-
nowość
Ulotna prawda Lily Temple - ebook
Ulotna prawda Lily Temple - ebook
Lily Temple, piękna aktorka filmu niemego, snuje bajkowe opowieści i odgrywa przed kamerą figlarne role. Jednak pod kostiumem i scenicznym makijażem kryje się błyskotliwa kobieta naznaczona ponurą przeszłością.
Niezależny detektyw, Peter Driscoll, świadczący usługi zamożnym, nie spotkał dotąd nikogo takiego jak Lily. Zlecono mu odnalezienie legendarnej Łzy Briarwood, szafiru, który kobieta podobno nosi pod suknią. Żeby rozwikłać tajemnicę zaginionego od lat klejnotu i rozpracować aktorkę, Peter wykorzystuje jej pomoc w innym śledztwie. Ale im bardziej zbliża się do prawdy i do Lily, z tym większym oboje mierzą się niebezpieczeństwem.
Joanna Davidson Politano przenosi czytelników do edwardiańskiej Anglii 1903 roku, opowiadając tajemniczą i wielowarstwową historię, przekraczającą niejednoznaczną granicę między rzeczywistością a fantazją.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68304-19-0 |
| Rozmiar pliku: | 3,9 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Najpiękniejszą baśnią jest samo życie.
Hans Christian Andersen
Whitestone Manor, nadmorski kurort Hove, 1903
Nie zdecydowałam, czy powiem całą prawdę, czy nie, gdy się tu zjawią. Peter by powiedział, bo to Peter. Ja natomiast nigdy nie pozwalam, żeby fakty ograniczały moc dobrej opowieści. Płynie ona bowiem wartko jak woda, niewinnie i niepostrzeżenie, drążąc koryto w skałach, wzgórzach i w darni, i nim ktokolwiek się połapie, co się dzieje, rzeźbi ziemię w śmiały, nowy pejzaż. O ile Peter wybierał milczenie, cierpliwość i nieskończoną dobroć, najlepszą bronią w moim kołczanie była bezpośrednia prawda niesiona strzałą dobrze opowiedzianej historii.
W każdym razie prawda ma wiele obliczy.
Podobnie, na przykład, jak to miejsce. Siedziałam wygodnie na wiejskiej sofie z francuskiej prowincji, popijałam herbatę z kwiatów pomarańczy i z uznaniem przyglądałam się detalom przyzwoicie urządzonego salonu. Nie epatował przepychem. Panowała w nim aura subtelnej zamożności, z każdego blatu zwisały sople koronek, tu i ówdzie na lampach i kotarach połyskiwały kryształowe akcenty. Meble z litego mahoniu z wcześniejszego okresu panowania królowej Wiktorii sprawiały wrażenie nieco zniszczonych, ale jednocześnie wygodnych. Na gramofonie trzeszczała płyta z muzyką Mozarta, a mnie ogrzewał gruby koc, którym przykryłam kolana, oraz trzaskający w kominku ogień.
Jednak z zewnątrz budynek wyglądał jak siedem nieszczęść. Na wpół opuszczona stara wiejska rezydencja sypała się bardziej niż ciąg myśli ciotki Agaty w zimowy wieczór. Przekrzywione wieżyczki ledwo się trzymały, z murów odpadał tynk, fasada się kruszyła, a zamiast schodów pozostała sterta cegieł. W nieużywanych skrzydłach domu brakowało całych połaci dachu.
Och, jedna wielka mistyfikacja. Takie jednak jest życie – co innego mówimy sobie, co innego prezentujemy widzom. Zwykle jedno nie pokrywa się z drugim. Wszyscy łączymy w sobie romans, komedię i tragedię, pokazujemy światu różne oblicza.
Osobiście preferowałam opowieści przygodowe. Od czasu do czasu tolerowałam romans.
Kolejny łyk, cytrusowe aromaty otuliły zmysły. I nagle skrzypnęły drzwi – wrócili. Mocniej ścisnęłam uszko filiżanki.
Nadszedł czas.
Rozkojarzone myśli znów powróciły do Petera, do jego opanowanego, czujnego spojrzenia, które przenikało bujność i przepych moich opowieści, potrafiło przejrzeć głupie nieścisłości, natychmiast dostrzegając prawdę. Zadygotałam pod wilgotnym ubraniem. Obecne zamknięcie działało poniekąd na jego korzyść, nie mógł bowiem przerwać mi opowieści ani jej skorygować.
Tak czy owak, to wszystko dla niego. Dla nieszczęsnego, nieroztropnego, zbyt pryncypialnego i absolutnie niezastąpionego Petera Driscolla. Nie żeby tak w pełni na to zasługiwał, na tę próbę ratunku – co to, to nie. Ten człowiek mógł mieć na sumieniu bardzo wiele grzeszków – bywał utrapieniem, naruszał zasady i tak dalej. Jednak zabicie mnie do nich nie należało.
Usłyszałam szelest zdejmowania odzieży przeciwdeszczowej, pomrukiwania i ciężkie męskie kroki w korytarzu. Wypiłam łyk herbaty. Czekałam. Aż z hukiem otworzyły się drzwi salonu i zjawił się w nich najbardziej ubłocony mundur, jaki kiedykolwiek widziałam, noszony przez mężczyznę olbrzyma, który wydawał się kipieć ze złości.
– Co to… co… kim pani jest?
Wrzuciłam do herbaty jeszcze jedną kostkę cukru i porządnie zamieszałam.
– Jestem Lily Temple, panie Mutton, i przyszłam tu po to, żeby panu pomóc.
Wybałuszył oczy, stojąc w progu z głupią miną. Deszcz i błoto kapały z niego na przetarty dywan.
– Ale weszła pani do mojego domu!
– To najbardziej logiczne miejsce, żeby pana zastać.
Kolejną zaskakującą rzeczą był fakt, że ta okazała, stara i pełna sprzeczności posiadłość w istocie pełniła funkcję więzienia. Tymczasowego miejsca zatrzymania dla przestępców z okolic Brighton i Hove, oczekujących na przewiezienie do Old Bailey w Londynie i niesprawiedliwy wyrok sądowy.
Mój Peter był jednym z nich.
– Nie przepadam za ściganiem kogoś przez pola i pastwiska, zwłaszcza podczas ulewy. – Wyprostowałam się na sofie wypełnionej końskim włosiem, odrzuciłam koc z kolan i wsunęłam pod nią obute stopy, zakotwiczając się. – Przyszłam porozmawiać z panem o pewnym więźniu, jeśli byłby pan łaskaw poświęcić mi chwilę. Albo dwie lub trzy, jako że aura i tak zatrzyma pana pod dachem. Proszę wejść i usiąść, napaliłam w kominku.
Nadal stał i ociekał.
– Jak, u diaska, pani tu weszła?
– Drzwiami. – Przerwałam, żeby wypić kolejny łyk, który rozgrzał mnie od środka. – Inaczej musiałabym stłuc szybę, a nie uśmiechało mi się postrzępienie nowej sukienki, gdybym zahaczyła o odłamki szkła.
Skierował spojrzenie na okno, jakby chciał się upewnić, że deszcz rzeczywiście bębni w grube szyby, a potem znów przeniósł je na mnie.
– Drzwi były zamknięte na klucz.
– W rzeczy samej. Och, ależ jestem nieokrzesana – pozwoli pan, że przyniosę panu herbatę. Ma pan jeszcze jedną filiżankę? – Zerwałam się z miejsca i podeszłam do serwantki, gdzie znalazłam stołową porcelanę. – Słodzi pan?
Zrobił cztery kroki w moją stronę, a deski zaskrzypiały pod ciężkimi butami. Zmrużył oczy. Patrzyłam na jego pobrużdżoną twarz. W uszach zadudnił mi jego zgrzytliwy głos.
– Wynoś się, ty głupia kobieto. I to już.
Zamknęłam filiżankę w dłoniach, milcząc przez chwilę i głęboko wdychając zatęchłe powietrze.
– Wyjdę po tym, jak mnie pan wysłucha.
Nie zamierzał się na to godzić. Widziałam to po jego minie.
Jeszcze tego pożałuje. Lily Temple miała kilka asów w rękawie.
Wyrwał mi z rąk pustą filiżankę i cisnąwszy ją na podłogę, odmaszerował sztywnym krokiem.
– Co się pani, do diaska, wydaje? Że kim pani jest?
– Już mówiłam. Lily Temple. A wysłuchanie mnie leży w pańskim najlepszym interesie.
Wytrzeszczył oczy. Moje imię i nazwisko dopiero teraz do niego dotarło.
– Jest pani… jest pani…
– Uparta? – Chwyciłam swoją herbatę, po czym dziarsko do niego podeszłam, a stukot moich butów niósł się po pustej przestrzeni. – W stu procentach. I jest coś, czego musi się pan dowiedzieć o Peterze Driscollu. Jest niewinny, a przetrzymywanie go tutaj w taki sposób to zwykła nikczemność.
Patrzył na mnie szeroko otwartymi oczami, pobladły, po czym szybko się opanował.
– Nic mnie nie przekona, słyszy pani? Dobrze mi płacą za trzymanie ich pod kluczem i nie zamierzam zrujnować sobie kariery, wypuszczając ich na wolność. Choćby jednego. Niebezpieczna z nich zgraja, z tych więźniów.
Parsknęłam śmiechem. Nie mogłam się pohamować. Może dlatego, że gra toczyła się o wszystko, może z powodu napiętych nerwów… albo na myśl, że Petera Driscolla można nazwać „niebezpiecznym”.
– Czym panu płacą? Dachem nad głową? – Rozejrzałam się po starej, zakurzonej rezydencji zamienionej w więzienie.
Spojrzał na mnie spode łba.
– Driscoll zabił kobietę – wiedziała pani o tym?
– Zabił? Czyżby?
Spuścił wzrok, potem znów go na mnie podniósł, wyraźnie zbity z tropu. Usiłował zrozumieć. Albo zastanawiał się, czy ma wierzyć, że podałam prawdziwe nazwisko.
– Zeznało tak dokładnie szesnaścioro różnych świadków. W dodatku skradł jej bezcenny klejnot. Ni mniej, ni więcej, tylko Łzę Briarwood. Nie daruje mu tego żaden londyński sędzia. Chyba że umrze, zanim trafi na szubienicę, strzeż, Boże, jego biednej duszy. Wspomni pani moje słowa, ten człowiek za to zawiśnie.
Wypuściłam filiżankę z rąk. Roztrzaskała się na podłodze.
Za drzwiami zadudniły buty.
– Co to? – Następnie pokrzykiwania odbijające się od ścian pustych komnat. – Tutaj. Stąd było słychać.
Publiczność! Doskonale.
Mutton pchnął mnie w kierunku drzwi.
– Precz, precz, precz! Nie dam się wciągnąć w utarczki z jakąś smarkulą, jeszcze tego by brakowało. Idź sobie stąd.
– A moja opowieść? Jeszcze jej pan nie wysłuchał. A jest naprawdę dobra.
Rzucił się na mnie z gniewnym pomrukiem, chcąc mnie złapać. Zamiast tego stłukł prawie metrowy wazon.
Traaach.
Zamarłam. On też. Wysoko na wieżach bez dachu zatrzepotały skrzydła. Gdzieś w oddali kapała woda.
Głosy… a potem tupot nóg. Do środka wparowało sześciu bądź siedmiu mężczyzn, łącznie z czerwonym na twarzy posterunkowym Willisem w łopoczącym płaszczu.
– Co się tu dzieje, Mutton? – Górujący nad pozostałymi brodaty olbrzym zmierzył mnie wzrokiem z góry na dół. – Żadnych kobiet, taka była umowa. To pańskie ostatnie ostrzeżenie.
Zaraz, zaraz – a któż to stał za nim? Jakiś dżentelmen o arystokratycznej aparycji, z dobrze znajomym złotym herbem na piersi. Zapewne jeden z niesławnego kręgu bywalców Marlborough House, hulaszczego towarzystwa ni mniej, ni więcej jak samego króla Edwarda. Króla! Poczułam mrowienie aż po koniuszki palców.
To dopiero widownia! Idealnie się składa.
Biedny Mutton wciąż się kajał za moimi plecami.
– Ona nie… ona… właśnie wychodzi. – Pchnął mnie w kierunku korytarza, brutalnie dociskając ręce do moich łopatek. Zaparłam się obcasami i potknęłam.
Jakby można było powstrzymać zwykłą siłą fizyczną taki rozpędzony parowóz, jakim były moje plany. Zrobiłam unik i wykręciłam głowę do mężczyzn.
– Przeszukajcie jego kieszenie.
Mocniej mnie popchnął.
– Precz, głupia…
– Chwileczkę. Co takiego pani powiedziała? – Posterunkowy do mnie podszedł, uciszając Muttona gestem dłoni.
– Powiedziałam: przeszukajcie mu kieszenie. – Stałam prosto jak trzcina, z założonymi na piersi ramionami.
Oblicze strażnika pociemniało bardziej niż burzowe niebo za oknem. Z groźnym warknięciem, od którego włosy stanęły mi dęba, utkwił we mnie wzrok i sięgnął najpierw do prawej, potem do lewej kieszeni spodni. Wywinął podszewkę.
– Tamta kieszeń. – Wskazałam jego pierś.
Wepchnął rękę do kieszonki wystrzępionej kamizelki i wyciągnął z niej długi łańcuszek naszyjnika. Widząc, co trzyma w dłoni, odrzucił go jak gorący kartofel i zatoczył się w tył, zderzając się z innymi mężczyznami.
Na wydeptanym dywanie leżała oprawa legendarnej Łzy Briarwood. Sześciu mężczyzn otoczyło półkolem tę starą złotą biżuterię z jakże dobrze rozpoznawalnymi motywami wijących się gałązek i liści. W oczy rzucał się jedynie brak dużego niebieskiego kamienia.
– Ale… gdzie jest szafir?
Wodzili spojrzeniem od delikatnego złotego łańcuszka do mężczyzny, który go upuścił. Biżuteria roztaczała swoisty urok. Po niebie przetoczył się odległy grzmot, deszcz siekł stare mury. Tykanie zegara odmierzało niezręczną ciszę. Kto wykona pierwszy ruch?
Po trzynastu tyknięciach uznałam, że muszę to być ja.
Zawsze kobieta bierze sprawy w swoje ręce, prawda?
– Sądzę, że chcieliby panowie wysłuchać tej historii, jako że przybyliście tu w celu wywiezienia stąd człowieka, który rzekomo mnie zamordował i ukradł naszyjnik.
– To pani? – wypalił posterunkowy Willis, a potem zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów. – Pani. Pani jest…
Podeszłam bliżej, czując przypływ mocy. Ściszyłam głos, ponieważ teraz nie musiał już być donośny.
I tak zostanie usłyszany.
– Drogi są w tej chwili prawie nieprzejezdne, zwłaszcza dla więziennego powozu. Jestem zaskoczona, że konie dowiozły panów aż tutaj. Sądzę, że dzięki interesującej opowieści czas nie będzie się panom dłużył. Jeśli pan Mutton zechciałby poświęcić kilka chwil na jej wysłuchanie.
Cisza. A następnie posterunkowy zaprosił mnie do salonu szorstkim ruchem głowy.
Minęłam mężczyzn, wyjęłam filiżanki z narożnego kredensu, nogą odsunęłam na bok kawałki stłuczonej porcelany i nalałam herbaty.
Mężczyźni powoli wchodzili, w milczeniu odcinając drogę rezydującemu tu strażnikowi, który był teraz wplątany w historię z klejnotem.
Biedak piorunował mnie wzrokiem. Warczał, wykrzywiał twarz.
– Wiem, do czego pani zmierza, i nie dam się zmanipulować. Nie wierzę, że jest pani Lily Temple, i nie wypuszczę więźnia. – Przestąpił z nogi na nogę, a skórzana kabura zaskrzypiała. – Byli świadkowie. Wielu świadków. Miał broń. Oraz motyw. I dostęp. Wiedział, jak zdobyć naszyjnik. A pani nie wygląda ani trochę jak Lily Temple.
– Każda historia ma kilka warstw. Dobrze by było, gdyby pan o tym pamiętał. Cukier? – Wrzuciłam dwie kostki, nim zdążył odpowiedzieć, i podałam mu filiżankę.
Wziął ją ode mnie, ja zaś przycupnęłam na skraju zapadniętego starego fotela, z całej siły chwytając się poręczy. Byłam aktorką, profesjonalną bajarką, moją scenę stanowiła teraz cela oskarżonego człowieka, a jedyną broń opowieść. Oraz, miejmy nadzieję, spryt pozwalający zrobić z niej dobry użytek.
Dżentelmen o arystokratycznym wyglądzie wypił duszkiem herbatę niczym człowiek znający się na rzeczy, a potem pochylił się nad stołem, opierając łokciami o blat.
– A zatem, panno…
– Temple.
– Panno Temple. Racja. – Lustrował moją twarz, jakby chciał potwierdzić moją tożsamość albo jej zaprzeczyć. Przymrużone oczy wskazywały, że raczej skłaniał się ku zwątpieniu. Chyba nie wyglądałam aż tak inaczej bez warstwy makijażu i kostiumów?
W każdym razie nie wykonał żadnego gestu w kierunku uwolnienia Petera od zarzutów zabójstwa. Nie zamierzał też zadać żadnych pytań rzekomej ofierze mordercy.
– Jestem ciekaw, co ma pani do powiedzenia na temat szafiru, który każdy człowiek na świecie chciałby dostać w swoje ręce. Kamienia z tego naszyjnika. – Szybkim ruchem głowy wskazał sąsiednie pomieszczenie. – Gdzie on jest?
– No cóż… Odpowiadając na to pytanie, zdradziłabym zakończenie. – Dolałam mu herbaty i podsunęłam cukier. – Posłuchamy?
Mutton osunął się na wiekowe krzesło.
– Nie będziecie chyba słuchać jakiejś głupiej kobiety? Przy szesnaściorgu świadkach…
– A to? – Wyjęłam z torebki duży niebieski kamień i na jego widok wszyscy zaniemówili.
– Czy to jest…? – zaczął sędzia, ale pytanie zawisło w powietrzu.
Spoglądali po sobie, jakby się zastanawiali, czy aby nie wymachuję im przed nosem bezwartościowym świecidełkiem. Kamień połyskiwał i skrzył się w świetle głębokim lazurem, jakby rzeczywiście zerwano go z nieba, jak głoszą legendy.
Uśmiechnęłam się do porywczego mężczyzny.
– Ten, kto zna wszystkie odpowiedzi, nigdy nie pyta. – Trzymałam kamień w dwóch palcach. – A kto nie zadaje pytań, pozbawia się bogactwa wiedzy. – Nakryłam go drugą dłonią, szybko poruszyłam nadgarstkiem i klejnot zniknął. Wyciągnęłam przed siebie puste ręce. – Ponieważ zwodzą was nawet oczy, a prawda rzadko bywa oczywista. Za to opowieści… – Pochyliłam się z uśmiechem i wyjęłam szafir z kołnierza Muttona, pokazując go zebranym. – Mówią prawdę, która umyka naszym oczom.
– Urządziła pani piękne widowisko, panno Temple – rzekł spokojnie mężczyzna o wyglądzie księcia, ten z herbem na piersi. Wziął do ręki niebieski kamień i krytycznie mu się przyglądał. – Ale potrzebujemy więcej dowodów.
– Proszę go zatrzymać. – Energicznym ruchem głowy wskazałam kamień. – Doskonała imitacja, nie uważa pan? Wystarczy, by przykuć na chwilę uwagę. Warta ze dwa funty. Mimo wszystko zabiorę więźnia, ponieważ, jak widać, nikt mnie nie zamordował.
– To niemożliwe, panno Temple. Zwyczajnie nie jesteśmy upoważnieni do uchylenia nakazu aresztowania. Będzie pani musiała przedstawić dowody odpowiednim władzom i pozostawić decyzję wymiarowi sprawiedliwości.
– Ale…
– Nic, co pani powie, nie przekona nas do złamania prawa i uwolnienia w tej chwili tego człowieka, do narażania reputacji i ryzykowania utraty posady, nie warto zatem marnować czasu.
– Niech pan nie będzie taki pewien. Jeszcze panowie nie wysłuchali mojej opowieści. – Usadowiłam się wygodnie, spoglądając na ich pełne powątpiewania miny. – A więc… Obawiam się, że błoto zatrzyma nas tutaj na dłużej, a przecież jesteście panowie zaciekawieni, chociaż się do tego nie przyznajecie. Mogę zaczynać, jak sądzę.
Wzięłam ich milczenie za zgodę. Zaczerpnęłam powietrza, poprawiłam się w fotelu i przystąpiłam do odkrywania przed nimi wspomnień.
– Zaczęło się wiosną, kiedy George Smith wypuszczał balony napełnione gorącym powietrzem w St. Anne’s Well Gardens i kiedy odbywały się tam wieczory muzyczne, a Peter Driscoll natknął się tam na mnie przez przypadek. Tak przynajmniej sądziłam.
Łatwo mi było podjąć opowieść o nim – o nas. Poniekąd całe moje życie zależało od tamtej chwili, podobnie jak wszystko, co się wtedy wydarzyło. Nawet jeśli już nie ujrzę twarzy Petera Driscolla, jeśli nigdy go nie wypuszczą – i Boże broń, zginie w Newgate – to już nigdy nie będę tą samą kobietą, którą byłam tamtego wieczoru w ogrodach ze źródłem.2
Dowiecie się więcej, gdy dotrzemy do końca tej opowieści.
Hans Christian Andersen, Królowa Śniegu
Wszystko powróciło do mnie we fragmentach, krótkich odcinkach taśmy filmowej pociętej na kawałki i sklejonej w jedną rozdzierającą serce całość, następnie nawiniętą na szpulę. Mieniące się suknie, olśniewające uśmiechy, blask elektrycznych światełek rozwieszonych nad St. Anne’s Well Gardens niczym sztuczne gwiazdy. Muzyka orkiestry porywająca nas w tany, nieprzebrane tłumy ludzi… i legendarny niebieski klejnot.
Na początku był przedmiotem z baśni, rekwizytem w jednym z fantastycznych filmów George’a Smitha, lecz pośród zamożnych gości odwiedzających wybrzeże Hove zaczęły krążyć szepty. Mówiło się, że jest przeklęty, że skradziono go w innym kraju.
Na razie jednak był moją błyskotką na łańcuszku, ukrytą za dekoltem. Tego wieczoru nosiłam go jak zwykle pod suknią.
Cyganka Lee przepowiedziała, że zbliży się do mnie pewien mężczyzna i zapyta o naszyjnik, nazywając go Łzą Briarwood, i że ten mężczyzna będzie znaczący. Więcej nie mówiła, ale rozumiałam, co miała na myśli – że to dla mnie niebezpieczny zwrot. Ktoś mnie śledził.
Mimo to, choć wieczór dobiegał końca, nikt mnie o nic nie zapytał. Nikt nie wspomniał o klejnocie. Poczułam próżną satysfakcję, że barwnie odziana, słynna Cyganka Lee się myliła. Spędziłyśmy tak wiele miesięcy w St. Anne’s Well Gardens, ona w swoim wozie, ja w Domku Pasikonika, a zdarzyło się to po raz pierwszy.
Przepowiedziała niegdyś zaskakujący związek księcia z kobietą, której wówczas jeszcze nie znał; wkrótce potem ich ścieżki przecięły się na peronie kolejowym, a następnie się pobrali. Nie dalej jak kilka lat temu twierdziła, że koronacja Jego Królewskiej Mości nie odbędzie się zgodnie z planem, i dziwnym trafem Edward zachorował, więc trzeba było przełożyć uroczystość. Właśnie tamtą wróżbą chlubiła się najbardziej, za jej sprawą zwróciła na siebie powszechną uwagę.
Ale tym razem? Tym razem wróżyła z fusów. Przez cały wieczór ani jedna osoba nie zawracała mi głowy.
A potem usłyszałam szept do ucha:
– Słuchaj, szuka cię jakiś mężczyzna. Już cię znalazł? – Podszedł do mnie Bertie, mój partner filmowy. Był człowiekiem pełnym wigoru, chudym i wysokim jak tyczka, z bujną ciemną czupryną, która zawsze wyglądała tak, jakby z trudem przetrwała potężną wichurę.
Wypuściłam wstrzymywane powietrze i się do niego uśmiechnęłam.
– Dziwne. Kim on jest? Poza waszą trzódką nie znam w Hove nikogo.
Przyjacielsko szturchnął mnie łokciem.
– Za to jaka wyjątkowa z nas trzódka! Kogo jeszcze ci trzeba?
– Ten mężczyzna, Bertie… Który to? – Bertie niezwykle często zbaczał z tematu, ale był kochany.
– Racja, mężczyzna… Tamten, o, tam. Przedstawił się nazwiskiem Draper.
Przywdziałam maskę rozbawienia, lustrując tłum, jakby to wszystko było jakimś żartem.
No i chyba było? Jakiś żartowniś szukał sposobu, by się przedstawić aktorce, nowemu filmowemu odkryciu. Nasza baśniowa seria o szafirze cieszyła się dużym powodzeniem, drugi odcinek przyciągał trzykrotnie większe tłumy niż poprzedni.
Tak, żart. Zwykły żart. Podałam Bertiemu obleczoną w rękawiczkę dłoń, pozwoliłam wziąć się pod ramię i prowadzić. Tego wieczoru gapiów nie brakowało: elegancko odziani bankierzy na wakacjach, prawnicy i właściciele firm, zbici w ciasne grupki baronowie i baronessy z olśniewającymi uśmiechami nieustępującymi blaskiem ich biżuterii…
Oraz jeden samotny mężczyzna niepasujący do żadnego towarzystwa.
Zawiesiłam na nim wzrok. Około pięćdziesiątki, kulturalny w obyciu, pociągła twarz, znaczące, przeciągłe spojrzenie.
Znalazł mnie.
Zacisnęłam pięść. Mięśnie twarzy nagle zaczęły boleć mnie od uśmiechów. Dlaczego tak się bałam? Stał daleko, dzielił nas tłum. Obracał szklaneczkę z koktajlem, zabijając czas. Mogłabym się wymknąć. Takie tu chmary ludzi. Tak wiele osób między nami.
Nachyliłam się do Bertiego.
– Ten w brązowym tweedzie?
Zmrużył oczy.
– Tak, ten. Najwyraźniej nie znał twojego nazwiska, ale wskazywał właśnie na ciebie. Spytał, czy dobrze cię znam.
– Zaprzeczyłeś, mam nadzieję?
– Oczywiście. Kto mógłby choć odrobinę znać Lily Temple o wielu obliczach?
Odetchnęłam z ulgą. Z uśmiechem trąciłam go w ramię. Bertie wiercił się obok mnie i postukiwał szklanką, aż w końcu miałam ochotę wytrącić mu ją z ręki. Przeklęte nerwy.
– Gdzie jest Mae? Nie poprosiłeś jej do tańca?
Rozejrzał się po tłumie. Złagodniały mu oczy, gdy wyłuskał z niego bezpretensjonalnie ubraną krawcową w rozpuszczonych na plecy włosach. Stała w pobliżu stołów. Kołysała się w rytm muzyki i rzucała w naszą stronę ukradkowe spojrzenia.
Bertie przeczesał palcami gęste włosy.
– Myślisz, że się zgodzi?
– Jak tylko ją poprosisz. – Mężczyźni bywają tacy ślepi.
– Zatańczy z takim zwyczajnym gościem jak ja?
– I z żadnym innym.
Głośno westchnął i się wyprostował.
– No dobrze, chyba nie zaszkodzi spróbować. Przydałaby się jej rundka wokół ogrodów, jest taka bladziutka. Zechcesz wybaczyć…
Odważnie przyłożył ramię do piersi, na skos, niczym żołnierz, i się oddalił, zostawiając mnie samą, uśmiechającą się z lekkim roztargnieniem.
Odwróciłam się i ujrzałam tamtą skrytą w cieniu twarz, była teraz dużo bliżej. Może trzy kroki ode mnie. Choć mężczyzna, Draper, nie patrzył w moją stronę, doskonale orientował się, gdzie jestem. Czy się przemieszczam, czy nie. Od czasu do czasu zerkał w moim kierunku… obserwował mnie. Udawał, że nie, ale obserwował.
Przykleiłam uśmiech do twarzy jakby jednym pstryknięciem, tak jak włączamy światła elektryczne w pompowni, wśliznęłam się w tańczący tłum i śmiejąc się wesoło, wirowałam od partnera do partnera.
Tego wieczoru grała orkiestra Czwartego Królewskiego Pułku Irlandzkich Dragonów, wnosząc energię w to wiekowe miejsce. Wiodłam wspaniałe życie, napawałam się pięknem natury i intrygującą pracą, błyskotliwymi rozrywkami oraz interesującymi ludźmi. Mogłoby to trwać wiecznie.
Lily Temple była niepokonana.
Kolejny obrót w tańcu i wpadłam ze śmiechem na kobietę w czerwonym jedwabnym adamaszku.
– Och, najmocniej przepraszam.
– Ależ nie ma za co, nie ma za co. Ojej, jak wspaniale natknąć się na sławną Lily Temple! Widziałam panią z drugiego końca ogrodów, ale nigdy z tak bliska. Och! – Ze zdumienia zaokrągliły się jej oczy. – Jak doskonale maskują w filmach pani nos.
Uśmiechnęłam się z przymusem.
– No cóż…
– W filmach wygląda bardzo ładnie, nie mam pojęcia, jak George Smith uzyskuje taki efekt. Choć z drugiej strony udaje mu się stworzyć nieprawdopodobne złudzenia przy użyciu tych swoich narzędzi.
Kobieta w szkarłacie paplała z prędkością ogiera w galopie, albo i szybciej, lecz ja powędrowałam myślami do niepokojącej postaci na lewo ode mnie. Mężczyzna był teraz jeszcze bliżej, spoglądał bardziej otwarcie. Dyskretnie zerkałam w jego stronę, zachowywałam czujność.
W oczach postronnego obserwatora niczym się nie wyróżniał. Nie uśmiechał się, nie tańczył. Ale nawet reagując przesadnie szerokim uśmiechem na żart jakiegoś zniewieściałego mężczyzny, cały czas miał mnie na oku.
Pilnował mnie.
Już kilkakrotnie mu się wymknęłam, w innych sceneriach, pod innymi imionami, tym jednak razem ten upiorny spokój, z jakim mnie podchodził, wytrącał mnie z równowagi. Kim jest ten Draper?
Przypatrywałam się zbyt długo i w końcu mnie przyłapał. Napotkał mój wzrok.
Mrugnął.
Odwróciłam się na pięcie. I wtedy trafiłam przypadkiem na drugiego mężczyznę, który miał okazać się ważny tamtego wieczoru. Porwałam do tańca najbliższego gościa bez pary. Stał się moim partnerem na parkiecie… tarczą… choć zupełnie go nie znałam.
Na razie.
I tak spotkałam Petera.3
Książę, oczarowany tymi słowami, a jeszcze bardziej
sposobem, w jaki zostały wypowiedziane, nie wiedział,
jak okazać radość i wdzięczność;
zapewnił, że kocha ją bardziej niż samego siebie.
Charles Perrault, Śpiąca królewna
Lily wtargnęła w życie Petera Driscolla jak burza. Nie jak zacinający deszcz, lecz jak gęsta zamieć śnieżna cudownie zasłaniająca zwykły, pospolity świat. W jednej sekundzie stał pośród elegancko ubranych tłumów w St. Anne’s, a już w drugiej wyrwany z monotonnej rzeczywistości, wirował z nią w tańcu, dając się porwać jej wyczuciu rytmu.
„Niech mnie pan stąd zabierze”. Te ciche, bezpośrednie słowa wyszeptane w tańcu tuż przy jego uchu rozbudziły w nim instynkty opiekuńcze. Już szykował tarcze ochronne, zacieśniał wokół niej pierścień obrony. Trzęsła się. Była opanowana i pewna siebie, ale drżała. Miała rozbiegany wzrok, który raz po raz padał na jakiegoś trzymającego się na uboczu mężczyznę, bez wątpienia obserwującego ją spod ronda melonika.
Delikatnie ścisnęła mu dłoń. Na ten sygnał zaczęli w tanecznych obrotach coraz bardziej oddalać się od tłumu. Jej biała, rozkloszowana suknia zamiatała liście i skoszoną trawę, gdy wirowali w kierunku ciemnego lasu.
– Niech pan idzie za mną. I nie nadepnie mi na stopy.
I poszedł.
Przez dwadzieścia osiem lat jego życie było o wiele za łatwe i nieskomplikowane, dlatego wkroczyła w nie ona. Tego akurat był pewien od razu. Drobna, kobieca, o intrygującej twarzy, miała zaskakującą moc przyciągania, jakąś siłą odśrodkową, której nie miał ochoty się opierać.
A więc to była Lily Temple.
Gdy widział ją na ekranie, mrugała powiekami w roli uroczej, lecz prostej, dość głupiutkiej postaci z baśni, ale teraz trzymał ją w ramionach, doświadczając bliskiego kontaktu – była wyrazista i sugestywna – i wiedział, że wtedy po prostu grała przed kamerą. Wiodła go w kierunku lasu z siłą, której nie zauważyłby żaden z gapiów, a której on nie mógł ignorować.
Drogę wśród drzew wytyczała jedna oświetlona ścieżka, ona jednak skręciła z niej w mrok. Zatrzymał się i strzepnął z włosów jakiś paproch, poprawił marynarkę i odgonił latające mu przed twarzą owady. Zawróciła, chwyciła go za ramię i pociągnęła na, miał nadzieję, boczną ścieżkę odgałęziającą się od głównej.
Tak. Tak, pod stopami zachrzęścił żwir.
Naszła go jakaś dziwna fantazja, że ta urocza istota przybyła z lasu, wyłoniła się z granatowoczarnego listowia i zabiera go do baśniowego świata jej filmu.
Wędrowali pośród drzew, a gałęzie i zarośla czepiały się jego marynarki. W końcu dotarli do dużej polany na wzgórzu, gdzie elektryczne lampki oraz kilka umocowanych na słupkach lampionów oświetlały konstrukcję wykonaną w całości ze szkła. Zapomniał na chwilę o listkach czy pokruszonych gałązkach, najpewniej zalegających teraz w kieszeniach ubrania, i objął wzrokiem duże ściany.
Trzymając go oburącz za dłonie, pociągnęła go w tamtą stronę. Szła tyłem i zapraszała figlarnym uśmiechem.
– Jesteśmy na miejscu – oznajmiła. Strach zniknął, promieniała teraz w haftowanej bielą i złotem sukni o satynowym połysku. – Cóż za szarmancki ratunek. Nie ma mi pan za złe, prawda? Oszczędził mi pan wielu nieprzyjemności.
– Ani trochę. – Wyciągnął z włosów gałązkę. – Mógłbym panią odprowadzić? Upewnić się, że jest pani bezpieczna?
– Jaki pan troskliwy. – Uśmiechała się łagodnie. Powściągliwie. – Ale nie mogłabym przyjąć takiej propozycji. Już i tak wykradłam pana z gali. – Delikatna melodyjność jej głosu okrywała cieniutkim woalem akcent z jakiejś innej części Anglii – z robotniczych dzielnic Londynu albo z wiejskiej północy. Może z wrzosowisk. – Jeden kłopot na wieczór wystarczy, nie śmiałabym narażać nikogo na większe koszty.
– Szczerze mówiąc, nie miałbym nic przeciwko. Wolałbym to niż zostawić tu panią samą. Moim obowiązkiem jest zapewnić ochronę.
Zesztywniała, mierząc go z góry na dół.
– Jest pan z policji.
Cichy śmiech.
– Absolutnie nie, zapewniam.
– Więc skąd ta opiekuńczość?
– Denerwuje to panią?
Zmrużyła oczy. Te śliczne, skośne zielone oczy, takie błyszczące.
– Raczej nie. Tylko…
– Tylko?
– Nie rozumiem jej powodów.
Była jedną z tych. Otrzymywanie czegoś za nic nie było częścią jej świata. Powinien odejść zamiast pozostawać tu z nią sam na sam. Czułaby się swobodniej. On również, jeśli się nad tym zastanowić.
Potem jednak pojawiła się cicha myśl, szybka i przejrzysta, pochodząca gdzieś z samej głębi jego istoty, z miejsca, gdzie mieszka Bóg.
„Zostań”.
„Posłuchaj”.
Splótł dłonie za plecami.
– Proszę przynajmniej mi pozwolić na dotrzymywanie pani towarzystwa przez kilka minut, dopóki nie będę pewien, że jest pani bezpieczna.
Jej nieśmiały uśmiech, aczkolwiek pełen wahania, był uroczy i rozbrajający.
– Mogę pana oprowadzić po tym miejscu. Sprawia pan wrażenie osoby całkowicie niegroźnej. A dość dobrze potrafię ocenić ludzki charakter.
Zdjęła ze słupka latarenkę i powiodła go na wzgórze.
Niegroźny, czy aby na pewno? Peter uśmiechnął się pod nosem, dziarsko za nią podążając. Niektórzy nazywali go niedojdą i molem książkowym, milczkiem i słabeuszem, ale tylko dlatego, że nie wiedzieli, na czym polega prawdziwa siła ani skąd się ją czerpie.
Wszedł za nią do szklanej budowli, spoglądając w górę na światło księżyca sączące się między gałęziami.
– Sądzę, że to jest coś, co chciałby pan zobaczyć. Wszyscy chcą. – Jej głos odbijał się od ścian. – To plan filmowy. Słynny szklany dom George’a Smitha. Tutaj mieści się inny świat. – Stała pośrodku, obracając się wkoło z rozpostartymi ramionami, a biała suknia niemal jarzyła się w świetle latarenki. Miodowe włosy lśniły jak złoto. – Czyż nie jest cudowny?
– Tak, doprawdy.
– Za dnia wygląda jeszcze cudowniej, może mi pan wierzyć. Choć najprawdopodobniej nie będzie panu dane tego zobaczyć. Musiałam tu pana przemycić, a ciemność przychodzi nam w sukurs, skrywając nas pod swoją peleryną. Normalnie nikomu nie wolno tu wchodzić, głównie dlatego, że drogi Smithy obawia się jakichś szkód. Budując coś wyłącznie ze szkła, podejmuje się ryzyko, ale on, biedaczysko, nie zawsze myśli o takich praktycznych, przyziemnych sprawach. – Pokręciła głową, błyskając śnieżnobiałym uśmiechem. – Ma przenikliwy umysł, lecz zarazem jest nieco ekscentryczny. Przypuszczam, że w pewnym sensie podobnie jak my wszyscy. Ja na przykład zbudowałabym domek z kryształu zamiast szkła i wszędzie miałabym pryzmaty. – Uśmiechała się szeroko, jaśniały jej oczy. – Niech pan sobie wyobrazi wschód słońca w takim miejscu!
Ojej, nie zamykała się jej buzia. Ale po życiu spędzonym w ponurym starym dworze, gdzie nawet powietrze wydawało się ciężkie, mógłby wiecznie słuchać tego melodyjnego głosu. Miękkiego i delikatnego, zapraszającego słuchacza, by podszedł bliżej i lepiej słyszał.
– Z pewnością zbudował go w ten sposób nie bez powodu.
– Dla światła. Dla naturalnego oświetlenia. – Odwróciła się, wskazując palcem miejsce tuż przed wejściem. – Położył nawet małe tory, żeby obracać plan filmowy zgodnie z ruchem słońca. Światło słoneczne wlewa się przez szkło i dzięki temu może on stworzyć wszystko, o czym tylko sobie zamarzy – wyjaśniła. – George’a Alberta Smitha nie dotyczą żadne prawa – ani fizyki, ani ludzkie. Może wykreować dowolną iluzję i opowiedzieć w filmie każdą historię. Tworzy niesamowite złudzenia optyczne i triki.
– Trochę to nieuczciwe.
Obruszyła się, wydatne kości policzkowe wyróżniały się w tej uroczej twarzy.
– Nie bardziej niż jakakolwiek inna forma sztuki. On po prostu buduje historię, którą pragnie opowiedzieć, tak samo jak pisarz układa zdania czy malarz kładzie farbę na płótno.
– Tylko że jego historie są naprawdę sensacyjne – zauważył. – Ludzie latają na Księżyc, kobieta ulatnia się jak kamfora, on sam zdejmuje własną głowę i odkłada ją obok na stół…
– Czterokrotnie.
Peter przesunął dłońmi po ścianie, stukając palcem w grube szkło.
– Co takiego?
– Czterokrotnie zdjął głowę i położył ją na stole. Prowadząc przy tym ze sobą rozmowę, tak, tak. Czy to nie sprytne?
– To jest oszustwo.
– Nowatorstwo. – Utkwiła w nim wzrok. – Zanim się kogoś osądzi…
Szelest liści. Jakieś stworzenie czmychnęło w zaroślach. Gwałtownie odwróciła się do Petera i ukryła twarz na jego piersi niczym osaczone zwierzę.
Wyjął lampion z jej rąk, odstawił go na stół i roztoczył dookoła niej ramiona, odgradzając ją od świata, lecz na tyle luźno, by bez trudu mogła się uwolnić. Podobał mu się dotyk jej miękkich włosów łaskoczących podbródek. Było w tej kobiecie coś nieskończenie cennego. Rzadkiego, promiennego, wartego ochrony.
– Mówiłem, że panią ochronię. Nie uwierzyła pani?
Kojarzyła mu się z delikatnym szkiełkiem połyskującym samotnie na ciemnej plaży. Oszlifowanym i wygładzonym przez morskie fale, lecz narażonym na roztrzaskanie się o skały.
Opuszki jej palców błądziły po klapie jego marynarki. Potem się odsunęła i podniosła na niego wzrok. Jeżeli czuła się speszona nieprzyzwoitością tej sytuacji, dobrze to ukrywała. A może była na tyle śmiała, że zupełnie się nie przejmowała. Pomimo swoich talentów nie potrafił jej rozgryźć. A przynajmniej jeszcze nie teraz.
Delikatnie przechylając głowę, cofnęła się nieco dalej i go przywołała.
– Chodźmy. Uznałam, że lubię pana na tyle, by pokazać panu coś jeszcze.
Wzięła lampion, jak gdyby nic się nie wydarzyło. Wyszła ze szklanego domu i pobiegła przed siebie wąską ścieżką wśród niskich zarośli i chwastów, znów sprawiając wrażenie chochlika mieszkającego między drzewami.
Z lasu wychodziło się na otwarte zbocze, skąd roztaczał się widok na ogromną, pokrytą rosą łąkę, rozświetloną migoczącymi zielonymi punkcikami.
Położyła się na brzuchu i wsparła na pięściach podbródek, spoglądając na połać trawy. Ileż to już razy widział świetliki? Ale nigdy w takich okolicznościach.
Przykucnął obok, podpierając się rękami, i patrzył na mieniącą się łąkę. Napięcie rozpłynęło się w ziemi pod stopami, zapanowała cisza.
– Magiczne, prawda? – szepnęła.
– Tak. – I rzeczywiście: baśniowo w każdym calu. Chłodny kobierzec trawy, jakiego nie widział od dzieciństwa. Lekki wietrzyk perfumowany wonią polnych kwiatów. I śmieszność samotnego kucania obok tego duszka w pięknym stroju, pełnego ciepła i uroku.
Czuł się tak, jakby do ciała powracał wstrzymywany od lat oddech, z czego dotychczas nie zdawał sobie sprawy. Odezwał się trel słowika, las rozbrzmiewał jego pieśnią.
To był dla niego dar, prawda? Ów powód, który skłonił go do poczucia, że musi chronić tę kobietę. To nie ona potrzebowała ratunku. Bóg chciał mu ofiarować przebłysk spokoju, idealnego piękna. Przypomnieć mu, być może, jak bardzo się od nich oddalił i że mógłby postarać się odnaleźć je na nowo.
W jego rozmyślania wsączył się cichy głos.
– Niesamowita iluzja, prawda?
– Hmm?
– W świetle dziennym są pospolitymi owadami. Nędznymi małymi żuczkami, które nie dążą do niczego więcej poza skojarzeniem się w pary i rozmnożeniem się, zanim umrą. Ale w nocy, kiedy urządzają nam ten spektakl… – Przekręciła się na plecy i spojrzała na niego płonącymi zielonymi oczami. – Czy można sobie wyobrazić coś bardziej romantycznego?
– Czy ja… Nie.
– Słyszałam, jak ktoś kiedyś mówił, że one się w sobie zakochują, te robaczki świętojańskie. – Ściszyła głos. – Namiętność w ich sercach rozjarza ich małe ciałka, by pomóc ukochanym się odnaleźć.
– Cudowna bajka.
– Nie wierzy pan w bajki? – Na jej twarzy pojawiło się zwątpienie, jakby jego wahanie wobec bardziej fantastycznej fikcji stanowiło skazę charakteru.
– Czytam książki, dużo książek. Nawet powieści. Ale skłaniam się ku historiom, które mają coś do powiedzenia o życiu. O Bogu. Takich jak proza Dickensa piszącego o nędzy przytułków. Albo utwory Eliot traktujące o ciężkiej doli kobiet. Baśnie są dalekie od rzeczywistości.
– Czyżby? – Przekrzywiła głowę w prawo. – Miłość i przemoc… zagmatwane rodzinne tajemnice… wielkie burzliwe romanse, których kulminacją jest tragiczna ironia losu i które często kończą się nieszczęśliwie. Może nie są wzięte prosto z życia, ale prawdziwe.
Objął ją wzrokiem, białą i niemal lśniącą w blasku księżyca – każdy fałd sukni skrzył się subtelnie, włosy w ciepłym odcieniu złota były wsunięte pod mieniącą się tiarę.
Muskała palcami chłodne źdźbła trawy.
– Owady nie mogą się zakochiwać, oczywiście. Ale prawdą jest, że namiętność rozpromienia. Jest zaraźliwa. Przyciąga niczym odwłok świetlika, a czasem przydaje się do oświetlenia komuś drogi. Nigdy o tym nie zapomniałam.
– Rozumiem.
Zawierała prawdę w fantastycznych opowieściach. Była aktorką, której akcentu nie dało się umiejscowić. Wyjątkowo opanowana, a jednak drżała na widok niczym niewyróżniającego się mężczyzny, obserwującego ją z boku. I nigdy, przenigdy nie zdejmowała maski.
– A więc, panno Temple… Jaka jest pani historia?
Przeturlała się na bok, podparła ręką głowę i przygryzła wygiętą w uśmiechu dolną wargę.
– Mam ich setki. O nieuchwytnej, mrugającej gwiazdce, o głupiej gospodyni, której wybucha piec, o elfie wykradającym klejnoty pannie młodej.
– Nie pytam o filmy. Chodzi mi o tę prawdziwą.
– Wszystkie były prawdziwe. Przez co najmniej dwa tygodnie.
Spojrzał na nią wymownie.
– Och, psuje pan zabawę. Zresztą i tak nie uwierzyłby pan w prawdę.
– Prawdopodobnie nie. Ale spróbujmy.
Usiadła, podpierając się z tyłu rękami.
– Z pewnością słyszał pan o źródłach żelazistych. O cudownej wodzie, która przyciąga do tego uzdrawiającego ogrodu każdą zdesperowaną, zranioną istotę. Otóż wiele lat temu wypiłam duży haust, większy niż normalnie, i to mnie odmieniło. Na lepsze.
– Doprawdy?
– Tak uważam. Umie pan dochować tajemnicy? W rzeczywistości mam osiemdziesiąt siedem lat, osiemnaścioro dzieci i trzy domy, przeżyłam siedmiu mężów. Mogłabym być żywą reklamą tych źródeł, ale nie pozwolę biednemu Smithy’emu na strojenie sobie żartów z mojego szczęścia. Bo to pewny sposób na odwrócenie losu, rozumie pan… kiedy człowiek się obnosi ze swoim szczęściem. Zresztą nie należę do tych, co się przechwalają. To nigdy nie dodaje kobiecie urody. Zwłaszcza osiemdziesięciosiedmioletniej.
Peter poczuł, jak uśmiech przejmuje kontrolę nad jego twarzą.
– Nikt nigdy nie kazał mi w tak uroczy sposób „pilnować własnego nosa”. – Była dla niego jak krzepiący tonik, szybko zaczynał się uzależniać od małych łyków. Pragnął więcej – całych haustów historii opowiadanej tym ślicznym melodyjnym głosem. Prawdziwej historii. Miał przeczucie, że zapadłaby mu w pamięć.
Powiódł wzrokiem po łące świetlików i nagle poczuł, że i on w tej chwili żyje w bajce. Pomimo otaczających tę kobietę tajemnic, dręczących umysł ostrzeżeń, wszystko na świecie wydało się nagle takie, jak ma być. Jego dusza ożyła.
I znów usłyszał jej głos, zaczęła rozwijać się opowieść w stylu dawnych ballad.
– W najmroczniejszych czasach Francji żyła sobie pewna szlachetna i bardzo dzielna para. Para bratnich dusz, którym było przeznaczone stworzyć więź pośród chaosu, dwóch prawych światełek w niegodziwym świecie. Ich dobroć sprawiła, że stali się sobie równi, bo oboje doświadczyli strasznej niesprawiedliwości, której stawili czoła.
Peter usiadł na trawie.
– Zjednoczyło ich właśnie poszukiwanie sprawiedliwości.
– Tak było. Wszystko zaczęło się od ojca dziewczyny, dobrotliwego lekarza w podeszłym wieku, niewinnego jak baranek, który przez osiemnaście lat oglądał wyłącznie więzienne mury. Nie uczynił nic, by sobie na to zasłużyć, z wyjątkiem narażenia się wpływowym ludziom – widzącym tylko pieniądze, o sercach z ołowiu. Pewnego dnia ujrzał najpiękniejszy widok – słodkie oblicze córki Lucie, dorosłej już i uroczej, która przybyła, by przemycić go z więzienia do świata. Lucie Manette była śliczna z twarzy i charakteru, budziła zachwyt wszystkich, którzy ją znali. Miała jednak ciężkie życie, uważała się bowiem za sierotę – dopóki się nie dowiedziała, że jej ojciec żyje, i go nie ocaliła. Uciekli razem pod osłoną nocy, wymknęli się z Francji na pokładzie łodzi. O mało ich nie złapano, napotkali jednak bardzo szlachetną postać tej opowieści – głęboko strapionego, silnego i pełnego dobrej woli Charlesa Darnaya. Pomógł im w ucieczce. I tak oto zaczęła się ich miłosna historia.
To Dickens. Opowiadała mu fabułę powieści Dickensa, ale trzymał język za zębami, bojąc się, że pryśnie czar tej chwili. W jej ustach ta historia brzmiała zupełnie inaczej, opowiadała ją z powściągliwą rozwagą, jakby dzieliła się z nim czymś ważnym. Osobistym.
– Szlachetny nieznajomy strzegł Lucie i jej ojca przed żołnierzami i powiódł ich ku bezpiecznym brzegom, nie zważając na własne bezpieczeństwo. Sam nosił w sercu dręczące tajemnice, lecz pospieszył tym dwojgu na ratunek i zawiózł ich do Anglii. Rodzina oczywiście uważała Darnaya za przyjaciela, choć poznała tylko jego życzliwość, nie wiedząc o nim nic ponad to. I z czasem, jak można się spodziewać…
Zabrzęczał dzwonek. Drugi, trzeci. Dźwięk niósł się po rzadkim lesie, wyrywając Petera z zauroczenia.