Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Ulice, które pamiętały wojnę - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
4249 pkt
punktów Virtualo

Ulice, które pamiętały wojnę - ebook

Wojna odebrała Apolonii wszystko – dom, przyjaciółki i poczucie bezpieczeństwa. Razem z matką i młodszą siostrą trafia do okupowanej Łodzi, gdzie codzienność staje się nieustanną walką o przetrwanie, a drobne radości są prawdziwymi skarbami.
Pewnego dnia podczas podróży poznaje Julka – chłopaka, który staje się jej ostoją i pierwszą prawdziwą miłością. Gdy Julek nagle znika, Apolonia musi odnaleźć w sobie siłę, by zacząć życie od nowa.
Na jej drodze pojawiają się również kobiety pełne pasji i charakteru: szalona Stefania nie-Poniatowska, Chuda Edka, której życie nie szczędziło trudów, oraz sprytna Felusiowa, twarda z pozoru, a o miękkim sercu. Każda z nich wnosi coś wyjątkowego do życia Apolonii, a wszystkie łączy jedna cecha – niezwykła siła, dzięki której można przetrwać nawet w najtrudniejszych czasach.

To opowieść o stracie i miłości, o przyjaźni, odwadze i nadziei, która potrafi rozkwitnąć nawet w cieniu wojny.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8441-180-3

FRAGMENT KSIĄŻKI

KRYSZTAŁOWA SALATERKA

Tegoroczny sierpień był wyjątkowo burzowy. Niemal cała niedziela upłynęła pod znakiem deszczu. A przez wszechobecną szarość za oknem szybciej zaczęła doskwierać myśl, że jutro znowu poniedziałek. Nikt nie lubi tego dnia. To już chyba ogólnospołeczna przypadłość. Tym bardziej żal było niewykorzystanej niedzieli. Ani na rower, ani na spacer. Dopiero po siedemnastej pojawił się błękit. I wyjrzało słońce. Pomyślałam, że dzień wciąż nie jest tak całkiem stracony. A moja radość była jeszcze większa, gdy zadzwoniła Agata.

Znamy się od szkoły podstawowej. Śmiało mogę powiedzieć, że szmat czasu, bo obie zaliczamy się do pokolenia czterdzieści plus. Obydwie mieszkałyśmy na Osiedlu Asnyka – jednym z większych kaliskich blokowisk, zbudowanym z tak nielubianej wielkiej płyty, co jednak nie przeszkadzało nam w przeżyciu szczęśliwego dzieciństwa. Utrzymujemy stały kontakt, jednak ostatnio nie widziałyśmy się przez kilka tygodni, ponieważ Agata i jej mąż byli zajęci przeprowadzką. Kupili nieduży dom za miastem. Potem ona pojechała na parę dni do siostry, która mieszka w Krakowie. A mąż został, żeby dopilnować ekipy remontowej. Prace wykończeniowe na poddaszu trochę się przeciągnęły. Tydzień temu napisała do mnie esemesa, z Krakowa, że niedługo się zobaczymy. Przysłała kilka zdjęć. I cisza. Aż do tej sierpniowej niedzieli. Umówiłyśmy się na kawę i pogaduchy. I nie na jutro czy na pojutrze. Umówiłyśmy się na już! Wsiadłam na rower i pojechałam do niej. Zajęło mi to pół godziny. Mieszkam na końcu miasta, więc widoki po drodze miałam piękne. Łąki, pola i las na horyzoncie. Wokół unosił się przyjemny zapach trawy zroszonej deszczem. W przydrożnych bajorkach rechotały żaby. A od lasu dobiegało charakterystyczne stukanie dzięcioła w pień drzewa. Czegóż chcieć więcej? Tym bardziej, że od poniedziałku do piątku siedzę przed komputerem i wpisuję setki dokumentów do systemu. Co zrobić, taka praca…

Wjechałam na szosę. Już z daleka dostrzegłam Agatę stojącą przed posesją. Przywitałyśmy się serdecznie, z głębi garażu zaś doleciało do mnie: Cześć! Po chwili mąż Agaty wychylił głowę. Nie dołączył do nas. Obiecał jej, że uporządkuje rzeczy w środku. Brzmi niewiarygodnie, ale może będzie pierwszym facetem, któremu to się uda.

Zauważyłam, że dom jest stylizowany na dworek. Ceglasta dachówka, biała elewacja i dwie kolumny przed wejściem.

Udałyśmy się na ganek.

– Bardzo ładnie tutaj macie – stwierdziłam, doceniając uroki życia za miastem. A zwłaszcza możliwość wypicia porannej kawy z widokiem na łąkę.

– Tak. Sarny, bociany… Ale przy domu wszystko jest jeszcze w proszku. Nawet ogródka nie ma – powiedziała Agata z umiarkowanym entuzjazmem. I zaraz dodała, że furtka się nie domyka. Dlatego na noc muszą posiłkować się łańcuchem i kłódką. Tak jak zamyka się teren, na którym są magazyny albo komis samochodowy. Wyglądało to groteskowo, biorąc pod uwagę fakt, że z lewej strony i z tyłu posesja w ogóle nie była ogrodzona. Z prawej natomiast widniał stary betonowy płot sąsiadów. I ten zmurszały beton ostro kontrastował z bielą nowego domu.

– Posadzę tuje, to nie będzie widać tego ogrodzenia – zapowiedziała Agata. I zaprosiła mnie do salonu. Przyniosła filiżanki z kawą, usiadłyśmy przy ławie. Moją uwagę od razu przyciągnęła kryształowa salaterka, która stała na środku, okrągła i nieduża. Jej podstawa z powodzeniem zmieściłaby się na dłoni. Podobną pamiętam z dzieciństwa, gdy spędzałam wakacje u babci. Odruchowo zerknęłam do środka i dostrzegłam kilka orzeszków ziemnych.

– Muszę dosypać. – Agata też zajrzała do salaterki. – Coś mało zostało. Chyba rozgościł się tutaj mój małżonek – zaśmiała się.

– Nie, nie. Nie chodzi mi o orzeszki. – Powstrzymałam ją, żeby nie szła do kuchni. Byłam ciekawa, co jest wygrawerowane na dnie spodka. Wyjaśniłam Agacie, że moja babcia miała prawie taką samą kryształową salaterkę. Jeszcze przedwojenną, a na dnie był wygrawerowany duży kwiatek. Kształtem przypominał stokrotkę.

– Niestety, moja salaterka nie ma stokrotki. Tylko orzeszki ziemne. – Agata uśmiechnęła się i wzięła kryształ do ręki. – Kupiłam ją w Krakowie, na pchlim targu. – Obróciła miseczkę, przyglądając jej się uważnie. – Ale ta na pewno nie jest taka stara. A szkoda… – powiedziała z nutką żalu. – Stare przedmioty mają swoją historię. Czasem niezwykłą. I mają duszę…

Postawiła salaterkę z powrotem na ławie. Potem opowiadała o Krakowie. Za każdym razem zachwyca się tym miastem od nowa. Na koniec wyznała, że wolałaby tam jeszcze zostać. Nawet tylko po to, by pić popołudniową kawę w jakiejś urokliwej krakowskiej kawiarni.

– Ale nic z tego. Trzeba zająć się urządzaniem domu, ogrodu. No i płot chcemy zamówić, żeby zdążyć przed zimą. Na razie mamy trochę wybrakowany. I taka to rzeczywistość. Zapracowana. – Znowu westchnęła. Tym razem głośniej.

W pewnym momencie dostrzegłam za oknem drepczące kury. Uniosłam brwi, zdumiona ich obecnością przy domu z kolumnami, po czym spojrzałam pytająco na Agatę. Najpierw wybuchła śmiechem. A po chwili wytłumaczyła mi, że takie są skutki, gdy ogrodzenie jest tylko częściowe. Okazało się, że na ich posesję nieustannie wchodzą kury sąsiadów. Agata z początku je przeganiała, ale zaprzestała. A to dlatego, że pojawił się pewien plus tej kurzej turystyki. Otóż Agata odkryła, że kury upodobały sobie piasek koło garażu i znoszą tam jajka.

– Już parę razy jedliśmy jajecznicę ze świeżych jaj. Od nie naszych kur – wyznała z rozbrajającą szczerością. – A takie smaczne jajka są tylko od szczęśliwych kur – dodała, unosząc wskazujący palec.

Trudno się było z tym nie zgodzić. Szczęśliwe kury chodzą, gdzie chcą. I jajka znoszą, gdzie popadnie.

***

W drodze powrotnej myślałam o przedwojennej salaterce. Była nieodłącznym elementem pokoju gościnnego w domu babci. Na wsi nie używało się określenia salon. Pamiętam, że gdy przez okno wpadało słońce, kryształowa salaterka mieniła się wszystkimi kolorami. Wpatrywałam się w nią z dziecięcym zachwytem. Była wykonana z grubego szkła. Dookoła miała wygrawerowany wzór w drobne kwiaty. A jej brzeg przypominał falbankę. Dla mnie była niezwykła, choć wtedy jeszcze nie wiedziałam, że pochodzi z przedwojnia. Babcia wsypywała do naczynia anyżowe landrynki, które przywoziła z pobliskiego miasteczka, z Sulejowa. Przez to zawsze w pokoju gościnnym unosił się anyżowy zapach. Dziś wiem, że ta kryształowa salaterka nie była w naszej rodzinie od pokoleń. Jako dziecko nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Po prostu zjadałam cukierki, które się w niej znajdowały. Dopiero gdy byłam nastolatką, uświadomiłam sobie, że ta salaterka jest już u babci tyle lat. Wtedy miałam na myśli, że całe moje dzieciństwo, czym rozbawiłam babcię. I jednocześnie sprawiłam, że powróciła wspomnieniami do momentu, w którym znalazła kryształ. Zdumiałam się, bo byłam przekonana, że kupiła go na jarmarku albo w sklepie. Jego historia jednak wiązała się z wojenną zawieruchą.

Babcia opowiedziała mi, że wraz z młodszą siostrą i z matką przebywały u krewnej w Łodzi. Krewna miała na imię Irena i była chrzestną mojej babci. I właśnie w tym mieście zastał je dzień wyzwolenia, choć to jeszcze nie był koniec wojny. W styczniu 1945 roku do Łodzi wjechały radzieckie czołgi. Były też naloty. Niemcy opornie, ale zaczęli wycofywać się z miasta. Potem z tułaczki wracali mieszkańcy. A one, wręcz przeciwnie, chciały się stamtąd wydostać i wrócić do rodzinnego Sulejowa. Choć nie wiedziały, czy mają do czego wracać. Tęskniły za swoimi stronami. Stara prawda głosi, że gdziekolwiek człowiek jest, dom zawsze nosi w sercu. I ciągnie go, by tam powrócić.

U Ireny nie miały źle. Gdyby nie brać pod uwagę faktu, że Łódź została włączona do III Rzeszy. Nazwę miasta Niemcy zmienili na Litzmannstadt. A wszechobecne niemieckie napisy i szerzący się terror napawały przerażeniem. Irena mieszkała w kamienicy przy ulicy Grabowej, na drugim piętrze. Lokum było w miarę przestronne i jasne. Duża kuchnia i spory pokój. Wystarczyło miejsca dla nich czterech. Na początku wojny zarabiały na życie, szyjąc sukienki i spódnice. Irena i matka mojej babci parały się krawiectwem już przed wojną. Zmusiła je do tego sytuacja życiowa, obie były wdowami. Irena posiadała maszynę do szycia, więc nie musiały wszystkiego wykonywać ręcznie. Czasem zamiast pieniędzy dostawały żywność. Głównie chleb, kartofle i słoninę. Dwa razy zdarzyło im się uzyskać dużo więcej na tym handlu wymiennym. Otrzymały kiełbasę i herbatę. I sacharynę, żeby osłodzić herbatę. Cieszyły się wtedy, że zrobiły interes życia. Na warunki wojenne to było coś. Pracy im nie brakowało, bo Niemcy zakazali Polakom korzystać z punktów krawieckich. Jednak szybko wyczerpały się zapasy nici i tkanin, które miała Irena. Klientkom również skończyły się materiały kupione jeszcze przed okupacją. Nie było gdzie się zaopatrzyć, ponieważ Niemcy zajęli fabryki, zagrabili tkaniny. Nawet nici nie było, bo zbombardowali manufaktury. A im dłużej trwała wojna, tym mniej klientek było stać na taki luksus jak uszycie nowej sukienki. Irena i matka mojej babci naprawiały więc starą odzież; cerowały dziury, naszywały łaty. Co gorsze, w Łodzi coraz trudniej było o chleb i inne podstawowe produkty. Ludziom zaglądał głód do oczu. Najczęstszym posiłkiem były kartofle i cebula. A długo wyczekiwany dzień zakończenia wojny nie sprawił, że jedzenia było więcej.

W ostatnim tygodniu marca czterdziestego piątego roku moja babcia wraz z matką poszły poszukać desek na opał. W domu miały kartofle, nie było jednak czym napalić pod kuchnią, żeby je ugotować. Na zdewastowanym podwórzu jednej z mijanych kamienic znalazły połamane krzesło. Wzięły drewniane nogi i oparcie. Moja prababcia już chciała opuścić to podwórze. Było tam strasznie pusto i bardzo nieprzyjemnie. We wszystkich oknach wybito szyby. Wcześniej w tym miejscu kupowano nielegalnie słoninę przywożoną ze wsi, a także rąbankę, czasem kiełbasę. Jednak Niemcy wykryli tę kontrabandę, zabrali towar, ludzi zaś, którzy się tym zajmowali, zawieźli na gestapo.

– Zaczekaj – powiedziała moja babcia do matki.

Pod schodami, przy komórkach, dostrzegła ciemny kredens. Stał przekrzywiony na bok. Podeszły obie w nadziei, że może znajdą na półce coś do jedzenia. Niestety, w kredensie były tylko potłuczone talerze. Wyjęły więc z niego drewniane półki, żeby mieć czym palić pod kuchnią. I wtedy moja babcia zauważyła, że na samym dnie mebla, w rogu, coś błyszczy. Wydobyła ze środka kryształową salaterkę. O dziwo, była cała, nawet niewyszczerbiona. Wyglądała niesamowicie pośród tego zdewastowanego podwórza. Babcia pomyślała, że to dar od losu. Prezent urodzinowy. Tego dnia kończyła dwadzieścia lat. Z radości łzy zakręciły jej się w oczach. Ta kryształowa salaterka wydała jej się nie tyle cenna, co piękna. Przez długi czas wojennej zawieruchy nie miała w ręku tak ładnego przedmiotu.

– Zostaw tę salaterkę! I pomóż mi z deskami – usłyszała gniewny ton matki.

– Weźmy ją. Zobacz, jaka ładna… – Pokazała matce, trzymając salaterkę oburącz, żeby jej przypadkiem nie upuścić.

– Szkło będziesz jadła? – zapytała moja prababcia, w ogóle nie spojrzawszy w stronę córki. Zajęta była układaniem desek w stos. Potem związała je sznurkiem. Tak było wygodniej nieść. Moja babcia jednak nie odłożyła kryształowej salaterki. Zdjęła sweter i zawinęła w niego naczynie, po czym zawiązała na supeł rękawy. Tak zrobiony węzełek trzymała w jednej ręce, a w drugą wzięła deskę. Jedną deskę, ale za to długą. Z troski o salaterkę nie brała więcej, żeby nie stłuc naczynia.

– Żebyś się nie przedźwigała – syknęła do niej matka. Wiedziała, że mimo jej sprzeciwu córka niesie kryształowe cacko. Moja babcia od najmłodszych lat była uparta. Może stąd czerpała siłę, która pozwoliła jej przetrwać wojenną zawieruchę.

Potem, już u chrzestnej w mieszkaniu, postawiła naczynie na stole. Przy oknie. Pięknie odbijało się w nim słońce. Babcia usiadła na krześle, podparła dłońmi głowę. I patrzyła na to kryształowe cudo z zachwytem małego dziecka, mimo że już była dwudziestolatką.

– Gapi się w to szkło jak sroka, zamiast pomóc kartofle obierać – zrzędziła jej matka, siedząc z Ireną przy kuchni kaflowej.

– Daj dziewczynie spokój. Dwie jesteśmy, to obierzemy. – Chrzestna Irena próbowała załagodzić napiętą atmosferę. Poza tym była zdania, że za tę kryształową miseczkę, w ramach wymiany, może uda im się uzyskać coś do jedzenia. O sprzedaży raczej nie myślała, bo ludzie nie mieli pieniędzy.

– Za darmo tego nikt nie weźmie. Na co komu teraz takie szkło? Ani domu, ani stołu… Co z tym robić? – mruczała pod nosem matka mojej babci, obierając kartofle. I paradoksalnie ten jej pesymizm ucieszył moją babcię. Nie zamierzała nikomu oddawać tej salaterki. A gdy sobie coś postanowiła, to zawsze się tego trzymała.

***

W pierwszym tygodniu czerwca opuściły Łódź. Może zwlekałyby z tym do wakacji, ale zmieniła się sytuacja mieszkaniowa. Brat Ireny wrócił z wojennej tułaczki wraz z żoną i trójką dzieci. Przybyło więc dodatkowych pięć osób. Ciężko doświadczona rodzina wymagała troski, zwłaszcza on. Przymusowe roboty, na które został wywieziony w głąb III Rzeszy, zniszczyły mu zdrowie. Nieodwracalnie. Chrzestna Irena udostępniła im pokój. Teraz kuchnię zajmowały we cztery. Zrobiło się bardzo ciasno. Poza tym to, co udało im się zdobyć do jedzenia, dzieliły na mniejsze porcje, żeby wystarczyło dla wszystkich domowników. Moja prababcia podjęła decyzję o wyjeździe z Łodzi. Miały jedną niedużą walizkę, przewiązaną paskiem, żeby się nie otworzyła podczas podróży. I tobołek z pościelą od chrzestnej. A moja babcia niosła swój węzełek zrobiony ze swetra, w którym była kryształowa salaterka. Znajomy kolejarz zapewnił im transport wagonem towarowym. Irena robiła dla jego żony przeróbki krawieckie. Nieraz nawet nie brała pieniędzy, dlatego tym chętniej się odwdzięczył.

Pociąg wyjeżdżał o świcie, więc były na stacji jeszcze przed wschodem słońca. Moją babcię zdziwił fakt, że w wagonach są ule. Na szczęście nie było w nich pszczół.

– Wyglądało to trochę bajkowo. Mnóstwo małych drewnianych domków – wspominała z lekkim uśmiechem.

Ten znajomy kolejarz powiedział im, że ule pochodzą z wielu pasiek, dlatego jest ich aż tyle. A zabrano je z majątków ziemskich, w których przez okres wojny bezprawnie rezydowali niemieccy gospodarze. Większość z nich potem uciekała w popłochu przed wojskami wyzwalającymi okupowane tereny.

– Wsiadłyśmy do wagonu. Kolejarz życzył nam bezpiecznej podróży. Był dla nas bardzo miły. Chociaż mało się uśmiechał. Czas był taki… – Babcia przypomniała sobie tamten moment. On też wiedział, że jadą w nieznane, choć wracały w swoje rodzinne strony. Na tym polegał wojenny paradoks. – Zaraz za stacją pociąg niespodziewanie się zatrzymał – opowiadała babcia. – Pod drzewami stali jacyś ludzie. Mieli rannego na noszach. Podbiegli do któregoś z ostatnich wagonów. To był krótki postój… Wrócili pod drzewa, ale już bez noszy. Po chwili pociąg jechał dalej.

– A gdy już wysiadałyście, to ktoś czekał na tego rannego? – zapytałam, lecz tylko wzruszyła ramionami. Wtedy myślała jedynie o tym, że wracają do rodzinnego miasteczka. Wiedziała, że każda godzina drogi przybliża je do stron, w których spędziła większość dzieciństwa. Dobrego dzieciństwa.

– Czułam się taka jakaś… kołowata. Nie umiem tego nazwać. Tyle różnych emocji we mnie było… Momentami to nawet nie rozumiałam, co matka do mnie mówi – przyznała szczerze babcia. A poza tym starała się pamiętać, że niesie szklaną salaterkę. Nie wybaczyłaby sobie, gdyby ją stłukła na półmetku powrotu do domu.

– A dużo było miejsca dla was w tym wagonie? Czy musiałyście się wciskać między ule? – dopytywałam o warunki podróży.

– Było miejsce. Ja i moja matka siedziałyśmy na tobołku, oparte plecami o ścianę wagonu – odparła babcia. – A moja młodsza siostra weszła do jednego drewnianego domku. I udawała pszczołę. Bzyczała i machała łokciami – zaśmiała się, po chwili jednak spoważniała.

Okazało się, że pomimo całej serdeczności okazanej im przez kolejarza podróż nie przebiegła spokojnie. Po ponad godzinie jazdy usłyszały strzały. Pociąg zaczął hamować. Przy torach stał łazik, a w nim siedzieli czerwonoarmiści. Trzech, może czterech… Moja babcia widziała przez szpary w deskach wagonu, że są pijani. Jeden w ogóle nie wysiadł z łazika, pewnie nie był w stanie. W ręku trzymał butelkę z samogonem i popijał z niej co chwilę. Najpierw strzelali w powietrze. A potem albo trafili w szyny, albo w samą lokomotywę, bo słychać było metaliczne odgłosy. I tą serią zmusili maszynistę do zatrzymania składu. Babcia wspominała, że bardzo się bały.

Okropne historie krążyły o czerwonoarmistach. I nie były wyssane z palca. Młodsza siostra mojej babci cała schowała się w ulu, a ona wraz z mamą dwie położyły się na podłodze wagonu. Siostra babci zaczęła płakać. Uciszały ją syknięciami i nasłuchiwały, co się dzieje na zewnątrz. Maszynista zachował zimną krew. Zapewne w okresie okupacji doświadczył niejednej takiej sytuacji. Wysiadł z lokomotywy i zagadał coś po rosyjsku. Czerwonoarmiści wrzeszczeli, żeby otworzył wagony. Chcieli zobaczyć, co przewozi. Maszynista, wedle rozkazu, otworzył pierwszy wagon. I od razu się odsunął, mówiąc, że wiezie ule.

– Odskoczyli jak poparzeni. I krzyczeli: Zamykaj! Zamykaj! – To wspomnienie zawsze wywoływało uśmiech na twarzy babci. – Przechytrzył ich. – Kręciła głową, pełna podziwu dla maszynisty.

Czerwonoarmiści wsiedli do łazika. Odjechali. Pociąg ruszył. Dalsza podróż upłynęła już bez niemiłych niespodzianek.

– Jechałyśmy koleją, a później furmanką – opowiadała babcia.

Zabrał ich przypadkowo napotkany woźnica. Poprosiły, aby podwiózł je do szosy. Pomógł im wsiąść na wóz. I nawet wyręczył matkę mojej babci, kładąc walizkę na deski wozu.

– Panienka da ten węzełek, wrzucę na górę – zwrócił się do mojej babci.

– Nie, nie. Nie trzeba – zaprotestowała, ale z uśmiechem. W tym węzełku miała kryształową salaterkę, więc sformułowanie „wrzucę” w ogóle nie wchodziło tu w grę.

Woźnica był starszym, dość gadatliwym człowiekiem. Mówił o partyzantach, którzy walczyli w pobliskich lasach, zadając Niemcom duże straty.

– Ale sami też krwi wylali… – westchnął głośno. – Tylu naszych tu zginęło… W tych lasach ich grzebaliśmy… Człowieka aż w sercu ściska, tyle mogił… – opowiadał, gdy jechali drogą przez las. – U mnie we wsi same wdowy, gospodarzyć nie ma kto – kontynuował swój monolog.

Moją babcię trochę drażniła ta jego gadatliwość. Myślami już była w rodzinnym miasteczku. W jej głowie kłębiły się dziesiątki pytań. Czy ich dom ocalał? Czy jeszcze zobaczą krewnych? Czy spotkają sąsiadów z podwórza? Czy wszystkim udało się przeżyć? A im bliżej było do szosy, tym więcej emocji w niej się budziło.

– Wracałam w rodzinne strony, ale bałam się cieszyć – wyznała szczerze babcia. I zaraz przypomniał jej się charakterystyczny odgłos, jaki usłyszały. Odgłos, którego nie da się pomylić z niczym innym.

– Boże drogi… Kukułka – wyszeptała matka mojej babci. A oczy jej nabiegły łzami. Kukanie roznosiło się po całym lesie. Słuchały tego jak najpiękniejszej pieśni. To było jak balsam dla głowy umęczonej myślami. I trochę jak powitanie.

– A skąd jesteście? – zapytał woźnica, gdy już wyczerpał mu się temat. Moja prababcia odpowiedziała, że z Sulejowa. I że właśnie wracają do domu. Woźnica zamilkł. I przez resztę drogi już nic nie mówił.

– Szosę widać – odezwał się dopiero, gdy dojeżdżali do skraju lasu. Zatrzymał konia. Zsiadły z wozu. Podał im bagaże. Nic nie powiedział, tylko uchylił czapkę na pożegnanie. Smagnął konia batem. I ruszył leśnym traktem do swojej wsi. A one ostatni odcinek drogi pokonały na piechotę.

A gdy dotarły do swojego miasteczka, nagle zabrakło im sił. Obraz, który zobaczyły, przekroczył ich najczarniejsze wyobrażenia. Usiadły i płakały.

***

Spotkanie z Agatą sprawiło, że zatęskniłam za anyżowym zapachem. To z tym zawsze kojarzył mi się gościnny pokój w domu babci. Człowiek pamięta z dzieciństwa obrazy, które przewijają się w myślach niczym stary film. Można też te obrazy zobaczyć w snach. Jednak w przypadku zapachów nie da się przywołać ich natychmiast. Trzeba szukać. I ja też naszukałam się anyżowych landrynek, bo zwykle w sklepach są o smaku pomarańczowym i malinowym. Wyruszyłam w tę sentymentalną podróż po kaliskich osiedlach. A gdy już natrafiłam na właściwe landrynki, to w całej paczce anyżowe były tylko cztery. Za to bardzo widoczne, bo białe. W sklepie leżały na najniższej półce. Tuż nad podłogą, jakby zapomniane. Chociaż można powiedzieć, że miałam je u swoich stóp. A w związku z tą najniższą półką naszła mnie pewna refleksja. Gdybym była o kilkanaście lat starsza, to pojawiłby się problem natury gimnastycznej: i schyl się teraz, człowieku…

Wychodząc ze sklepu, wyobraziłam sobie moją babcię jako małą dziewczynkę, która idzie uliczką swojego spokojnego miasteczka. W ręku trzyma papierową torebkę, w której są anyżowe landrynki. Kupiła je w jednym z żydowskich sklepików…

Otworzyłam woreczek z landrynkami. Wyjęłam te anyżowe. I zamierzałam je po prostu powąchać. Tak jak wącha się kwiaty. Może to dziwne, ale chciałam za pomocą zmysłu węchu sprawić, by obrazy w mojej pamięci stały się bardziej wyraziste. I zobaczyłam okrągły dębowy stół. A na nim biały obrus, z beżowym wzorkiem u dołu. Na środku stołu stała kryształowa salaterka, a obok niej wazon z zielonego szkła. Zwykle były w nim kwiaty z babcinego ogrodu.

– Sprawdzasz, czy cukierki są świeże? – usłyszałam znajomy głos. To był Fabian. Przypinał rower do stojaka znajdującego się przed sklepem. Fabian z rozbawieniem przyznał, że nigdy nie praktykował takiej metody w przypadku słodyczy. Wąchanie cukierków wydało mu się dość abstrakcyjną czynnością. Poza tym zdziwił go fakt, że trzymam w ręku paczkę z landrynkami. Znał mnie od lat i wiedział, że już dawno temu porzuciłam jedzenie słodyczy. Teraz jadam owoce. I to była jedna z lepszych decyzji w moim życiu.

– Przywołuję wspomnienia z dzieciństwa – wyjaśniłam mu. – Moja babcia lubiła anyżowe landrynki.

– Babcia Kulicka nie jadła cukierków. – Dokonał w myślach szybkiego przeglądu swoich wspomnień, po czym podszedł do mnie i przywitał się.

Miał na sobie niebieską marynarkę, mimo że przyjechał na rowerze. A spod marynarki wyłaniała się biała koszulka z nadrukiem. Rysunek przedstawiał czerwoną różę na błękitnym tle. Moją uwagę zwróciły jeszcze jego czerwone trampki. Zawsze lubił się wyróżniać. To chyba przypadłość każdego artysty. Fabian na co dzień zajmuje się fotografowaniem. Robi to z pasją i z sercem. Kocha swoją pracę. A szczególną miłością darzy czarno-białe fotografie. Podzielam tę jego miłość. Czarno-białe zdjęcia są niezwykłe, mają duszę. I niepowtarzalny klimat.

Zaczekałam na niego przed sklepem. Kupił bagietkę i oliwki. A potem, prowadząc rower, towarzyszył mi przez połowę drogi. Zatrzymaliśmy się przed miejską biblioteką, której główna siedziba mieści się w dawnej willi fabrykanckiej. To okazały, jasny budynek, stylizowany na pałacyk, na piętrze ozdobiony tralkami.

Obejrzeliśmy wystawę plenerową eksponowaną przed biblioteką. To były fotografie starych kaliskich podwórek. Co prawda zdjęcia wykonano w kolorze, ale mimo to kryły w sobie jakąś niezwykłość. Okruchy przeszłości uchwycone w kadrze. Na tych podwórkach czas jakby się zatrzymał. Odrapane mury kamienic i rozświetlone słońcem ceglane przybudówki. Trzepak, a obok rząd drewnianych komórek na węgiel. I schody z czerniejącego drewna, z równie ciemną balustradą. Na innym podwórku wejście do piwniczki zbudowanej z cegły, którą otulają zielone pędy bluszczu… Pamiętam podobne podwórko na Grabowej, w Łodzi. Jeszcze do początku lat osiemdziesiątych mieszkała tam Irena. Wchodziło się przez półkolistą bramę, z której aż na ulicę dobiegały rozmowy. Lokatorzy kamienicy zwykle spotykali się przed komórkami. A ci najstarsi lubili tam przesiadywać na koślawych stołkach, zbitych z paru desek.

Jednak mój wzrok najbardziej przykuła fotografia, na której widniało stare okno z rozbitą szybą. A w tym oknie stał sztuczny kwiat. Chyba lilia. Pożółkła. I z widocznymi szarymi smugami na płatkach. Ta fotografia przywołała pewne wspomnienie.

Był koniec lata. Siedziałam z moją babcią w ogrodzie. Słońce już zachodziło. Nad łąką sunęła mgła. Wieczory robiły się coraz chłodniejsze.

– Tylko patrzeć, jak przyjdzie jesień… – powiedziała z nieukrywanym żalem w głosie.

Mnie też było szkoda lata. Chociaż przyznałam, że lubię październik. Jest taki malarski… Liście na drzewach nabierają barw. Krajobraz złoci się i czerwieni.

– Ale już chłody… I koc trzeba wyjąć z szafy – zaczęła po dłuższej chwili. Zawsze jesienią nakrywała nogi kocem, gdy oglądała telewizję. – A ty wiesz… Ja pamiętam taki październik… To było w Łodzi, za okupacji jeszcze… Poszłam z chrzestną Ireną do jakiejś jej znajomej, zanieść koc, bo marzła, a noce w październiku już były zimne – dodała, nakrywając ramiona swetrem.

– I co? – dopytywałam, widząc jej poważną minę. Czułam, że musiało się coś wydarzyć.

Nie myliłam się. Babcia opowiedziała, że zapukały do mieszkania na drugim piętrze. Do tej znajomej. I nawet nie zdążyły dobrze zamknąć za sobą drzwi, gdy do kamienicy weszli Niemcy. Narobili strasznego hałasu. Chrzestna Irena się przeżegnała. Myślały, że już nie wrócą do domu, na Grabową. Nasłuchiwały z drżącym sercem. Niemcy jednak nie wbiegli na piętra. Hałas był tylko na parterze. To stamtąd zabrali całą rodzinę. Dopatrzyli się, że ma żydowskie pochodzenie. Po klatce schodowej niósł się głośny płacz. I błagalne głosy, zagłuszane niemieckimi wrzaskami.

– A takiego łomotu narobili tymi buciorami… Aż dziwne, że się podłoga pod nimi nie zapadła – wspominała babcia. – Tak biegali po tym mieszkaniu, jak dzicz jakaś…

A potem znów usłyszały głośny tupot niemieckich buciorów, już na schodach. Po chwili zaś warkot odjeżdżającej ciężarówki. Po czym zaległa cisza.

– Taka cisza, co aż ciarki przechodzą. I człowiek nie może się z miejsca ruszyć – wyszeptała babcia.

Wyszły na podwórze. Na parterze pustego już mieszkania była otwarta połowa okna. A za szybą drugiej, zamkniętej połowy stała figurka damy w ciemnej sukni. Słychać było grającą pozytywkę.

***

Wieczorem włączyłam telewizję. Zapowiadali, że tej nocy pojawi się na niebie wyjątkowy księżyc. Nietypowo wielki i bardzo jasny. Po północy obejrzałam to niezwykłe zjawisko. Księżyc rzeczywiście był piękny. Błyszczał tak jasno, że aż wydawał się magiczny…

Przymknęłam na chwilę oczy. Tak samo błyszczała przedwojenna salaterka. To jest chyba jedno z moich pierwszych wspomnień z dzieciństwa. Ten obraz zapisał się w mojej pamięci dość wyraźnie. Miałam wtedy pięć, może sześć lat. I byłam psotną blondyneczką. Mama czesała mnie w dwie kitki. Z czerwonymi kokardkami, chociaż akurat tego szczegółu nie pamiętam.

Moja babcia wymyła kryształową salaterkę, żeby wsypać do niej anyżowe landrynki z nowej paczki. Lubiłam patrzeć na umyte, lśniące szkło. Mieniło się na różowo i turkusowo.

Babcia poszła po cukierki do kuchni. Słyszałam, jak otwiera kredens. Wiedziałam, że jeszcze musi nożyczkami rozciąć torebkę. Wykorzystałam więc ten moment i włożyłam rękę do pustej salaterki. Sięgnęłam palcami do dna. Poczułam pod opuszkami wypukłość stokrotki.

– Oj, moja panienko, co to za zwyczaje? – Do pokoju wróciła babcia. – Żeby mi to było ostatni raz, bo cię za kitkę pociągnę, ty mała psoto. – Pogroziła mi palcem. I jeszcze raz przetarła ściereczką salaterkę. – Sio! – zawołała na koniec, marszcząc brwi. Trochę ze złości, bo dbała o czystość. I trochę z rozbawienia, widząc, jak uciekam do ogrodu.

Z tamtego okresu pamiętam jeszcze zapach chleba z pobliskiej piekarni, który niósł się nad łąkami. Zwykle po osiemnastej zaczynali piec. A dwie godziny później można już było kupić wielki bochen posypany mąką. Bezpośrednio od piekarzy. Należało wejść od podwórza. W sklepie chleb pojawiał się dopiero rano. Pamiętam, że babcia się śmiała, bo nie dałam rady nieść tego chleba. Dla mnie był wielki jak ten zjawiskowy księżyc. I zjawiskowe były też świerszcze, gdy wracałyśmy. Niezliczona ilość świerszczy. Na łąkach, na polach. I w ogrodach. Grały tak głośno, że aż w uszach dzwoniło. Przyjemnie dzwoniło. A w ogrodzie babci świerszcze zawsze dawały koncert w krzewie czerwonych róż. Tam im się spodobało.

– Takie romantyczne te moje świerszcze – mówiła babcia, siedząc na progu.

Ja siadałam na schodach, przed drzwiami. Schody były szerokie, betonowe. Wieczorem ciepłe, bo po całym dniu nagrzane słońcem. Często babcia przychodziła chwilę po mnie. A zanim przyszła, słyszałam delikatne brzęknięcie szkła w pokoju. Zawsze wywoływało to uśmiech na mojej twarzy. Znałam ten odgłos. Latem było ciepło i landrynki sklejały się ze sobą. A niektóre przywierały do dna salaterki. I trzeba było się odrobinę namocować, żeby je wydobyć.

– Nie mów matce – od razu zakazała mi babcia, ssąc anyżową landrynkę. – Bo znów będzie mi suszyć głowę, że w moim wieku nie wolno jeść tyle słodyczy – dodała i usiadła na szerokim drewnianym progu.

Moja mama była jej najstarszą córką i babcia liczyła się z jej zdaniem niemal w każdej kwestii. Wyjątkiem od tej reguły były anyżowe landrynki.

– Twoja mama nie rozumie, że starzy ludzie są jak dzieci – tłumaczyła mi babcia. – Dzieci mogą jeść landrynki, a ja nie? – Nieustannie zadawała to samo pytanie. – Pewnie, że mogę. Twoja mama się nie zna.

I tak przez kilkadziesiąt lat siadywała wieczorami na progu. Od maja do wczesnej jesieni. Miałam niekiedy wrażenie, że ten próg został zrobiony właśnie dla niej. Żeby mogła z niego spoglądać na swój ukochany ogród, rozświetlony księżycem.

Pamiętam, gdy siedziałyśmy tak razem ostatni raz. Nie przypuszczałam, że nie doczeka jesieni. Miała wtedy osiemdziesiąt lat, ale na nic się nie skarżyła. I jak zwykle ssała anyżową landrynkę. I jak zwykle ukrywała to przed moją mamą.

– Kto to tam idzie, za płotem? – zapytała, szukając okularów w kieszeni fartucha.

Odpowiedziałam, że jakieś dwie kobiety.

– Tej drugiej nie widzę, jakaś mała… – komentowała babcia. – A tę wysoką to może znam… Chociaż nie wiem. Ciemno, nie widać. A okularów nie mam. – Ponownie włożyła rękę do kieszeni fartucha. – No, nie mam. Nie wiem, gdzie je podziałam.

– Pewnie leżą na toaletce, przy środkowym lustrze – podpowiedziałam jej. Najczęściej tam kładła okulary, a potem zapominała. Ta przedwojenna toaletka była w kolorze jasnego orzecha. Miała trzy lustra. I trzy szufladki na kosmetyki i inne drobiazgi. W trzeciej szufladce babcia trzymała kartki imieninowe z dawnych lat. Dostawała je głównie od sąsiadek Ireny, poznanych w Łodzi w czasie okupacji. Miała też trochę czarno-białych fotografii z ich podobiznami. Podarowały jej na pamiątkę. Te zdjęcia były związane niebieską tasiemką. Z biegiem lat nieco wyblakłą.

– Tę małą to tylko słychać zza płotu, a nic nie widać – kontynuowała babcia, starając się odgadnąć, kto o tej porze spaceruje po wsi. – Te małe kobitki to są hałaśliwe. I zadziorne. – Babcia wysnuła swoją teorię.

– Ciszej, bo usłyszy. – Próbowałam przywołać ją do porządku.

– A co tam usłyszy? One są głuche. – Wzruszyła ramionami.

– A skąd wiesz, że głuche?

– Bo ta wysoka nawet głowy nie odwróciła w tę stronę. A przecież z drogi widać, że tu siedzimy.

– Ciemno, to raczej nas nie widzi. I jabłonka trochę zasłania – wyjaśniłam.

– Głuche są. – Babcia obstawała przy swoim. Sama miała czasami problemy ze słuchem. Zdarzało jej się nie usłyszeć, gdy ktoś do niej zbyt cicho mówił. I może przez to uważała, że wszyscy seniorzy mają tak samo.

Potem odwróciłam jej uwagę, wskazując pięknie rozgwieżdżone niebo. W Kaliszu nie miałam możliwości oglądania aż tylu gwiazd, bo ciemność rozpraszają iluminacje miasta. Nie ma tego efektu. A nad ogrodem można było nawet dostrzec spadające gwiazdy. Poszłam do pokoju. Przyniosłam babci okulary. Tak jak przypuszczałam, leżały na toaletce.

– Ta gwiazda leci i leci… I coś długo spaść nie może – dziwiła się babcia, obserwując niebo.

– To nie gwiazda, babciu. To samolot leci – wyprowadziłam ją z błędu.

– A to w ogóle nie słychać, że to samolot leci – stwierdziła tym samym zdziwionym tonem.

Wyjaśniłam, że leci bardzo wysoko i dlatego nic nie słychać. Poza tym to był samolot pasażerski, miał ładnie oświetlone skrzydła. Gdyby leciał wojskowy transportowiec, to pewnie byśmy go słyszały.

– Cicho leci. To dobrze, że cicho – powiedziała półgłosem, bardziej do siebie niż do mnie. Po czym zdjęła okulary. Położyła je na kolanach. Zmrużyła oczy i patrzyła na wprost. Tyle że tam był tylko płot. I ciemność za drogą. – Dobrze, że cicho leci – powtórzyła po dłuższej chwili. – Wtedy to taki jazgot i huk był. O, jaki huk był okropny. Ja to myślałam, że niebo runęło na ziemię. – Niespodziewanie zaczęła opowiadać o bombardowaniu Sulejowa.

Miała czternaście lat. Jej rodzinne miasteczko Niemcy zbombardowali czwartego dnia września. Naloty zaczęły się późnym popołudniem. Moja babcia wraz z młodszą siostrą i matką wracały od znajomego gospodarza, u którego kupiły mąkę. Tego dnia chciały zrobić placki z jabłkami na kolację. A młodsza siostra babci po drodze nazbierała smalcówek w jakimś sadzie. Tak nazywali te jabłka. Były małe i słodkie. Do samego domu nie zdążyły dotrzeć. Zobaczyły nadlatujące samoloty. To było Luftwaffe.

– Uszy zatkałam, myślałam, że ogłuchnę – kontynuowała babcia, siedząc na progu. – Jazgot, huk… No niemożliwie ryczały te samoloty. Jak diabły jakieś. A ziemia pod nogami drżała. Budynki się przewracały. Chmura dymu… Wszędzie mnóstwo zabitych, leżeli na ulicy i na podwórzach. I wozy przewrócone na drodze. I piachu było pełno w powietrzu, całe tumany piachu, bo do góry się wzbijał od tych bomb, co je zrzucali. I wszędzie było słychać krzyk rannych. Mój Boże, jak ludzie krzyczeli… – Pokręciła głową. I zamilkła.

Tego wrześniowego popołudnia trzydziestego dziewiątego roku runął cały jej dotychczasowy świat. Dosłownie runął. To było najokropniejsze wspomnienie z jej życia. I najbardziej wryło się w pamięć. Utkwiło jak pocisk.

– Zawróciłyśmy – odezwała się znowu. – Uciekałyśmy, żeby wybiec z miasteczka. Stanęłyśmy w jakiejś bramie, chyba obok sklepu. Czekałyśmy, aż samoloty odlecą. Widziałam, jak chłopak biegnie środkiem ulicy. Poznałam go, Franciszek mu było… Tak, Franciszek. – Schowała okulary do kieszeni fartucha. – A ładny był cholernik. Dziewczynom się podobał. – Babcia uśmiechnęła się na to wspomnienie. – Oczy to miał takie niebieściutkie. I nawet jak się nie śmiał, to te oczy mu się ciągle śmiały. No – westchnęła na koniec. I zamyśliła się.

Zdziwiło mnie, że pamięta i imię, i kolor oczu. Przecież to było ponad sześć dekad temu. Tym bardziej mnie to zdumiało, bo nie pamiętała, gdzie ma okulary. Ani że sąsiadka ją odwiedziła dzień wcześniej. Jedna z jeszcze dwóch żyjących seniorek.

– I co z tym Franciszkiem? Zauważył cię? Dobiegł do tej bramy? – dopytywałam.

– Nie – zaprzeczyła. I ponownie wyjęła z kieszeni okulary, choć wcale ich nie założyła. – Huknęło, a on był na środku ulicy. I rozpadł się… Trochę Franciszka poleciało na ziemię, po jednej stronie ulicy. A reszta Franciszka spadła na drugą stronę ulicy. Zamknęłam oczy, nie mogłam na to patrzeć… Trudno uwierzyć, że człowiek tak rozpaść się może… I tak to… – dokończyła, wycierając szkła okularów brzegiem fartucha. Myślami była bardzo daleko. Nie miałam odwagi się odezwać, bo cóż mogłabym powiedzieć… Chyba nie ma takich słów. – Słodka ta landrynka. – Tym banalnym stwierdzeniem nagle przerwała ciszę. – Wody będę musiała się napić – dodała, tak po prostu.

Spojrzałam przed siebie. Za drogą, nad łąką sunęła mgła. Najpierw barwą przypominała siwy dym. A po chwili zrobiła się biała jak anyżowa landrynka.APOLONIA

Piłam poranną kawę. Okno w pokoju było otwarte na całą szerokość. Z dworu dobiegały skrzeczące gwizdy jerzyków. Na ścianie widziałam wirujące cienie skrzydeł. Krążyły tuż przed moim oknem. To niesamowite, gdy przyroda jest tak blisko. Dosłownie na wyciągnięcie ręki. Zważywszy na fakt, że mieszkam w typowym blokowisku. I to na czwartym piętrze. Chociaż muszę przyznać, że Osiedle Asnyka należy do jednych z najbardziej zielonych.

Odstawiłam filiżankę na spodek. I nagle usłyszałam jakiś dziwny odgłos. Coś głucho runęło na podłogę. Pod samym oknem. Pierwsze, co zobaczyłam, to długie skrzydła, zakrzywione na końcu. A zaraz potem usłyszałam cichutki przestraszony skrzek. Aż tak bliskiego kontaktu z przyrodą się nie spodziewałam. Najprawdopodobniej doszło do kolizji wśród latających jerzyków, w wyniku czego jeden został wytrącony z toru lotu i wpadł przez okno do mojego pokoju. Wzięłam ptaka w obie ręce i podniosłam z podłogi. Siedział w moich dłoniach wygodnie jak w gnieździe. Jednak to było obce gniazdo. I pachniało człowiekiem. Jerzyk miał strach w oczach. Nie wiedział, czego się może po mnie spodziewać. Czułam szybkie bicie jego ptasiego serca, które również wypełniał strach. Podeszłam do okna. Uniosłam ręce i lekko podbiłam je do góry. Ptak zrozumiał ten znak. Wzbił się z moich dłoni do lotu. Już po chwili szybował nad pobliskimi ogrodami. A ja stałam w oknie, patrząc, jak znów cieszy się wolnością. I przestrzenią. To był niezwykły widok i równie niezwykłe uczucie. Wolność to przestrzeń, dzięki której można oddychać bez lęku. Swobodnie. I to jest piękne…

_Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej_
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij