Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Uległość - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
23 sierpnia 2026
29,90
2990 pkt
punktów Virtualo

Uległość - ebook

Przejmująca, zmysłowa powieść o szukaniu wolności tam, gdzie inni widzą jedynie więzy. Gdy dotychczasowe życie Marleny – ułożonej studentki AWF-u i instruktorki fitness – rozpada się w pył za sprawą bolesnej zdrady, dziewczyna szuka sposobu na odzyskanie kontroli nad własnym ciałem i umysłem. Odpowiedź odnajduje w najmniej spodziewanym miejscu: na oliwkowej macie prywatnej pracowni BDSM tajemniczego Wiktora. W świecie żelaznej dyscypliny, japońskiego bondage i surowych zasad BDSM, ból przestaje być cierpieniem, a staje się wyzwalającym oczyszczeniem. Czy Marlena odważy się zrzucić dawny pancerz i w pełni zaakceptować swoją nową tożsamość? Porywająca opowieść o psychologicznej przemianie, granicach rozkoszy i absolutnym zaufaniu. Pierwszy tom zmysłowej serii Roja Rojkowskiego.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Erotyka
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 1,9 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

WYLICZANKA

– Raz! Dwa! Trzy! Nie zwalniamy tempa, kolana szeroko, klatka do przodu! Pamiętajcie o oddechu! – Mój głos odbijał się od wielkich luster wyklejonych na ścianie sali fitness we wrzeszczańskim klubie.

Brzmiał dokładnie tak, jak powinien: pewnie, mocno, bez cienia wahania. Statyw z mikroportem uciskał mnie lekko w pasie, a rytmiczny, pulsujący bas muzyki wprawiał w drganie parkiet pod moimi stopami. Wokół mnie kilkanaście kobiet wylewało siódme poty, wpatrując się we mnie jak w obrazek. Widziały we mnie wzór. Marlenę – studentkę ostatniego roku AWF-u, instruktorkę z nieskazitelną sylwetką, zawsze uśmiechniętą, zorganizowaną, opanowaną do bólu. Dziewczynę, która ma wszystko pod kontrolą, która doskonale wie, jak zmusić ciało do posłuszeństwa i jak wycisnąć z każdej minuty maksimum efektu.

– Ostatnie osiem powtórzeń! Wytrzymajcie to! – krzyknęłam, poprawiając koszulkę.

Ciało reagowało automatycznie. Latami wypracowana pamięć mięśniowa działała bez zarzutu. Znałam każdy mięsień swojego ciała, wiedziałam, kiedy nacisnąć, a kiedy odpuścić. Ruch był czysty, mechaniczny, przewidywalny. Dawał mi złudzenie władzy. Na tej sali to ja dyktowałam warunki. Przez sześćdziesiąt minut byłam władczynią czasu, wysiłku i tętna każdej z obecnych tu osób.

Nikt z nich jednak nie widział, co działo się pod tym sportowym stanikiem, pod warstwą wypracowanych mięśni. Nikt nie wiedział, że pod spodem noszę wielką, ropiejącą ranę, która z każdym głębszym wdechem rwała tak mocno, że brakowało mi powietrza.

Gdy zajęcia dobiegły końca, zamknęłam drzwiczki szafki w szatni trenerskiej. Zgasiłam światło w sali, oddałam identyfikator na recepcji i wyszłam na chłodne, trójmiejskie powietrze. Wrzeszcz tętnił życiem. Wokół przemykali ludzie, samochody stały w korkach na Grunwaldzkiej, a ja szłam w stronę przystanku tramwajowego, naciągając kaptur na głowę. Zaczynała się najgorsza część dnia. Czas, w którym nie było już muzyki, nie było komend do wydawania, nie było tłumu, przed którym musiałam grać rolę idealnej Marleny.

Wstukałam kod do domofonu. Trzask zamka brzmiał jak wyrok. Weszłam na trzecie piętro kamienicy, w której jeszcze do niedawna miało tętnić nasze wspólne życie. Przekręciłam klucz w zamku.

Cisza.

Ta cisza uderzyła we mnie z siłą fizycznego ciosu. Była tak gęsta, że niemal lepka. Weszłam do przedpokoju, zrzuciłam torbę sportową i oparłam się plecami o zamknięte drzwi. W oszołomieniu patrzyłam na wolne miejsce na wieszaku, gdzie jeszcze dwa tygodnie temu wisiała jego ulubiona, skórzana kurtka. Na półce na buty nie było jego sneakersów. W łazience na kubku nie stała jego szczoteczka do zębów.

Osiem lat. Osiem pieprzonych lat mojego życia.

Znałam Bartka od liceum w Lęborku. Byliśmy tą parą, o której wszyscy mówili, że są dla siebie stworzeni. Przeszliśmy razem wszystko: przeprowadzkę do Gdańska, jego pierwsze prace w korporacji, moje studia na AWF-ie, nakładanie gładzi na ściany w tym wynajmowanym mieszkaniu, gotowanie tanich makaronów pod koniec miesiąca i snucie planów o ślubie, o domku pod miastem, o dzieciach, które miały biegać po ogrodzie. Wydawało mi się, że budujemy coś trwałego. Że nasza relacja jest jak dobrze przygotowany plan treningowy – wymagająca pracy, ale dająca stabilne, pewne efekty. Ufałam mu bezgranicznie. Był moim oparciem, moim najlepszym przyjacielem, kimś, przy kim nie musiałam grać twardej. Przy nim mogłam być po prostu delikatną, czułą Marleną z Lęborka, która lubi długie rozmowy przy herbacie i nie musi nikomu niczego udowadniać.

A potem cały ten świat rozpadł się w jeden wieczór na drobny pył.

Zdrada sama w sobie jest potężnym ciosem, ale to, z kim to zrobił, sprawiło, że poczułam, jakby ktoś wyrwał mi serce i zdeptał je na moich oczach. Dagmara. Moja koleżanka z uczelni. Dziewczyna, z którą siedziałam na wykładach, z którą piłam kawę między ćwiczeniami z anatomii, której opowiadałam o naszych planach, o naszych kryzysach, o tym, jak bardzo kocham Bartka. Dziewczyna, którą wpuszczałam do swojego domu, której ufałam.

Odkryłam to w najbardziej prozaiczny, niemal obrzydliwy sposób. Jeden zapomniany telefon, jedna wiadomość, która wyświetliła się na ekranie na szafce nocnej, gdy Bartek był pod prysznicem. Zwykłe, krótkie zdanie, które zmieniło całe moje życie w koszmar: _„Nie mogę się doczekać czwartku. Ona myśli, że masz zebranie, przyjdź do mnie wcześniej”_.

Pamiętam ten paraliż. Ten moment, kiedy czujesz, jak cała krew odpływa ci z głowy, a żołądek zwija się w ciasny kłębek. Kiedy konfrontowałam go w kuchni, na początku próbował kłamać. Widziałam w jego oczach strach, ale i prymitywną, obrzydliwą kalkulację. Dopiero gdy zaczęłam drżeć i krzyczeć, pękł. Okazało się, że to nie był jednorazowy błąd. To trwało od miesięcy. Przeplatali moje życie swoimi schadzkami. Kiedy ja harowałam na siłowni albo pisałam pracę magisterską, oni spotykali się w jej mieszkaniu na Przymorzu. Kiedy ja zastanawiałam się, dlaczego jest taki nieobecny i zmęczony, on myślał o niej.

Nigdy nie czułam takiego upokorzenia. Czujesz się wtedy tak, jakby ktoś obdarł cię ze skóry i zostawił na mrozie. Cała twoja przeszłość staje się kłamstwem. Każdy wspólny wyjazd, każdy uśmiech, każde „kocham cię” powiedziane rano przed wyjściem do pracy – wszystko to okazało się jedynie starannie wyreżyserowaną iluzją.

Usiadłam na podłodze w przedpokoju, wciąż w dresie, nie mając siły, by zepchnąć z nóg sportowe buty. Przyciągnęłam kolana do klatki piersiowej i schowałam twarz w dłoniach. Nie płakałam. Łzy skończyły się kilka dni temu. Została tylko pusta, głucha przestrzeń w piersi i obezwładniające zmęczenie.

Musiałam być silna. Musiałam dokończyć magisterkę na AWF-ie. Musiałam iść do pracy, uśmiechać się do klientów, motywować ich do walki z własnymi słabościami, podczas gdy sama rozpadałam się na kawałki. Musiałam pisać do mamy w Lęborku, że wszystko u mnie w porządku, bo nie miałam jeszcze odwagi powiedzieć rodzicom, że ich wymarzony zięć okazał się zwykłym draniem.

Całe moje życie opierało się na kontroli. Kontrolowałam dietę, tętno, napięcie mięśniowe, grafik w pracy, plan studiów. A teraz okazało się, że to wszystko było niczym. Że w najważniejszej sferze swojego życia byłam całkowicie bezsilna. Ból zdrady mieszał się z potworną presją, jaką sama na siebie nakładałam. Nie mogłam się poddać. Nie mogłam pokazać po sobie słabości. Ale ten ciągły przymus trzymania ramy, bycia idealną i poukładaną, stawał się dla mnie więzieniem.

Spojrzałam na puste miejsce po jego rzeczach w salonie. Każda szafka, każdy kąt przypominał mi o tym, jak bardzo zostałam oszukana. Zastanawiałam się, jak długo jeszcze zdołam wytrzymać to napięcie, zanim pęknę na oczach całego świata.

Zmieniłam przesiąknięty potem dres na luźne, domowe ubrania, ale powrót do codziennej rzeczywistości nie przynosił absolutnie żadnej ulgi. Szybki, gorący prysznic, spięcie wilgotnych włosów w niedbały kok i otwarty laptop na małym kuchennym stole – tak od dwóch tygodni wyglądał każdy mój wieczór. Z jasnego ekranu gapił się na mnie pusty plik tekstowy z pogrubionym tytułem mojej pracy magisterskiej. Anatomia funkcjonalna, fizjologia wysiłku fizycznego, nowoczesne metodyki prowadzenia zajęć grupowych. Rzeczy, które jeszcze miesiąc temu były moją pasją, dumą i naturalnym środowiskiem, teraz wydawały się jedynie ciągiem martwych, pozbawionych jakiegokolwiek sensu pojęć.

Siedziałam na twardym drewnianym krześle, podkurczając nogi pod brodę i obejmując kolana ramionami, jakbym próbowała fizycznie zepchnąć z siebie obezwładniające zimno. Cisza w mieszkaniu przy Słowackiego nie była po prostu brakiem dźwięku. Była gęsta, ciężka i niemal fizycznie odczuwalna, niczym niewidzialny ocean, w którym powoli tonęłam. Kiedyś ten mały salon tętnił życiem, śmiechem i chaosem codzienności. Pamiętam, jak jeszcze kilka miesięcy temu spędzaliśmy tu niedzielne popołudnia. Rozmawialiśmy z Bartkiem o meblach, które kupimy zaraz po moim dyplomie, wybieraliśmy kolory farb do przedpokoju, sprzeczaliśmy się półżartem o to, czy na ścianie ma wisieć plakat z maratonu, czy klasyczne lustro. Byłam wtedy absolutnie, bezgranicznie przekonana, że to, co nas łączy, to prawdziwa dojrzałość. Że po ośmiu latach wspólnego dorastania, przechodzenia przez studencką biedę i pierwsze poważne kroki w dorosłości, znamy swoje myśli na wylot.

Jak bardzo można się pomylić? Jak można żyć z kimś pod jednym dachem przez tyle lat i nie zauważyć, że człowiek, przy którym zasypiasz, staje się kimś obcym?

Wspomnienia wracały do mnie w najbardziej nieoczekiwanych, podłych momentach, działając jak powolny, systematyczny jad. Ilekroć zamykałam oczy, widziałam nie tylko Bartka, ale i Dagmara. Przypominałam sobie nasze wspólne powroty z uczelni tramwajem numer 6. Rozmawiałyśmy na nich o wszystkim – o koszmarnie trudnych egzaminach z biomechaniki, o trudnych podopiecznych na siłowni, o naszych planach na wakacje. Pamiętam dokładnie jej uśmiech, jej ciepły głos, to jak klepała mnie po ramieniu i śmiała się z moich żartów. Pamiętam, jak życzyła nam szczęścia, gdy mijała nasza kolejna rocznica, i jak pytała z udawanym przejęciem, kiedy w końcu Bartek się oświadczy. I pomyśleć, że w tym samym czasie, gdy ja pisałam do niej wiadomości z pytaniami o notatki z wykładów, ona pisała do mojego narzeczonego. Gdy ja szykowałam dla nas kolację po morderczym dniu na uczelni i w pracy, oni ustalali, gdzie spotkają się następnym razem.

Nienawidziłam tego uczucia podwójnego oszustwa. Gdy zdradza cię partner, tracisz oparcie w miłości i poczucie własnej wartości. Ale gdy robi to razem z twoją dobrą znajomą, tracisz cokolwiek trudniejszego do odzyskania: wiarę w jakichkolwiek ludzi. Zacząłem obsesyjnie analizować każde zdanie, każde spóźnienie Bartka z ostatnich sześciu miesięcy, każdy jego chłodniejszy gest, który wcześniej tłumaczyłam sobie jego zmęczeniem w pracy. Zrozumiałam z przerażającą jasnością, jak bardzo zignorowałam drobne sygnały, bo ufałam w sposób ślepy i naiwny. Uważałam, że skoro my jesteśmy ze sobą od tak dawna, skoro przetrwaliśmy tyle zmian, to nasza relacja jest nienaruszalna. Byliśmy przecież tą „wzorcową parą” z Lęborka. Nasi rodzice znali się i przyjaźnili, znajomi z rodzinnego miasta stawiali nas za przykład idealnej stabilności w świecie, gdzie wszystko rozpada się po kilku miesiącach.

Teraz ta nasza wielka, powszechnie podziwiana stabilność okazała się żałosnym domkiem z kart, który rozleciał się od jednego, przypadkowego podmuchu.

Złożyłam ekran laptopa z głośnym, głuchym kłapnięciem, które odbiło się echem od pustych ścian. Nie była w stanie napisać ani jednego sensownego zdania. Moja głowa była przepełniona wrzaskiem, zarzutami i pytaniami bez odpowiedzi, mimo że wokół panowała absolutna, martwa cisza. Wstałam z krzesła i zaczęłam bez celu chodzić po mieszkaniu. Mijałam meble, które nagle stały się obce. W szafce w przedpokoju, na samym dnie, wciąż leżała czarna ładowarka do telefonu, którą Bartek przeoczył podczas swojego chaotycznego, pośpiesznego pakowania. Wzięłam ją do ręki, poczuwszy nagły, potężny, niemal fizyczny impuls, by cisnąć nią o ścianę i patrzeć, jak pęka na drobne kawałki. Chciałam krzyczeć, chciałam niszczyć rzeczy, chciałam poczuć jakąkolwiek ulgę. Zamiast tego moja ręka po prostu opadła, a ja powoli odłożyłam ładowarkę z powrotem na półkę.

Nawet na czystą, uzdrawiającą wściekłość nie miałam już siły. Zamiast gniewu czułam jedynie obezwładniające, ołowiane zmęczenie i potworny, nie do udźwignięcia ciężar w klatce piersiowej.

Ta sztuczna, wyuczona rola „silnej Marleny” powoli zaczynała mnie wykańczać od środka. Na uczelni musiałam udawać przed wszystkimi, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, byle tylko nie stać się obiektem litości i pożywką dla plotek na wydziale. W klubie fitness codziennie musiałam emanować niezniszczalną energią, zarażać optymizmem, uśmiechać się od ucha do ucha i wpychać ludziom do głowy motywacyjne hasła o pokonywaniu własnych ograniczeń. A okrutna prawda była taka, że sama byłam wewnątrz uosobieniem całkowitej klęski. Moje własne ciało, wypracowane, wysportowane, dopracowane do perfekcji przez lata morderczych treningów, stawało się dla mnie obcym, sztucznym pancerzem. Treningi, które od dzieciństwa dawały mi czystą radość i poczucie wolności, stały się jedynie przykrym, wycieńczającym obowiązkiem oraz desperackim sposobem na zagłuszenie własnych myśli.

Gdy dawałam z siebie wszystko na sali, gdy liczyłam powtórzenia i kazałam ludziom przekraczać granice ich bólu, przez jedną godzinę nie myślałam o niczym innym prócz własnego tętna i oddechu. Ale gdy tylko głośniki milkły, a ostatni podopieczny wychodził z szatni, ból wracał ze zdwojoną siłą, dławiąc mnie w gardle.

Weszłam do łazienki, zapaliłam jaskrawe, zimne światło nad lustrem i spojrzałam na swoje odbicie. Zobaczyłam w nim obcą kobietę z podkrążonymi, podbiegłymi krwią oczami, ze ściągniętą brwią i zaciętym, twardym wyrazem twarzy. Gdzie podziała się ta wesoła, czuła Marlena z Lęborka, która potrafiła śmiać się do rozpuku z najprostszych rzeczy, która ufała świecie i wierzyła w dobre intencje ludzi? Zniknęła, przygnieciona przez zdradę, upokorzenie i potworną presję bycia niezniszczalną.

Przemyłam twarz lodowatą wodą, ale to nie pomogło zresetować głowy. Zrobiłam sobie podwójną napar z melisy, chociaż doskonale wiedziałam, że i tak nie zasnę przed świtem. Przeszłam do sypialni i położyłam się do wielkiego, dwuosobowego łóżka, które teraz wydawało się gigantyczne i zimne jak pustynna noc. Zwinęłam się w ciasny kłębek na swojej połowie, tak jak robiłam to bez przerwy przez ostatnie czternaście nocy. Druga strona materaca była nienaturalnie gładka, chłodna i pusta.

Rozpaczliwie potrzebowałam ucieczki. Potrzebowałam czegokolwiek, co wyłączyłoby wreszcie ten natrętny, osądzający głos w mojej głowie, który bez końca wyliczał moje błędy, wspomnienia i zadawał te same pytania: _„Dlaczego?”, „Co ze mną było nie tak?”, „W czym ona była lepsza?”, „Jak mógł mi to zrobić po tym wszystkim?”_.

Zamykając piekące oczy i wsłuchując się w szum wiatru za okno, marzyłam tylko o jednym – żeby chociaż na pięć minut ktoś inny przejął pełną kontrolę nad moim życiem. Żeby ktoś zdecydował za mnie, co mam w tej chwili czuć, co mam robić, jak głęboko mam oddychać i dokąd mam iść. Żebym nie musiała już ani przez chwilę być silna, opanowana i gotowa do walki. Żebym mogła po prostu przestać walczyć, zsunąć z ramion ten ciężar i oddać paraliżującą odpowiedzialność w ręce kogoś, kto nie pozwoli mi się rozpaść.

Jeszcze wtedy, leżąc w zimnej pościeli w gdańskim mieszkaniu, nie miałam pojęcia, że to ciche, rozpaczliwe pragnienie stanie się początkiem całkowicie nowej, mrocznej i wyzwalającej drogi.PIERWSZA ISKRA

Kolejne dni zlewały się w szarą, monotonną całość. Rytm mojego życia wyznaczały stuki wskazówek zegara na uczelnianych korytarzach oraz rytmiczny, głośny bas płynący z głośników na sali fitness. Kursowałam między Oliwą a Wrzeszczem jak zaprogramowany automat. Rano zajęcia z biomechaniki i fizjologii na AWF-ie, po południu bloki treningów personalnych i zajęć grupowych, a wieczorem powrót do cichego mieszkania, w którym każdy kąt wciąż pachniał nieuporządkowaną przeszłością.

Był chłodny, deszczowy czwartek. Przerwa między wykładami na AWF-ie zastała mnie w uczelnianej kawiarni. Siedziałam przy niewielkim, okrągłym stoliku w kącie sali z kubkiem czarnej kawy i rozłożonymi notatkami z neurofizjologii. Naprzeciwko mnie siedzieli moi znajomi z roku – Karolina, energiczna blondynka trenująca pływanie, oraz Bartek (zbieżność imion z moim byłym wciąż wywoływała we mnie cichy skurcz w żołądku), fizjoterapeuta i pasjonat trójboju.

– Mówię wam, to absolutny obłęd – powiedziała Karolina, gestykulując żywo dłonią, w której trzymała e-booka. – Dostałam tę książkę od siostry. Przeczytałam pół w jedną noc. W życiu bym nie pomyślała, że ludzie potrafią czerpać z tego taką przyjemność.

– Z czego? Znowu czytasz jakieś tanie romanse? – zapytał Bartek, nie podnosząc wzroku znad swojego schematu taśm anatomicznych.

– To nie jest zwykły romans. To rzecz o Shibari i całej tej kulturze BDSM – odparła Karolina, ściszając lekko głos, choć w jej oczach błyszczała wyraźna ekscytacja. – Chodzi o japońską sztukę krępowania linami. Wiesz, precyzyjne węzły, nacisk na odpowiednie punkty na ciele, całkowite unieruchomienie. Z zewnątrz wygląda to jak więzienie, ale ponoć pod spodem chodzi o coś zupełnie innego. O psychikę. O to, że osoba wiązana oddaje całą kontrolę tej, która trzyma liny.

Słowo „kontrola” uderzyło we mnie z siłą niespodziewanego impulsu.

Uniosłam wzrok znad notatek z neurofizjologii, starając się zachować absolutnie obojętny, wręcz lekko rozbawiony wyraz twarzy. Jako instruktorka i studentka AWF-u musiałam grać rolę osoby sceptycznej, pragmatycznej, mocno stąpającej po ziemi.

– Liny? Shibari? – rzuciłam z udawanym pobłażaniem, obracając w dłoniach długopis. – Karolina, przecież to brzmi jak jakiś absurdalny fetysz albo zwykła przemoc ubrana w poetyckie słówka. Po co ktoś miałby dobrowolnie dawać się wiązać i oddawać komukolwiek władzę nad sobą? Całe życie pracujemy nad tym, żeby mieć nad swoim ciałem pełną kontrolę.

Karolina uśmiechnęła się pod nosem, kręcąc głową.

– Też tak myślałam, Marlena. Ale autorka – która sama jest fizjoterapeutką – tłumaczy to od strony układu nerwowego. Kiedy codziennie musisz decydować o wszystkim, kiedy nosisz na barkach ogromną odpowiedzialność i Twój mózg pracuje na najwyższych obrotach, w pewnym momencie dochodzisz do ściany. Oddanie kontroli komuś, komu ufasz, działa jak przycisk wyłączenia zasilania. Mózg przestaje analizować, planować i martwić się o jutro. Zostaje tylko tu i teraz. Oddech, nacisk liny, czysty bodziec. Podobno dla wielu ludzi to jedyny moment, kiedy potrafią naprawdę wypocząć i przestać czuć psychiczny ból.

W moim wnętrzu coś gwałtownie drgnęło. Zmusiłam się, by nie drgnąć fizycznie. _Przycisk wyłączenia zasilania. Przestać czuć ból._

Te słowa zaryły się w mojej głowie jak dłuto. Przed oczami przemknęły mi wszystkie ostatnie noce, podczas których leżałam bezsennie, analizując zdradę, licząc błędy i próbując opanować ciągły chaos w mojej głowie. Od dwóch tygodni marzyłam dokładnie o tym: by ktoś zdjął ze mnie ciężar podejmowania decyzji, by ktoś kazał mi po prostu być i nie wymagał ode mnie bycia silną.

– Brzmi to mimo wszystko dość mrocznie i… ryzykownie – powiedziała ostrożnie, poprawiając mankiet sportowej bluzy. – Przecież w BDSM chodzi też o ból, dominację, uległość. Jak można ufać komuś na tyle, by pozwolić sobie na bezbronność?

Bartek włączył się do rozmowy, odkładając wreszcie swoje notatki.

– Bo BDSM to nie chaotyczna przemoc, Marlena – zauważył chłodno, czysto naukowym tonem. – Miałem na stażu pacjenta, który siedział w tym środowisku od lat. Z punktu widzenia psychologii i anatomii to najbardziej ułożony typ relacji, jaki istnieje. Tam wszystko opiera się na tak zwanym SSC – _Safe, Sane, Consensual_. Bezpiecznie, z rozsądkiem, za zgodą. Zanim w ogóle dojdzie do jakiejkolwiek sesji, ludzie spędzają godziny na ustalaniu granic, słów-kluczy, poziomu tolerancji na bodźce. Tam nie ma miejsca na przypadek czy oszustwo. Osoba dominująca odpowiada za bezpieczeństwo uległej w stu procentach. To wyższy poziom zaufania niż w większości tak zwanych „normalnych” związków.

_Wyższy poziom zaufania niż w normalnych związkach._

Słowa Bartka zadziałały na mnie jak siarczysty policzek. Mój „normalny”, tradycyjny, trwający osiem lat związek opierał się na kłamstwie, podwójnej grze i zdradzie tuż za moimi plecami. Nagle koncept świata, w którym zasady są absolutnie jasne, granice nienaruszalne, a zaufanie stanowi fundament wszelkiego działania, wydał mi się nie tyle mroczny, co niesamowicie czysty i bezpieczny.

– Ciekawa teoria – powiedziałam, wzruszając niedbale ramionami i sięgając po kubek z kawą, by ukryć lekkie drżenie dłoni. – Choć dla mnie to wciąż brzmi jak skrajność. Ludzie chyba szukają dziwnych wrażeń, bo nie potrafią poradzić sobie ze zwykłym stresowaniem.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij