-
nowość
Układ z Otchłanią - ebook
Układ z Otchłanią - ebook
Pada deszcz nad Krwienicą — miastem, które tli się w objęciach mroku i zdrady. W sercu tej opowieści stoi Gniewosz, starzec, którego lojalność, honor i własne zasady wystawione są na bezlitosną próbę, gdy córka potężnego przedsiębiorcy znika bez śladu. „Układ z Otchłanią” to poemat o cieniu, który spowija ludzi i miejsca, zduszając prawdę pod warstwą kłamstw i strachu. To historia o wyborach, które spajają i dzielą, o ciemności, która nie jest tylko zewnętrznym widmem, lecz odzwierciedleniem duszy człowieka. Pisarz prowadzi czytelnika przez labirynt ludzkich słabości i politycznych intryg, gdzie granica między dobrem a złem rozmywa się w ogniu tajemnic. Przekonaj się czy każdy pakt jest wart swojej ceny. Czy odważysz się spojrzeć w lustro?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788398124805 |
| Rozmiar pliku: | 1,0 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
UKŁAD Z OTCHŁANIĄ
------------------------------------------------------------------------
Spis treści
PROLOG
Padał deszcz, nad Krwienicą zebrały się czarne chmury, w powietrzu czuć było tylko swąd nagrzanego po całym dniu asfaltu, nastał mrok a ulice opustoszały, wzdłuż drogi świeciły miejskie latarnie, dając podróżującym choć ułamek poczucia bezpieczeństwa na mokrej ciemnej ulicy.
Zegar miejski wskazywał godzinę 23:23 w większości domów światła już dawno zgasły, w ten poniedziałkowy wieczór na jednej z werand tli się delikatne światło ze starej zabytkowej lampy naftowej, obok niej w bujanym wiklinowym fotelu siedzi stary Gniewosz, aktualny zastępca przewodniczącego rady miasta Krwienicy, silny opozycjonista obecnych władz. Pomimo siwej długiej brody oraz głębokich zmarszczek, ten 77 letni mężczyzna mógłby pokonać jeszcze niejednego młodzieńca, ponure oblicze tego mędrca było ledwo widoczne spośród kłębów dymu unoszących się znad drewnianej fajki ściśniętej przez jego pożółkłe uzębienie, ubrany był schludnie, oliwkowo-szara flanelowa koszula, ciemnogranatowe jeansy, oraz skórzane sztyblety z długim szpicem. Przez kolano przerzuconą miał strzelbę, Bajkał MP-27EM kaliber 12/76, jeden strzał mógłby położyć dzika, koło fotela leżała suka dobermana, wabiła się Mara, była nieodzowną towarzyszką Gniewosza. Starzec uchodzi za mędrca, twardy, nieustępliwy, ale nie pozbawiony poczucia humoru – często ironicznego. Mówi z namysłem, waży słowa i ma donośny, niski głos, który potrafi uciszyć pokój pełen ludzi. Ceni lojalność i honor ponad wszystko, ale nie jest naiwny – zna mechanizmy władzy i nie boi się brudnych gier, jeśli stawką jest coś większego. Nie ufa młodym, dopóki nie udowodnią, że zasługują na jego czas.
Z mroku wydobywał się jedynie dźwięk kropli deszczu uderzających w dachy domów, samochodów oraz nowopowstałych kałuż na jezdni. W pewnej chwili z nocnej symfonicznej monotonii wyłania się nowy dźwięk, który wzbudza zainteresowanie czujnej Mary, jest to stukot, dźwięczny i niejednostajny, z każdą sekundą przybiera na sile, po paru sekundach wyłania się postać, to Sara, córka Herberta von Dukata, bogatego przedsiębiorcy i prawej ręki obecnego burmistrza Krwienicy.
Sara to szczupła, zgrabna 17 letnia szatynka, o oczach mieniących się złotą barwą niczym zawartość Banku Rezerw Federalnych w Nowym Jorku, włosy zadbane, zwykle luźno upięte w wysoki kok, markowe ubrania nie krzyczą patrzcie jestem córką milionera, w subtelny sposób podkreślają status społeczny nie wyróżniając się spośród tłumu, zwykle lubuje się w sukienkach w kolorze czerni z delikatnymi wstawkami kontrastującymi z główną barwą, w ręku ozdobionym złotymi bransoletkami czarna parasolka, na nogach buty, również czarne, na średnim koturnie, nogi długie zgrabne, wąska talia, oraz zakryty dekolt, nie nazbyt pokaźnych rozmiarów. Pomimo oczywistego ułatwienia startu życiowego Sara jest osobą serdeczną, wyrozumiałą oraz nieprzywiązującą uwagi do statusu materialnego (paradoks) bystra i wrażliwa, choć na pierwszy rzut oka może wydawać się zamknięta w sobie. Sara ma cięty język i nie boi się mówić, co myśli, ale jednocześnie unika konfliktów. W głębi duszy marzy o tym, aby dostać się na ASP wbrew oczekiwaniom ojca, jednak lęk przed krytyką i odrzuceniem sprawia, że często chowa emocje za sarkazmem, tworząc wokół siebie skorupę, którą coraz trudniej przebić.
W pewnym momencie stukot ustał, słychać było już tylko deszcz, spojrzenia Sary i Gniewosza zderzyły się.
- Dobry wieczór – Sara uśmiechnęła się i kiwnęła głową na przywitanie, lekko chwiejąc się. – Ponury wieczór, fatalny na pieszą przechadzkę.
- Wieczór już dawno minął młoda damo, jest ciemna noc, a ty ewidentnie nie jesteś zdolna do „pieszej przechadzki” a warunki pogodowe nie mają nic do tego – Na posępnym obliczu starca pojawił się cień uśmiechu, nie był to radosny uśmiech, raczej pełen grymasu.
- Nie jest Pan moim ojcem, żeby mnie pouczać, jestem już prawie dorosła, a z resztą piwo to nie alkohol, a co do pory szczęśliwi czasu nie liczą jak to się mówi – Dziewczyna spuściła wzrok z lekkim zmieszaniem znów chwiejąc się.
- To prawda, nie jestem twoim ojcem, może i lepiej, bo widząc cię w tym stanie nie obeszło, by się od zbesztania i kary… nie stercz jak widły w gnoju, siadaj zaparzę ci herbaty – Starzec wstał z fotela i ruszył w głąb domu, złożywszy parasol, Sara zajęła miejsce w drugim fotelu bujanym na drewnianej werandzie, może to wina wypitego czteropaku z koleżankami, a może fotela, który zaczął się bujać, świat zaczął wirować, a deszcz zamienił się w obfitą ulewę.
Po kilku minutach wrócił Gniewosz, postawił kubki na niewielkim stoliku między fotelami. W bursztynowej butelce chlupotało coś ciemnego – nie była to bynajmniej herbata, a sam zapach unoszący się z płynu sugerował napar znacznie mocniejszy niż earl grey.
– To nie herbata – zauważyła Sara, lekko unosząc brwi.
– Herbata, ale z dodatkiem historii. Wypijasz, czujesz korzenie – burknął starzec, siadając z ciężkim westchnieniem. – I przestajesz się bać świata.
Sara zamilkła na chwilę. Wzięła kubek, otuliła go dłoniami, jakby szukała w nim ciepła, którego brakowało w jej głosie i postawie. Krople deszczu tłukły o dach werandy, a Mara tylko rzuciła krótkie spojrzenie i z powrotem położyła łeb na łapach.
– Gniewosz… – zaczęła nieśmiało. – Znał Pan moją matkę?
Starzec uniósł brwi, ale nie spojrzał na nią. Patrzył w deszcz, jakby próbował odnaleźć tam echo tamtych czasów.
– Znałem – odpowiedział po chwili. – Inna była niż twój ojciec. Weselsza. Rozważniejsza. I odważniejsza. Miała serce do ludzi. Ty masz jej oczy…, ale więcej z ojca masz w pysku.
Sara zaśmiała się, choć jej oczy były szkliste, widać było w nich smutek…
– Ojciec myśli, że mogę być taka jak On, żelazna dama trzymająca w jednej garści imperium finansowe a w drugiej skorumpowanych polityków, którzy za kilka srebrników sprzedadzą nawet własnych rodziców. Ładna twarz, dobre oceny, zawsze na piedestale i w świetle fleszy. A ja chcę… malować. Siedzieć w potarganych jeansowych ogrodniczkach, kolorowych od wszystkich farb jakie tylko będą w zasięgu ręki, śmierdzieć terpentyną. Nie interesuje go to.
- Twój ojciec to von Dukat, ty jesteś von Dukat, jesteś tak uparta jak On z tą różnicą, że nie jesteś bezwzględna, nie idziesz po trupach do celu… - Mówiąc to Gniewosz sposępniał, wziął łyk naparu, odchylił głowę do tyłu i westchnął ciężko, jakby próbował wypuścić z siebie coś więcej niż tylko powietrze.
– Bo trupów się boję – rzuciła Sara cicho, ale z nutą ironii. – I tego, że sama kiedyś się stanę jednym z nich, zanim w ogóle zrobię coś naprawdę swojego, zgodnego z moimi marzeniami.
Gniewosz spojrzał na nią spod krzaczastych brwi. W jego oczach błysnęło coś pomiędzy złością a współczuciem.
– Jeśli boisz się stać trupem, to znaczy, że jeszcze żyjesz – odparł twardo. – Gorsze są te, co chodzą, oddychają, uśmiechają się przed kamerami, a w środku już pusto, martwo. Bezwolne maszyny. Twój ojciec zna ich dziesiątki.
– A Pan? – zapytała nagle, niemal bezczelnie. – Pan żyje czy tylko oddycha?
Zapadła cisza. Przez chwilę słychać było tylko ulewę i jakby cichutkie stukanie zegarka na jego skórzanym pasku. Mara uniosła głowę i spojrzała na starca, jakby czuła zmianę napięcia w powietrzu.
– Dobre pytanie – odpowiedział w końcu. – Kiedyś walczyłem, bo miałem dla kogo. Teraz… walczę z przyzwyczajenia. Bo nie umiem inaczej. Bo jak przestanę, to może faktycznie przestanę być. Nawet ten dom mnie trzyma – skinął głową na werandę, deszcz za barierką, psa u stóp – bo pamięta lepsze czasy, których już nikt nie chce pamiętać.
Sara upiła łyk „herbaty”, skrzywiła się lekko, ale nie odsunęła kubka.
– A gdyby tak przestać walczyć? – zapytała cicho. – Co wtedy?
– Wtedy przychodzą tacy jak twój ojciec i budują świat, w którym nie ma miejsca na sztukę, uczucia, słabość i wątpliwości. Tylko Excel, wpływy, kunktatorstwo i kampanie wizerunkowe.
– Ale przecież można być sobą… nawet w takim świecie.
– Można. Ale trzeba być gotowym zapłacić za to wysoką cenę. A ty, Saro, jeszcze nie wiesz, czy cię na nią stać.
Dziewczyna nie odpowiedziała. Spojrzała w bok, na czarną ulicę spływającą wodą, jakby w niej próbowała odnaleźć odpowiedź, której bała się wypowiedzieć.
– A może i wiem – szepnęła po chwili – tylko nikt mi dotąd nie dał wyboru.
Gniewosz skinął głową. Nie od razu. Powoli, z namysłem, jak ktoś, kto widzi w młodej osobie coś więcej niż tylko imię, nazwisko i nazwisko ojca.
– Może. Ale tu nie chodzi o to, co ci dadzą. Tu chodzi o to, co sobie sama weźmiesz… zawsze mamy wybór, ale trzeba pamiętać, że w życiu zawsze jest coś za coś…
Sara nie odpowiedziała. Milczenie rozciągnęło się jak cienka, napięta nić. Deszcz nie słabł — przeciwnie, zdawał się walić w dach mocniej, jakby chciał zagłuszyć myśli, które nagle stały się zbyt głośne.
– To czym Pan zapłacił? – spytała nagle Sara, wciąż nie patrząc w jego stronę. Jej głos był spokojny, ale w brzmieniu coś się zaostrzyło. – Za to, że Pan był sobą.
Gniewosz milczał długo. W końcu wyprostował się, oparł dłonie o poręcze fotela. W jego oczach zgasł cień wspomnień.
– Czym? – powtórzył powoli. – Rodziną. – Zamilkł, po czym dodał już ciszej:
– I choćbym cofnął się o trzydzieści lat, wybrałbym tak samo. Ale nie powiem ci, że było warto. Tylko że było to konieczne.
Sara skinęła głową, jakby coś w niej drgnęło – nie była to zgoda, ale zrozumienie.
– A jeśli ja nie chcę tracić? Jeśli nie chcę płacić za wszystko kawałkiem siebie?
Gniewosz spojrzał na nią ostro, bez litości.
– To wtedy przyjdzie ktoś zdolny do takiego wyboru, a ty stracisz wszystko…
Dziewczyna wbiła wzrok w ciemność za oknem. Na chwilę zapomniała o herbacie, o psie, o starym domu pachnącym kurzem i deszczem. Myślała o czymś, czego jeszcze nie potrafiła ubrać w słowa.
– Myśli Pan, że jeszcze się da coś zmienić? Że jeszcze nie jest za późno? – zapytała po chwili.
– Dla świata? – Gniewosz parsknął cicho. – Nie wiem. Może nie. Ale dla ciebie – tak. Zawsze jest czas, żeby przestać udawać. Tylko nie każdy ma odwagę spojrzeć w lustro, jak już przestanie.
Sara wstała. Powoli, jakby musiała pokonać jakiś ciężar.
– Gdzie idziesz? – rzucił za nią.
– Sprawdzić, czy umiem jeszcze spojrzeć w to lustro, dziękuje za herbatę, czuję, że mogę już iść prosto – zaśmiała się, po czym rozłożyła parasol i powoli ruszyła dalej w stronę swojego domu, znów pośród dźwięków deszczu rozpostarł się dźwięk uderzających obcasów o beton, ten dźwięk z każdą sekundą oddalał się, tym razem jednolicie.
Gniewosz został sam, w miejsce wypitej herbaty wlał już jedynie zawartość butelki, wziął głęboki łyk, odetchnął głęboko po czym wrócił do palenia fajki, znów uniosły się kłęby dymu nad werandą, padał deszcz…
------------------------------------------------------------------------
ROZDZIAŁ 1
Przyjaciół trzymaj blisko, wrogów jeszcze bliżej
Poranek przyszedł nieproszony, Gniewosz obudził się z głową ciężką jak kamień i gardłem suchym jak popiół. Ktoś mógłby powiedzieć, że to przez wiek. Ale on dobrze wiedział, że to raczej przez zawartość butelki, która teraz stała pusta na stole obok wypalonej fajki. Słońce wdarło się przez niezasłonięte okno, oślepiając go bezlitośnie. Zacisnął powieki. Przez chwilę miał wrażenie, że świat obraca się wokół niego, a nie on wokół świata.
Gniewosz usiadł ciężko. Koc zsunął się na podłogę. Zastygł na chwilę, opierając łokcie na kolanach. W ciszy poranka słyszał tylko kapanie deszczu z rynny i własny oddech — suchy, ciężki, jakby zardzewiały.
W końcu wstał. Poszedł do kuchni, nalał sobie wody z kranu. Zadrżał po pierwszym łyku. Potem drugi. Trzeci. Przetarł twarz wilgotną dłonią i spojrzał w okno.
Deszcz ustał, ale wszystko wciąż było wilgotne. Świat wyglądał, jakby nie do końca wiedział, czy chce się dziś obudzić. I Gniewosz jakoś to rozumiał.
Zaparzył kawę, czarną, mocną, z fusami. Usiadł znów na werandzie, gdzie nocą siedział z fajką i butelką. Mara leżała w kącie, poruszając się niespokojnie we śnie. Gniewosz upił łyk i skrzywił się, jakby kawa też miała w sobie coś z wczorajszego dnia.
Z pozycji wiklinowego bujanego fotela rozpościerał się widok na całą ulicę i rząd stojących wzdłuż niej domów, poranek wydawał się spokojny i leniwy jak co dzień, do kawy gniewosz otworzył komputer – No dobra czas wziąć się do pracy, interpelacje same się nie dokończą, a za kilka dni posiedzenie rady miasta. – Wziął kolejny łyk kawy po czym zaczął wnikliwie analizować przygotowywany od kilku dni dokument na sesje rady.
Skupienie na pracy przerywa zgrzyt schodów werandy, niczym intruz naprzeciw Gniewosza pojawia się Wilhelm Chmielski, lat 69, od czterech kadencji radny miasta, wcześniej przez dwie dekady pracownik administracji powiatowej. Pierwsze skojarzenie na jego widok to weselny wujek, na głowie już dawno nie uświadczysz żadnego włosa, przed słońcem chroni go szary kaszkiet, twarz pełna rumiana, nos czerwony jak burak, a pod nosem bujny wąs niczym szczota do zamiatania ulicy, zwykle ubrany urzędowo, sztruksowa marynarka która wyszła z mody dekadę temu, pstrokata koszula, szeroki krawat w jakieś wzorki, oraz szelki które podtrzymują spodnie pod brzuchem wyglądającym jak dmuchana piłka plażowa, na nogach zamknięte sandały i długa biała skarpeta.
Nieco zbyt głośny, nieco zbyt pewny siebie. Ma głos jak dzwon i śmiech, który potrafi obudzić zmarłego. Umie być czarujący na spotkaniach publicznych i lodowato stanowczy, gdy trzeba „dopilnować interesu”. Politycznie – umiarkowany konserwatysta, jednak elastyczny, „żeby z nikim nie drzeć kotów bez potrzeby”.
Mistrz lokalnych układów. Wie, kto co komu załatwił pięć lat temu i komu teraz należy się rewanż. Wierzy w „politykę małych kroków” i „realistyczne podejście do rzeczywistości”. Z dystansem patrzy na idealistów.
Z Gniewoszem znają się od dawna. Stoją po jednej stronie politycznej, ale moralnie są to dwa bieguny.
Chmielski przyszedł bez zapowiedzi, jak zazwyczaj. Sztywno w garniturze, z brwią lekko uniesioną, jakby niósł nie tylko wiadomość, ale i własną ważność.
– Mam nadzieję, że kawa dziś świeża – powiedział, siadając bez pytania. – Nie tak jak wczorajsze wspomnienia.
Gniewosz nie odpowiedział od razu. Spod powiek, które nie zdążyły jeszcze rozprostować się po nocy, spojrzał na niego, jak patrzy się na zegar, który zbyt często przypomina o czasie.
– Ty wciąż mówisz, jakbyś był gościem – mruknął. – A przychodzisz tu częściej niż listonosz.
Chmielski się zaśmiał. Krótko, jak człowiek, który dobrze wie, kiedy powinien przestać.
– Jutro sesja. Uchwała o przebudowie rynku. Nowa fontanna, iluminacja, granitowe płyty. I, co ważne, dodatkowe miejsca parkingowe. Koszt – cztery i pół miliona.
– Cztery i pół miliona za kilka światełek i sadzawkę?
– I to nie wszystko – dodał, niezmiennie rzeczowym tonem. – Przekształcenie czterech hektarów terenów zielonych. „Zielone Tarasy”. Osiedle zamknięte. Wille, apartamenty, punkty usługowe. W uzasadnieniu: rozwój miasta, prestiż, repatrianci.
– Von Dukat – syknął Gniewosz.
– Teren kupiony wcześniej przez jego fundusz – przyznał Chmielski, jakby mówił o deszczu, który i tak musiał spaść. – Ale wszystko zgodnie z prawem.
Gniewosz odłożył kubek na stół. Jego wzrok przyciemniał się, jak niebo przed burzą.
– Zgodnie z prawem nie znaczy zgodnie z przyzwoitością. Dobrze wiesz, że to przekwalifikowanie to cyniczny przekręt. A rynek? To tylko pretekst, żeby dostosować infrastrukturę do ciężarówek. Krótsza droga przez centrum, więcej spalin i hałasu. Kto robi projekt?
– Spokojnie, Gniewku – westchnął Wilhelm. – Znasz moje zdanie. Nie jestem przeciwnikiem zmian. Dzięki Herbertowi to miasto się rozwija.
– Herbert? – Gniewosz pochylił się, jakby chciał dosięgnąć go wzrokiem. – Od kiedy jesteście na „ty”?
Chmielski wzruszył ramionami i przetarł chustką czoło, które błyszczało od potu.
– Tak tylko powiedziałem. Przecież go tu nie ma.
– Nie musisz się z nim dzielić butelką, żeby mówić jego językiem – odparł chłodno Gniewosz. – Jeszcze niedawno sam mówiłeś o zabetonowanej Krwienicy, o potrzebie przestrzeni dla ludzi, nie tylko dla zysków.
– I nadal tak uważam – odpowiedział Wilhelm. – Ale polityka to sztuka kompromisu. Jesteśmy z jednej drużyny. Nie zapominaj.
– Nie zapominam. Ale drużyny się rozpadają, gdy ktoś zaczyna grać na własny rachunek.
Na chwilę zapadło milczenie. Chmielski odwrócił się do barierki, jakby chciał uciec przed wzrokiem Gniewosza.
– Rozważ to jeszcze – powiedział cicho. – Zanim zaczniesz palić mosty.
– Mosty? – Gniewosz wstał powoli. – To, co robicie z tym miastem, to nie mosty. To podjazdy do krematoriów i spalarni. Możesz mówić o „nowoczesnym modelu urbanizacji”, ale ja wiem, czym to pachnie. Dymem i pieniądzem.
– Hardy z ciebie drań – burknął Chmielski, poprawiając kaszkiet. – Ale może właśnie dlatego cię szanuję.
– Ja już nie wiem, czy cię jeszcze szanuję, Wilhelmie. Ale jedno wiem na pewno – spotkamy się jutro na sesji. I nie będę się szczypał.
Chmielski zszedł z werandy, nie oglądając się za siebie. Mara uniosła głowę i cicho zawarczała. Gniewosz westchnął. Usiadł znów w fotelu. Na dnie kubka zalegał osad, gęsty jak polityczne sumienie.
Po wizycie kompana, Gniewosz zjadł późne śniadanie, mechanicznie: chleb z masłem, zimne jajko, kawa – podwójna, bez cukru, z goryczą pasującą do dnia. Radio mruczało w tle jakieś wiadomości z kraju, ale on nie słuchał. Myśli miał gdzie indziej. W notatkach, w głosowaniach, w twarzach, które niedługo zobaczy.
Na stole leżała teczka – niepozorna, szara, nieco zużyta. W środku: dokumenty, poprawki do uchwał, wydruki maili, notatki pisane ołówkiem na marginesach – krótkie, zwięzłe, gniewne. Na jednej kartce, w lewym górnym rogu, znajdowało się jedno słowo, podkreślone trzy razy: "konflikt interesów".
Postanowił wybrać już ubiór na ten dzień, wszystko musi być dopięte na ostatni guzik, zdecydował, że założy białą koszulę – z lekkim zagięciem przy mankiecie. Krawat ciemny, stonowany, bez żadnych wzorków. Garnitur, klasyka według niego, ten sam od lat – grafitowy, lekko wypłowiały na ramionach, ale nadal noszony z godnością. Buty wypastować dzień wcześniej – stary nawyk z czasów, gdy każde wystąpienie musiało być nie tylko przekonujące, ale i schludne.
O jedenastej siedział już przy biurku. Czytał raz jeszcze projekty uchwał, podkreślał zdania, które „brzmiały zbyt dobrze, by były prawdziwe”. W szczególności te o „nowoczesnym rozwoju”, „wzroście atrakcyjności inwestycyjnej” i „budowaniu prestiżu regionu”.
W samo południe zadzwonił Krzyś, młodszy radny, z pytaniem, czy Gniewosz już wie, jak zagłosuje.
– Wiem – odpowiedział krótko. – Ale ty pewnie jeszcze nie.
– No… waham się. Wiesz, presja jest…
– Wiem. I właśnie dlatego ktoś nie może się wahać – westchnął ciężko – ty też nie możesz, nigdy nie narzucałem dyscypliny głosowań, każdy powinien głosować zgodnie ze swoim sumieniem, ale to wy młodzi zdecydujecie jak będzie wyglądać wasz dom, wasze miasto, wasz świat – nie czekając na odpowiedź po drugiej stronie odłożył słuchawkę.
Zamknął laptop. Spojrzał w lustro. Twarz pomarszczona, ale nie złamana. Oczy lekko przekrwione, ale uparte. Broda zmierzwiona – od dwóch tygodni nieprzycinana – nadała mu surowy wygląd, jak u człowieka, który wrócił z daleka, choć nie ruszał się z miejsca.
– Dość, ile można – stwierdził sam do siebie – Mara – zagwizdał – chodź, tobie też się coś od życia należy.
Gniewosz założył lekki płaszcz i wziął na smycz Marę. Powietrze było chłodne, lekko wilgotne po popołudniowym deszczu, a ulica tonęła w miękkim świetle lamp ulicznych. Każdy krok odbijał się od cichych chodników, a ciszę przerywał jedynie stukot kół wózka dziecinnego w oddali i sporadyczne szczeknięcia psa.
Na rogu spotkał sąsiadów — starsze małżeństwo, państwa Barskich, którzy od lat mieszkali tuż obok. Pani Barska uśmiechnęła się serdecznie, trzymając w rękach torbę z zakupami, a pan Barski, nieco zgarbiony, kiwnął głową na powitanie.
— Dobry wieczór, panie Gniewoszu — zaczęła pani Barska. — Słyszałam, że wkrótce ważna sesja w radzie miasta, trzymam kciuki, żeby wszystko poszło po pana myśli.
Gniewosz odwzajemnił uśmiech, choć zmęczenie widać było w jego oczach.
— Dziękuję bardzo. To trudne czasy, ale trzeba działać — odparł spokojnie, głaszcząc Marę po głowie.
— Wszyscy tu liczymy na pana — dodał pan Barski. — Ta sprawa z terenami zielonymi wokół miasta i przebudowa naszego zabytkowego ryneczku… no cóż, wiele osób się martwi.
Gniewosz skinął głową.
— Rozumiem obawy. Staram się, by interesy mieszkańców były na pierwszym miejscu. Trzeba znaleźć równowagę — odpowiedział, spoglądając na parę z powagą.
Rozmowa trwała chwilę, jak wstęp do sąsiedzkiej codzienności, prostych słów pełnych troski i nadziei. Po pożegnaniu Gniewosz ruszył dalej, czując, że choć droga przed nim trudna, nie jest na niej sam.
Po powrocie do domu sięgnął raz jeszcze po teczkę z dokumentami i ponownie przejrzał najważniejsze punkty. Przekreślał, dopisywał, poprawiał. Każde słowo ważyło teraz więcej niż zwykle. Telefon milczał, a radio cicho grało jak odległy szum — wszystko, co mogło rozpraszać, zgasło.
W pewnym momencie podszedł do okna, spojrzał na miasto skąpane w wieczornym świetle. Czuł, jak napięcie zaczyna się nakręcać, ale też świadomość odpowiedzialności. Wiedział, że za dwa dni to, co dziś tylko zapisane na papierze, stanie się rzeczywistością — albo porażką.
Zamknął teczkę, odłożył ją ostrożnie na półkę. Wziął głęboki oddech i pozwolił sobie na chwilę spokoju. Na moment, gdy mógł być tylko sobą — z dala od politycznych gier, spojrzeń i fałszu.
Wieczór zbliżał się ku końcowi. Gniewosz zgasił światło, zostawiając w pokoju jedynie cienie, które jak cicho czuwające duchy przypominały mu, że czas działa nieubłaganie.
Drzwi od kredensu zaskrzypiały przy otwarciu, Starzec sięgnął w jego otchłań, zabrzęczało szkło, z ciemności wyłoniła się po chwili jego prawica, w której siermiężnie trzymał butelkę rumu – Bacardi, mój ulubiony – wymamrotał, zdawać by się mogło, że spod bujnego wąsa wyłonił się uśmiech, do lewej ręki wziął pękatą szklankę i ruszył na werandę, Mara podążała za swoim Panem jakby to dla niej szykował smaczki, błysnął płomień w ciemności, uniósł się zapach siarki od zapalonej zapałki, a po chwili już woń nafty ze starej lampy.
Niczym wodospad Niagara strumień zawartości butelki rumu zapełnił szklanicę, Gniewosz odłożył butelkę, pochwycił pełną szklankę przysunął do ust i wziął głęboki łyk, jeden, drugi, trzeci, błogie westchnienie, znów łyk, jeden, drugi, trzeci, westchnienie z przymrużeniem oczu jakby na rozpaloną od słońca skórę przyłożył chłodny kompres, szklanka stuknęła o drewniany blat stołu, już na wpół pełna, teraz fajka znalazła się już w zębach, znów zapałka, zapach siarki i wdech w celu rozpalenia tytoniu, jeden, drugi, trzeci, począł tlić się żar – No i wieczorną rutynę po ciężkim dniu mamy za sobą Maro, zasłużyliśmy na odpoczynek, a nigdzie tak dobrze się nie odpoczywa jak w bujanym fotelu – zaczął się bujać z fajką w zębach, spojrzał na zegarek, była 23:23
Noc całkowicie otuliła Krwienice, była ciężka i duszna, jakby powietrze nasyciło się czymś więcej niż tylko wilgocią. Mgła sączyła się powoli z pól i lasów, oblepiając ulice i budynki niczym pajęczyna. Każdy szelest wydawał się zbyt głośny, a echo niepokojąco opóźnione, jakby coś — lub ktoś — słuchało z ukrycia. Światła latarni traciły ostrość, tonąc w mlecznobiałej zawiesinie, która deformowała kształty i zacierała granice między rzeczywistością a urojeniami.
Ciepło nocy nie przynosiło ukojenia. Było zbyt intensywne, przytłaczające, niemal chore. Skóra wilgotniała, serce biło trochę za szybko, a każdy cień wydawał się żywszy niż powinien. Zapach ziemi po upalnym dniu mieszał się z czymś metalicznym, niepokojącym — ledwie wyczuwalnym, ale uporczywym.
To była ta noc, podczas której człowiek czuje, że coś jest nie tak, choć sam nie potrafi wytłumaczyć, dlaczego tak jest. Kiedy milczenie nie jest spokojem, a staje się sygnałem ostrzegawczym. W takiej nocy nie da się ukryć własnych myśli. Albo tego, że ktoś podąża za tobą — wystarczająco daleko, by nie widzieć twarzy, ale zbyt blisko, by to był przypadek.
Z ciemności dochodzi znajomy dźwięk, stukot butów na grubym obcasie, gniewosz zmarszczył czoło i zmrużył oczy, żeby wysilić wzrok, zbliża się do niego znajoma postać.
— Nie śpi pan? — zapytała Sara, wchodząc na werandę, miała na sobie sukienkę i skórzaną ramoneskę.
— A ty? — odpowiedział bez zaskoczenia. — Młodzież nie powinna spać lepiej od starych?
— My śpimy, jak się da. Albo wcale.
Usiadła bez pytania, jakby to była jej weranda.
— Mgła dziś jak mleko — rzuciła. — Jak w tych starych filmach, co pan lubi. Tylko zamiast mordercy czai się uchwała rady miasta.
Gniewosz uśmiechnął się kącikiem ust, bez radości.
— Ta uchwała może mieć więcej ofiar niż niejeden nożownik z noiru. — Upił łyk rumu z kubka. — Zielone Tarasy, przebudowa rynku, nowe strefy inwestycyjne... stare sztuczki w nowym opakowaniu. Za pięknymi frazesami kryją się brutalne interesy.
Sara zamilkła na chwilę. Mgła przesunęła się jak duch między drzewami.
— A pan zagłosuje przeciw?
— Nie mam innego wyjścia. Choć wiem, że przegram. — Spojrzał na nią ostrożnie. — Ale nie chodzi tylko o głosowanie. Chodzi o to, żeby ktoś powiedział głośno: „To nie jest w porządku”.
— A co, jeśli nikt nie posłucha?
— Może nie dziś. Może nie jutro. Ale słowa zostają. Zwłaszcza te wypowiedziane wtedy, gdy reszta milczy.
Sara wyciągnęła z kieszeni papierosa, ale nie zapaliła. Obracała go w palcach.
— Czasem mam wrażenie, że to wszystko już dawno ustalone. Że tylko udajecie demokrację.
— Czasem tak jest — przyznał. — Ale to nie znaczy, że mamy przestać próbować — zmarszczył czoło i spojrzał na papierosa w dłoni Sary — Drogie dziecko, znasz takie powiedzenie co wolno wojewodzie to nie tobie smrodzie?
Dziewczyna spuściła wzrok i schowała papierosa do kieszeni bez słowa
— Ach wy młodzi, do wszystkiego wam tak prędko, już człowiek zapomniał jak sam taki był, ile to już minęło — zaśmiał się i pokręcił głową
Zamilkli. Mgła zgęstniała, jakby chciała wypełnić ich ciszę. Z wnętrza domu dobiegł tykający zegar.
— Wracając do tematu sesji, myśli pan, że to kiedyś się zmieni?
— Myślę, że jeśli wy się nie poddacie — to tak. — Spojrzał na nią uważnie. — Bo to już nie będzie wasze miasto, jeśli nie staniecie za nim, kiedy ono nie potrafi się samo obronić.
Sara przytaknęła cicho. Spojrzała w ciemność, jakby chciała dojrzeć w niej coś więcej niż tylko mgłę.
— Będzie pan na sesji w garniturze?
— A jakże. Nawet krawat założę.
— To dobrze. Jak człowiek ma coś ważnego do powiedzenia, powinien wyglądać, jakby mówił serio.
— A nie mówiłem, zawsze mamy coś z rodziców, masz ty instynkt dziewczyno — zaciągnął się mocno fajką i wypił jeszcze łyk rumu — jeśli już mowa, co na to twój ojciec, że wieczorami szwendasz się nie wiadomo, gdzie a w drodze powrotnej przesiadujesz u jego politycznego oponenta — mówiąc to spojrzał na nią badawczo i znów zaciągnął się fajkowym zielem.
— Myślę, że to nie Pańska sprawa — odburknęła, po czym westchnęła ciężko, nie ruszając się z miejsca. Przez chwilę milczała, patrząc w gęstniejącą mgłę, która szczelnie otuliła ogród i drogę, jakby chciała odciąć dom od reszty świata.
— Wie pan… — zaczęła cicho, z dłonią w kieszeni. — Ja też bym zagłosowała przeciw.
Gniewosz uniósł lekko brwi. Nie drgnął, ale jego spojrzenie się zmieniło — złagodniało, może nawet nieco rozjaśniło.
— Ty? — zapytał, z ledwie wyczuwalnym zdziwieniem. — Byłem pewien, że przekonuję cię do swoich racji ze świadomością, że i tak nie nawiążemy linii porozumienia.
— Nie musi mnie Pan przekonywać, może to dziwne, ale zgadzam się z Panem — odwróciła się ku niemu. — Jeżeli zatwierdzą te strefy, jak pan mówi, to za kilka lat nie będzie tu już drzew, tylko biurowce i blaszaki. Będzie mniej miejsca do oddychania. Więcej szkła, więcej betonu, mniej… sensu. W miejsce ciszy i spokoju pojawi się huk pojazdów ciężarowych, ulice zaleje brud, czyste powietrze zastąpi swąd wydobywający się z kominów, a relacje międzyludzkie staną się formalne i zmechanizowane.
Gniewosz nie odpowiedział od razu. Spojrzał przed siebie, w środek ciemności, jakby próbował coś w niej zobaczyć — nie mgłę, ale przyszłość.
— Mówią, że my się boimy zmian — powiedział w końcu. — Ale to nie zmiana mnie przeraża. Mnie przeraża to, że ktoś uznał, iż nasz dom jest wart mniej niż jego zysk.
Sara przytaknęła, wolno.
— Nikt nie będzie budował tutaj świata dla nas, jeśli nie zaczniemy mówić, jaki ma być. Dlatego się tym interesuję. Dlatego pana słucham. Choć czasem pan brzmi, jakby rozmawiał sam ze sobą.
Gniewosz zaśmiał się krótko, chrapliwie, bez złośliwości.
— Bo często tak jest. Aż trudno mi uwierzyć, że siedzę tu i rozmawiam z kimś, kto ma mniej niż dwadzieścia lat i nie mówi mi, że „tak po prostu teraz jest”.
— Może dlatego, że mam mniej niż dwadzieścia — odparła z lekkim uśmiechem. — I jeszcze nie zdążyłam się poddać.
Wiatr poruszył mgłę, rozdzierając ją na chwilę jak zasłonę. Z oddali słychać było szczeknięcie psa i cichy turkot silnika — zgasł szybko. Jakby świat przypomniał o sobie, ale nie domagał się wejścia.
— Nie będzie nas dużo — powiedział Gniewosz cicho. — Może kilku. Może nikt nie posłucha. Ale jeśli młodzi tacy jak ty..., jeśli nawet kilka osób nie kupi tej wizji na sprzedaż…
— …to może wystarczy, żeby postawić pytanie — dokończyła Sara. — „Komu to służy?”
Zapanowała cisza. Głęboka, ale nie ciężka. Jakby oboje zrozumieli, że tej nocy nie trzeba już mówić więcej. Że coś się przesunęło. Nie w świecie, ale w linii oporu.
I choć nie mówili tego głośno, wiedzieli jedno: sesja rady dopiero się zaczęła — i nie była tylko sprawą papierów, uchwał i głosów. Była próbą siły woli. A ich wola była teraz wspólna.
Sara powoli wstała z krzesła, wyciągnęła ręce nad głową, przeciągnęła się cicho, jakby rozmowa, nie pora, sprawiła jej zmęczenie. Mgła gęstniała z każdą minutą, mleczna i nieruchoma, oblepiała sylwetki i rozpraszała światło lampy nad drzwiami, jakby próbując zatrzymać je w miejscu.
— Pójdę już — powiedziała cicho. — Nie będę kłamać, że ojciec się o mnie martwi, dla niego najważniejsza jest tylko praca, jestem po prostu już zmęczona.
Gniewosz kiwnął głową, nie protestował.
— Może tego nie okazuje, jest twardym człowiekiem — uniósł brwi, w głębi duszy wiedział, że ojciec Sary to bezduszna maszyna nie zdolna do jakichkolwiek uczuć, z sympatii do dziewczyny starał się nie emanować niechęcią do von Dukata — praca też może być formą oddania dla swojego jedynego dziecka.
Został sam, usiadł ciężko z powrotem. Na stole została jeszcze resztka rumu i pełna popielnica.
Przez chwilę wpatrywał się we mgłę, powieki zaczęły mu opadać — Mara czas spać, jutro mamy sporo pracy.
------------------------------------------------------------------------
ROZDZIAŁ 2
Człowiekiem jestem i nic, co ludzkie, nie jest mi obce
Tego ranka Gniewosza nie obudziło światło, lecz zapach, uporczywy swąd, gryzący, ostry, znajomy jak lęk. Gniewosz otworzył oczy powoli, jakby wyrywany z głębokiej wody. Zanim zrozumiał, co się dzieje, już siedział na łóżku. Zasłony były zasunięte, ale w ciemnościach sypialni coś się zmieniło — powietrze było gęstsze, trudniejsze do oddychania. Drgnął. Serce przyspieszyło.
Zerwał się, wybiegł na korytarz, bose stopy uderzały o podłogę. W salonie czuć było już wyraźny zapach spalenizny. Zbliżył się do drzwi frontowych i wtedy ją zobaczył: pomarańczową poświatę przesączającą się przez dolną szparę. Otworzył z rozmachem.
Płonęła weranda.
Nie cała — ogień objął jeden bok, podniósł się po poręczy, skwierczał na starych deskach, lizał słup podtrzymujący zadaszenie. Ktoś polał benzyną — poczuł to od razu. Było zbyt równe, zbyt „celowe”, by mogło być przypadkiem.
Rzucił się po wiadro. Stare, cynkowe, trzymał je zawsze przy beczce deszczówki. Wylał pierwszą porcję, potem drugą, trzecią. Ogień syczał, cofał się, ale opornie. Sąsiad zza płotu krzyknął coś niezrozumiałego i już biegł z pomocą, z kolejnym wiadrem. Po kilku minutach było po wszystkim. Dym snuł się wokół domu, nisko, jakby nie chciał odejść.
Gniewosz stał w pidżamie, z mokrymi rękoma i twarzą czarną od sadzy. Patrzył w nadpalone drewno, na zwęglony bok ławki, na wypalony fragment poręczy, gdzie jeszcze wczoraj wieczorem siedziała Sara. Miejsce, gdzie rozmawiali o sesji.
Nie musiał nikogo pytać, nie musiał spekulować. Wiedział.
Nie pierwszy raz widział przemoc, ale pierwszy raz przyszła tak blisko.
– Więc gramy w ten sposób – powiedział cicho, bardziej do siebie niż do sąsiada. – No dobrze.
Wszedł z powrotem do środka. Nie sprzątał od razu. Poszedł prosto do biurka, wyjął nowy arkusz papieru. Usiadł. Wziął pióro. W górnym rogu napisał dużymi literami:
„Nie wycofam się.”
Poniżej, drobnym pismem, zaczął tworzyć nową listę. Nazwiska, miejsca, powiązania.
Weranda straciła swój blask, była nadpalona, wokół niej walał się żar i popiół, a w powietrzu cały czas unosił się ostry zapach benzyny. Wewnątrz Gniewosza jednak paliło się coś znacznie bardziej trwałego.
W łazience przemył twarz zimną wodą. Spojrzał w lustro, jeszcze bardziej pomarszczony niż wczoraj, wory pod oczami ciemniejsze, bardziej intensywne, broda postrzępiona jak wypalony krzew. Ale oczy… oczy miał spokojne.
Wrócił do sypialni i sięgnął do szafy. Wiedział, co założy. Nie było wyboru. Grafitowy garnitur, wyblakły przy kołnierzu, łokcie lekko wypolerowane od lat opierania się na stole. Koszula biała, tym razem starannie uprasowana, ale z niewielką plamką na rękawie, której nigdy nie dało się do końca wywabić. Krawat – ten sam, co zawsze: ciemny, bez wzorów. Tylko buty wypastował jeszcze raz, mechanicznie, rytuał.
Na stole w kuchni leżała teczka. Szara, jak zawsze. Ale dziś wyglądała inaczej. Dziś to był miecz. Otworzył ją, sprawdził zawartość. Dokumenty były na miejscu: poprawki, wydruki, notatki pisane ołówkiem – niektóre nowe, dopisane nocą.
Wsunął do środka jeszcze jeden papier — ten, na którym napisał: „Nie wycofam się.”
Zamknął ją z cichym kliknięciem.
W drzwiach przystanął. Spojrzał jeszcze raz na nadpaloną werandę. Drewno było czarne, popękane. Sięgnął po płaszcz, ubrał kapelusz i zamknął za sobą drzwi.
Gdy wyszedł, poranek był ołowiany. Niskie chmury, nieludzka cisza. Mgła unosiła się nisko nad ziemią jak para po pożarze.
Miasto dopiero się budziło. Ale on już szedł.
Do sesji zostało niewiele czasu.
Krwienicki ratusz – serce starego miasta, choć nie najwyższy budynek w okolicy, dominował nad rynkiem swoją powagą. Kamienna bryła pamiętała więcej niż żyjący mieszkańcy potrafili sobie wyobrazić. Wzniesiony w drugiej połowie XIX wieku w stylu neorenesansowym, nosił ślady wielu epok: miejscami odpadający tynk odsłaniał cegłę sprzed stu pięćdziesięciu lat, a od strony dziedzińca można było jeszcze dostrzec zamurowane łuki dawnego przejścia – ponoć prowadziło ono kiedyś do więziennych piwnic.
Wieża z zegarem, wciąż wybijała pełne godziny metalicznym, nieco spóźnionym tonem. Mosiężne wskazówki wydawały się poruszać z wysiłkiem, jakby zmęczone nieustannym mierzeniem dni, które coraz bardziej rozmywały się w podobieństwie.
Wejście do ratusza – ciężkie, dębowe drzwi z mosiężnymi okuciami – skrzypiało niezmiennie od dekad, a wewnątrz czekał chłód marmurowych posadzek i cisza, którą przerywało jedynie stukanie obcasów albo cichy szelest papieru w urzędowych teczkach.
Sala posiedzeń znajdowała się na pierwszym piętrze, z wysokimi oknami wychodzącymi na rynek. Ściany obite były boazerią, przyciemnioną od dymu dawnych cygar i dziesiątek lat debat. W rogu – portret burmistrza sprzed wojny, w spojrzeniu którego było coś ironicznego, jakby do dziś nie mógł uwierzyć, że tak to się wszystko potoczyło.
Ratusz był nie tylko siedzibą władzy, ale i świadkiem lokalnej historii – tych wszystkich sesji, które kończyły się cichym sprzeciwem, teatralnym gestem albo westchnieniem ulgi. Był sceną, na której rozgrywano drobne dramaty i większe rozczarowania, gdzie marzenia o lepszym mieście zderzały się z rzeczywistością budżetów, interesów i konfliktów.
W ostatnich latach ratusz znów stał się miejscem napięcia. Może dlatego echo kroków po marmurowych schodach wydawało się teraz głośniejsze niż kiedykolwiek.
KONIEC DARMOWEGO FRAGMENTU