-
nowość
-
promocja
Ulotne chwile - ebook
Ulotne chwile - ebook
Intymna powieść o miłości matczynej, zdrowiu psychicznym młodzieży i międzypokoleniowych traumach.
Diane zawsze chciała prostego życia. Mąż, dwoje dzieci, praca, którą lubi – to i tak więcej, niż marzyła. Jej świat chwieje się w posadach, kiedy Seb ją opuszcza. Pochłonięta swoim cierpieniem nie zauważa, że dramat rozgrywa się gdzie indziej. Tuż obok, w pokoju jej nastoletniej córki, cichnie śmiech. Szesnastoletnia Lou przeżywa ból dorastania, a pierwszy zawód miłosny staje się początkiem tragedii. Kiedy do Diane wreszcie dociera powaga sytuacji, jest gotowa na wszystko, aby pomóc córce – nawet na powrót do przeszłości, od której uciekła.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68543-43-8 |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Diane
Sprawdzała, czy oddycham. Co wieczór. Nie położyła się spać, dopóki się nie upewniła. Oblizywała palec wskazujący, po czym zwilżony śliną przysuwała do moich nozdrzy, tak jak robią marynarze, by ustalić kierunek wiatru. Ocierała mi łzy, zanim jeszcze popłynęły. Z twarzą wykrzywioną strachem przypadała do mnie, ilekroć się przewróciłam. Kroiła mi kiełbaski na maleńkie kawałeczki i przestała kupować do domu orzeszki ziemne. W wakacje nie pozwalała mi jeździć na kolonie. Zgadzała się, bym pojechała na rowerze do mojej przyjaciółki Lulu, pod warunkiem że włożę kask, nałokietniki i nakolanniki, a zaraz po dotarciu do celu zadzwonię do niej. Mierzyła mi temperaturę, kiedy miałam zarumienione policzki i zimne dłonie. Mówiła mi „dobranoc” i zawsze dodawała: „Kocham cię”. Te dwa słowa musiały być ostatnimi każdego dnia. Jeśli po nich jeszcze wstałam z łóżka, wszystko się powtarzało. Ostatnie dwa słowa na wszelki wypadek. Przy moim talerzu kładła nóż o zaokrąglonym czubku. Trzymała pod kluczem noże ostro zakończone, nożyczki, lekarstwa i środki czystości. Wypisywała mi na dłoni nazwisko i nasz adres, kiedy szłyśmy na targowisko. Zawsze pokazywała mi miejsce, gdzie się spotkamy, gdybym przypadkiem się zgubiła. Nie ruszała się z domu bez w pełni zaopatrzonej podręcznej apteczki. Przeanalizowała historię wypadków autobusów szkolnych, po czym poradziła mi, żebym siadała w środkowej części przy przejściu. W zimie stroiła mnie w kominiarkę i w grube rękawice. Latem smarowała mnie kremem do opalania. Nigdy się nie zgodziła, żebym miała wymarzoną motorynkę. Przychodziła po mnie, gdy zamykano nocny klub. W każdym razie nie poszła spać, póki ja nie byłam w łóżku. Stale mówiła „uważaj”. Uważaj, bo się przewrócisz. Uważaj, nie biegaj. Uważaj, bo się skaleczysz. Uważaj, gdy przechodzisz przez jezdnię. Uważaj, nie rozmawiaj z nieznajomymi. Uważaj, nigdy nie zostawiaj swojej szklanki z napojem. Uważaj na bawidamków. Uważaj na schodach. Uważaj, w tym jest mnóstwo cukru. Uważaj, bo się przeziębisz.
Obiecałam sobie, że nigdy nie stanę się taka jak ona.
A potem ja również zostałam matką.2
Lou
Facetka w recepcji siedzi najeżona. Kiedy tłumaczy mi, jak dojść do poradni, brzmi to, jakby mnie opierniczała. Nie mam pojęcia, czy to przez jej świdrujące nieruchome spojrzenie, czy przez słowa, którymi rzuca jak shurikenami, ale aż mnie korci, by ją przeprosić, że powiedziałam „dzień dobry”. Pewnie się urodziła w Halloween. Jakby było mało, że w ogóle tu jestem… Niewiele brakowało, a wsiadłabym do autobusu, który jechał w przeciwnym kierunku.
Idę za wymalowanymi na podłodze niebieskimi strzałkami i siadam w poczekalni B. Jest tam już dziewczyna w moim wieku. Podnosi na mnie wzrok i zaraz opuszcza go z powrotem na telefon. Pewnie wolałaby być sama. Tak jak ja.
Czuję się podobnie, kiedy spotykam kogoś w szkolnej łazience. A przecież idziemy tam w tym samym celu.
Pierwszy raz idę do ginekologa. Matka zawsze powtarzała, że umówi mnie, jeśli tylko będzie trzeba, że nie ma przymusu. Po raz pierwszy coś przed nią ukrywam.
Jakaś pani wyczytuje moje nazwisko. Na kitlu ma plakietkę. „Doktor Amina Hassan”.
– Byłaś już u nas w sprawie kontroli urodzeń?
Kręcę głową.
– Ile masz lat, Lou?
– Szesnaście.
Wygląda sympatyczniej niż recepcjonistka. Na rękach ma mnóstwo bransoletek, które przy każdym ruchu brzęczą i dzwonią. Pyta mnie, po co przyszłam.
– Chciałabym brać pigułkę anty.
– Utrzymujesz stosunki?
– Stosunki?
– Stosunki seksualne.
– Aaa. Tak.
Rozumie moją odpowiedź, chociaż ja jej nie usłyszałam, gdy wyszła z moich ust.
– Jak długo?
– Dwa miesiące i tydzień.
– To twój pierwszy chłopak?
– Wcześniej już jednego miałam, ale to było co innego. Całowaliśmy się tylko. Nie byłam zakochana.
Pierwszy raz coś takiego czuję. Bez przerwy o nim myślę. Bez przerwy. Na lekcji historii przez godzinę pisałam ciurkiem jego imię. Hugo. Hugo. Hugo. Hugo… Zapełniłam kilka stron. Mieszkamy w tym samym bloku, ale w innych klatkach. Musi dzwonić domofonem, żeby do mnie przyjść. We środę po południu, bo tylko wtedy jestem sama w domu. Mama i Seb pracują, a Tom jest w świetlicy. Ukrywamy się tylko dlatego, że Hugo ma dwadzieścia jeden lat.
Kiedy pierwszy raz mnie zagadnął, musiałam zdusić radość w brzuchu.
To było w czwartkowy wieczór dwudziestego trzeciego marca. Chodziłam po parkingu z Aryą na smyczy. Wiedziałam, że Hugo jest w domu, wrócił kilka dni wcześniej. Kiedy przyjeżdża z misji na urlop, zawsze zostaje u rodziców parę tygodni. Jest żołnierzem. Powiedział mi to Thierry, sąsiad z góry. Gdy zobaczyłam jego samochód na ulicy, serce mi fiknęło. Puściłam esemesa do Melhy.
Przyjechał.
Rób, jak ustaliłyśmy!
Poczekałam, aż wysiądzie, i przewróciłam się. Trudne to nie było, bo zeszły ze mnie wszystkie siły. Arya rzuciła się na mnie i polizała mnie po twarzy. Matka krzyknęła z okna:
– Lou, nic ci nie jest?
Popatrzył na nią, potem na mnie. A matka dalej robiła mi obciach.
– Coś ci się stało? Możesz się ruszać?
Podszedł do mnie i wyciągnął rękę, żeby pomóc mi wstać. Moja drżała.
– Zrobiłaś sobie coś?
– Nie, wszystko gra… Dzięki.
– Super.
Puścił moją dłoń i poszedł do swojej klatki. Przede mną zmaterializowała się matka.
– Wszystko dobrze, Lou? Co się stało?
Uśmiechnęłam się tylko. Przez tydzień nie myłam prawej dłoni.
Ginekolożka tłumaczy mi różne metody antykoncepcji. Podkreśla, że prezerwatywa chroni przed zakażeniami w przeciwieństwie do pigułki. To wszystko wiem. Mama z tysiąc razy mi powtarzała. Z rysunkami, z filmikami poglądowymi i schematami. Hugo regularnie robi sobie testy, więc nie ma żadnego ryzyka. Dał słowo. Nie cierpi prezerwatyw. Powiedział, że jeśli naprawdę go kocham, cudownie by było, gdybym zażywała pigułkę. Przez to kocham go jeszcze bardziej.3
Diane
Ten stół to pierwszy mebel, który kupiliśmy razem. Chodziliśmy po sklepie, trzymając się za ręce, w końcu nasz wybór padł na niego – nienajsolidniejszy, nienajładniejszy, lecz miał tę zaletę, że mógł być dostarczony w dniu naszej przeprowadzki. Był to nie tylko stół, ale nasz nowy początek, a pod blatem opartym na czterech sosnowych nogach znajdowało się pole bitwy, które przebyliśmy, rozstając się każde ze swoim współmałżonkiem. Popłakałam się ze szczęścia na rozsuwanym blacie.
Teraz, siedząc przy tym stole w bezchmurny dzień, gdy niebo jest lazurowe, mój mąż łamie mi serce.
– Diane, sam już nie wiem, gdzie jestem.
Odstawia filiżankę, ociera usta i wpatruje się w ścianę za mną – na tyle blisko mojej twarzy, by widzieć, jak zareaguję, lecz nie patrząc mi w oczy. Lou jeszcze śpi, Tom krząta się w łazience, niebo się wali na rozkładany blat.
– Czyli?
– Muszę nabrać dystansu.
– Przez to, co było wczoraj?
– Co było wczoraj?
– No, pokłóciliśmy się o Lou. Wiem, że nie powinnam na ciebie naskakiwać przy dzieciach, ale czasem to silniejsze ode mnie. Jesteś dla niej za surowy.
Ujmuje głowę w dłonie. Wlepiam wzrok w jego obrączkę.
– Jedno z drugim nie ma nic wspólnego, Diane. Po prostu zadaję sobie w tej chwili mnóstwo pytań. Nie wiem, czy naprawdę chcę tego wszystkiego.
Ostatnim dwóm słowom towarzyszy zamaszysty gest obu rąk.
Nie chce t e g o w s z y s t k i e g o. Czyli czego? Kuchni, którą przemalowaliśmy na kolor szałwiowy? Czterech bretońskich kubków z naszymi imionami ustawionych na drewnianej półce? Mieszkania o powierzchni sześćdziesięciu siedmiu metrów na trzecim piętrze z widokiem na parking? Kanapy w kolorze écru? Wspólnego komputera w kącie w salonie? Gęstych zasłon, żeby się chronić przed wścibskimi sąsiadami?
Nie chce t e g o w s z y s t k i e g o. Otwieranego dachu samochodu, który przecieka? Oświetlenia w łazience, które trzeba wymienić? Obrazów czekających od miesięcy na powieszenie? Telefonu do banku, by negocjować koszt debetu? Wynoszenia śmieci?
Nie chce t e g o w s z y s t k i e g o. Rysunków naszego syna przypiętych magnesikami do lodówki? Wierszy dumnie recytowanych w Dniu Ojca? Wypraw na zakupy z naszą córką? Filmów, które we czwórkę oglądamy w telewizji ściśnięci pod kocem? Tego, że Tom nieudolnie jeszcze naśladuje męskie zachowania? Kolorowanek Lou? Splątanych ciał nas dwojga?
Nie chce t e g o w s z y s t k i e g o. Nie chce nas?
Wstaje.
– Nie mówię, że to koniec. Po prostu muszę zrobić podsumowanie.
– Masz kogoś?
– Przestań.
To nie jest odpowiedź, ale nie powtarzam pytania. Seb należy do tych, którzy się nie patyczkują, tylko dzielą myślami, zanim je sformułują. Właśnie jego uczciwość sprawiła, że się w nim zakochałam po dwunastu latach życia z kłamstwami ojca Lou. Ona także spowodowała, że nie czułam nieufności.
W obliczu jego jednoznacznego wyznania ostatnie tygodnie nabierają nowego sensu. Wszystko miałam jak na dłoni. Jego wzdychanie, unoszenie się gniewem. Telefon jak przyspawany do dłoni. Jego milczenie. Spanie na samym skraju łóżka. Szybkie cmokanie mnie w czoło.
– Kochasz mnie jeszcze?
– Nie wiem, Diane. Duszę się. Sam już nie wiem, kim jestem. Nie mam ochoty przecknąć się po osiemdziesiątce i żałować.
Przy ostatnich jego słowach w kuchni zjawia się zaspana Lou. Wydaje się, że nic nie słyszała. Cmoka w policzek Seba, który wychodzi, potem zarzuca mi ręce na szyję. Układam usta w uśmiech i przyklejam go do twarzy. Nieraz ludzie przedstawiają środowisko nastolatków jako wrogie terytorium, niedostępną dżunglę. Mówią o arogancji, bezczelności, niewdzięczności. Oceniam swoje szczęście. Chociaż moja córka ma szesnaście lat, nadal jest grzeczną przylepką. Bywa, że sprzeciwia się czemuś, podnosi głos, ale niemowlę o bujnej czuprynie, które dopiero w wieku trzech lat zaczęło przesypiać noce, wyrosło na dziewczynę jak należy. I dumna jestem z relacji, którą zbudowałyśmy wspólnie.
Wkłada teraz kromkę do opiekacza.
– Mamo, możesz powiedzieć Tomowi, żeby wyszedł z łazienki? Nie wiem, co on tam tyle robi. Spóźnię się do szkoły.
– Już jestem – oznajmia dźwięcznym głosem mój syn, wchodząc do kuchni.
Po oczach Lou widzę, że ledwie powstrzymuje się od śmiechu.
– Masz żel na włosach? – pyta.
– Bardzo widać? – niepokoi się Tom zawiedziony. – Chciałem, żeby było naturalnie. Na innych zawsze tak wygląda.
– Pokaż, kochanie, zaraz coś z tym zrobię.
Wyciągam rękę, by zmiękczyć kosmyki, lecz moje palce natrafiają na sztywne zwarte kołki.
– Aj! Złamałam sobie nadgarstek!
– Naprawdę? – ze strachem woła mój syn.
Czasem zapominam, że jest jeszcze mały, dopiero w podstawówce. Jego siostra natychmiast to wykorzystuje.
– Tylko uważaj, jak będziesz kogoś całował, bo możesz go zabić.
Nadejście Seba poprzedza jego śmiech.
– Synu, może skorzystasz z okazji i powiesisz obrazki w korytarzu? Trzy razy stukniesz głową w gwóźdź i po sprawie!
– Tato, to nie jest zabawne!
Lou mówi żartobliwie:
– Choć raz twój tata popisał się dowcipem.
Ta banalna scenka wygląda na coś, co dzieje się ostatni raz. Seb życzy nam miłego dnia i posyła mi przepraszający uśmiech. Wsparta łokciami o ten przeklęty rozkładany blat, patrzę za nim, jak odchodzi, i wyciągam gorzki wniosek: na kilka dni przed dziesiątą rocznicą naszego ślubu po raz pierwszy mnie zaskakuje.4
Diane
Tom zawsze pierwszy wychodzi ze szkoły. Jak oparzony wypada z klasy, biegnie asfaltową alejką i rzuca mi się w ramiona. Wynegocjowałam ze swoją przełożoną takie godziny pracy, żeby dwa razy w tygodniu oglądać to ulotne widowisko. W gimnazjum to się skończy. W najlepszym razie pozwoli, żebyśmy się wystarczająco oddalili od szkoły, i dopiero wtedy cmoknie mnie w policzek, w najgorszym będzie wolał dojeżdżać autobusem. Korzystam z okazji: jeszcze przez trzy lata będę dla swojego dziecka całym światem.
– Dobrze ci minął dzień, skarbie?
– Ble… Mattéo nabijał się z moich włosów.
– A poza tym? Robiłeś coś fajnego?
– Nie.
Pamięta tylko złe rzeczy. Godziny zabaw z kolegami, zajęcia z zaangażowaną nauczycielką, niezła stołówka idą precz, a jemu na koniec dnia przychodzi do głowy jedynie niemiła uwaga kumpla, który sam chodzi z włosami jak kępa wodorostów. To jedna z odziedziczonych cech, której chętnie bym mu oszczędziła.
Lou i Tom tak się od siebie różnią, że w rodzeństwie bardziej nie można. Gdyby usłyszał to ojciec Lou, zaraz by mnie poprawił: „w przyrodnim rodzeństwie”. Owszem, ale kochają się nawzajem bezgranicznie i nigdy nie widziałam, żeby coś osłabiło ich więź. Nie wierzę też, że to tłumaczy różnice między nimi.
Tom do połowy zerówki co rano płakał, Lou już pierwszego dnia szkoły płakała, kiedy trzeba było wrócić do domu. Jemu sporo czasu zajęło, zanim znalazł sobie bliskiego kolegę, koło niej zawsze jest mnóstwo koleżanek. On jest gadułą, ona obserwatorką. On nie cierpi obcisłych ubrań, zmiksowanego jedzenia, hałasu suszarki do rąk, tłumu, oddalenia od znajomych miejsc, ona zje wszystko byle gdzie i byle kiedy. On płacze, kiedy się przewróci, ona ze śmiechem podnosi się z ziemi. On rzuca przedmiotami, których nie potrafi uruchomić, ona godzinami może uważnie oglądać, analizować, naprawiać.
Podobno człowiek się uczy być rodzicem, w miarę jak jego dzieci rosną. Ja jednak wierzę, że niczego się nie uczymy, bo karty są rozdawane przy urodzeniu. Bo to, co pasuje do jednego dziecka, nie pasuje do innego. Nie powinniśmy dzieci porównywać, ale robimy to. Tom opromienia zgodny mocny charakter Lou. Kojarzy mi się z kruchym ptaszkiem, którego trzeba chronić i zachęcać.
– Walnąłem pięścią Paula – oznajmia kruchy ptaszek, sadowiąc się w samochodzie.
– Och.
– Pani powiedziała, że ci o tym powie, ale pewnie zapomniała.
– Ty nie zapomniałeś, jak widać. Tom, przecież wiesz, że nie wolno bić kolegów. Czemu to zrobiłeś?
– Bo się wepchnął przede mnie na stołówce.
– To nie powód, żeby kogoś bić.
– Wiem. Ale miałem ochotę.5
Lou
Seb puka do łazienki.
– Lou! Nie przesadź z gorącą wodą, bo znów zużyjesz całą z bojlera!
– Tak, tak, zaraz kończę.
– Mówiłaś to już dziesięć minut temu.
Wzdycham. Jest miły, ale szału nie ma. Nie pamiętam za wiele, tylko mojego ojca, który mi mówił, że Seb podebrał mu żonę i że nie wolno mi nazywać go tatą. Posłuchałam go, mimo że przyszywany ojciec często traktuje mnie jak swoją córkę bardziej niż prawdziwy. No dobra, opowiada staromodne dowcipy i nosi rybaczki, ale bardzo go lubię.
Trzeci raz spieniam szampon na włosach, bo nie chcę czuć zapachu chloru. Basen w liceum powinien być zakazany. Chlor śmierdzi, wszystko po nim jest śliskie, no i w ogóle to megażenada.
Powiedziałam profesorce, że mam okres, liczyłam, że mnie zwolni, ale mi nie uwierzyła. Może dlatego, że w piątkę próbowałyśmy tego samego sposobu. W szatni niektóre laski mają gdzieś, że inne patrzą. Rozbierają się do goła, wystawiają tyłki. Ja zamykam się w kabinie, żeby spokojnie się przebrać. Ale najgorzej jest po wyjściu z szatni, kiedy trzeba przejść na basen bez osłony. Czuję na sobie spojrzenia. Słyszę śmiechy i szeptanie. „Nie ma siły, nie utonie z takimi bojami”. „Dromader ma jeden garb, Lou ma dwa”. Bardzo śmieszne! Szkoda, że ich IQ nie jest takie jak liczba pryszczy na gębie.
Gdy miałam dziesięć lat, moje piersi stały się ważniejsze ode mnie. Spałam jeszcze z przytulankami, czesałam długie włosy Barbie, nic się nie zmieniło oprócz spojrzeń ludzi. Właśnie po tym – po wzroku chłopców, który zatrzymywał się za nisko, po trąbieniu klaksonów, gdy szłam chodnikiem, po krępujących uśmiechach – zrozumiałam, że już nikt nie widzi we mnie dziewczynki. Zabolało. Jakbym była tylko tym. Parą cycków. Ciałem. Powierzchownością, która prowokuje coś, czego jeszcze nie rozumiałam, co jednak mnie peszyło. Kiedyś na wigilii u mojego ojca wujek Ludo powiedział przy wszystkich: „No, no, Lou, ale ci cycuszki rosną”. Tamtego wieczoru zazdrościłam indykowi na półmisku.
W pierwszej gimnazjum miałam większe piersi niż pani Moindre, nie przesadzam (wszyscy ją nazywali Ośli Grzbiet). Próbowałam je ukrywać pod szerokimi swetrami, ale to nie działa jak peleryna niewidka. Bardzo szybko zaczęła mnie wyprzedzać reputacja (tak jak piersi): byłam zdzirą. Jak usłyszałam to pierwszy raz, nawet nie wiedziałam, co to znaczy.
Kiedy byłam mała, marzyłam, żeby być dorosła. Wkładałam mamine buty na obcasach, z zazdrością patrzyłam, jak się malowała, spryskiwałam się jej perfumami, dokładnie oglądałam jej koronkowe staniki. Czas za bardzo się wlókł, chciałam jak najszybciej stać się kobietą, bo przecież to takie genialne! Dziś oddałabym wszystko, żeby znowu być dzieckiem. Żeby mój świat ograniczał się do czterech ścian mojego pokoju.
– Lou, możesz mi otworzyć?
Tym razem to mama. Zakręcam wodę i wychodzę spod prysznica, ale po policzkach jeszcze spływa mi woda.
– Sekundkę!
– Muszę rozładować pralkę.
Wycieram oczy, mama nie powinna się martwić. Nie potrzebuje jeszcze tego. Owijam się ręcznikiem i otwieram drzwi.
– Wszystko gra, kotku?
– Tak. A u ciebie?
– Zostawiłaś nam gorącej wody?
– Tak myślę. Jakby co, zimna jest dobra na krążenie.
Nie śmieje się. Otwiera pralkę i nachyla się nad bębnem. Opieram głowę na jej ramieniu i przywieram do niej. Mruczy coś niezadowolona, bo jestem mokra, ale odwraca się i mocno mnie przytula.6
Diane
Tom umierał z pragnienia, by spędzić noc u babci. Niewykluczone, że całkowicie bezwiednie podsunęłam mu tę myśl, ale podświadomość potrzebuje czasem, aby ją popchnąć.
Pod wieczór odstawiam go do matki Seba. Od razu biegnie do pokoju, nie oglądając się za siebie, niewątpliwie w nadziei, że zastanie tam dwa koty.
– Jak się masz? – pyta mnie teściowa, kładąc dłoń na moim ramieniu.
Ten gest mi mówi, że wie. Że współodczuwa ze mną. Dobrze się dogadujemy. Prawdopodobnie wie więcej niż ja. Przy niej Seb może się wyzbyć uprzedzającej grzeczności i delikatności. Nie musi jej oszczędzać. Być może jego rzekome zastanawianie się to tylko bufor, filtr, który ma złagodzić rozpad mojego świata. Być może już podjął decyzję i doskonale wie, na czym stoi. Przychodzi mi na myśl jego sposób zdejmowania Tomowi opatrunków. Zmoczyć ciepłą wodą, poczekać, aż klej na przylepcu się rozpuści, oderwać go powoli, ciągnąc od brzegu i drugą ręką przytrzymując skórę. Wolałabym jednak, żeby wyrwał mi serce jednym szarpnięciem.
Całuję syna i teściową, po czym odjeżdżam, nie tracąc ani sekundy.
Kiedy dziś rano podjechałam pod szkołę, wysłałam Sebowi esemesa.
Wyskoczymy wieczorem na kolację?
Odpowiedział:
Jeśli chcesz.
Jasne, że zgodził się z entuzjazmem skazanego na śmierć, ale mógł odmówić. To właśnie powtarzam sobie w kółko, idąc do restauracji.
Umówiliśmy się na miejscu, bo wyjście razem wydawało mi się niewłaściwe. Jest już, kiedy wchodzę do niewielkiej sali. Ma na sobie garnitur, który nosi do pracy, uznał widocznie, że nie musi się przebierać. Uśmiecha się na mój widok. Całuję go w usta, odnotowując w myślach, że dawno się to nie zdarzyło. Nasze pocałunki z namiętnych przeobraziły się w automatyczne, aż w końcu całkiem zanikły. Szczegóły nabierają znaczenia, kiedy pojawia się groźba, że obumrą.
– Co słychać?
– A u ciebie? – odpowiada pytaniem.
Siadam naprzeciwko niego.
– Cieszę się, że się zgodziłeś.
– Nie ma sprawy.
Odsuwam od siebie zawód. Co ja sobie wyobrażałam? Ledwie kilka dni temu oznajmił, że nie wie, na czym stoi, oczywiste więc, że nie pocałuje mnie namiętnie, ledwie weszłam do lokalu.
Nalewa mi wina do kieliszka i przygląda się, gdy podnoszę go do ust.
– Kochasz mnie? – pyta znienacka.
Odstawiam kieliszek.
– Oczywiście.
– Jesteś pewna? Chodzi mi o to, czy fizycznie jeszcze coś odczuwasz, jak myślisz o mnie. Brakuje ci mnie, kiedy nie jesteśmy razem? Pożądasz mnie jeszcze?
Każde z tych pytań jest dla mnie niczym policzek. Przyjmuję je jako ataki, oskarżenia.
O jakiej miłości on właściwie mówi? O początkowej namiętności, cielesnej i nienasyconej? Takie uczucie nie wytrzymuje zderzenia z codziennością, niszczeje jak parkiet deptany tysiące razy. Podlega erozji, łagodnieje i ustępuje miejsca przywiązaniu, które się zakorzenia raczej w sercu niż w ciele. Oczywiście, że z rozrzewnieniem wspominam porywy z naszych początków, odurzające pożądanie, głupawe uśmiechy, walenie serca w piersiach. Oczywiście, że znów chciałabym poczuć tamten pociąg, nienasycony głód jego skóry, ognia między udami, ledwie padło na mnie spojrzenie Seba. Oczywiście, że nadal pragnęłabym czuć, że tylko przy nim żyję. Oczywiście, że wolałabym, by nie denerwowała mnie jego nonszalancja, którą tak kiedyś lubiłam, by nie nachodziła mnie chęć, żeby go udusić, gdy chrapie, podczas gdy dawniej uważałam, że to „takie milutkie”. Czas przestawia sprzęty i zmienia wszystko. Niegdyś przebywanie razem, kochanie się, rozmawianie godzinami liczyły się p r z e d e w s z y s t k i m. Zajmowały całe miejsce, były absolutnie priorytetowe. Z wyjątkiem mojej córki cała reszta stała się bez znaczenia, nieistotna, zeszła na dalszy plan. Dzisiaj przebywanie razem, rozmawianie godzinami, a tym bardziej kochanie się następują p o w s z y s t k i m. Dzieci, zmęczenie, praca, zajęcia sportowe, zebrania, przyjaciele, zakupy, rachunki do ogarnięcia, popołudniowa drzemka, sprzątanie, film – nawet kiepski. Z pierwszego miejsca spadł na ostatnie. To odwrotność wejścia na szczyt.
Oczywiście próbowaliśmy wygospodarować dla siebie chwile we dwoje. Obiecywaliśmy sobie, jak bum-cyk-cyk, że nie będziemy mówili ani o dzieciach, ani o pracy, ani o rachunkach, ani o żadnych problemach z hydrauliką. I niestety odbywaliśmy takie oto rozmowy:
– Dobrze tak posiedzieć we dwoje.
– No… Całe szczęście, że mamy siebie.
– O tak!
– Yhm.
– Yhm, yhm…
– No właśnie.
– Swoją drogą słyszałaś ostatni kawałek Stromae?
– A nie. Fajny?
– Super.
– I dobrze.
– Musisz go posłuchać.
– Dobry pomysł.
– Pamiętasz, jak Tom w kółko śpiewał Papaoutai?
– O tak, był uroczy! Jak myślisz, co teraz robi?
No właśnie. Dziesięć lat razem. Zastanawiałam się czasem podczas przedłużającej się ciszy, co jeszcze będziemy mogli sobie powiedzieć, jeśli przypadkiem spędzimy obok siebie najbliższe czterdzieści lat.
Seb wpatruje się we mnie, czeka na odpowiedź.
– Posłuchaj, zastanawiałam się nad tym, co czuję. Myślę, że to nieuniknione, wierzę nawet, że zdrowe. I pewna jestem jednego: chociaż czasami żałuję porywów z naszych początków, wolę miłość, którą darzymy się dzisiaj. Nie mam żadnej wątpliwości, że cię kocham. A wiesz dlaczego?
Kręci głową, spodziewając się może, że pokażę mu dowody. Mówię dalej napędzana rozpaczą:
– Dlatego że jestem szczęśliwa, kiedy ty jesteś szczęśliwy, i cierpię, kiedy jesteś smutny. To odczucie fizyczne, z głębi trzewi, takie samo jak w odniesieniu do dzieci. A odpowiadając na twoje pytanie: tak, nadal mi cię brakuje. Nie tak samo jak kiedyś, ale często się zdarza, że w głowie mam jedno: wrócić do domu, zobaczyć cię, usłyszeć twój głos, przytulić się do ciebie na kanapie i zasnąć przed telewizorem. Jak widzę bezchmurne niebo albo coś zabawnego usłyszę w radiu, żałuję, że nie ma cię obok, że nie mogę się tym z tobą podzielić. W gruncie rzeczy to bardzo proste. Wiem, że cię kocham, bo zawsze czuję się lepiej, kiedy jesteś w pobliżu.
Przerywam na chwilę, by wziąć łyk, potem słowa się sypią:
– Kocham cię za to, co mi dajesz, ale przede wszystkim za to, jaki jesteś. Kocham twoją prawość i uczciwość, kocham twoje poczucie humoru, czułość, lojalność, cierpliwość, kocham twoją szczodrość, kocham to, jakim jesteś ojcem dla Toma i ojczymem dla Lou, kocham twój uśmiech, plecy, nogi, dłonie. Kocham to, że nie umiesz przegrywać i że jesteś pełen pasji. Kocham cię nie z przyzwyczajenia, tylko z wyboru. Nie mam co do tego wątpliwości i zrobię wszystko, żebyś ty też ich nie miał.
Wpatruje się w jeden punkt na blacie stołu. Po policzku spływa mu łza. Po chwili, która wydaje mi się wiecznością, szepcze:
– Wzruszyłem się, Diane. Ale ja nie o tym mówię. – Cisza się przedłuża. Seb odchrząkuje. Dodaje cicho: – Kochamy się dwa razy w miesiącu. Czy ty mnie jeszcze pragniesz? Czy jeszcze cię podniecam?
Kelner stawia przed nami dania. Nie mam siły mu podziękować. Jestem ogłuszona. Otworzyłam przed nim serce, a on skoczył na nie obunóż.
– To ważne – podejmuje Seb łagodnie. – Nie mówię, że najważniejsze. Oczywiście jestem szczęśliwy, że mnie kochasz, ale mnie tego brakuje.
Myślę o tych wszystkich przypadkach, gdy nie miałam ochoty, gdy byłam wykończona, ale sama siebie przekonywałam do skutku, że najgorzej zacząć, że później to przyjemne i nie potrwa długo. Myślę o tym jak o skoku na bungee. Stało się to dla mnie jarzmem, zadaniem takim samym jak sprzątanie czy zakupy. Wspominam te wszystkie sytuacje, kiedy się kochaliśmy, bo on miał ochotę, bo tak należało, bo uczy się nas, że mężczyzna ma swoje potrzeby, a nasze potrzeby, nasze pragnienia można odłożyć do lamusa. Wspominam te wszystkie sytuacje, kiedy padałam ze zmęczenia, myślami byłam gdzie indziej, lecz jego natarczywa czułość wzbudzała we mnie poczucie winy i kazała mi ulec. Wspominam swoją miłość do niego, którą mu wyłożyłam od A do Z, i jego wzrok wlepiony w obrus, ponieważ on oczekiwał, że powiem, jak bardzo go pragnę, i że będziemy często się bzykać, a reszta… och, reszta to zbędna dekoracja. Wspominam to wszystko, wstaję od stolika i odchodzę.