-
nowość
-
promocja
Ukryta natura - ebook
Ukryta natura - ebook
Funkcjonariuszka Sloan Cooper ledwo uchodzi z życiem po napadzie w sklepie spożywczym, na który natrafia wracając z akcji służbowej – strzelanina kończy się ciężkimi obrażeniami. Cudem uratowana, Sloan musi na nowo nauczyć się funkcjonować i pogodzić z faktem, że powrót do służby może być trudny.
W czasie rekonwalescencji zamieszkuje w niewielkiej, górskiej miejscowości Heron’s Rest, gdzie cisza i bliskość natury mają pomóc jej odzyskać równowagę. Jednak spokój okazuje się pozorny. W okolicy dochodzi do serii zaginięć, a trop prowadzi do zamkniętej, hermetycznej społeczności, w której lojalność wobec „swoich” znaczy więcej niż prawo.
Sloan, mimo zakazów i własnych ograniczeń, zaczyna interesować się sprawą. Wspierana przez sąsiada i rodzinę, stopniowo odkrywa, że za idyllicznym krajobrazem Appalachów kryje się przemoc i manipulacja, sięgające znacznie głębiej, niż ktokolwiek przypuszczał.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68872-14-9 |
| Rozmiar pliku: | 2,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Dzień, w którym Sloan Cooper zmarła, zaczął się przed świtem, a skończył tuż przed północą. Jako kapral w policji Departamentu Zasobów Naturalnych pomogła aresztować trzech facetów, którzy nękali, okradali i napadali amatorów pieszych wędrówek na szlakach górskich zachodniego Marylandu.
Trzej mężczyźni – dwaj bracia i ich ojciec – jako „suwerenni” obywatele, uważali tereny publiczne za swoją własność, a wszystkich, którzy przekraczali ich granice, za intruzów.
Teraz, po trzydniowej akcji, podczas której osobiście rozbroiła wspomnianego ojca, niejakiego Johna, alias Red Bowson, wszyscy trzej przebywali w areszcie. Sloan przypuszczała, że czeka ich długi i miły pobyt w więzieniu federalnym, gdzie będą mogli przemyśleć swoje błędy.
Niezwykle satysfakcjonujące.
Nie wspominając już o tym, że chciała mieć ten trzeci szewron, oznaczający rangę sierżanta, a ostatnia akcja mogła się do tego przyczynić.
Ponieważ losowanie wypadło na jej korzyść, prowadziła wóz w drodze powrotnej do wydziału operacji specjalnych, podczas gdy jej partner kontaktował się z żoną.
Joel Warren, chudy jak tyczka mężczyzna o śniadej skórze i krótkich lokach pod służbowym kapeluszem, odznaczał się zwodniczo leniwym sposobem bycia, który maskował przenikliwy umysł i energię zdolną oświetlić całe miasto.
Przeszli razem szkolenie i oboje zgłosili się do Biura Śledczego do spraw Kryminalnych. Joel, urodzony w Waszyngtonie, i Sloan, z małego miasteczka w tych zachodnich górach, szybko znaleźli wspólny rytm.
Choć różnili się pod względem osobowości – i może właśnie dlatego – ich blisko pięcioletnie partnerstwo funkcjonowało jak należy. On: na luzie, odwalić robotę i pojechać do domu. Ona: poważna, ambitna i sumienna.
Prowadząc, słuchała jednym uchem, kiedy mówił swojej ukochanej Sari, że już wracają do domu.
Bagatelizował to, co wydarzyło się w ciągu trzech pełnych brutalności dni, nie wspominając, że do nich strzelano ani o podbitym oku Sloan, która oberwała w trakcie aresztowania zbirów.
Nie dlatego, by zaoszczędzić Sari drastycznych szczegółów, o czym Sloan doskonale wiedziała. Było, minęło. Ważne jest to, co teraz.
Podziwiała siłą rzeczy tę jego zdolność kategoryzacji.
Skończył rozmawiać i zmienił ułożenie długich nóg.
– Miałem ci jeszcze nie mówić…
– Czego? Gadaj, skoro i tak zamierzałeś.
– Powiedziałem mamie, a Sari powiedziała swoim rodzicom. Chciałem zaczekać jakieś dwa, trzy tygodnie, ale…
Była wyszkolonym funkcjonariuszem dochodzeniowym i znała Joela jak brata, którego nigdy nie miała.
– Żartujesz! Sari jest w ciąży?
Jego piwne oczy błysnęły, kiedy na nią spojrzał.
– Widzisz, nic ci nie powiedziałem, a ty sama na to wpadłaś, i to bezbłędnie, siostrzyczko. Spisałem się. Jakieś dziewięć tygodni temu.
– Ja pieprzę, Joel! – Wyrzuciła z radości pięści w górę, a potem walnęła go w ramię. – Będziesz tatą.
– Już się nim czuję. Dziwne, owszem, ale już się czuję. Mama mówi, że będzie dziewczynka, a wiesz, że ona nigdy się nie myli.
– Fakt. Mama Dee zawsze ma rację. Ale będzie w porządku, jeśli się okaże, że to chłopak?
– Pewnie.
– Jak się Sari czuje?
– Rzygała rano przez miesiąc, ale już jej przeszło. Bogu dzięki, bez dwóch zdań. Mówi, że nie może się już doczekać, kiedy przytyje. Będzie za co dziękować w Dzień Indyka. To już za dwa tygodnie. – Spojrzał na nią z szerokim uśmiechem. – Zostaniesz ciocią, siostrzyczko.
– Na ciocię Sloan możesz zawsze liczyć. Tak się cieszę, Joel. Boże, cieszę się z waszego szczęścia. Będziesz wspaniałym ojcem.
– A ty i Matias? Myślałaś kiedykolwiek o kolejnym kroku?
– Żeby zamieszkać razem?
Nie przyszło jej do głowy kontaktować się z mężczyzną, z którym spotykała się prawie od roku, tak jak robił to Joel z Sari. Z drugiej strony Matias wcale tego nie oczekiwał – i z pewnością nie doceniłby tego teraz, po dziesiątej wieczorem.
– Nie jestem pewna – przyznała w końcu. – Raczej nie, ale pewna nie jestem. I wiem, co myślisz. – Zerknęła na niego. – „Nie jestem pewna” oznacza po prostu „nie”. Ale tak naprawdę oznacza „nie jestem pewna” i „jeszcze nie”. Dobrze nam tak, jak jest.
– Mhm.
Przewróciła oczami, bo znała to mruknięcie. W jego przekonaniu oznaczało, że oszukuje samą siebie.
Może, ale odpowiadało jej takie życie.
– Potrzebuję Dr. Peppera – oznajmił tylko.
– Zawsze go potrzebujesz.
– Daje mi kopa.
– Tak twierdzisz, ale niech będzie. I tak muszę iść do toalety. Przy okazji możemy zatankować.
Kawałek drogi w tę, czy w tamtą stronę zmieniłby wszystko, ale ona zjechała na prawy pas i skręciła w najbliższy zjazd.
Pokonała półtora kilometra pustkowi i zatrzymała się na krótki postój, podjeżdżając pod dystrybutory.
– Zatankuj, a ja kupię przyszłemu tacie jego ulubiony napój. Tacie – powtórzyła. – Jasna cholera, Joel!
Wysiadła z wozu, atletycznie zbudowana kobieta z blond włosami związanymi w kok pod kapeluszem. Oczy (lewe podbite) duże, w kształcie migdałów i intensywnie zielone, dominowały w twarzy o silnie zaznaczonych kościach policzkowych, szczupłym nosie i wąskich wyrazistych ustach.
Podobnie jak w przypadku swobodnego sposobu bycia Joela, ludzie często brali te duże i przywodzące na myśl wróżkę oczy za oznakę miękkości. Potrafiła wyciskać na ławce siedemdziesiąt pięć kilo – piętnaście ponad jej wagę – sprawić, że worek treningowy śpiewał pod jej ciosami, i przebiec półtora kilometra dokładnie w sześć minut.
Przez całe dzieciństwo przemierzała szlaki w Alleghenach, pływała latem w jeziorze albo żeglowała, zimą zaś jeździła na nartach i wędrowała w rakietach śnieżnych. Ta aktywność na świeżym powietrzu kształtowała jej sylwetkę i mentalność, które służyły doskonale jej ambicjom i karierze, na jaką się zdecydowała.
Weszła do niewielkiego marketu, myśląc o tym, by opróżnić pęcherz, a potem pokonać drugą połowę drogi do domu, wziąć długi gorący prysznic i zasnąć we własnym łóżku.
Gdy tylko drzwi się za nią zamknęły, zorientowała się, że coś jest nie tak.
Postawa mężczyzny obróconego do niej plecami – białego, o kasztanowych włosach, wzroście ponad metr osiemdziesiąt i wadze osiemdziesięciu kilogramów – a także szeroko otwarte i pełne przerażenia oczy sprzedawcy za ladą kazały jej położyć dłoń na kolbie broni.
Wszystko potoczyło się szybko.
Wszystko trwało wieczność.
Mężczyzna obrócił się na pięcie, a broń, którą trzymał już w dłoni, wypaliła.
Pierwszy pocisk drasnął ją w czoło – ostre, przyprawiające o szok żądło; zdążyła się cofnąć.
Ale drugi pocisk trafił ją w klatkę piersiową, odrzucił do tyłu i powalił na podłogę, sprawiając nieopisany ból.
Dostrzegła przebiegającego obok mężczyznę – po trzydziestce, piwne oczy, niewielka blizna na prawym policzku – podczas gdy oddychała spazmatycznie, a ból rozlewał się po niej coraz większą falą.
Próbowała unieść broń, ale świat pogrążał się nieubłaganie w szarości; starała się krzyknąć ostrzegawczo do Joela, ale nie mogła złapać tchu.
Strzelec – czarne adidasy, szary trencz, dżinsy postrzępione u dołu – zaczął znikać z jej umysłu.
Jak przez mgłę usłyszała jeszcze jeden strzał, potem następny.
A potem Joel był przy niej, naciskając na jej klatkę piersiową i przyprawiając o wrzask bólu, który rozsadzał jej głowę.
– Sloan! Sloan! Spójrz na mnie. Kurwa, zostań ze mną. Postrzelony funkcjonariusz. Postrzelony funkcjonariusz. Pomoc medyczna, natychmiast!
Wpatrywała się w jego twarz – znała tę twarz – a jego słowa cichły, zanikając gdzieś w próżni.
A potem jego twarz znalazła się blisko, tak blisko, że przysłoniła wszystko inne, a jego oczy, ciemne niczym dwa księżyce w nowiu, miały w sobie zawziętość.
– Zostań ze mną. Pomoc w drodze. Jestem tutaj, jestem przy tobie.
– Boli.
– Wiem, siostrzyczko, wiem. Wykorzystaj to, wykorzystaj ten ból i zostań ze mną. Jestem przy tobie. Nie waż się dokądkolwiek odejść. Zostań tu, zostań ze mną.
Ból przyćmiewał czas i przestrzeń. Tonęła w nim, zanurzała się pod powierzchnię. Kiedy znów wypływała, ból powracał wraz z nią. Przenikliwy jak wycie syren. Nieznajome twarze wyrzucały z siebie słowa, których nie rozumiała.
Zimno, okrywało ją przenikliwe zimno, ale nie przytępiało dzikiego, bezlitosnego bólu.
Słyszała jednak Joela – gdzieś, podczas gdy świat przemykał w pędzie obok.
– Jesteś silna. Jesteś kurewsko twarda i będziesz walczyć. Słyszysz mnie? Słyszysz mnie, Sloan?
Wszystko było białe. Wszyscy krzyczeli, ale te głosy odbijały się od jej uszu i ulatywały. Światła, zbyt wiele świateł raniło jej oczy, więc je zamknęła.
Potem znów pojawił się Joel; trzymał ją za rękę, wzrok miał zawzięty.
– Jestem tutaj. I będę. Walcz, do diabła, Sloan. Nie poddawaj się.
A potem wszystko zniknęło. Ból, światła, głosy. Wszystko przemieniło się w czerń.
Gdy światło powróciło, było miękkie, przezroczyste. Czuła się wolna, unosząc się w nim i patrząc na kobietę, która leżała na stole operacyjnym. Tak bladą, tak nieruchomą. Tyle krwi.
Ci wszyscy ludzie wokół niej. Rozcięli biedaczkę, pomyślała, nim sobie uświadomiła z łagodnym zainteresowaniem, że to ona jest tą biedaczką.
To ja, tam w dole.
Ktoś krzyknął: „Odsunąć się!”, a jej ciało podskoczyło gwałtownie. Westchnęła. Tak bardzo się starali, a ona – „Ja” – sprawiała wrażenie zmęczonej tym wszystkim. Bardzo zmęczonej.
Pozwólcie jej odejść, pomyślała. Pozwólcie mi odejść.
Łyżki defibrylatora znowu uderzyły, a ona je zignorowała.
Widziała tak dużo z miejsca, w którym się unosiła. Joel, chodzący tam i z powrotem, z telefonem przy uchu. Słyszała go nawet.
– Wciąż jest na sali operacyjnej. Jej rodzina już jedzie. Zadzwonię, kiedy skończą.
Przyglądała się, jak ociera łzy, i to ją wzruszyło. Pragnęła mu powiedzieć, że nic jej nie jest, że czuje się błogo w tym miękkim i ładnym świetle. Ale miał krew na koszuli, a w jego oczach malowała się rozpacz.
– Nie stracimy jej, Sari. Wykluczone. Będzie walczyć. Nie podda się. Jeszcze nie dała za wygraną. Nie poddaje się, Sari.
W porządku, w porządku, do diabła.
Ponownie spojrzała na samą siebie. Pomyślała o Joelu i dziecku, które ma się urodzić. Pomyślała o swoich rodzicach, o swojej siostrze.
Łyżki defibrylatora uderzyły ją kolejny raz, wtedy pozwoliła, by czerń znów ją pochłonęła.
*
Kiedy się obudziła, ból wciąż trwał, ale przytępiony, jakby ktoś przykrył go ciepłym kocem. Powietrze miało w sobie coś gryzącego, od razu skojarzyła to ze szpitalem, jeszcze nim dotarło do niej popiskiwanie maszynerii.
Światło, przyćmione, ale ostre, napierało na jej powieki; pragnęła, by choć przez chwilę było miękkie i przezroczyste.
– Budzi się, Joel. Sloan? Kochanie, to ja, mama. Otwórz oczy, maleńka. Sloan, dziecinko, otwórz oczy.
Zamrugała. Wymagało to niebywałego wysiłku, a ponieważ wszystko się rozmazało, uznała, że nie warto się było starać. Znów zaczęła przymykać powieki.
– No dalej. Ściśnij mi rękę i otwórz oczy. No, wspaniale.
Poczuła, jak matczyne usta przywierają do wierzchu jej dłoni, do palców.
– Dobra dziewczyna.
– Szpital – zdołała wymówić.
Miała wrażenie, że po jej gardle przejechano papierem ściernym, a język jest gruby i suchy jak deska.
– Tak, a z tobą będzie wszystko dobrze. Po prostu dobrze.
Wtedy to powróciło. Niewielki market, mężczyzna przy ladzie. Eksplozja bólu.
– Strzelił do mnie! – Próbowała się dźwignąć, ledwie mogła poruszać głową. – Joel.
– Jestem tu, siostrzyczko.
Widziała ich teraz, gdy jej wzrok się wyostrzył. Matkę, bladą jak ściana, niebieskie oczy zamglone i podkrążone, i swojego partnera, który wydawał się śmiertelnie znużony.
– Bardzo źle?
– Nie aż tak, żeby cię załatwić na dobre. – Ścisnął jej dłoń, pochylając się jednocześnie i całując jej matkę w czubek głowy. – Zawołam doktora.
– Wszystko będzie dobrze. – Elsie Cooper znów przywarła ustami do jej dłoni. Łzy, dwie ciepłe krople, rozlały się na kłykciach Sloan. – Tata i Drea są obok. Siedzieliśmy przy tobie na zmianę.
– Jak długo? Jak długo?
– Trochę przespałaś, dochodząc do siebie. To trzeci dzień. Wprowadzili cię najpierw w śpiączkę, żebyś mogła po prostu spać. A teraz się budzisz. Dziecinko? Wyczuwasz ten guzik? – Nakierowała dłoń córki. – Jeśli będzie bolało, możesz go nacisnąć i dostaniesz lek.
– Okej. Czuję się… rozmiękła.
Elsie uśmiechnęła się, a po jej policzku spłynęła łza.
– Nic dziwnego. O, jest pielęgniarka. Była dla ciebie bardzo dobra. Dla nas wszystkich.
– Cieszę się, że się obudziłaś.
Pielęgniarka miała czarne włosy z siwymi pasemkami upięte w kok, a jej bladoniebieski fartuch zdobiły czerwone kwiatki. Sloan oceniła ją na jakieś czterdzieści lat i poczuła ulgę, widząc, że piwne oczy kobiety uśmiechają się wraz z jej ustami.
– Zaraz przyjdzie doktor Vincenti. Elsie, Joel, zostawicie nas na kilka chwil, żebym mogła zająć się Sloan?
– Będziemy tuż obok – zapewniła Elsie córkę.
– Jak poważnie? – spytała Sloan, gdy tylko drzwi się zamknęły. – Jak poważnie jestem ranna?
Angie sprawdziła kroplówkę, zerknęła na monitory, zbadała jej puls.
– Joel powiedział, że chcesz wiedzieć, więc powiem, że było kiepsko. Jest już znacznie lepiej. Odzyskasz w pełni siły, ale nie wolno ci się z tym spieszyć. A jeśli chodzi o doktora Vincenti i zespół chirurgiczny? Nie mogłaś trafić lepiej.
– Umarłam.
– Jesteś teraz żywa, i to bardzo. – Angie przysunęła do jej warg kubek ze słomką. – Napij się trochę wody.
Sloan, dręczona pragnieniem, usłuchała.
– Umarłam na stole operacyjnym. Musieli sprowadzić mnie z powrotem.
Angie odstawiła kubek, potem ujęła dłoń Sloan.
– Doświadczyłaś śmierci?
– Czy doświadczyłam? Defibrylowali mnie, prawda? Moje serce się zatrzymało, więc mnie defibrylowali. Chyba trzy razy.
– Kula minęła serce, ale powiedzmy, że operacja była skomplikowana. Vincenti to świetny chirurg. Jesteś młoda, zdrowa i silna. Pomijając to wszystko, nie nadszedł jeszcze twój czas.
– Trzy razy.
– Tak. A teraz tu jesteś, żywa, obudzona i świadoma. Najważniejsze funkcje w porządku. Jesteś stabilna. I jeśli potrafię ocenić, a potrafię, to w ciągu dwudziestu czterech godzin twój stan poprawi się jeszcze bardziej. No dobrze, jeśli nie czujesz się szczególnie zmęczona, choć jeśli się czujesz, to też okej, reszta krewnych chce się z tobą zobaczyć.
– Tak, proszę.
– Rodzina też jest ważna. – Angie pomogła Sloan usiąść i obróciła poduszkę na drugą, chłodniejszą stronę. – Ludzie, którzy cię kochają, są ważni. A ty jesteś kochana. Daj znać, jeśli będziesz mnie potrzebowała. Doktor Vincenti zajrzy tu niedługo.
Do pokoju weszli jej ojciec i siostra. Ojciec – w jego kasztanowych włosach i przystrzyżonej bródce zaczęły pojawiać się już srebrzyste pasemka, a zielone oczy błyszczały od łez – pochylił się i przywarł szorstkim i nieogolonym policzkiem do jej twarzy.
Poczuła, jak drży; odetchnął głęboko, by zapanować nad płaczem.
– Wszystko dobrze, tato. Powiedzieli, że wszystko dobrze.
– Przeraziłaś mnie śmiertelnie, Sloan. Daj mi chwilę.
Czekając, spojrzała ponad ojcowskim ramieniem na siostrę. Miała twarz wilgotną od łez, a jej olśniewające zwykle kasztanowe włosy były pozbawione blasku i zebrane w niechlujny warkocz. Otarła oczy niebieskie jak u matki. Wzięła Sloan za rękę i uśmiechnęła się.
– O rany – westchnęła.
– Nic dodać, nic ująć.
Dean Cooper uniósł głowę, potem ujął twarz Sloan w dłonie, szorstkie jak zarost na twarzy.
– Spróbuj więcej tego nie robić.
– Dobrze, tato.
Jak to mieli w zwyczaju, ucałował jej czoło, policzki, usta.
– Wiem, że jesteś zmęczona i że najbardziej potrzebujesz odpoczynku. Ale pamiętaj, że tu jesteśmy.
– Wiem. – Starała się usilnie przegnać chmury spowijające jej umysł. – Kto pilnuje interesu?
– Zajęliśmy się tym. Nie martw się.
– Mnóstwo ludzi w Heron’s Rest ci kibicowało – dodała Drea. – Wielu się zgłosiło, żeby pomagać.
– A Joel? – wtrącił ojciec. – To nasz bohater. Oboje jesteście naszymi bohaterami.
Poczuła, że odpływa, i walczyła, by zachować przytomność.
– Dorwali go? Facet po trzydziestce, śniady i brązowe… Dorwali go?
W tym momencie straciła świadomość i nie usłyszała odpowiedzi.
*
Kiedy ból znowu ją obudził, siedział przy niej Joel, czytając _To_ Stephena Kinga. Zawsze miał ten podniszczony egzemplarz w swojej torbie.
Sloan przypomniała sobie, jak go pytała, dlaczego nie rozstaje się akurat z tą konkretną książką. Powiedział, że gdy jest daleko od domu, przypomina mu, że z czymkolwiek przyjdzie im się zmierzyć, nic nie będzie tak straszne jak Pennywise. By przekonać się o słuszności tej teorii, też przeczytała tę powieść, i mogła się jedynie zgodzić.
– Niewiele tym razem brakowało – wymamrotała.
Podniósł wzrok i odłożył książkę.
– Cześć.
– Dorwaliśmy go?
– Wezwij kogoś. Boli cię.
Pokręciła głową i zdziwiła się, że ten odruch wywołuje jeszcze więcej bólu.
– Chcę być przytomna. Ten facet…
– Usłyszałem strzały. Dwa. Wybiegł, wywalił do mnie. Chybił. Odpowiedziałem ogniem i trafiłem go w ramię. Zapamiętałem numer rejestracyjny, markę i model gruchota, do którego wskoczył, ale nie mogłem go ścigać. Leżałaś na podłodze w kałuży krwi.
– Coś mi się wydało podejrzane… sprzedawca był przerażony. Trzymałam dłoń na broni, ale tamten odwrócił się błyskawicznie i strzelił. Dwukrotnie?
– Tak.
– Nie zdążyłam nawet wyciągnąć spluwy.
– Owszem, wyciągnęłaś, siostrzyczko. Miałaś ją w dłoni, kiedy do ciebie dotarłem. Wezwałem pomoc i przekazałem numer rejestracyjny, rodzaj pojazdu i opis podejrzanego. Złapali go, zanim znalazłaś się w karetce. Wciśnij guzik, a opowiem ci resztę.
Zrobiła to, a ból nieco zelżał.
– Okej, świadkowie zauważyli samochód, jechał zygzakiem, nic dziwnego, skoro trafiłem kierowcę tuż pod pachą. Stracił kontrolę nad tym swoim gruchotem, uderzył bokiem w drzewo. Grat nie wytrzymał. I ten tępy gnojek zaczął strzelać. Zginął na miejscu.
– Ktoś jeszcze oberwał?
– Nie.
– A ten cywil, sprzedawca…
– Cały i zdrowy. Był tak roztrzęsiony, że chyba zlał się w gacie. Ale chwycił podkoszulek z wieszaka, żebym mógł zatamować ci krew.
– Tamten strzelił dwa razy. Nie pamiętam dokładnie, ale… – Zdezorientowana uniosła dłoń do prawej strony czoła i wyczuła bandaż.
– Tak, tylko draśnięcie. Masz tam z dziesięć szwów.
Postrzał w głowę, pomyślała. Jak użądlenia tysiąca wściekłych os.
– Mogło być gorzej.
– Mogło.
– Mama, tata, Drea… Byli tu, prawda?
– Tak.
– Pamiętam to jak przez mgłę.
– Może się tak zdarzać przez jakiś czas. Nie martw się tym. Byli tu przy tobie. Namawiałem ich, żeby pojechali do domu, bo mieli tylko to, co na sobie. Wrócą rano.
– Kiedy będę mogła stąd wyjść? Nie powinnam porozmawiać z lekarzem?
– Rozmawiałaś z nim.
– Kiedy?
– Dziś po południu. Odpływałaś co chwila. Przeprowadzili mnóstwo badań, okazało się, że twój stan się poprawia. Pewnie pozwolą ci jutro wstać i trochę pochodzić.
– Kiedy mnie stąd wypuszczą? – Miała ochotę wyć i z trudem się powstrzymywała. – Cuchnie tu chorymi ludźmi.
Ponieważ powiedziała dokładnie to samo ostatnim razem, kiedy oprzytomniała, uśmiechnął się tylko.
– Jesteś chora, siostrzyczko. Muszą sprawdzać, czy nie ma infekcji albo jakiegoś innego świństwa. No i muszą podnieść cię z tego łóżka i postawić na nogi. Posłuchaj, kula otarła się o… daj mi chwilę. – Zamknął oczy. – Rękojeść mostka. Tak, właśnie, i żebro. Usunęli fragmenty kości. Masz strzaskane żebro i dziurę w klatce piersiowej. Nie wspominając o ranie na twojej twardej głowie. Usiądź wygodnie i zrelaksuj się. To potrwa jeszcze kilka dni.
– Naprawdę chcę porozmawiać z doktorem. Możesz go zawołać?
– Sloan, jest druga w nocy. Daj mu odetchnąć.
– Druga? W nocy? Co ty tu robisz, u diabła? Idź do domu. – Poruszona zdołała dźwignąć się odrobinę, potem znów osunęła się na poduszkę. – Sari jest w ciąży. Jest w ciąży, prawda? Nie przyśniło mi się?
– Jest w ciąży, bez dwóch zdań, ciociu Sloan. Zajrzała do ciebie wczoraj. Wszyscy z wydziału dochodzeniowego przyszli. I każdy oddał krew. Straciłaś jej mnóstwo. – By zapanować nad drżeniem dłoni, potarł się nimi po udach. – Wszyscy już tu byli. Miałaś dziadków, jednych i drugich, wuja, kuzynów, kapitana Hamma, i cały wydział.
– Nic z tego nie pamiętam. Wszystko się cholernie miesza i jest niewyraźne. Prócz tego, że… umarłam na stole. Na stole operacyjnym.
– Przywrócili cię do życia.
– Tak. Trzy razy musieli mnie defibrylować. Unosiłam się. – Ale jeśli wszystko inne wydawało się rozmazane, to jedno pozostawało wyraźne niczym wypolerowane szkło. – Obserwowałam ich. – Mówiła wolno, przypominając sobie każdy szczegół. – Widziałam cię, krążyłeś po korytarzu z krwią na koszuli. Z moją krwią. Po jakimś korytarzu, rozmawiałeś przez telefon. Popłakiwałeś. Powiedziałeś, że przyjeżdża moja rodzina i że zadzwonisz, kiedy operacja się skończy. Leżałam na chirurgii, a ty miałeś zadzwonić, kiedy mnie stamtąd zabiorą.
Potarł jej dłoń.
– Nabierasz mnie?
– To jest takie wyraźne, Joel. Jakim cudem jest takie, a wszystko inne nie? Chciałam odpuścić. Czułam się taka lekka, byłoby łatwo dać sobie spokój. Ale ty płakałeś i przypomniałam sobie, jak mi mówiłeś, żebym walczyła. Nie poddawała się, tylko walczyła. Więc tak zrobiłam.
Wstał i podszedł do okna. Odchylił nieznacznie zasłony i wlepił wzrok w ciemność.
– Rozmawiałem z Sari. Była przerażona, płakała, chciała tu przyjechać. Kocha cię.
– Wiem. Ja też ją kocham.
Po chwili znów usiadł obok niej.
– Doznałaś cudu, siostrzyczko.
– Nie czuję się tak. Wystaje ze mnie jakaś rurka.
– Sączek. Tak powiedzieli. Wyjmą go z ciebie niedługo.
– Podłączyli mnie do tego wszystkiego… do tej maszynerii.
– Kroplówka z płynami, cewnik na mocz.
– Nie do przyjęcia – oceniła. – Poza tym cholernie mnie boli. Wszędzie. Dlaczego się uśmiechasz?
– Poprawia ci się. Zrzędzisz.
– Super. Pomóż mi stąd zwiać. No dalej, zabierz mnie stąd. Umieram z głodu.
Wyprostował się.
– Chce ci się jeść?
– Jakby tak było, to poprosiłabym o paczkę chipsów. Powiedziałam, że umieram z głodu.
– Coś ci przyniosę.
Kiedy wyszedł pospiesznie, poddała się i znów nacisnęła guzik.
Odpłynęła, ale tuż pod powierzchnię. Oprzytomniała ponownie, gdy pojawił się Joel z małą plastikową miseczką i łyżką.
– Powiedzieli, żebyś zaczęła od tego.
– Co to jest?
– Rosół wołowy.
– Nie brzmi zachęcająco. – Kobiecie, która zaledwie kilka dni wcześniej wyciskała na ławce sztangę o wadze siedemdziesięciu pięciu kilogramów, jedna łyżka rosołu jawiła się jak pięciokilowy ciężar. – Paskudztwo – oznajmiła i zjadła jeszcze trochę. Zdołała przełknąć cztery małe łyki, nim całkiem opadła z sił. – Przepraszam, więcej nie dam rady.
Czuła, że znów zanurza się pod powierzchnię.
– Jedź do domu, Joel – poprosiła.
Ale on odstawił tylko miseczkę, potem przesunął kostkami dłoni po jej policzku i znowu usiadł. Wziął do ręki książkę, rozprostował nogi i zaczął czytać.
*
Gdy się obudziła, przez odsłonięte okno wpadało światło słoneczne. Obok siedziała jej siostra, rozwiązując krzyżówkę na tablecie. Luźne błyszczące włosy spływały jej na ramiona.
– O kurczę.
Drea podniosła wzrok i uśmiechnęła się promiennie.
– Ciebie też dobrze widzieć.
– Na jak długo odpłynęłam tym razem?
– Jest po dziewiątej w ten słoneczny listopadowy poranek. Wykopałam Joela, co nie było łatwe. Mama i tata zjawią się po południu. Chcesz śniadanie?
– Może. Ale chcę przede wszystkim stąd wyjść, Drea.
– A kto by nie chciał? O ile wiem, podejmujesz już pierwsze kroki w tym celu, i to dosłownie, dzisiaj. Dowiem się, co z jedzeniem dla ciebie.
Kiedy jej siostra wyszła, Sloan zdołała odszukać pilota i podniosła o kilka centymetrów wezgłowie łóżka. Potem po raz pierwszy rozejrzała się wokół.
Wszędzie kwiaty - za które była wdzięczna. Cieszyłaby się jeszcze bardziej, gdyby znalazła się razem z nimi w swoim mieszkaniu, ale i tak było jej przyjemnie.
Pokój miał beżowe ściany, jak to w szpitalu, zauważyła też mnóstwo urządzeń, dwa krzesła, drzwi, zapewne od łazienki. Przez okno widziała kilka budynków, drzewa, parking.
Po raz pierwszy uświadomiła sobie, że nie wie, gdzie się znajduje.
– Gdzie, u diabła, jestem? – spytała, gdy Drea wróciła do pokoju.
– W Hagerstown. To był najbliższy szpital, a personel spisał się wspaniale. Angie przyniesie ci śniadanie, no i mam dla ciebie wiadomość! Zjawi się lekarz, żeby wyjąć ci cewnik. I pospacerujesz.
– Na zewnątrz?
– Nie. – Drea ciągnęła profesjonalnie pogodnym tonem, jakim zwracała się do klientów: – Możemy zaproponować różnorodne zajęcia w pomieszczeniach zamkniętych z myślą o pani dobrym samopoczuciu.
– Pocałuj mnie gdzieś.
Nie zwracając na te słowa uwagi, Drea kontynuowała:
– Fizjoterapia! Rany! Badanie krwi, badanie moczu. Co za frajda! I mamy też mnóstwo krzyżówek, wyłącznie dla ciebie.
– To ty jesteś od nich uzależniona.
Drea na swój uczynny sposób podniosła delikatnie Sloan, potem wygładziła i poklepała poduszkę.
– Zapewniają mnie, że to świetne ćwiczenie dla twojego umysłu. No i jest też mój zapasowy tablet. Możesz oglądać filmy, telewizję, co tylko chcesz.
W rozbudzoną przed chwilą nadzieję wdarła się rzeczywistość i towarzyszące jej przerażenie.
– Jezu, Drea, jak długo będę tu tkwiła?
– Jeszcze kilka dni, ale spytaj doktora. Jest uroczy, tak na marginesie.
– Chcesz się dobrać do mojego lekarza?
– Dobrałabym się, ale nosi obrączkę.
Odwróciła się, kiedy do pokoju weszła Angie z tacą.
– Jak się dziś czujesz?
– Lepiej. Jakby nadeszła pora, by wrócić do domu.
– Sprawdźmy, jak pójdzie ci śniadanie.
– Tylko nie rosół wołowy.
– Nie. Jajecznica, mus jabłkowy, jogurt.
– Kawa?
– Chwilowo smoothie. Spytamy o kawę doktora. Robi właśnie obchód, więc niedługo tu będzie.
– Mówiłaś o tym wcześniej, jak mi się wydaje, Joel też powiedział, że z nim rozmawiałam, to znaczy z doktorem. Nie pamiętam tego.
– Bierzesz silne środki. Jak już porozmawiasz z lekarzem, podniesiemy cię. Powinnaś sobie pospacerować kilka razy dziennie. Później przyjdzie terapeuta i pokaże ci parę ćwiczeń oddechowych.
– Mogę wziąć prysznic?
– Wkrótce. Nie damy ci odpocząć do końca pobytu. Potraktuj to jako motywację. Szybciej stąd wyjdziesz. Jedzenie pomaga.
Poklepała Sloan po dłoni i wyszła.
Sloan zdołała przełknąć trochę jajecznicy, potem oparła się o poduszkę.
– Wydaje mi się, że umieram z głodu, więc zaczynam jeść. To wyczerpujące. Nic nie smakuje jak trzeba.
– Spróbuj smoothie – poradziła Drea, przysuwając słomkę do ust siostry.
Sloan skosztowała i pokręciła głową.
– Chce mi się cholernej kawy, chcę, żeby mi to wyjęli i żebym mogła wysikać się jak normalny człowiek. Chcę, kurwa, opuścić to miejsce i chcę… – urwała, przycisnęła dłonie do twarzy i, zażenowana, poczuła w oczach łzy. – Jezu Chryste, co ja wygaduję! Zachowuję się jak rozwydrzona dziesięciolatka. Żyję, choć mogłam, może powinnam, być martwa, tymczasem tylko narzekam. Przepraszam, przepraszam, czuję się po prostu zrzędliwie.
– Hej, jakiś sukinsyn postrzelił moją siostrę. Ja też czuję się cholernie zrzędliwie.
Oddychając już spokojniej, Sloan opuściła dłonie.
– Ja jestem super zrzędą. Możesz mi w tym co najwyżej asystować.
– Kapuję. Twoja asystentka mówi, żebyś spróbowała zjeść trochę więcej.
– Okej.
Skosztowała odrobiny jajek, łyknęła jogurtu.
– Przepraszam, kochana, więcej nie dam rady.
Skinąwszy głową, Drea zabrała tacę.
– Cholera, Matias wie?
Odwrócona plecami do siostry Drea układała kwiaty.
– Przyszedł cię odwiedzić dzień po twojej operacji.
– Gdzie jest mój telefon? Powinnam do niego zadzwonić albo przynajmniej wysłać esemesa.
Drea obróciła się na pięcie, oczy jej płonęły.
– Wpuścili go do ciebie. Tata i mama na to nalegali. Został jakieś trzy minuty, albo i mniej. Od tamtej pory się nie pokazał.
– Och. – Sloan starała się to przetrawić. – W porządku.
– Naprawdę? W porządku?
– Nie, oczywiście, że nie. W najmniejszym stopniu. Poradzę sobie z tym.
– Jeśli nie kopniesz tego samolubnego gnoja w tyłek, to przysięgam, zaczekam, aż odzyskasz sprawność… nie, jesteś ode mnie silniejsza i wredniejsza. Zaczekam, aż staniesz na nogi i sama skopię ci tyłek.
W obliczu siostrzanej furii Sloan straciła trochę ze swej wredności.
– Nawet wtedy nie dałabyś mi rady. Nie będę musiała go rzucać, Drea. Sam odszedł. I albo jestem zbyt zmęczona, by się przejmować, albo się po prostu nie przejmuję. Będziesz tak dobra i zabierzesz stąd to jedzenie? Nawet zapach jest paskudny.
– Jasne.
Kiedy Drea sięgnęła po tacę, Sloan ujęła jej dłoń.
– Kocham cię, nawet jeśli uważasz się za tę ładniejszą.
– Ja też cię kocham. Wierz mi, w tej chwili jestem niezaprzeczalnie tą ładniejszą.
– Aż tak źle?
– Unikaj luster przez kilka następnych dni. Zaraz wrócę.
Kiedy Drea wyszła, Sloan zerknęła w stronę łazienki. Teraz musiała za wszelką cenę spojrzeć w lustro, ale nie wiedziała, jak ma to zrobić.
Gdy się nad tym zastanawiała, do pokoju wpadł doktor Vincenti.
Drea miała rację. Był uroczy.Rozdział 4
Popijając pierwszą kawę, Nash Littlefield patrzył, jak słońce płonie czerwienią nad jeziorem, czy raczej obserwował to przez sosny i przypominające szkielety pnie drzew.
Podobał mu się olśniewający dramatyzm tego widoku, jego kontrast z niemal nadprzyrodzonym spokojem.
Z miejsca, gdzie stał, słyszał tylko trzaskanie ognia w kominku, szept wiatru przenikającego przez resztki wiekowych okien, które zamierzał wymienić.
Nawet jego porządne mieszkanie nie tłumiło odgłosów miasta, w którym i z którym żył całe życie.
A teraz żył w ciszy i z ciszą.
Przy tym oddaleniu i zamkniętych wiekowych oknach nie słyszał kwakania czy głosów ptactwa wodnego. Gdyby tego pragnął, mógłby pozbierać się i wybrać na krótki spacer.
Nie zawędrowałby do restauracji, baru czy sklepu, ale do jeziora, które zawdzięczało swą nazwę zwierciadlanemu odbiciu gór i nieba.
Stać go było na jeden z tych nadbrzeżnych domów z lepszym widokiem i dostępem do jeziora, z nowoczesnym wyposażeniem i udogodnieniami.
Miał jednak, być może pierwszy raz w życiu, dokładnie to, czego pragnął.
Wyzwaniem było to stare domostwo z solidnym szkieletem, proszące się o to, by przywrócić je do życia. Zapewniało samotność, ale też wygodny dojazd do miasta, gdyby tego potrzebował.
Miał niebywałą możliwość robienia czegoś, co kochał, a nie tego, czego po nim oczekiwano.
Uznał, że zacznie od starego warsztatu, od doprowadzenia go do porządku, zorganizowania narzędzi – tych, które otrzymał wraz z domem, i tych, które już posiadał, a przede wszystkim tych, które nabył z myślą o swoim nowym zajęciu.
Był dobry w swoim fachu – w inwestycjach, zarządzaniu rachunkami, pomnażaniu pieniędzy, zgłębianiu rynku. Lubił to nawet. Ale nie był szczęśliwy ani w swoim narożnym gabinecie, ani też w wyszukanym, eleganckim mieszkaniu ze wspaniałym widokiem na miasto.
Miał kobietę, na której mu zależało i której zależało na nim. Ale nie na tyle, by w przypadku obojga okazało się to trwałe.
Zwłaszcza w sytuacji, kiedy postanowił zmienić swoje życie.
Gdyby został, mogłoby to trwać jeszcze przez kilka lat. Nie byłby jednak szczęśliwy. Gdyby założyli rodzinę, związek okazałby się trwały w jego przypadku; nie miał co do tego wątpliwości.
Wiedział, jak to jest być dzieckiem ludzi, którym nie wyszło.
Lecz stojąc tutaj, w tym wielkim i pełnym przeciągów podupadającym domu, wiedział, że znalazł swoje miejsce.
I gdy się tu budził, stąpał po skrzypiących podłogach, dokładał drewna do ognia, by stłumić chłód, wiedział, że jest szczęśliwy.
Tak jak wiedział to wtedy, gdy złożył w pracy rezygnację, sprzedał mieszkanie, zdobył uprawnienia budowlane.
Teraz zamierzał stworzyć sobie tu dom i zarabiać na życie własnymi rękami. Coś, czego zawsze pragnął.
I czuł się nie tylko szczęśliwy. Czuł się – tak, po raz pierwszy – wolny.
Koniec z garniturami szytymi na miarę, starannie zawiązanymi krawatami, cotygodniowym przycinaniem niesfornych włosów. A teraz, gdyby nie miał ochoty się ogolić? I co z tego?
Stał więc z tymi swoimi kasztanowymi włosami, które falowały przy kołnierzu białej ocieplanej koszuli, z dwudniowym zarostem na twarzy, skupiając spojrzenie piwnych oczu na niezwykłości narodzin nowego dnia, i odczuwał pełną satysfakcję.
Usłyszał skrzypienie podłogi i rozejrzał się, gdy jego niespodziewany – i mile widziany – gość pojawił się u szczytu schodów.
Jego brat Theo miał zaspane oczy o barwie złotego brązu, czuprynę rozczochranych od snu włosów i bokserki z emblematem Gwiezdnych Wojen.
– Lodowato tu.
– Jeśli zamierzasz chodzić prawie nago, to zawsze będzie ci zimno.
– Racja. Daj mi chwilę.
Gdy Theo się odwrócił, Nash ruszył na tyły domu długim korytarzem, przez drzwi w ścianie, którą zamierzał całkowicie wyburzyć, i wszedł do kuchni. Domyślał się, że nie była odnawiana przez ostatnie pół wieku.
Wszystko to miało się niebawem zmienić.
Na poplamionym blacie z laminatu stała lśniąca stalowa maszyna, o którą Nash walczyłby w razie potrzeby na śmierć i życie.
Zaparzył kawę dla siebie i młodszego brata.
Usłyszał skrzypienie schodów i podłogi w korytarzu. Nie był pewien, czy chce to wszystko naprawiać. Tęskniłby za tym staromodnym dźwiękiem.
Na dresowych spodniach Theo widniała plejada postaci z komiksów Marvela. Do tego włożył bluzę Uniwersytetu Columbia.
– Masz bajgle?
Nash wskazał szufladę.
– Człowieku, ale tu cicho. Przerażająco cicho. Jak w horrorze, gdzie jesteś tylko ty i facet w masce hokejowej. Trwało wieczność, zanim zasnąłem, a potem spałem jak nieżywy. – Przekroił bajgla i wsunął go do lśniącego srebrnego tostera. – Nie mogłem uwierzyć, że kupiłeś ten dom. – Wyszukał w starej lodówce serek śmietankowy. – A rano zobaczyłem ten widok za oknem. To cały ty.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki