Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Uległość wyzwolona - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
27 sierpnia 2026
29,90
2990 pkt
punktów Virtualo

Uległość wyzwolona - ebook

Gra o władzę dopiero się zaczyna. Marlena nie jest już potulną uległą. Pięć miesięcy samotności, naukowa wiedza z zakresu neurobiologii i rozczarowanie podziemnymi klubami BDSM zmieniają wszystko. Zamiast czekać na powrót swojego dawnego mistrza Wiktora, sama sięga po narzędzia władzy. Gdy na jej drodze stają zdominowany stażysta Michał, pewny siebie trener Romek oraz tajemniczy Meduza ze Złotej Klatki w Orłowie, Marlena przełamuje ostatnie tabu. Poznaje smak publicznego zatracenia i przejmuje pełną dominację nad męskim ego. Co wydarzy się, gdy Wiktor powróci i zderzy się z nową Królową trójmiejskiego Mroku? „Uległość wyzwolona. Tom 2” to bezkompromisowa opowieść o przekraczaniu granic, pożądaniu i absolutnej władzy.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Erotyka
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 1,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

REZONANS

Chłód panoramicznej szyby opierający się o moje czoło był jedyną rzeczą, która kotwiczyła mnie w tu i teraz. Stawałam boso na ciemnym, szczotkowanym drewnie podłogi w salonie mojego nowego apartamentu w Gdyni. Za oknem, w porannej mgle przełamującej się nad Zatoką Gdańską, szare fale Bałtyku leniwie uderzały o brzeg. Światło było matowe, stalowe, pozbawione ciepła – idealnie skrojone pod stan, w którym znajdował się mój umysł.

W prawej dłoni trzymałam obrożę.

Wąski, idealnie gładki pierścień z czernionej stali chirurgicznej był chłodny, ciężki i aksamitny w dotyku. Kciukiem przesuwałam po małym, zintegrowanym z konstrukcją zamku. Ten stalowy okrąg nie był biżuterią. Nie był ozdobą, którą zakłada się do wieczornej sukni, by przyciągnąć wzrok w restauracji przy Długim Targu. Był pieczęcią. Ostatecznym dowodem na to, że kobieta, która pięć miesięcy temu weszła do pracowni Wiktora, przestała istnieć, a na jej miejscu narodził się ktoś zupełnie nowy.

Przymknęłam oczy, dociskając chłodne czoło do szkła. W ciszy luksusowego wnętrza, przerywanej jedynie miarowym szumem klimatyzacji i odległym krzykiem mew nad gdyńskim portem, wspomnienia uderzyły we mnie z siłą potężnej, niekontrolowanej fali.

Zdrada.

To słowo przez długi czas brzmiało w mojej głowie jak wulgarny, natrętny hałas. Bolesny flesz sprzed miesięcy wciąż potrafił błysnąć pod powiekami z ostrością świeżej rany. Duszna, sterylna sala wykładowa na gdańskim AWF-ie, szeptane za moimi plecami uwagi, ukradkowe spojrzenia i wreszcie ten jeden moment, w którym cały mój poukładany, bezpieczny świat rozpadł się na drobne, ostre jak szkło kawałki.

Bartek. Mój narzeczony od ośmiu lat. Człowiek, z którym planowałam przyszłość, kredyt, mieszkanie na Słowackiego i spokojną, mieszczańską egzystencję. I Dagmara – moja rzekoma przyjaciółka z uczelni, z którą dzieliłam pasję do fizjoterapii i godziny spędzone na sali treningowej. Ich potajemny, obrzydliwy romans był jak cios w tył głowy wyprowadzony przez kogoś, komu oddało się całkowite zaufanie.

Pamiętałam ten stan po rozpadzie. Stan całkowitej nekrozy emocjonalnej. Jako instruktorka fitness i studentka AWF-u nawykłam do tego, że nad wszystkim mam kontrolę. Moje ciało było maszyną – silną, wyćwiczoną, elastyczną, zdolną do dźwigania ciężarów i narzucania morderczego tempa na zajęciach. Wydawało mi się, że jeśli napięty mięsień czworoboczny i zarysowane mięśnie brzucha będą wystarczająco twarde, żaden cios z zewnątrz nie zdoła mnie zranić. Budowałam wokół siebie pancerz z wyciskanych sztang, rygorystycznej diety i profesjonalnego uśmiechu.

Jakże potężna była to iluzja.

Gdy Bartek i Dagmara odebrali mi fundament, mój pancerz pękł w ułamku sekundy, obnażając przerażoną, zaszczutą dziewczynę z Lęborka, która pod powierzchnią sukcesu bała się odrzucenia i samotności. Czułam wstręt do własnego ciała. Czułam wstręt do dotyku, do fałszywych słów otuchy i do własnej bezsilności. Poczucie upokorzenia dusiło mnie w gardle przy każdym wdechu. Pamiętam, jak stałam w pustym mieszkaniu przy Słowackiego, patrząc w lustro i nie rozpoznając własnych oczu. Bytowałam w zawieszeniu – pomiędzy złością a całkowitym wyczerpaniem.

I wtedy, gdy wydawało się, że nie ma już drogi ucieczki z tej emocjonalnej klatki, pojawił się Wiktor.

Przesunęłam kciukiem po stalowym zamku obroży, a po moim kręgosłupie przebiegł długi, gęsty dreszcz.

Moje pierwsze wejście w jego świat nie było przemyślaną decyzją naukowca. Było ruchem rozpaczy, aktem dzikiego poszukiwania czegokolwiek, co zagłuszyłoby tępy, rozmyty ból po zdradzie. Zapach pracowni we Wrzeszczu do dziś nosiłam pod powiekami z dokładnością fotograficznego kadru. Stara, odrestaurowana kamienica przy Jaśkowej Dolinie, przyciemnione światło, surowa czerwona cegła, sprężyste oliwkowe maty tatami i ten jedyny w swoim rodzaju, gęsty aromat: żywiczne drewno cedrowe, palone palo santo, olej sezamowy i szorstka, surowa juta.

Wiktor nie oferował mi łatwych pocieszeń. Nie pytał o moje zranione uczucia, nie współczuł mi i nie próbował naprawiać mojego rozbitego ego. Spojrzał na mnie swoimi chłodnymi, szarymi oczami i dostrzegł to, czego nie widział nikt inny – dostrzegł zmęczenie. Zmęczenie byciem silną, zmęczenie ciągłym kontrolowaniem otoczenia i dławieniem własnej natury.

To w jego pracowni po raz pierwszy poczułam na swojej skórze dotyk juty.

Pamiętam pierwsze skrępowanie ramion. Szorstkie włókna wbijające się w ciało, twarde, nienaruszalne węzły zaciągane z chirurgiczną precyzją i jego niski, aksamitny głos komenderujący bezapelacyjnie: _„Wydech, Marleno. Puszczaj”_.

To była moja pierwsza wielka transformacja. Z wyćwiczonej, spiętej instruktorki fitness, która w każdym ruchu szukała oporu i walki, powoli – krok po kroku, sesja po sesji – stawałam się uległą. Odnalazłam w jego rękach coś, czego nie dał mi żaden dotychczasowy związek ani żaden sukces sportowy: bezpieczeństwo. Bezpieczeństwo wynikające z faktu, że cała wolność, cała odpowiedzialność za moje ciało i myśli została przeniesiona na człowieka, który trzymał w dłoniach drugi koniec liny.

Ból, którego tak bardzo bałam się w codziennym życiu – ten głęboki, rozmyty ból emocjonalny – w przestrzeni BDSM został zastąpiony przez ból czysty, sprawiedliwy i natychmiastowy.

Gdy Wiktor prowadził linę wokół moich żeber w ciasnym gorsecie _Kano_, gdy skórzana packa płonęła na moich łopatkach, a bambusowa witka przeorywała mięśnie pośladków ostra, jasną linią gorąca – mój umysł zamilkł. Zniknął AWF, zniknęli Bartek i Dagmara, zniknęły rozpamiętywanie przeszłości i lęk o jutro. Został tylko czysty punkt w czasie. _Tu i teraz_. Układ nerwowy, zalany kaskadą endorfin, noradrenaliny i dopaminy, odnajdywał w tym ogarniającym ciało ogniu uzdrawiający, głęboki reset.

Otworzyłam oczy i spojrzałam na stalową obrożę.

Kulminacją tego procesu – szczytem mojej przemiany w pierwszym tomie – stało się _Suspension_. Zawieszenie.

Pamięć o tym doświadczeniu wciąż wywoływała w dole mojego brzucha faliście pulsujące ciśnienie. Odrywanie stóp od maty tatami, utrata grawitacji – jedynego punktu oparcia, jaki znałam od dziecka – i całkowite powierzenie swojego ciężaru splotom liny jutowej połączonym ze stalowym bloczkiem pod powałą. W powietrzu, bez możliwości manewru, z ramionami spętanymi w _Taka-te Kote_ i klatką piersiową wyeksponowaną na każdy bodziec, osiągnęłam stan absolutnego bezruchu.

To tam, wisząc pod sufitem w ogniu zastygającego wosku pszczelego i kłujących mosiężnych zacisków na piersiach, zrozumiałam, kim naprawdę jestem. Wiktor wszedł we mnie wtedy z bezwzględną, twardą siłą, dyktując tempo mojego oddechu i zatrzymując mój orgazm na samej krawędzi tortury, aż do momentu, gdy jego polecenie wyzwoliło we mnie najpotężniejszą eksplozję rozkoszy w moim życiu.

Stałam się jego rzeźbą. Stał się moim jedynym Architektem.

A potem… potem minęło pięć miesięcy.

Odwróciłam się od okna, spoglądając na przestronny, sterylnie urządzony salon apartamentu w Gdyni. Kamień, szkło, ciemne drewno i minimalizm. Wszystko tutaj było idealne, wyważone i drogie.

Pięć miesięcy temu, po uroczystej kolacji w gdańskiej piwnicy i wręczeniu mi tej właśnie stalowej obroży, ułożyliśmy fundament pod relację dwadzieścia cztery na siedem. Miałam przenieść się do jego przestrzeni, oddać mu pełną kontrolę nad moim czasem, planem dnia i ciałem. Byłam gotowa. Pragnęłam tego z każdą komórką mojego ciała.

Ale życie napisało własny, nieoczekiwany scenariusz.

Wiktor musiał wyjechać. Nagłe, skomplikowane zobowiązania zawodowe i osobiste – o których mówił z właściwym sobie, powściągliwym chłodem – zmusiły go do opuszczenia Polski na czas nieokreślony. Zostawił mnie w Gdyni. Zostawił mnie z opłaconym apartamentem, z kluczami, z nowym stanowiskiem koordynatorki treningów, z obronioną pracą magisterską i z tą obrożą w dłoni.

_„To nie jest porzucenie, Marleno”_ – pamiętałam jego niski głos na lotnisku w Rębiechowie. _„To jest Twój egzamin z dojrzałości. Zostawiam Cię z Twoją nową tożsamością na neutralnym gruncie. Masz nosić moją stal pod ubraniem i udowodnić sobie, że Twoja uległość nie była tylko chwilowym kaprysem pod wpływem mojej obecności. Wrócę, gdy będziesz gotowa na kolejny etap”_.

Zostałam sama.

I przez pierwsze tygodnie ta stalowa obroża noszona pod czarnymi golfami i sportowymi koszulkami dawała mi poczucie dumy. Byłam niewidzialną uległą. Szłam korytarzami AWF-u, prowadziłam maratony fitness, rozmawiałam z władzami uczelni o doktoracie, czując stale delikatny, chłodny nacisk na podstawie szyi. Wiedziałam, do kogo należę.

Ale z biegiem tygodni w mojej duszy zaczęła kiełkować mroczna, nienasycona pustka.

Przesunęłam stalowym kółkiem po dłoni.

Uległość, którą we mnie wyhodował, przestała być pięknym wspomnieniem. Stała się palącym, biologicznym głodem. Ciało, które raz poznało smak pełnej deprawacji sensorycznej, twardego unieruchomienia i bezwzględnej dominacji, nie potrafiło już żyć w sterylnym, bezpiecznym świecie codzienności. Zwykły trening na siłowni nie dawał mi ulgi. Zwykłe sukcesy zawodowe nie przynosiły satysfakcji.

Brakowało mi liny. Brakowało mi twardego głosu wydającego polecenia. Brakowało mi bata, wosku i braku wpływu na własny orgazm.

Siedziałam w luksusowej klatce w Gdyni, z obrożą na szyi, przesycona pożądaniem i bezdenną samotnością. I właśnie wtedy – w tym cichym, matowym poranku nad Bałtykiem – zrozumiałam przerażającą prawdę.

Nie mogłam dłużej czekać w bezruchu na powrót Architekta. Mój układ nerwowy domagał się bodźca z siłą, która zaczynała niszczyć moją samokontrolę. Znałam już drogę do Mroku. I jeśli Wiktor nie mógł mi go teraz dać, musiałam sama wyruszyć na poszukiwanie odpowiedzi w podziemnym, mrocznym świecie Trójmiasta.

Odeszłam od panoramicznego okna i podeszłam do wielkiego, dębowego stołu w części jadalnej. Odłożyłam stalową obrożę na gładki blat. Dźwięk, jaki wydał czerniony metal w kontakcie z drewnem, był krótki, suchy i przejmujący.

Spojrzałam w lustro zawieszone na przeciwległej ścianie. Moje odbicie rzucało wyzwanie nowej codzienności. Miałam na sobie prosty, czarny jedwabny szlafrok, z pod którego wyzierały smukłe, idealnie ukształtowane uda i wyrzeźbione ramiona. Moje ciało było w szczytowej formie biologicznej. Mordercze serie ćwiczeń, codzienne bieganie wzdłuż gdyńskiego klifu w Orłowie i zbalansowana dieta sprawiały, że wyglądałam jak rzeźba.

Ale pod tą atletyczną, perfekcyjną powłoką kryła się nienasycona, rosnąca w siłę pustka.

Na uczelni i w pracy byłam okazem profesjonalizmu. Trzy tygodnie temu oficjalnie odebrałam dyplom magistra AWF-u z wyróżnieniem, a profesor Jasiński złożył już w dziekanacie papier o przyznanie mi grantu doktorskiego. W sieciowych klubach fitness w Gdańsku i Gdyni moje nazwisko działało jak magnes. Koordynowałam pracę dwudziestu trenerów personalnych, układałam plany fizjoterapeutyczne i narzucałam tempo, przy którym spoceni mężczyźni i ambitne kobiety opadali z sił na parkiet. Gdy poprawiałam mikroport i wydawałam krótkie, twarde komendy na sali, wszyscy widzieli we mnie ikonę sukcesu.

Nikt nie miał pojęcia, że pod czarną koszulką techniczną, tuż nad obojczykami, noszę odciśniętą w pamięci tkankowej twardą obręcz Wiktora. Nikt nie wiedział, że w chwili, gdy zamykałam za sobą drzwi apartamentu w Gdyni, cała ta wyreżyserowana siła odpływała ze mnie w ułamku sekundy, ustępując miejsca skrajnej, obezwładniającej chęci poddania.

Brakowało mi go z siłą, która zaczynała przypominać fizyczną chorobę.

Jego wyjazd do Frankfurtu, a potem do Londynu miał potrwać miesiąc, może sześć tygodni. Dziś mijał piąty miesiąc. Nasze kontakty ograniczały się do krótkich, oszczędnych w słowach wiadomości na zaszyfrowanym komunikatorze.

_„Jak Twój oddech, Marleno?”_

_„Czy czujesz chłód stali pod ubraniem?”_

_„Trzymaj strukturę. Cierpliwość jest pierwszą cnotą uległej”_.

Odpisywałam posłusznie: _„Trzymam strukturę, Wiktorze”_. Ale były to kłamstwa.

Moja struktura pękała. Bez jego fizycznej obecności, bez szorstkości juty wżerającej się w moją skórę, bez twardych ciosów bambusowej witki na pośladkach i bez tego absolutnego, potężnego orgazmu osiąganego pod jego dyktando, zaczęłam szukać zastępczych bodźców.

Próbowałam sama. Wchodziłam do sypialni, zasłaniałam rolety i próbowałam odtworzyć tamte sesje. Sama wiązałam swoje nadgarstki i uda elastycznymi taśmami medycznymi, zakładałam na piersi mosiężne zaciski, które od niego dostałam, i odpalałam woskowe świece. Kładłam się naga na chłodnej podłodze, zaciskając palce na łechtaczce i próbując przywołać w pamięci jego niski, aksamitny głos.

To było niczym. Było mdłe, żałosne i po prostu bezużyteczne.

Anatomia i neurobiologia, których uczyłam się na AWF-ie, nie pozostawiały złudzeń. Mój mózg doskonale wiedział, że dłoń, która zadaje ból lub pociąga za zacisk, należy do mnie samej. Nie było w tym czynnika całkowitego zaskoczenia, nie było nieodwołalności ani najważniejszego elementu układanki: oddania wolności drugiemu człowiekowi. Sama sobie nie mogłam odebrać wolnej woli. Samo-wiązanie było jedynie pustym, mechanicznym ćwiczeniem, które zostawiało mnie jeszcze bardziej wściekłą, spoconą i nienasyconą.

Przeszłam do kuchni i nalałam sobie szklankę zimnej wody mineralnej. Słony wiatr za okna uderzył w szybę z głośniejszym świstem.

Moja myśl uciekła w stronę mrocznej podświadomości. W ciągu ostatnich dwóch tygodni zaczęłam robić coś, o czym jeszcze pół roku temu nawet bym nie pomyślała. Zaczęłam przeczesywać podziemne fora internetowe. Zabezpieczone, szyfrowane portale, na których ludzie z Trójmiasta i całego Pomorza umawiali się na nieoficjalne, dyskretne spotkania BDSM.

Świat, który tam odkryłam, niewiele miał wspólnego z dystyngowaną, profesjonalną i sterylną pracownią Wiktora przy Jaśkowej Dolinie. Wiktor traktował bondage i dominację jak sztukę, jak architekturę żywego ciała i wyższy poziom neurobiologicznego dostrojenia. Na podziemnych forach panował zupełnie inny klimat.

Było tam mrocznie, duszno i dziko. Przeglądałam zdjęcia z prywatnych lochów w Gdańsku, opisy sesji odbywających się w starych fortach w Gdyni i ogłoszenia ludzi, dla których BDSM nie było sztuką, lecz bezwzględną, brutalną ekspresją pragnień. Widziałam zdjęcia ciężkiego sprzętu, haków podwieszeniowych, masek deprawacyjnych i gorsetów z grubej, surowej skóry.

Pierwszą reakcją mojego wykształconego umysłu był opór i niepokój. Wiktor ostrzegał mnie przed wchodzeniem w przypadkowe środowiska bez jego nadzoru. _„Większość ludzi w tej subkulturze szuka jedynie szkodliwej ucieczki od własnych kompleksów albo bezmyślnej przemocy”_ – mówił.

Ale pod tym oporem, w głębi mojej miednicy, pulsowało zupełnie inne uczucie. Dzikie, mroczne zaciekawienie.

Moje ciało nie chciało już prelekcji o neurobiologii. Moje ciało domagało się twardej, bezkompromisowej ręki. Chciałam sprawdzić, co znajduje się za zasłoną, którą Wiktor odsłonił dla mnie tylko do połowy. Chciałam przekonać się, jak moje spętane, silne ciało zareaguje na bodźce pochodzące z tego mroczniejszego, pozbawionego savoir-vivre świata.

Podeszłam do komody w korytarzu. Wygładziłam dłonią czarny materiał płaszcza, który wisiał na wieszaku, i wyciągnęłam z szuflady mały, zabezpieczony hasłem telefon.

Na ekranie widniała nieprzeczytana wiadomość od użytkownika o pseudonimie _Erebus_ – jednego z organizatorów prywatnych, zamkniętych wieczorów w podziemnym klubie w gdańskiej Oliwie.

_„Dyskretne spotkanie w ten piątek. Tylko wyselekcjonowani ludzie ze sceny Trójmiasta. Żadnych przypadkowych osób, pełne zasady SSC na wejściu, ale poziom bodźców wysoki. Szukamy nowych, uformowanych uległych. Jesteś zainteresowana, Marleno?”_

Moje palce zawisły nad szklanym ekranem. Tętno skoczyło w górę, a w ustach poczułam znany, metaliczny smak przyspieszonej adrenaliny.

Gdybym odpisała „tak”, powrót do cichej roli „grzecznej dziewczyny Wiktora” stałby się niemożliwy. Złamałabym jego wyraźny zakaz. Weszłabym na teren, na którym nie było gwarancji profesjonalizmu, jaki dawała mi jego pracownia.

Ale z drugiej strony… byłam głodna. Byłam tak potwornie, biologicznie głodna bolesnego oczyszczenia, że rozsądek zaczął przegrywać z czystym instynktem przetrwania mojej nowej tożsamości.

Przesunęłam kciuk po ekranie i wpisałam jednolitą, krótką odpowiedź:

_„Będę w piątek. Podaj adres i zasady wejścia”_.

Wiadomość poszła w sieć, a ciemny ekran telefonu zgasł z cichym kliknięciem. Przez moment w salonie panowała bezwzględna, głęboka cisza, przerywana jedynie miarowym szumem Bałtyku za panoramiczną szybą. Poczucie wirtualnego przekroczenia granicy rozlało się po moim ciele gorącą, natychmiastową falą. Zrobiłam to. Złamałam podstawową, niewypowiedzianą zasadę Wiktora – zasadę absolutnej wyłączności i cierpliwego czekania na jego powrót.

Podeszłam do wielkiego lustra w przedpokoju i zrzuciłam jedwabny szlafrok.

Stawałam naga w chłodnym, porannym cieniu. Moje spojrzenie powoli taksowało własne ciało – ciało, które przeszło morderczą ewolucję. Fizycznie byłam w życiowej formie. Długie, gładkie nogi z idealnie zarysowanym mięśniem czworogłowym, twardy, wyrzeźbiony brzuch i mocne, elastyczne ramiona. Każdy centymetr mojej skóry był czysty, zdrowy, sprężysty. Ale w moich oczach – w tych samych oczach, w których dawniej krył się lęk przed oceną Bartka czy zawiścią Dagmary – panowała teraz chłodna, głęboka drapieżność.

Dziewczyna z Lęborka nie żyła od dawna. Została pogrzebana na oliwkowej macie w pracowni przy Jaśkowej Dolinie, pod ciosami bambusowych witek i w ciśnieniu liny nośnej podczas _Suspension_.

Szybkim ruchem sięgnęłam na stół po stalową obrożę. Uniosłam dłonie, odchyliłam lekko głowę i przyłożyłam chłodny pierścień do podstawy szyi. Dyskretny, precyzyjny mechanizm zamknął się z cichym, metalicznym kliknięciem.

Stal natychmiast wbiła się delikatnie w moją skórę, przyjmując ciepło mojego ciała. Ten noszony pod ubraniem symbol uległości nie był już dla mnie przypomnieniem o Wiktorze. Stawał się moją własną, osobistą kotwicą. Przypominał mi, kim jestem, gdy zdejmuję maskę profesjonalnej instruktorki i ambitnej doktorantki AWF-u.

Przez kolejne dni – od wtorku do piątkowego wieczoru – żyłam w stanie podwyższonego napięcia neurobiologicznego.

Prowadząc zajęcia na siłowni we Wrzeszczu, łapałam się na tym, że myśli uciekają mi w stronę nadchodzącego spotkania. Kiedy kazałam podopiecznym dokonywać kolejnych powtórzeń w martwym ciągu, mój umysł krążył wokół obrazów podziemnego klubu w Oliwie. Czy _Erebus_ i jego ludzie okażą się brutalnymi amatorami? Czy odnajdę tam czysty, nienaruszalny bodziec, którego tak potwornie pragnęłam? A może to wszystko okaże się jedynie tanią, wulgarną imitacją sztuki, której nauczył mnie Wiktor?

Piątkowy wieczór nadszedł z mroźnym, gęstym deszczem niosącym się od Zatoki.

O dwudziestej pierwszej stałam w sypialni, przygotowując się do wyjścia. Nie zrezygnowałam z elegancji. Włożyłam czarną, przylegającą do ciała sukienkę z wysokim stójkowym kołnierzem, który całkowicie maskował stalową obrożę na mojej szyi. Na to narzuciłam ciężki, skórzany płaszcz i czarne, sznurowane botki na grubym obcasie. Mój makijaż był minimalistyczny, surowy – mocno podkreślone oczy i blada cera.

Wyszłam z apartamentu, zeszłam do podziemnego garażu i wsiadłam do samochodu.

Trasa z Gdyni do gdańskiej Oliwy upłynęła mi w absolutnym milczeniu. Wyłączyłam radio. Słuchałam jedynie szumu opon na mokrym asfalcie i miarowego stuku wycieraczek zgarniających deszcz z przedniej szyby. Każdy kilometr zbliżający mnie do celu wzmagał we mnie podskórny, drapieżny apetyt.

Ulica w Oliwie, pod podany przez _Erebusa_ adres, była ciemna, cicha i spowita gęstą mgłą znad lasów oliwskich. Stare, pofabryczne budynki i opuszczone magazyny z czerwonej cegły wyglądały jak wyjęte z innego świata. Żadnych szyldów, żadnych jaskrawych świateł.

Zaparkowałam w cieniu wielkiego kasztanowca i zgasiłam silnik.

Zabrałam torebkę, w której miałam tylko telefon i klucze, po czym wyszłam na chłodne, wilgotne powietrze. Moje botki głośno stukały o dziurawy wjazd na podwórze. Podeszłam do ciężkich, żelaznych drzwi w głębi podwórza, nad którymi paliła się jedna, słaba żarówka w drucianej koszyczku.

Pukałam dokładnie według instrukcji: trzy szybkie, dwa wolne uderzenia.

Zza drzwi dobiegł zgrzyt przesuwanego rygla. Ciężkie skrzydło uchyliło się powoli, wyzwalając na zewnątrz strumień dusznego, gorącego powietrza przesiąkniętego zapachami, które natychmiast uderzyły w moje nozdrza: skóra, pot, palona szałwia, rdzawa nuta metalu i głęboki, znajomy aromat juty.

W progu stał wysoki, potężnie zbudowany mężczyzna w czarnej, skórzanej masce zasłaniającej całą twarz z wyjątkiem oczu. Jego szare, świdrujące spojrzenie przesunęło się po mojej sylwetce.

– Marlena? – zapytał niskim, chropowatym głosem.

– Marlena – odparłam twardo, nie opuszczając wzroku.

Przesunął się na bok, robiąc mi miejsce.

– Wejdź. Drzwi zamknięte, zasady SSC obowiązują na całym terenie. Dzisiaj nie ma miękkiej gry.

Przekroczyłam próg. Żelazne drzwi zatrzasnęły się za moimi plecami z głuchym, nieodwołalnym łomotem, a zgrzyt rygla odciął mnie od bezpiecznego, deszczowego świata gdańskiej nocy.

Przeszłam przez długi, mroczny korytarz wyłożony surową cegłą, z którego schodziło się w dół, do podziemi. Z każdym krokiem słyszałam narastający dźwięk: basowe, głębokie rytmy muzyki industrialnej, ciche jęki, świst skórzanych pejczy uderzających o ciało i miarowy, ciężki oddech ludzkich skupisk.

Zeszłam po kamiennych schodach i weszłam do głównej sali.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij