Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Ukryta natura - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
20 maja 2026
3584 pkt
punktów Virtualo

Ukryta natura - ebook

Funkcjonariuszka Sloan Cooper ledwo uchodzi z życiem po napadzie w sklepie spożywczym, na który natrafia wracając z akcji służbowej – strzelanina kończy się ciężkimi obrażeniami. Cudem uratowana, Sloan musi na nowo nauczyć się funkcjonować i pogodzić z faktem, że powrót do służby może być trudny.

W czasie rekonwalescencji zamieszkuje w niewielkiej, górskiej miejscowości Heron’s Rest, gdzie cisza i bliskość natury mają pomóc jej odzyskać równowagę. Jednak spokój okazuje się pozorny. W okolicy dochodzi do serii zaginięć, a trop prowadzi do zamkniętej, hermetycznej społeczności, w której lojalność wobec „swoich” znaczy więcej niż prawo.

Sloan, mimo zakazów i własnych ograniczeń, zaczyna interesować się sprawą. Wspierana przez sąsiada i rodzinę, stopniowo odkrywa, że za idyllicznym krajobrazem Appalachów kryje się przemoc i manipulacja, sięgające znacznie głębiej, niż ktokolwiek przypuszczał.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68872-14-9
Rozmiar pliku: 2,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Rozdział 1

Dzień, w któ­rym Sloan Cooper zmarła, zaczął się przed świ­tem, a skoń­czył tuż przed pół­nocą. Jako kapral w poli­cji Depar­ta­mentu Zaso­bów Natu­ral­nych pomo­gła aresz­to­wać trzech face­tów, któ­rzy nękali, okra­dali i napa­dali ama­to­rów pie­szych wędró­wek na szla­kach gór­skich zachod­niego Mary­landu.

Trzej męż­czyźni – dwaj bra­cia i ich ojciec – jako „suwe­renni” oby­wa­tele, uwa­żali tereny publiczne za swoją wła­sność, a wszyst­kich, któ­rzy prze­kra­czali ich gra­nice, za intru­zów.

Teraz, po trzy­dnio­wej akcji, pod­czas któ­rej oso­bi­ście roz­bro­iła wspo­mnia­nego ojca, nie­ja­kiego Johna, alias Red Bow­son, wszy­scy trzej prze­by­wali w aresz­cie. Sloan przy­pusz­czała, że czeka ich długi i miły pobyt w wię­zie­niu fede­ral­nym, gdzie będą mogli prze­my­śleć swoje błędy.

Nie­zwy­kle satys­fak­cjo­nu­jące.

Nie wspo­mi­na­jąc już o tym, że chciała mieć ten trzeci szew­ron, ozna­cza­jący rangę sier­żanta, a ostat­nia akcja mogła się do tego przy­czy­nić.

Ponie­waż loso­wa­nie wypa­dło na jej korzyść, pro­wa­dziła wóz w dro­dze powrot­nej do wydziału ope­ra­cji spe­cjal­nych, pod­czas gdy jej part­ner kon­tak­to­wał się z żoną.

Joel War­ren, chudy jak tyczka męż­czy­zna o śnia­dej skó­rze i krót­kich lokach pod służ­bo­wym kape­lu­szem, odzna­czał się zwod­ni­czo leni­wym spo­so­bem bycia, który masko­wał prze­ni­kliwy umysł i ener­gię zdolną oświe­tlić całe mia­sto.

Prze­szli razem szko­le­nie i oboje zgło­sili się do Biura Śled­czego do spraw Kry­mi­nal­nych. Joel, uro­dzony w Waszyng­to­nie, i Sloan, z małego mia­steczka w tych zachod­nich górach, szybko zna­leźli wspólny rytm.

Choć róż­nili się pod wzglę­dem oso­bo­wo­ści – i może wła­śnie dla­tego – ich bli­sko pię­cio­let­nie part­ner­stwo funk­cjo­no­wało jak należy. On: na luzie, odwa­lić robotę i poje­chać do domu. Ona: poważna, ambitna i sumienna.

Pro­wa­dząc, słu­chała jed­nym uchem, kiedy mówił swo­jej uko­cha­nej Sari, że już wra­cają do domu.

Baga­te­li­zo­wał to, co wyda­rzyło się w ciągu trzech peł­nych bru­tal­no­ści dni, nie wspo­mi­na­jąc, że do nich strze­lano ani o pod­bi­tym oku Sloan, która obe­rwała w trak­cie aresz­to­wa­nia zbi­rów.

Nie dla­tego, by zaosz­czę­dzić Sari dra­stycz­nych szcze­gó­łów, o czym Sloan dosko­nale wie­działa. Było, minęło. Ważne jest to, co teraz.

Podzi­wiała siłą rze­czy tę jego zdol­ność kate­go­ry­za­cji.

Skoń­czył roz­ma­wiać i zmie­nił uło­że­nie dłu­gich nóg.

– Mia­łem ci jesz­cze nie mówić…

– Czego? Gadaj, skoro i tak zamie­rza­łeś.

– Powie­dzia­łem mamie, a Sari powie­działa swoim rodzi­com. Chcia­łem zacze­kać jakieś dwa, trzy tygo­dnie, ale…

Była wyszko­lo­nym funk­cjo­na­riu­szem docho­dze­nio­wym i znała Joela jak brata, któ­rego ni­gdy nie miała.

– Żar­tu­jesz! Sari jest w ciąży?

Jego piwne oczy bły­snęły, kiedy na nią spoj­rzał.

– Widzisz, nic ci nie powie­dzia­łem, a ty sama na to wpa­dłaś, i to bez­błęd­nie, sio­strzyczko. Spi­sa­łem się. Jakieś dzie­więć tygo­dni temu.

– Ja pie­przę, Joel! – Wyrzu­ciła z rado­ści pię­ści w górę, a potem wal­nęła go w ramię. – Będziesz tatą.

– Już się nim czuję. Dziwne, ow­szem, ale już się czuję. Mama mówi, że będzie dziew­czynka, a wiesz, że ona ni­gdy się nie myli.

– Fakt. Mama Dee zawsze ma rację. Ale będzie w porządku, jeśli się okaże, że to chło­pak?

– Pew­nie.

– Jak się Sari czuje?

– Rzy­gała rano przez mie­siąc, ale już jej prze­szło. Bogu dzięki, bez dwóch zdań. Mówi, że nie może się już docze­kać, kiedy przy­tyje. Będzie za co dzię­ko­wać w Dzień Indyka. To już za dwa tygo­dnie. – Spoj­rzał na nią z sze­ro­kim uśmie­chem. – Zosta­niesz cio­cią, sio­strzyczko.

– Na cio­cię Sloan możesz zawsze liczyć. Tak się cie­szę, Joel. Boże, cie­szę się z waszego szczę­ścia. Będziesz wspa­nia­łym ojcem.

– A ty i Matias? Myśla­łaś kie­dy­kol­wiek o kolej­nym kroku?

– Żeby zamiesz­kać razem?

Nie przy­szło jej do głowy kon­tak­to­wać się z męż­czy­zną, z któ­rym spo­ty­kała się pra­wie od roku, tak jak robił to Joel z Sari. Z dru­giej strony Matias wcale tego nie ocze­ki­wał – i z pew­no­ścią nie doce­niłby tego teraz, po dzie­sią­tej wie­czo­rem.

– Nie jestem pewna – przy­znała w końcu. – Raczej nie, ale pewna nie jestem. I wiem, co myślisz. – Zer­k­nęła na niego. – „Nie jestem pewna” ozna­cza po pro­stu „nie”. Ale tak naprawdę ozna­cza „nie jestem pewna” i „jesz­cze nie”. Dobrze nam tak, jak jest.

– Mhm.

Prze­wró­ciła oczami, bo znała to mruk­nię­cie. W jego prze­ko­na­niu ozna­czało, że oszu­kuje samą sie­bie.

Może, ale odpo­wia­dało jej takie życie.

– Potrze­buję Dr. Pep­pera – oznaj­mił tylko.

– Zawsze go potrze­bu­jesz.

– Daje mi kopa.

– Tak twier­dzisz, ale niech będzie. I tak muszę iść do toa­lety. Przy oka­zji możemy zatan­ko­wać.

Kawa­łek drogi w tę, czy w tamtą stronę zmie­niłby wszystko, ale ona zje­chała na prawy pas i skrę­ciła w naj­bliż­szy zjazd.

Poko­nała pół­tora kilo­me­tra pust­kowi i zatrzy­mała się na krótki postój, pod­jeż­dża­jąc pod dys­try­bu­tory.

– Zatan­kuj, a ja kupię przy­szłemu tacie jego ulu­biony napój. Tacie – powtó­rzyła. – Jasna cho­lera, Joel!

Wysia­dła z wozu, atle­tycz­nie zbu­do­wana kobieta z blond wło­sami zwią­za­nymi w kok pod kape­lu­szem. Oczy (lewe pod­bite) duże, w kształ­cie mig­da­łów i inten­syw­nie zie­lone, domi­no­wały w twa­rzy o sil­nie zazna­czo­nych kościach policz­ko­wych, szczu­płym nosie i wąskich wyra­zi­stych ustach.

Podob­nie jak w przy­padku swo­bod­nego spo­sobu bycia Joela, ludzie czę­sto brali te duże i przy­wo­dzące na myśl wróżkę oczy za oznakę mięk­ko­ści. Potra­fiła wyci­skać na ławce sie­dem­dzie­siąt pięć kilo – pięt­na­ście ponad jej wagę – spra­wić, że worek tre­nin­gowy śpie­wał pod jej cio­sami, i prze­biec pół­tora kilo­me­tra dokład­nie w sześć minut.

Przez całe dzie­ciń­stwo prze­mie­rzała szlaki w Alle­ghe­nach, pły­wała latem w jezio­rze albo żeglo­wała, zimą zaś jeź­dziła na nar­tach i wędro­wała w rakie­tach śnież­nych. Ta aktyw­ność na świe­żym powie­trzu kształ­to­wała jej syl­wetkę i men­tal­ność, które słu­żyły dosko­nale jej ambi­cjom i karie­rze, na jaką się zde­cy­do­wała.

Weszła do nie­wiel­kiego mar­ketu, myśląc o tym, by opróż­nić pęcherz, a potem poko­nać drugą połowę drogi do domu, wziąć długi gorący prysz­nic i zasnąć we wła­snym łóżku.

Gdy tylko drzwi się za nią zamknęły, zorien­to­wała się, że coś jest nie tak.

Postawa męż­czy­zny obró­co­nego do niej ple­cami – bia­łego, o kasz­ta­no­wych wło­sach, wzro­ście ponad metr osiem­dzie­siąt i wadze osiem­dzie­się­ciu kilo­gra­mów – a także sze­roko otwarte i pełne prze­ra­że­nia oczy sprze­dawcy za ladą kazały jej poło­żyć dłoń na kol­bie broni.

Wszystko poto­czyło się szybko.

Wszystko trwało wiecz­ność.

Męż­czy­zna obró­cił się na pię­cie, a broń, którą trzy­mał już w dłoni, wypa­liła.

Pierw­szy pocisk dra­snął ją w czoło – ostre, przy­pra­wia­jące o szok żądło; zdą­żyła się cof­nąć.

Ale drugi pocisk tra­fił ją w klatkę pier­siową, odrzu­cił do tyłu i powa­lił na pod­łogę, spra­wia­jąc nie­opi­sany ból.

Dostrze­gła prze­bie­ga­ją­cego obok męż­czy­znę – po trzy­dzie­stce, piwne oczy, nie­wielka bli­zna na pra­wym policzku – pod­czas gdy oddy­chała spa­zma­tycz­nie, a ból roz­le­wał się po niej coraz więk­szą falą.

Pró­bo­wała unieść broń, ale świat pogrą­żał się nie­ubła­ga­nie w sza­ro­ści; sta­rała się krzyk­nąć ostrze­gaw­czo do Joela, ale nie mogła zła­pać tchu.

Strze­lec – czarne adi­dasy, szary trencz, dżinsy postrzę­pione u dołu – zaczął zni­kać z jej umy­słu.

Jak przez mgłę usły­szała jesz­cze jeden strzał, potem następny.

A potem Joel był przy niej, naci­ska­jąc na jej klatkę pier­siową i przy­pra­wia­jąc o wrzask bólu, który roz­sa­dzał jej głowę.

– Sloan! Sloan! Spójrz na mnie. Kurwa, zostań ze mną. Postrze­lony funk­cjo­na­riusz. Postrze­lony funk­cjo­na­riusz. Pomoc medyczna, natych­miast!

Wpa­try­wała się w jego twarz – znała tę twarz – a jego słowa cichły, zani­ka­jąc gdzieś w próżni.

A potem jego twarz zna­la­zła się bli­sko, tak bli­sko, że przy­sło­niła wszystko inne, a jego oczy, ciemne niczym dwa księ­życe w nowiu, miały w sobie zawzię­tość.

– Zostań ze mną. Pomoc w dro­dze. Jestem tutaj, jestem przy tobie.

– Boli.

– Wiem, sio­strzyczko, wiem. Wyko­rzy­staj to, wyko­rzy­staj ten ból i zostań ze mną. Jestem przy tobie. Nie waż się dokąd­kol­wiek odejść. Zostań tu, zostań ze mną.

Ból przy­ćmie­wał czas i prze­strzeń. Tonęła w nim, zanu­rzała się pod powierzch­nię. Kiedy znów wypły­wała, ból powra­cał wraz z nią. Prze­ni­kliwy jak wycie syren. Nie­zna­jome twa­rze wyrzu­cały z sie­bie słowa, któ­rych nie rozu­miała.

Zimno, okry­wało ją prze­ni­kliwe zimno, ale nie przy­tę­piało dzi­kiego, bez­li­to­snego bólu.

Sły­szała jed­nak Joela – gdzieś, pod­czas gdy świat prze­my­kał w pędzie obok.

– Jesteś silna. Jesteś kurew­sko twarda i będziesz wal­czyć. Sły­szysz mnie? Sły­szysz mnie, Sloan?

Wszystko było białe. Wszy­scy krzy­czeli, ale te głosy odbi­jały się od jej uszu i ula­ty­wały. Świa­tła, zbyt wiele świa­teł raniło jej oczy, więc je zamknęła.

Potem znów poja­wił się Joel; trzy­mał ją za rękę, wzrok miał zawzięty.

– Jestem tutaj. I będę. Walcz, do dia­bła, Sloan. Nie pod­da­waj się.

A potem wszystko znik­nęło. Ból, świa­tła, głosy. Wszystko prze­mie­niło się w czerń.

Gdy świa­tło powró­ciło, było mięk­kie, prze­zro­czy­ste. Czuła się wolna, uno­sząc się w nim i patrząc na kobietę, która leżała na stole ope­ra­cyj­nym. Tak bladą, tak nie­ru­chomą. Tyle krwi.

Ci wszy­scy ludzie wokół niej. Roz­cięli bie­daczkę, pomy­ślała, nim sobie uświa­do­miła z łagod­nym zain­te­re­so­wa­niem, że to ona jest tą bie­daczką.

To ja, tam w dole.

Ktoś krzyk­nął: „Odsu­nąć się!”, a jej ciało pod­sko­czyło gwał­tow­nie. Wes­tchnęła. Tak bar­dzo się sta­rali, a ona – „Ja” – spra­wiała wra­że­nie zmę­czo­nej tym wszyst­kim. Bar­dzo zmę­czo­nej.

Pozwól­cie jej odejść, pomy­ślała. Pozwól­cie mi odejść.

Łyżki defi­bry­la­tora znowu ude­rzyły, a ona je zigno­ro­wała.

Widziała tak dużo z miej­sca, w któ­rym się uno­siła. Joel, cho­dzący tam i z powro­tem, z tele­fo­nem przy uchu. Sły­szała go nawet.

– Wciąż jest na sali ope­ra­cyj­nej. Jej rodzina już jedzie. Zadzwo­nię, kiedy skoń­czą.

Przy­glą­dała się, jak ociera łzy, i to ją wzru­szyło. Pra­gnęła mu powie­dzieć, że nic jej nie jest, że czuje się błogo w tym mięk­kim i ład­nym świe­tle. Ale miał krew na koszuli, a w jego oczach malo­wała się roz­pacz.

– Nie stra­cimy jej, Sari. Wyklu­czone. Będzie wal­czyć. Nie podda się. Jesz­cze nie dała za wygraną. Nie pod­daje się, Sari.

W porządku, w porządku, do dia­bła.

Ponow­nie spoj­rzała na samą sie­bie. Pomy­ślała o Joelu i dziecku, które ma się uro­dzić. Pomy­ślała o swo­ich rodzi­cach, o swo­jej sio­strze.

Łyżki defi­bry­la­tora ude­rzyły ją kolejny raz, wtedy pozwo­liła, by czerń znów ją pochło­nęła.

*

Kiedy się obu­dziła, ból wciąż trwał, ale przy­tę­piony, jakby ktoś przy­krył go cie­płym kocem. Powie­trze miało w sobie coś gry­zą­cego, od razu sko­ja­rzyła to ze szpi­ta­lem, jesz­cze nim dotarło do niej popi­ski­wa­nie maszy­ne­rii.

Świa­tło, przy­ćmione, ale ostre, napie­rało na jej powieki; pra­gnęła, by choć przez chwilę było mięk­kie i prze­zro­czy­ste.

– Budzi się, Joel. Sloan? Kocha­nie, to ja, mama. Otwórz oczy, maleńka. Sloan, dzie­cinko, otwórz oczy.

Zamru­gała. Wyma­gało to nie­by­wa­łego wysiłku, a ponie­waż wszystko się roz­ma­zało, uznała, że nie warto się było sta­rać. Znów zaczęła przy­my­kać powieki.

– No dalej. Ści­śnij mi rękę i otwórz oczy. No, wspa­niale.

Poczuła, jak mat­czyne usta przy­wie­rają do wierz­chu jej dłoni, do pal­ców.

– Dobra dziew­czyna.

– Szpi­tal – zdo­łała wymó­wić.

Miała wra­że­nie, że po jej gar­dle prze­je­chano papie­rem ścier­nym, a język jest gruby i suchy jak deska.

– Tak, a z tobą będzie wszystko dobrze. Po pro­stu dobrze.

Wtedy to powró­ciło. Nie­wielki mar­ket, męż­czy­zna przy ladzie. Eks­plo­zja bólu.

– Strze­lił do mnie! – Pró­bo­wała się dźwi­gnąć, led­wie mogła poru­szać głową. – Joel.

– Jestem tu, sio­strzyczko.

Widziała ich teraz, gdy jej wzrok się wyostrzył. Matkę, bladą jak ściana, nie­bie­skie oczy zamglone i pod­krą­żone, i swo­jego part­nera, który wyda­wał się śmier­tel­nie znu­żony.

– Bar­dzo źle?

– Nie aż tak, żeby cię zała­twić na dobre. – Ści­snął jej dłoń, pochy­la­jąc się jed­no­cze­śnie i cału­jąc jej matkę w czu­bek głowy. – Zawo­łam dok­tora.

– Wszystko będzie dobrze. – Elsie Cooper znów przy­warła ustami do jej dłoni. Łzy, dwie cie­płe kro­ple, roz­lały się na kłyk­ciach Sloan. – Tata i Drea są obok. Sie­dzie­li­śmy przy tobie na zmianę.

– Jak długo? Jak długo?

– Tro­chę prze­spa­łaś, docho­dząc do sie­bie. To trzeci dzień. Wpro­wa­dzili cię naj­pierw w śpiączkę, żebyś mogła po pro­stu spać. A teraz się budzisz. Dzie­cinko? Wyczu­wasz ten guzik? – Nakie­ro­wała dłoń córki. – Jeśli będzie bolało, możesz go naci­snąć i dosta­niesz lek.

– Okej. Czuję się… roz­mię­kła.

Elsie uśmiech­nęła się, a po jej policzku spły­nęła łza.

– Nic dziw­nego. O, jest pie­lę­gniarka. Była dla cie­bie bar­dzo dobra. Dla nas wszyst­kich.

– Cie­szę się, że się obu­dzi­łaś.

Pie­lę­gniarka miała czarne włosy z siwymi pasem­kami upięte w kok, a jej bla­do­nie­bie­ski far­tuch zdo­biły czer­wone kwiatki. Sloan oce­niła ją na jakieś czter­dzie­ści lat i poczuła ulgę, widząc, że piwne oczy kobiety uśmie­chają się wraz z jej ustami.

– Zaraz przyj­dzie dok­tor Vin­centi. Elsie, Joel, zosta­wi­cie nas na kilka chwil, żebym mogła zająć się Sloan?

– Będziemy tuż obok – zapew­niła Elsie córkę.

– Jak poważ­nie? – spy­tała Sloan, gdy tylko drzwi się zamknęły. – Jak poważ­nie jestem ranna?

Angie spraw­dziła kro­plówkę, zer­k­nęła na moni­tory, zba­dała jej puls.

– Joel powie­dział, że chcesz wie­dzieć, więc powiem, że było kiep­sko. Jest już znacz­nie lepiej. Odzy­skasz w pełni siły, ale nie wolno ci się z tym spie­szyć. A jeśli cho­dzi o dok­tora Vin­centi i zespół chi­rur­giczny? Nie mogłaś tra­fić lepiej.

– Umar­łam.

– Jesteś teraz żywa, i to bar­dzo. – Angie przy­su­nęła do jej warg kubek ze słomką. – Napij się tro­chę wody.

Sloan, drę­czona pra­gnie­niem, usłu­chała.

– Umar­łam na stole ope­ra­cyj­nym. Musieli spro­wa­dzić mnie z powro­tem.

Angie odsta­wiła kubek, potem ujęła dłoń Sloan.

– Doświad­czy­łaś śmierci?

– Czy doświad­czy­łam? Defi­bry­lo­wali mnie, prawda? Moje serce się zatrzy­mało, więc mnie defi­bry­lo­wali. Chyba trzy razy.

– Kula minęła serce, ale powiedzmy, że ope­ra­cja była skom­pli­ko­wana. Vin­centi to świetny chi­rurg. Jesteś młoda, zdrowa i silna. Pomi­ja­jąc to wszystko, nie nad­szedł jesz­cze twój czas.

– Trzy razy.

– Tak. A teraz tu jesteś, żywa, obu­dzona i świa­doma. Naj­waż­niej­sze funk­cje w porządku. Jesteś sta­bilna. I jeśli potra­fię oce­nić, a potra­fię, to w ciągu dwu­dzie­stu czte­rech godzin twój stan poprawi się jesz­cze bar­dziej. No dobrze, jeśli nie czu­jesz się szcze­gól­nie zmę­czona, choć jeśli się czu­jesz, to też okej, reszta krew­nych chce się z tobą zoba­czyć.

– Tak, pro­szę.

– Rodzina też jest ważna. – Angie pomo­gła Sloan usiąść i obró­ciła poduszkę na drugą, chłod­niej­szą stronę. – Ludzie, któ­rzy cię kochają, są ważni. A ty jesteś kochana. Daj znać, jeśli będziesz mnie potrze­bo­wała. Dok­tor Vin­centi zaj­rzy tu nie­długo.

Do pokoju weszli jej ojciec i sio­stra. Ojciec – w jego kasz­ta­no­wych wło­sach i przy­strzy­żo­nej bródce zaczęły poja­wiać się już sre­brzy­ste pasemka, a zie­lone oczy błysz­czały od łez – pochy­lił się i przy­warł szorst­kim i nie­ogo­lo­nym policz­kiem do jej twa­rzy.

Poczuła, jak drży; ode­tchnął głę­boko, by zapa­no­wać nad pła­czem.

– Wszystko dobrze, tato. Powie­dzieli, że wszystko dobrze.

– Prze­ra­zi­łaś mnie śmier­tel­nie, Sloan. Daj mi chwilę.

Cze­ka­jąc, spoj­rzała ponad ojcow­skim ramie­niem na sio­strę. Miała twarz wil­gotną od łez, a jej olśnie­wa­jące zwy­kle kasz­ta­nowe włosy były pozba­wione bla­sku i zebrane w nie­chlujny war­kocz. Otarła oczy nie­bie­skie jak u matki. Wzięła Sloan za rękę i uśmiech­nęła się.

– O rany – wes­tchnęła.

– Nic dodać, nic ująć.

Dean Cooper uniósł głowę, potem ujął twarz Sloan w dło­nie, szorst­kie jak zarost na twa­rzy.

– Spró­buj wię­cej tego nie robić.

– Dobrze, tato.

Jak to mieli w zwy­czaju, uca­ło­wał jej czoło, policzki, usta.

– Wiem, że jesteś zmę­czona i że naj­bar­dziej potrze­bu­jesz odpo­czynku. Ale pamię­taj, że tu jeste­śmy.

– Wiem. – Sta­rała się usil­nie prze­gnać chmury spo­wi­ja­jące jej umysł. – Kto pil­nuje inte­resu?

– Zaję­li­śmy się tym. Nie martw się.

– Mnó­stwo ludzi w Heron’s Rest ci kibi­co­wało – dodała Drea. – Wielu się zgło­siło, żeby poma­gać.

– A Joel? – wtrą­cił ojciec. – To nasz boha­ter. Oboje jeste­ście naszymi boha­terami.

Poczuła, że odpływa, i wal­czyła, by zacho­wać przy­tom­ność.

– Dorwali go? Facet po trzy­dzie­stce, śniady i brą­zowe… Dorwali go?

W tym momen­cie stra­ciła świa­do­mość i nie usły­szała odpo­wie­dzi.

*

Kiedy ból znowu ją obu­dził, sie­dział przy niej Joel, czy­ta­jąc _To_ Ste­phena Kinga. Zawsze miał ten pod­nisz­czony egzem­plarz w swo­jej tor­bie.

Sloan przy­po­mniała sobie, jak go pytała, dla­czego nie roz­staje się aku­rat z tą kon­kretną książką. Powie­dział, że gdy jest daleko od domu, przy­po­mina mu, że z czym­kol­wiek przyj­dzie im się zmie­rzyć, nic nie będzie tak straszne jak Pen­ny­wise. By prze­ko­nać się o słusz­no­ści tej teo­rii, też prze­czy­tała tę powieść, i mogła się jedy­nie zgo­dzić.

– Nie­wiele tym razem bra­ko­wało – wymam­ro­tała.

Pod­niósł wzrok i odło­żył książkę.

– Cześć.

– Dorwa­li­śmy go?

– Wezwij kogoś. Boli cię.

Pokrę­ciła głową i zdzi­wiła się, że ten odruch wywo­łuje jesz­cze wię­cej bólu.

– Chcę być przy­tomna. Ten facet…

– Usły­sza­łem strzały. Dwa. Wybiegł, wywa­lił do mnie. Chy­bił. Odpo­wie­dzia­łem ogniem i tra­fi­łem go w ramię. Zapa­mię­ta­łem numer reje­stra­cyjny, markę i model gru­chota, do któ­rego wsko­czył, ale nie mogłem go ści­gać. Leża­łaś na pod­ło­dze w kałuży krwi.

– Coś mi się wydało podej­rzane… sprze­dawca był prze­ra­żony. Trzy­ma­łam dłoń na broni, ale tam­ten odwró­cił się bły­ska­wicz­nie i strze­lił. Dwu­krot­nie?

– Tak.

– Nie zdą­ży­łam nawet wycią­gnąć spluwy.

– Ow­szem, wycią­gnę­łaś, sio­strzyczko. Mia­łaś ją w dłoni, kiedy do cie­bie dotar­łem. Wezwa­łem pomoc i prze­ka­za­łem numer reje­stra­cyjny, rodzaj pojazdu i opis podej­rza­nego. Zła­pali go, zanim zna­la­złaś się w karetce. Wci­śnij guzik, a opo­wiem ci resztę.

Zro­biła to, a ból nieco zelżał.

– Okej, świad­ko­wie zauwa­żyli samo­chód, jechał zyg­za­kiem, nic dziw­nego, skoro tra­fi­łem kie­rowcę tuż pod pachą. Stra­cił kon­trolę nad tym swoim gru­cho­tem, ude­rzył bokiem w drzewo. Grat nie wytrzy­mał. I ten tępy gno­jek zaczął strze­lać. Zgi­nął na miej­scu.

– Ktoś jesz­cze obe­rwał?

– Nie.

– A ten cywil, sprze­dawca…

– Cały i zdrowy. Był tak roz­trzę­siony, że chyba zlał się w gacie. Ale chwy­cił pod­ko­szu­lek z wie­szaka, żebym mógł zata­mo­wać ci krew.

– Tam­ten strze­lił dwa razy. Nie pamię­tam dokład­nie, ale… – Zdez­o­rien­to­wana unio­sła dłoń do pra­wej strony czoła i wyczuła ban­daż.

– Tak, tylko dra­śnię­cie. Masz tam z dzie­sięć szwów.

Postrzał w głowę, pomy­ślała. Jak użą­dle­nia tysiąca wście­kłych os.

– Mogło być gorzej.

– Mogło.

– Mama, tata, Drea… Byli tu, prawda?

– Tak.

– Pamię­tam to jak przez mgłę.

– Może się tak zda­rzać przez jakiś czas. Nie martw się tym. Byli tu przy tobie. Nama­wia­łem ich, żeby poje­chali do domu, bo mieli tylko to, co na sobie. Wrócą rano.

– Kiedy będę mogła stąd wyjść? Nie powin­nam poroz­ma­wiać z leka­rzem?

– Roz­ma­wia­łaś z nim.

– Kiedy?

– Dziś po połu­dniu. Odpły­wa­łaś co chwila. Prze­pro­wa­dzili mnó­stwo badań, oka­zało się, że twój stan się popra­wia. Pew­nie pozwolą ci jutro wstać i tro­chę pocho­dzić.

– Kiedy mnie stąd wypusz­czą? – Miała ochotę wyć i z tru­dem się powstrzy­my­wała. – Cuch­nie tu cho­rymi ludźmi.

Ponie­waż powie­działa dokład­nie to samo ostat­nim razem, kiedy oprzy­tom­niała, uśmiech­nął się tylko.

– Jesteś chora, sio­strzyczko. Muszą spraw­dzać, czy nie ma infek­cji albo jakie­goś innego świń­stwa. No i muszą pod­nieść cię z tego łóżka i posta­wić na nogi. Posłu­chaj, kula otarła się o… daj mi chwilę. – Zamknął oczy. – Ręko­jeść mostka. Tak, wła­śnie, i żebro. Usu­nęli frag­menty kości. Masz strza­skane żebro i dziurę w klatce pier­sio­wej. Nie wspo­mi­na­jąc o ranie na two­jej twar­dej gło­wie. Usiądź wygod­nie i zre­lak­suj się. To potrwa jesz­cze kilka dni.

– Naprawdę chcę poroz­ma­wiać z dok­to­rem. Możesz go zawo­łać?

– Sloan, jest druga w nocy. Daj mu ode­tchnąć.

– Druga? W nocy? Co ty tu robisz, u dia­bła? Idź do domu. – Poru­szona zdo­łała dźwi­gnąć się odro­binę, potem znów osu­nęła się na poduszkę. – Sari jest w ciąży. Jest w ciąży, prawda? Nie przy­śniło mi się?

– Jest w ciąży, bez dwóch zdań, cio­ciu Sloan. Zaj­rzała do cie­bie wczo­raj. Wszy­scy z wydziału docho­dze­nio­wego przy­szli. I każdy oddał krew. Stra­ci­łaś jej mnó­stwo. – By zapa­no­wać nad drże­niem dłoni, potarł się nimi po udach. – Wszy­scy już tu byli. Mia­łaś dziad­ków, jed­nych i dru­gich, wuja, kuzy­nów, kapi­tana Hamma, i cały wydział.

– Nic z tego nie pamię­tam. Wszystko się cho­ler­nie mie­sza i jest nie­wy­raźne. Prócz tego, że… umar­łam na stole. Na stole ope­ra­cyj­nym.

– Przy­wró­cili cię do życia.

– Tak. Trzy razy musieli mnie defi­bry­lo­wać. Uno­si­łam się. – Ale jeśli wszystko inne wyda­wało się roz­ma­zane, to jedno pozo­sta­wało wyraźne niczym wypo­le­ro­wane szkło. – Obser­wo­wa­łam ich. – Mówiła wolno, przy­po­mi­na­jąc sobie każdy szcze­gół. – Widzia­łam cię, krą­ży­łeś po kory­ta­rzu z krwią na koszuli. Z moją krwią. Po jakimś kory­ta­rzu, roz­ma­wia­łeś przez tele­fon. Popła­ki­wa­łeś. Powie­dzia­łeś, że przy­jeż­dża moja rodzina i że zadzwo­nisz, kiedy ope­ra­cja się skoń­czy. Leża­łam na chi­rur­gii, a ty mia­łeś zadzwo­nić, kiedy mnie stam­tąd zabiorą.

Potarł jej dłoń.

– Nabie­rasz mnie?

– To jest takie wyraźne, Joel. Jakim cudem jest takie, a wszystko inne nie? Chcia­łam odpu­ścić. Czu­łam się taka lekka, byłoby łatwo dać sobie spo­kój. Ale ty pła­ka­łeś i przy­po­mnia­łam sobie, jak mi mówi­łeś, żebym wal­czyła. Nie pod­da­wała się, tylko wal­czyła. Więc tak zro­bi­łam.

Wstał i pod­szedł do okna. Odchy­lił nie­znacz­nie zasłony i wle­pił wzrok w ciem­ność.

– Roz­ma­wia­łem z Sari. Była prze­ra­żona, pła­kała, chciała tu przy­je­chać. Kocha cię.

– Wiem. Ja też ją kocham.

Po chwili znów usiadł obok niej.

– Dozna­łaś cudu, sio­strzyczko.

– Nie czuję się tak. Wystaje ze mnie jakaś rurka.

– Sączek. Tak powie­dzieli. Wyjmą go z cie­bie nie­długo.

– Pod­łą­czyli mnie do tego wszyst­kiego… do tej maszy­ne­rii.

– Kro­plówka z pły­nami, cew­nik na mocz.

– Nie do przy­ję­cia – oce­niła. – Poza tym cho­ler­nie mnie boli. Wszę­dzie. Dla­czego się uśmie­chasz?

– Popra­wia ci się. Zrzę­dzisz.

– Super. Pomóż mi stąd zwiać. No dalej, zabierz mnie stąd. Umie­ram z głodu.

Wypro­sto­wał się.

– Chce ci się jeść?

– Jakby tak było, to popro­si­ła­bym o paczkę chip­sów. Powie­dzia­łam, że umie­ram z głodu.

– Coś ci przy­niosę.

Kiedy wyszedł pospiesz­nie, pod­dała się i znów naci­snęła guzik.

Odpły­nęła, ale tuż pod powierzch­nię. Oprzy­tom­niała ponow­nie, gdy poja­wił się Joel z małą pla­sti­kową miseczką i łyżką.

– Powie­dzieli, żebyś zaczęła od tego.

– Co to jest?

– Rosół wołowy.

– Nie brzmi zachę­ca­jąco. – Kobie­cie, która zale­d­wie kilka dni wcze­śniej wyci­skała na ławce sztangę o wadze sie­dem­dzie­się­ciu pię­ciu kilo­gra­mów, jedna łyżka rosołu jawiła się jak pię­cio­ki­lowy cię­żar. – Paskudz­two – oznaj­miła i zja­dła jesz­cze tro­chę. Zdo­łała prze­łknąć cztery małe łyki, nim cał­kiem opa­dła z sił. – Prze­pra­szam, wię­cej nie dam rady.

Czuła, że znów zanu­rza się pod powierzch­nię.

– Jedź do domu, Joel – popro­siła.

Ale on odsta­wił tylko miseczkę, potem prze­su­nął kost­kami dłoni po jej policzku i znowu usiadł. Wziął do ręki książkę, roz­pro­sto­wał nogi i zaczął czy­tać.

*

Gdy się obu­dziła, przez odsło­nięte okno wpa­dało świa­tło sło­neczne. Obok sie­działa jej sio­stra, roz­wią­zu­jąc krzy­żówkę na table­cie. Luźne błysz­czące włosy spły­wały jej na ramiona.

– O kur­czę.

Drea pod­nio­sła wzrok i uśmiech­nęła się pro­mien­nie.

– Cie­bie też dobrze widzieć.

– Na jak długo odpły­nę­łam tym razem?

– Jest po dzie­wią­tej w ten sło­neczny listo­pa­dowy pora­nek. Wyko­pa­łam Joela, co nie było łatwe. Mama i tata zja­wią się po połu­dniu. Chcesz śnia­da­nie?

– Może. Ale chcę przede wszyst­kim stąd wyjść, Drea.

– A kto by nie chciał? O ile wiem, podej­mu­jesz już pierw­sze kroki w tym celu, i to dosłow­nie, dzi­siaj. Dowiem się, co z jedze­niem dla cie­bie.

Kiedy jej sio­stra wyszła, Sloan zdo­łała odszu­kać pilota i pod­nio­sła o kilka cen­ty­me­trów wez­gło­wie łóżka. Potem po raz pierw­szy rozej­rzała się wokół.

Wszę­dzie kwiaty - za które była wdzięczna. Cie­szy­łaby się jesz­cze bar­dziej, gdyby zna­la­zła się razem z nimi w swoim miesz­ka­niu, ale i tak było jej przy­jem­nie.

Pokój miał beżowe ściany, jak to w szpi­talu, zauwa­żyła też mnó­stwo urzą­dzeń, dwa krze­sła, drzwi, zapewne od łazienki. Przez okno widziała kilka budyn­ków, drzewa, par­king.

Po raz pierw­szy uświa­do­miła sobie, że nie wie, gdzie się znaj­duje.

– Gdzie, u dia­bła, jestem? – spy­tała, gdy Drea wró­ciła do pokoju.

– W Hager­stown. To był naj­bliż­szy szpi­tal, a per­so­nel spi­sał się wspa­niale. Angie przy­nie­sie ci śnia­da­nie, no i mam dla cie­bie wia­do­mość! Zjawi się lekarz, żeby wyjąć ci cew­nik. I pospa­ce­ru­jesz.

– Na zewnątrz?

– Nie. – Drea cią­gnęła pro­fe­sjo­nal­nie pogod­nym tonem, jakim zwra­cała się do klien­tów: – Możemy zapro­po­no­wać róż­no­rodne zaję­cia w pomiesz­cze­niach zamknię­tych z myślą o pani dobrym samo­po­czu­ciu.

– Poca­łuj mnie gdzieś.

Nie zwra­ca­jąc na te słowa uwagi, Drea kon­ty­nu­owała:

– Fizjo­te­ra­pia! Rany! Bada­nie krwi, bada­nie moczu. Co za frajda! I mamy też mnó­stwo krzy­żó­wek, wyłącz­nie dla cie­bie.

– To ty jesteś od nich uza­leż­niona.

Drea na swój uczynny spo­sób pod­nio­sła deli­kat­nie Sloan, potem wygła­dziła i pokle­pała poduszkę.

– Zapew­niają mnie, że to świetne ćwi­cze­nie dla two­jego umy­słu. No i jest też mój zapa­sowy tablet. Możesz oglą­dać filmy, tele­wi­zję, co tylko chcesz.

W roz­bu­dzoną przed chwilą nadzieję wdarła się rze­czy­wi­stość i towa­rzy­szące jej prze­ra­że­nie.

– Jezu, Drea, jak długo będę tu tkwiła?

– Jesz­cze kilka dni, ale spy­taj dok­tora. Jest uro­czy, tak na mar­gi­ne­sie.

– Chcesz się dobrać do mojego leka­rza?

– Dobra­ła­bym się, ale nosi obrączkę.

Odwró­ciła się, kiedy do pokoju weszła Angie z tacą.

– Jak się dziś czu­jesz?

– Lepiej. Jakby nade­szła pora, by wró­cić do domu.

– Sprawdźmy, jak pój­dzie ci śnia­da­nie.

– Tylko nie rosół wołowy.

– Nie. Jajecz­nica, mus jabł­kowy, jogurt.

– Kawa?

– Chwi­lowo smo­othie. Spy­tamy o kawę dok­tora. Robi wła­śnie obchód, więc nie­długo tu będzie.

– Mówi­łaś o tym wcze­śniej, jak mi się wydaje, Joel też powie­dział, że z nim roz­ma­wia­łam, to zna­czy z dok­to­rem. Nie pamię­tam tego.

– Bie­rzesz silne środki. Jak już poroz­ma­wiasz z leka­rzem, pod­nie­siemy cię. Powin­naś sobie pospa­ce­ro­wać kilka razy dzien­nie. Póź­niej przyj­dzie tera­peuta i pokaże ci parę ćwi­czeń odde­cho­wych.

– Mogę wziąć prysz­nic?

– Wkrótce. Nie damy ci odpo­cząć do końca pobytu. Potrak­tuj to jako moty­wa­cję. Szyb­ciej stąd wyj­dziesz. Jedze­nie pomaga.

Pokle­pała Sloan po dłoni i wyszła.

Sloan zdo­łała prze­łknąć tro­chę jajecz­nicy, potem oparła się o poduszkę.

– Wydaje mi się, że umie­ram z głodu, więc zaczy­nam jeść. To wyczer­pu­jące. Nic nie sma­kuje jak trzeba.

– Spró­buj smo­othie – pora­dziła Drea, przy­su­wa­jąc słomkę do ust sio­stry.

Sloan skosz­to­wała i pokrę­ciła głową.

– Chce mi się cho­ler­nej kawy, chcę, żeby mi to wyjęli i żebym mogła wysi­kać się jak nor­malny czło­wiek. Chcę, kurwa, opu­ścić to miej­sce i chcę… – urwała, przy­ci­snęła dło­nie do twa­rzy i, zaże­no­wana, poczuła w oczach łzy. – Jezu Chry­ste, co ja wyga­duję! Zacho­wuję się jak roz­wy­drzona dzie­się­cio­latka. Żyję, choć mogłam, może powin­nam, być mar­twa, tym­cza­sem tylko narze­kam. Prze­pra­szam, prze­pra­szam, czuję się po pro­stu zrzę­dli­wie.

– Hej, jakiś sukin­syn postrze­lił moją sio­strę. Ja też czuję się cho­ler­nie zrzę­dli­wie.

Oddy­cha­jąc już spo­koj­niej, Sloan opu­ściła dło­nie.

– Ja jestem super zrzędą. Możesz mi w tym co naj­wy­żej asy­sto­wać.

– Kapuję. Twoja asy­stentka mówi, żebyś spró­bo­wała zjeść tro­chę wię­cej.

– Okej.

Skosz­to­wała odro­biny jajek, łyk­nęła jogurtu.

– Prze­pra­szam, kochana, wię­cej nie dam rady.

Ski­nąw­szy głową, Drea zabrała tacę.

– Cho­lera, Matias wie?

Odwró­cona ple­cami do sio­stry Drea ukła­dała kwiaty.

– Przy­szedł cię odwie­dzić dzień po two­jej ope­ra­cji.

– Gdzie jest mój tele­fon? Powin­nam do niego zadzwo­nić albo przy­naj­mniej wysłać ese­mesa.

Drea obró­ciła się na pię­cie, oczy jej pło­nęły.

– Wpu­ścili go do cie­bie. Tata i mama na to nale­gali. Został jakieś trzy minuty, albo i mniej. Od tam­tej pory się nie poka­zał.

– Och. – Sloan sta­rała się to prze­tra­wić. – W porządku.

– Naprawdę? W porządku?

– Nie, oczy­wi­ście, że nie. W naj­mniej­szym stop­niu. Pora­dzę sobie z tym.

– Jeśli nie kop­niesz tego samo­lub­nego gnoja w tyłek, to przy­się­gam, zacze­kam, aż odzy­skasz spraw­ność… nie, jesteś ode mnie sil­niej­sza i wred­niej­sza. Zacze­kam, aż sta­niesz na nogi i sama sko­pię ci tyłek.

W obli­czu sio­strza­nej furii Sloan stra­ciła tro­chę ze swej wred­no­ści.

– Nawet wtedy nie dała­byś mi rady. Nie będę musiała go rzu­cać, Drea. Sam odszedł. I albo jestem zbyt zmę­czona, by się przej­mo­wać, albo się po pro­stu nie przej­muję. Będziesz tak dobra i zabie­rzesz stąd to jedze­nie? Nawet zapach jest paskudny.

– Jasne.

Kiedy Drea się­gnęła po tacę, Sloan ujęła jej dłoń.

– Kocham cię, nawet jeśli uwa­żasz się za tę ład­niej­szą.

– Ja też cię kocham. Wierz mi, w tej chwili jestem nie­za­prze­czal­nie tą ład­niej­szą.

– Aż tak źle?

– Uni­kaj luster przez kilka następ­nych dni. Zaraz wrócę.

Kiedy Drea wyszła, Sloan zer­k­nęła w stronę łazienki. Teraz musiała za wszelką cenę spoj­rzeć w lustro, ale nie wie­działa, jak ma to zro­bić.

Gdy się nad tym zasta­na­wiała, do pokoju wpadł dok­tor Vin­centi.

Drea miała rację. Był uro­czy.Rozdział 4

Popi­ja­jąc pierw­szą kawę, Nash Lit­tle­field patrzył, jak słońce pło­nie czer­wie­nią nad jezio­rem, czy raczej obser­wo­wał to przez sosny i przy­po­mi­na­jące szkie­lety pnie drzew.

Podo­bał mu się olśnie­wa­jący dra­ma­tyzm tego widoku, jego kon­trast z nie­mal nad­przy­ro­dzo­nym spo­ko­jem.

Z miej­sca, gdzie stał, sły­szał tylko trza­ska­nie ognia w kominku, szept wia­tru prze­ni­ka­ją­cego przez resztki wie­ko­wych okien, które zamie­rzał wymie­nić.

Nawet jego porządne miesz­ka­nie nie tłu­miło odgło­sów mia­sta, w któ­rym i z któ­rym żył całe życie.

A teraz żył w ciszy i z ciszą.

Przy tym odda­le­niu i zamknię­tych wie­ko­wych oknach nie sły­szał kwa­ka­nia czy gło­sów ptac­twa wod­nego. Gdyby tego pra­gnął, mógłby pozbie­rać się i wybrać na krótki spa­cer.

Nie zawę­dro­wałby do restau­ra­cji, baru czy sklepu, ale do jeziora, które zawdzię­czało swą nazwę zwier­cia­dla­nemu odbi­ciu gór i nieba.

Stać go było na jeden z tych nad­brzeż­nych domów z lep­szym wido­kiem i dostę­pem do jeziora, z nowo­cze­snym wypo­sa­że­niem i udo­god­nie­niami.

Miał jed­nak, być może pierw­szy raz w życiu, dokład­nie to, czego pra­gnął.

Wyzwa­niem było to stare domo­stwo z solid­nym szkie­le­tem, pro­szące się o to, by przy­wró­cić je do życia. Zapew­niało samot­ność, ale też wygodny dojazd do mia­sta, gdyby tego potrze­bo­wał.

Miał nie­by­wałą moż­li­wość robie­nia cze­goś, co kochał, a nie tego, czego po nim ocze­ki­wano.

Uznał, że zacznie od sta­rego warsz­tatu, od dopro­wa­dze­nia go do porządku, zor­ga­ni­zo­wa­nia narzę­dzi – tych, które otrzy­mał wraz z domem, i tych, które już posia­dał, a przede wszyst­kim tych, które nabył z myślą o swoim nowym zaję­ciu.

Był dobry w swoim fachu – w inwe­sty­cjach, zarzą­dza­niu rachun­kami, pomna­ża­niu pie­nię­dzy, zgłę­bia­niu rynku. Lubił to nawet. Ale nie był szczę­śliwy ani w swoim naroż­nym gabi­ne­cie, ani też w wyszu­ka­nym, ele­ganc­kim miesz­ka­niu ze wspa­nia­łym wido­kiem na mia­sto.

Miał kobietę, na któ­rej mu zale­żało i któ­rej zale­żało na nim. Ale nie na tyle, by w przy­padku obojga oka­zało się to trwałe.

Zwłasz­cza w sytu­acji, kiedy posta­no­wił zmie­nić swoje życie.

Gdyby został, mogłoby to trwać jesz­cze przez kilka lat. Nie byłby jed­nak szczę­śliwy. Gdyby zało­żyli rodzinę, zwią­zek oka­załby się trwały w jego przy­padku; nie miał co do tego wąt­pli­wo­ści.

Wie­dział, jak to jest być dziec­kiem ludzi, któ­rym nie wyszło.

Lecz sto­jąc tutaj, w tym wiel­kim i peł­nym prze­cią­gów pod­upa­da­ją­cym domu, wie­dział, że zna­lazł swoje miej­sce.

I gdy się tu budził, stą­pał po skrzy­pią­cych pod­ło­gach, dokła­dał drewna do ognia, by stłu­mić chłód, wie­dział, że jest szczę­śliwy.

Tak jak wie­dział to wtedy, gdy zło­żył w pracy rezy­gna­cję, sprze­dał miesz­ka­nie, zdo­był upraw­nie­nia budow­lane.

Teraz zamie­rzał stwo­rzyć sobie tu dom i zara­biać na życie wła­snymi rękami. Coś, czego zawsze pra­gnął.

I czuł się nie tylko szczę­śliwy. Czuł się – tak, po raz pierw­szy – wolny.

Koniec z gar­ni­tu­rami szy­tymi na miarę, sta­ran­nie zawią­za­nymi kra­wa­tami, coty­go­dnio­wym przy­ci­na­niem nie­sfor­nych wło­sów. A teraz, gdyby nie miał ochoty się ogo­lić? I co z tego?

Stał więc z tymi swo­imi kasz­ta­no­wymi wło­sami, które falo­wały przy koł­nie­rzu bia­łej ocie­pla­nej koszuli, z dwu­dnio­wym zaro­stem na twa­rzy, sku­pia­jąc spoj­rze­nie piw­nych oczu na nie­zwy­kło­ści naro­dzin nowego dnia, i odczu­wał pełną satys­fak­cję.

Usły­szał skrzy­pie­nie pod­łogi i rozej­rzał się, gdy jego nie­spo­dzie­wany – i mile widziany – gość poja­wił się u szczytu scho­dów.

Jego brat Theo miał zaspane oczy o bar­wie zło­tego brązu, czu­prynę roz­czo­chra­nych od snu wło­sów i bok­serki z emble­ma­tem Gwiezd­nych Wojen.

– Lodo­wato tu.

– Jeśli zamie­rzasz cho­dzić pra­wie nago, to zawsze będzie ci zimno.

– Racja. Daj mi chwilę.

Gdy Theo się odwró­cił, Nash ruszył na tyły domu dłu­gim kory­ta­rzem, przez drzwi w ścia­nie, którą zamie­rzał cał­ko­wi­cie wybu­rzyć, i wszedł do kuchni. Domy­ślał się, że nie była odna­wiana przez ostat­nie pół wieku.

Wszystko to miało się nie­ba­wem zmie­nić.

Na popla­mio­nym bla­cie z lami­natu stała lśniąca sta­lowa maszyna, o którą Nash wal­czyłby w razie potrzeby na śmierć i życie.

Zapa­rzył kawę dla sie­bie i młod­szego brata.

Usły­szał skrzy­pie­nie scho­dów i pod­łogi w kory­ta­rzu. Nie był pewien, czy chce to wszystko napra­wiać. Tęsk­niłby za tym sta­ro­mod­nym dźwię­kiem.

Na dre­so­wych spodniach Theo wid­niała ple­jada postaci z komik­sów Marvela. Do tego wło­żył bluzę Uni­wer­sy­tetu Colum­bia.

– Masz baj­gle?

Nash wska­zał szu­fladę.

– Czło­wieku, ale tu cicho. Prze­ra­ża­jąco cicho. Jak w hor­ro­rze, gdzie jesteś tylko ty i facet w masce hoke­jo­wej. Trwało wiecz­ność, zanim zasną­łem, a potem spa­łem jak nie­żywy. – Prze­kroił baj­gla i wsu­nął go do lśnią­cego srebr­nego tostera. – Nie mogłem uwie­rzyć, że kupi­łeś ten dom. – Wyszu­kał w sta­rej lodówce serek śmie­tan­kowy. – A rano zoba­czy­łem ten widok za oknem. To cały ty.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij