Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Ułamek Sekundy - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
4 września 2026
E-book: EPUB,
5,00 zł
Audiobook
9,00 zł
5,00
500 pkt
punktów Virtualo

Ułamek Sekundy - ebook

Alan Kostecki, wybitny analityk finansowy, żyje w świecie liczb. Kiedy odkrywa w sieci przesyłowej jedną milisekundę opóźnienia, nie wie, że patrzy na koniec znanego świata. To nie usterka, lecz cyfrowy zapalnik, który ma zniszczyć globalną gospodarkę i oddać władzę nad planetą w ręce bezwzględnych oligarchów. Gdy Alan próbuje zapobiec katastrofie, staje się zwierzyną. Jego własny szef używa wpływów, by system w ułamku sekundy uznał go za najbardziej poszukiwanego terrorystę w kraju. Zaszczuty przez algorytmy miejskiego monitoringu, drony i płatnych zabójców, Kostecki musi uciec do podziemia. Z pomocą paranoicznej, genialnej hakerki Leny rozpoczyna desperacki wyścig z czasem. Aby powstrzymać piątkowy krach rynków, analityk będzie musiał porzucić wykresy i stanąć do brutalnej walki o własne życie. Zegar tyka, a stawką jest przyszłość całej ludzkości.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Horror i thriller
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 359 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Mrok za oknami ze szkła i stali przypominał gęstą, nieprzeniknioną smołę. Na pięćdziesiątym drugim piętrze wieżowca w samym sercu finansowej dzielnicy Warszawy panowała absolutna, sterylna cisza, przerywana jedynie jednostajnym, usypiającym szumem klimatyzacji. Alan Kostecki przetarł zmęczone oczy, czując pod powiekami piasek. Kawa w tekturowym kubku zdążyła dawno wystygnąć, zamieniając się w gorzką, mętną breję, ale pociągnął z niej solidny łyk, krzywiąc się nieznacznie. Potrzebował kofeiny. Potrzebował ostrości umysłu, która o tej porze, na wpół do trzeciej w nocy, naturalnie zaczynała go opuszczać.

Biuro funduszu hedgingowego przypominało opuszczony statek kosmiczny. Rzędy pustych biurek, wygaszone monitory, idealnie ułożone stosy dokumentów – wszystko to tworzyło geometryczny porządek, który Alan w pewien chory, introwertyczny sposób kochał. Ludzie wprowadzali chaos. Zostawiali brudne kubki, śmiali się zbyt głośno, kłamali, zmieniali zdanie. Maszyny były szczere. Kod był czystą, nieskalaną prawdą. Jeśli coś nie działało, oznaczało to tylko tyle, że człowiek popełnił błąd w równaniu.

Przed Alanem jarzyły się cztery potężne monitory. Na trzech z nich kaskadami spływały rzędy zielonych i szarych znaków, logi systemowe z serwerów giełdowych, które analizował od dobrych kilkunastu godzin. Jego praca polegała na szukaniu anomalii w nieskończonym oceanie danych. Fundusz, dla którego pracował, specjalizował się w handlu algorytmicznym o wysokiej częstotliwości. W tym brutalnym, niewidzialnym dla zwykłego człowieka świecie nikt nie analizował już raportów kwartalnych spółek ani nie dzwonił do maklerów z poleceniem kupna. Robiły to algorytmy, pożerając informacje i podejmując decyzje szybciej, niż ludzki mózg zdążyłby zarejestrować pojedynczy impuls nerwowy.

Kostecki pochylił się bliżej środkowego ekranu. Jego wzrok, wytrenowany przez lata obsesyjnego wpatrywania się w matryce, wyłapał coś, co na pierwszy rzut oka nie miało prawa istnieć.

– Co do cholery... – mruknął pod nosem, a jego głos echem odbił się od pustych ścian open space'u.

Dłonie Alana zawisły nad klawiaturą, po czym zaczęły w nią uderzać z prędkością karabinu maszynowego. Wywołał terminal poleceń, wpisując komendy diagnostyczne, by wyizolować konkretny pakiet danych płynący przez główny, transatlantycki kabel światłowodowy łączący serwery w Londynie z giełdą w Nowym Jorku. Wynik zwrócił ten sam, niewytłumaczalny błąd. Opóźnienie.

Opóźnienie w przesyle wynosiło dokładnie jedną tysięczną sekundy. Jedną milisekundę.

Dla zwykłego śmiertelnika był to czas absolutnie niedostrzegalny. Mrugnięcie okiem trwało około trzystu milisekund. Jednakże dla algorytmów handlowych, operujących na obrzeżach fizyki, jedna milisekunda była prawdziwą wiecznością. To był czas, w którym wirtualny kapitał mógł okrążyć glob, kupić pakiety akcji na jednej giełdzie i sprzedać je na drugiej z mikroskopijnym zyskiem, który, powielony miliony razy w ciągu dnia, generował rzeki niewyobrażalnych pieniędzy.

Alan zmarszczył brwi, czując, jak w jego klatce piersiowej zaczyna kiełkować niepokój. Początkowo założył, że to fizyczna degradacja sprzętu. Może ciśnienie na dnie oceanu odkształciło pancerz kabla? Może wzmacniacz sygnału u wybrzeży Irlandii ulegał awarii? Odpalił skrypt weryfikujący stabilność łącza. Protokół diagnostyczny przeszedł przez całą trasę i wrócił po kilkunastu sekundach z czystym wynikiem. Sprzęt był w stanie idealnym. Żadnych wahań temperatury, żadnych zakłóceń elektromagnetycznych.

To nie była wina oceanu. To była wina człowieka.

Sięgnął po słuchawkę stacjonarnego telefonu z czerwoną naklejką szyfrowanej linii wewnętrznej. Wykręcił numer do centrum operacyjnego w Londynie, które monitorowało przesył na ich węźle przez całą dobę. Sygnał łączenia wydawał się trwać w nieskończoność. Dopiero po szóstym sygnale ktoś podniósł słuchawkę.

– Centrum operacyjne, mówi David – odezwał się zaspany, głuchy głos o wyraźnym, brytyjskim akcencie. W tle słychać było cichy szum wentylatorów chłodzących serwerownie.

– Z tej strony Alan Kostecki, starszy analityk z Warszawy. Kod autoryzacji: delta siedem omega alfa.

– Przyjąłem, Alan. Czego potrzebujesz w środku nocy? Macie tam chyba jeszcze ciemniej niż u nas nad Tamizą.

– Potrzebuję, żebyś natychmiast wybudził główny interfejs diagnostyczny dla kabla atlantyckiego. Kanał główny, węzeł bezpośredni do Nowego Jorku. Patrzę na logi przesyłowe z ostatnich dwudziestu czterech godzin.

– Daj mi chwilę – odparł David, a po drugiej stronie dało się słyszeć ciężkie westchnienie i klikanie myszki. – Dobra, mam to przed oczami. Widzę stały przepływ. Żadnych ostrzeżeń na czerwono. O co dokładnie pytasz? Spadek przepustowości?

– Nie przepustowość, David. Czas reakcji. Latencja. Spójrz na surowe pakiety wysyłane z waszego serwera proxy i porównaj je ze znacznikami czasu odbioru na Wall Street. Skup się na interwale między pierwszą po południu a zamknięciem wczorajszej sesji.

Zapadła cisza, przerywana tylko miarowym stukotem klawiszy w Londynie. Alan czuł, jak pot perli się na jego karku. Sterylny chłód klimatyzacji nagle przestał mu przeszkadzać, ustępując miejsca wewnętrznej gorączce umysłu, który właśnie łączył kropki.

– O rany... – głos Davida stracił całą senność, stając się napięty niczym struna. – Mam to. Widzę anomalię. Jedna milisekunda różnicy. Ale to musi być błąd znacznika czasu, prawda? Zegar atomowy mógł zgubić synchronizację przy resecie protokołu...

– To nie jest błąd zegara, David. Zobacz na dystrybucję tego opóźnienia – przerwał mu Alan, wbijając wzrok w swój monitor, gdzie wykres przypominał grzbiet zębatej piły. – Ono nie jest stałe. Pojawia się wyłącznie wtedy, gdy przez łącze idą duże pakiety zleceń kupna dla spółek surowcowych i technologicznych. Ktoś postawił cyfrową tamę na naszym łączu. Zatrzymuje nasz strumień danych na ułamek sekundy.

– Zatrzymuje? Przecież to niemożliwe z poziomu oprogramowania bez pozostawienia śladu w architekturze zabezpieczeń. Nasz firewall spaliłby taki skrypt, zanim zdążyłby się zagnieździć w pamięci podręcznej.

– Zgadza się – powiedział powoli Alan, czując suchość w gardle. – Firewall zablokowałby oprogramowanie z zewnątrz. Ale co, jeśli problem nie tkwi w oprogramowaniu? Co, jeśli ktoś wpiął się fizycznie w lądową stację węzłową i zamontował sprzętowy dzielnik sygnału? Ktoś zatrzymuje nasze dane na jedną tysięczną sekundy. W tym czasie odczytuje intencje naszych algorytmów. Wie, że za milisekundę wydamy miliardy na akcje konkretnej spółki. Wypuszcza swoje zlecenie innym łączem, kupuje te akcje ułamek sekundy przed nami, winduje cenę w górę, a potem sprzedaje je naszym własnym algorytmom.

– Wyprzedzanie transakcji – wyszeptał David. – Ktoś kradnie nasz poślizg cenowy. Ile kapitału przez to przepuszczamy?

– Według moich wstępnych obliczeń? Od początku miesiąca straciliśmy w ten sposób dziesiątki milionów. A nie jesteśmy jedynym funduszem podpiętym pod ten konkretny węzeł.

– Muszę obudzić dyrektora do spraw bezpieczeństwa. Zablokujemy łącze i przejdziemy na łącza zapasowe satelitarne.

– Czekaj! – krzyknął niemal Alan, zrywając się z fotela. W open space zapanowała grobowa cisza. – Nie rób tego. Jeśli zamkniesz łącze, sprawca dowie się, że go namierzyliśmy. Rozpłynie się. Chcę wejść głębiej w te pakiety. Wyizoluję fałszywy sygnał i spróbuję prześledzić architekturę tej pluskwy. Daj mi pełen dostęp administracyjny do brytyjskiego węzła.

– Alan, to złamanie protokołu. Powinienem zamknąć system.

– David, posłuchaj mnie uważnie. Jeśli to odetniesz, pozbawisz nas dowodów. Ktoś właśnie okrada największe rynki świata przez naszą infrastrukturę. Daj mi godzinę. Jeśli nic nie znajdę, zgłosisz awarię i uderzysz w wielki czerwony guzik.

Słuchawka milczała przez dłuższą chwilę. Alan słyszał przyspieszony oddech technika. Wreszcie rozległ się ciężki pomruk zgody.

– Masz uprawnienia nadpisane. Zaraz dostaniesz powiadomienie na terminalu. Zrobię sobie najmocniejszą herbatę w życiu i będę patrzył na ekran. Powodzenia, Alan. Nie schrzań tego.

Połączenie zostało przerwane. Kostecki odrzucił słuchawkę i natychmiast wrócił do klawiatury. Jego palce latały po klawiszach niczym u wirtuoza obłąkanej symfonii. Miał pełen dostęp do trzewi systemu. Zaczął przepisywać na żywo zasady filtrowania ruchu, odrzucając cały szum giełdowy, indeksy, wahania walut, a skupiając się wyłącznie na tym jednym, zniekształconym impulsie, który pojawiał się co kilka minut.

To przypominało próbę złowienia konkretnej kropli deszczu w samym środku huraganu. Ale Alan Kostecki nie był zwykłym analitykiem. Jego umysł, niezdolny do swobodnej rozmowy o pogodzie czy relacjach międzyludzkich, tutaj, w środowisku zer i jedynek, potrafił dostrzec trójwymiarową strukturę tam, gdzie inni widzieli tylko płaski tekst.

Wydzielił złośliwy kod z bufora wymiany. Na czarnym ekranie terminala zaczął pojawiać się ciąg zaszyfrowanych komend. To nie był zwykły skrypt pasywny, którego celem było jedynie opóźnianie sygnału. Był w nim ukryty dodatkowy ładunek. Zagnieżdżony podwójnie algorytm, który do tej pory pozostawał w stanie całkowitego uśpienia.

Alan wstrzymał oddech. Uruchomił lokalny dekompilator na odciętej od sieci wirtualnej maszynie piaskownicy, by sprawdzić, co kryje się w środku cyfrowej paczki. Zielony pasek postępu przesuwał się powoli, niemal boleśnie. Klimatyzacja zawyła nieco głośniej, jakby przeczuwając nadchodzącą burzę.

Kiedy ekran wreszcie wypluł przetłumaczony kod, Alan wpatrywał się w niego przez kilka bardzo długich minut, a jego tętno uderzało o żebra z głuchym, bolesnym rytmem.

To nie była tylko kradzież. To nie był mechanizm służący jedynie do wyprzedzania zleceń na giełdzie. Ten zagnieżdżony fragment kodu był złośliwym skryptem egzekucyjnym o gigantycznej, niewyobrażalnej wręcz skali rażenia. Wirus został zaprojektowany tak, by w konkretnym momencie wyłączyć protokoły bezpieczeństwa zapobiegające krachom giełdowym – tak zwane bezpieczniki, które zatrzymują handel, gdy ceny akcji spadają zbyt szybko. Jednocześnie kod ten zawierał sekwencję, która zmuszałaby wszystkie połączone z węzłem systemy funduszy hedgingowych i banków inwestycyjnych do masowej, zautomatyzowanej wyprzedaży absolutnie każdego aktywa po cenie rynkowej, niezależnie od tego, jak nisko ta cena by spadła.

To była cyfrowa bomba wodorowa podłożona pod fundamenty globalnej ekonomii. Kaskadowy krach, który wywołałby paniczną lawinę nie do zatrzymania. W ciągu ułamków sekund biliony wartości wyparowałyby w nicość, niszcząc fundusze emerytalne, oszczędności całych narodów i zmuszając światowe waluty do natychmiastowej kapitulacji. Ktoś zamierzał zresetować globalny system finansowy i zrównać go z ziemią.

Alan przesuwał ekran w dół, szukając warunku aktywacji tego potwora. Musiał wiedzieć, kiedy ta sekwencja zostanie uwolniona z uśpienia. Jego oczy błądziły po linijkach skomplikowanej logiki matematycznej, odrzucając zmienne i fałszywe pętle, aż w końcu dotarł do samego dna. Do twardo zapisanego w systemie heksadecymalnym znacznika czasu.

Przepuścił go przez konwerter systemowy.

Wynik uderzył go z siłą fizycznego ciosu w splot słoneczny. Poczuł, jak krew odpływa mu z twarzy, pozostawiając za sobą wyłącznie lodowaty chłód przerażenia.

Skrypt miał warunek bezwzględnej egzekucji. Oczekiwał na sygnał zewnętrzny, który miał nadejść z opóźnionego węzła dokładnie w nadchodzący piątek. W chwili, gdy dzwon na Wall Street zabrzmi, obwieszczając szczyt popołudniowego handlu, algorytm wyjdzie z cienia i rozedrze rynek na strzępy.

Wiedział, że nikomu nie może teraz zaufać. Skala tego przedsięwzięcia wykluczała działanie samotnego hakera z piwnicy. Taka operacja, instalacja sprzętu na jednym z najbardziej strzeżonych węzłów telekomunikacyjnych świata i wprowadzenie ładunku pod radarem wszystkich systemów ostrzegawczych, wymagała ogromnego kapitału i wpływów. Ludzi, którzy mieli dostęp do szczytów władzy.

Kostecki wyciągnął z wewnętrznej kieszeni marynarki ciężki, wzmocniony dysk fizyczny z własnym zasilaniem sprzętowym. Podpiął go do stacji roboczej, łamiąc jednocześnie podstawową zasadę bezpieczeństwa firmy. Zaczął kopiować na niego surowe logi, zaszyfrowany ładunek wirusa i swoje własne notatki analityczne z dekompilacji. Musiał mieć twardy dowód, fizyczną kopię tego koszmaru, zanim serwery centralne zorientują się, co robi, i zamkną przed nim drzwi, niszcząc ślady.

Pasek postępu kopiowania zdawał się kpić z jego pośpiechu. Zza grubych szyb biurowca, daleko na horyzoncie, powoli zaczynała jaśnieć łuna zbliżającego się wschodu słońca nad Warszawą. Miasto jeszcze spało, nieświadome, że jego fundamenty, te opierające się na cyfrowym pieniądzu i stabilności systemów wirtualnych, zostały właśnie zaminowane. Alan patrzył na mrugającą diodę kopiowania na swoim przenośnym nośniku, podczas gdy w jego głowie echem odbijało się tylko jedno słowo: piątek.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij