatowy.JA O NIM

Zanim go poznałam, byłam przekonana, że miłość to przestrzeń do rozwoju, czułości i wzajemnej uważności. Dwie osoby idą przez życie razem, ramię w ramię, a nie, metaforycznie mówiąc, tak, że jedna ciągnie drugą za włosy po podłodze. Kiedy zorientowałam się, że coś jest nie tak, byłam już w centrum tego wszystkiego – z obrączką na palcu, przysięgą na sumieniu i sercem powoli rozpadającym się na kawałki.

Mój mąż Sławek był wychowywany w domu, w którym okazywanie emocji podlegało dziwnym zasadom. Jako pierworodny syn od najmłodszych lat musiał nie tylko pełnić rolę odpowiedzialnego, lecz także dawać przykład, opiekować się siostrą oraz spełniać oczekiwania mamy. Mama była – i jest do dziś – jego autorytetem. Kobieta silna, ale do bólu krytyczna wobec swojego męża. Ojciec mojego męża, podobnie jak mój, wtapiał się w tło. Zapracowany, zmęczony, milczący. A matka – wszechobecna, decyzyjna, wymagająca. Często mówiła swojemu mężowi, co powinien robić, jak się zachowywać, jakich błędów nie popełniać. Miała zawsze rację. A on nauczył się jej słuchać bez dyskusji.

Relacja Sławka z mamą do dziś budzi we mnie dyskomfort. Przekracza granice czystej bliskości między matką a synem. Jest w tej relacji coś dusznego, uzależniającego, tak jakby ona nie chciała go puścić, a on – jakby nie chciał uciekać. Może nie potrafił.

Po ślubie szybko zorientowałam się, że mój mąż przywdziewa maskę uśmiechniętego i czarującego mężczyzny. Za nią kryje się ktoś, kto nie potrafi kochać inaczej niż przez kontrolę. Najchętniej zamknąłby mnie w klatce – złotej, wyściełanej poduszkami. Wszystko, co robiłam, podlegało jego ocenie. Mój sposób mówienia, mój wygląd, to, z kim się spotykam, o czym myślę, jakie mam poglądy. Jeśli się wyróżniałam – źle. Jeśli miałam swoje zdanie – buntuję się. Jeśli płakałam – przesadzam. Jeśli się uśmiechałam – pewnie coś kombinuję.

Dziś, z perspektywy czasu i większej świadomości, widzę w nim wiele cech narcystycznych. W jego świecie to on był w centrum uwagi, a ja miałam orbitować wokół niego – najlepiej bez wydawania dźwięków. Kiedy miał zły dzień, zrzucał winę na wszystko wokół. Kiedy ja miałam zły dzień – musiałam to ukrywać, bo nie wypadało dokładać jemu zmartwień. Słowo „wsparcie” brzmiało ładnie tylko wtedy, gdy to ja miałam go wspierać. On – nie musiał.

Myślałam, że dokonam w nim przemiany. Myślałam, że jeśli okażę miłość, zrozumienie, czułość – to on się zmieni. Tyle tylko że on nie chciał się zmieniać. Bo dla niego wszystko było w porządku, dopóki ja nie próbowałam wyjść z tej niewidzialnej klatki.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij