Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Umbra - ebook

Wydawnictwo:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
27 marca 2026
50,90
5090 pkt
punktów Virtualo

Umbra - ebook

Romans mafijny autorki powieści Król południa z motywem age gap.

Bailey dorasta w cieniu tragedii – po stracie rodziców jej życie wypełniają bieda, strach i nieustanna walka o przetrwanie. Mimo trudności trzyma się jedynej osoby, która nigdy jej nie opuszcza – przyjaciółki. Może na nią liczyć w każdej chwili.

Jedna noc, jedna decyzja i jedno spotkanie wystarczą, by znany jej świat przestał istnieć. W dniu dwudziestych pierwszych urodzin Bailey pozwala uwieść się nieznajomemu mężczyźnie, a skutkiem upojnej nocy okazuje się ciąża.

Wkrótce wychodzi na jaw, że ojcem dziecka jest trzydziestoczteroletni Greyson Cole Arden, boss Umbry, bezwzględnej organizacji, przed którą drży całe Las Vegas. A Bailey wie, że ludzie tacy jak on nie lubią niespodzianek.

Dziewczyna zostaje wciągnięta w rzeczywistość pełną tajemnic, przemocy i zasad niezrozumiałych, lecz dających szybką lekcję, że w tym świecie nie ma miejsca na słabość.

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.                    Opis pochodzi od Wydawcy.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8418-680-0
Rozmiar pliku: 1,8 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Szczęście bywa ulotne.

Jednego dnia uśmiechamy się od ucha do ucha, mówimy dzień dobry mijanym na ulicy ludziom, nucimy pod nosem piosenkę, która wcześniej nas drażniła. Czujemy, że coś nas uskrzydla, nawet lodowaty deszcz spadający na skórę, zostawiający po sobie mokre ślady, nie jest w stanie zepsuć cudownego nastroju.

Szczęście bywa ulotne.

Wystarczy jedna chwila, by wszystko, co dobre, uciekło w siną dal, a kolory zastąpiła czerń. I ta jedna chwila zniszczyła wszystko. Nagle moje poukładane, beztroskie życie uległo zmianie, a ja mogłam tylko stać i patrzeć na wieczne kłótnie rodziców, odwiedzających nasz dom obcych ludzi, rozpacz wymalowaną na twarzy matki.

Byłam zagubiona po opuszczeniu naszego dużego, pięknego domu, pokoju pomalowanego na różowo, kolegów ze szkoły i ulubionego placu zabaw. Moje zagubienie tylko się pogłębiło, gdy niespodziewanie przenieśliśmy się do totalnej nory, na której widok poczułam gęsią skórkę. Miałam dwanaście lat, niewiele rozumiałam z tego, co się dzieje, bo rodzice niczego mi nie wytłumaczyli. Po prostu z dnia na dzień wszystko się zmieniło.

Był czas, kiedy myślałam, że los jeszcze się odwróci, znowu zaświeci słońce, na mojej twarzy ponownie zagości uśmiech i będę tym dzieckiem, którym byłam niedawno. Czas mijał, leciały rok za rokiem, a nadzieja umierała. Bieda i brak pracy pogłębiały depresję matki oraz alkoholizm ojca. Chodziłam głodna, zziębnięta, w podartych spodniach i butach mających dobre czasy dawno za sobą.

Pewnego dnia zapytałam mamę, dlaczego tak się stało. Dlaczego straciliśmy nasz piękny dom i trafiliśmy do tej rozpadającej się ruiny. Z bladym uśmiechem wytłumaczyła, jak firma, odziedziczona przez ojca po dziadku, bankrutuje. Zrozumiałam wtedy, jak wiele nadmiar pieniędzy może zmienić w życiu człowieka. Ojciec nie potrafił poradzić sobie ze spadkiem, z prowadzeniem firmy, i zamiast stanąć na wysokości zadania, z dnia na dzień rujnował to, na co ciężko pracował dziadek.

Najłatwiej było uciec w alkohol, zapomnieć, odciąć się od problemów, dłużników nachodzących nas nawet w nocy, szemranych typów, zostawić żonę i córkę samym sobie.

Mimo beznadziejnej sytuacji mama wciąż powtarzała, że jeszcze będzie lepiej.

Nie było.

Sześć dni po moich osiemnastych urodzinach odebrała sobie życie, a wkrótce potem ojciec zapił się na śmierć.

Zostawili mnie na tym parszywym świecie całkiem samą. Bez środków do życia, w ruderze bez ogrzewania i krewnych. Pierwsze, co przyszło mi do głowy, to samobójstwo. Czyż to nie piękne po prostu zniknąć, nic nie czuć, nie martwić się o jedzenie, ubrania, pieniądze?

Śmierć rodziców przygniotła mnie niczym tona kamieni, tęsknota za mamą i jej dobrym sercem rwała moje własne na kawałki. Rozpacz, bezsilność i strach towarzyszyły mi każdego dnia. Nie miałam pojęcia, co zrobić, by… przeżyć. Nagle musiałam troszczyć się o samą siebie, utrzymać dach nad głową i mieć czym zapełnić żołądek. Prawdziwe życie uderzyło mnie prosto w twarz. Przekonałam się, że wakacyjne rozwożenie porannej prasy to błahostka w porównaniu z tym, z czym musiałam się zmierzyć. Nie potrzebowałam dwudziestu dolarów kieszonkowego. Potrzebowałam dobrej wypłaty, dzięki której nie wyląduję pod mostem.

To właśnie tam poznałam Tillie.

Wracałam ze szkoły, kiedy niespodziewanie dobiegł mnie cichy szloch. Podeszłam do dziewczyny, usiadłam na kawałku mokrego kartonu i po prostu ją przytuliłam. Kiedy spojrzała na mnie oczami ciemnymi jak noc, poczułam w sercu coś dziwnego – potrzebę niesienia pomocy. Sama nie posiadałam zbyt wiele, ale zaproszenie Tilly do mojego życia wydawało się tak naturalne jak oddychanie. Od tego czasu stałyśmy się nierozłączne.

Obie porzucone, w potrzebie, samotne.

Stałyśmy się dla siebie wsparciem, podtrzymywałyśmy się na duchu, kiedy przychodziły dni tak beznadziejne, przepełnione smutkiem i rezygnacją, że obie płakałyśmy w swoich ramionach, aż potem bolały nas płuca. Mimo trudności przyjaciółka wierzyła, że jeszcze zaświeci dla nas słońce, przyjdą dobre dni wypełnione uśmiechem i szczęściem. Trudno było w to uwierzyć, skoro los wciąż rzucał nam kłody pod nogi, jednak gdy jej słuchałam, jakaś część mnie miała iskierkę nadziei.

Nadziei, która umarła w dniu, w którym na mojej drodze stanął Greyson Cole Arden.

To był początek końca.ROZDZIAŁ 1

Bailey

Wsuwam dłonie do znoszonej, skórzanej kurtki i chowam twarz w kołnierzu. Próbuję osłonić się przed wiatrem, który daje w kość. O tej porze panuje straszny ruch, na chodnikach tłoczą się piesi, samochody stoją w korkach, a od ciągłego trąbienia klaksonów boli mnie głowa. Najchętniej wróciłabym do swojego obskurnego, zimnego mieszkania, wsunęła się pod kołdrę i zasnęła. Najlepiej na całe życie. Brzmi dobrze, niestety nie mogę sobie na to pozwolić. Czeka mnie kolejna w tym tygodniu rozmowa w sprawie pracy, której pewnie i tak nie dostanę. Kto zechciałby zatrudnić dziewczynę bez doświadczenia, w dodatku taką, która ukończyła tylko szkołę średnią? Nie stać mnie na studia, dlatego musiałam odpuścić. Tak jak Tillie.

Na myśl o przyjaciółce pęka mi serce.

Gdy trzy miesiące temu oznajmiła mi, jak będzie zarabiać na życie, musiałam usiąść, bo nagle zabrakło mi sił. Od jakiegoś czasu przebąkiwała o zawodzie, przed którym broniłam się z całych sił, lecz byłam pewna, że się nie zdecyduje.

Nie zniosłabym dotyku obcych, obleśnych mężczyzn, płacących za moje ciało. Bez względu na to, jak jest ciężko, nie potrafię nawet o tym myśleć, choć wystarczyłoby rozłożyć nogi i zająć głowę czymś innym, póki klient nie skończy. Kilka minut w zamian za trochę pieniędzy na przeżycie kolejnego miesiąca. To nic trudnego. Tillie nie ma z tym problemu. Z uśmiechem na ustach wraca do naszego mieszkania i wyjmuje z kieszeni sporą sumkę. Pracuje przez całą noc… Jakim cudem w ogóle nie narzeka? Odczuwam potworne wyrzuty sumienia, że to ona opłaca te marne cztery kąty, kiedy ja snuję się po mieście, żebrząc o pracę. Godną, normalną, która nie sprawi, że będę czuła się jak tania dziwka.

Docieram na miejsce parę minut przed czasem. Otwieram drzwi, wchodzę do środka i rozglądam się po pomieszczeniu. Przy recepcji dostrzegam młodą dziewczynę ubraną w jasnoniebieski fartuch. Ruszam w jej kierunku, mając nadzieję, że pokieruje mnie dalej.

Kiedy tylko słyszy kroki, unosi głowę znad monitora.

– Dzień dobry – witam się niepewnie. – Mam rozmowę o pracę.

– Ach, oczywiście! Pan Callahan już czeka. Pokój numer sześć znajduje się na końcu korytarza po lewej stronie. Powodzenia!

Dziękuję uśmiechem, po czym ruszam we wskazanym kierunku.

Przychodnia jest niezbyt duża, ale schludna. Ściany, na których powieszono plakaty informacyjne, zostały pomalowane na piękny, uspokajający odcień błękitu. Przy każdym gabinecie stoi mały stolik z karafką wody. Jest tu czysto, pachnie świeżością, a to dobry znak. Widać, że ktoś dba o to miejsce.

Znalazłam to ogłoszenie wczoraj wieczorem, kiedy leżałam w wannie z telefonem Tillie. Poszukiwali kogoś do sprzątania oraz ogólnej pomocy, dlatego musiałam spróbować, choć po ostatnich porażkach nie jestem optymistycznie nastawiona. To były trudne trzy lata, z każdym niepowodzeniem grunt coraz bardziej osuwał mi się spod nóg. Przez ostatni miesiąc zaznałam odrobiny stabilności, lecz tydzień temu straciłam pracę w kwiaciarni, gdzie pomagałam miłej starszej pani. Ze względu na słaby utarg niestety musiała zamknąć to cudowne, pachnące kwiatami miejsce. A ja znów zaczynam od nowa.

Nie liczę jednak na wiele.

Staję przed odpowiednimi drzwiami, biorę kilka głębokich oddechów, następnie pukam i wchodzę dopiero, gdy słyszę męskie, ostre „Wejść!”. Cała się napinam. Do tej pory nie denerwowałam się rozmową, ale przez ten głos czuję napięcie.

Wchodzę do pomieszczenia i staję oko w oko z przystojnym, młodym mężczyzną. Ubrany w białą, idealnie wyprasowaną koszulę, szarą kamizelkę oraz krawat, wskazuje dłonią na stojące naprzeciwko biurka krzesło. Zajmuję je z dozą niepewności, wpatrując się w zimne, niemal czarne oczy. Znam takich typów, już miałam z nimi do czynienia. Pewni siebie, męscy, lubiący zaznaczać swoją pozycję. Złe przeczucia wiercą mi dziurę w brzuchu.

Żadne z nas nic nie mówi, w pokoju panuje taka cisza, że usłyszelibyśmy muchę. Żołądek skręca mi się z nerwów. Nie przepadam za tak napiętą atmosferą, a Callahan wie, jak ją zbudować bez wypowiadania przy tym słowa.

– No dobrze… – zaczyna wreszcie. – Nazywam się David Callahan. A pani?

– Bailey Sinclair – odpowiadam.

– W porządku. Poproszę o twoje CV. – Wystawia dłoń, na której dostrzegam podłużną bliznę oraz ślad po poparzeniu.

Sięgam do torebki, wyjmuję kartkę włożoną w koszulkę i podaję mężczyźnie.

Pracowałam bez przerwy przez ostatnie trzy lata, lecz nie mogę pochwalić się sukcesami. To były jedynie dorywcze zajęcia, byle tylko zarobić trochę pieniędzy.

Widzę rozczarowanie na przystojnej twarzy mężczyzny. Ściąga brwi, lekko kręci głową, aż w końcu cmoka ustami. Przyszła do niego dziewczyna bez wyższego wykształcenia, która pracowała na zmywaku, wyprowadzała psy i sprzątała magazyny.

– Doświadczenie jakieś masz, chociaż wykształcenie marne – kwituje.

Te słowa są dla mnie jak uderzenie obuchem.

Wbijam paznokcie we wnętrze dłoni, próbując opanować nerwy, ale marnie mi idzie.

Czuję wstyd oraz żal, że nie zrobiłam dla siebie więcej. Więcej, by rynek pracy mną nie gardził. Starałam się, jak mogłam, wypruwałam sobie żyły, ale prawda jest smutna. Jeśli nie masz doświadczenia – nie masz pracy. Jeśli nie masz pracy – nie zdobędziesz doświadczenia. Tak wygląda rzeczywistość.

– Nie szkodzi – rzuca papiery na stół, a ja aż podskakuję. – Do tego stanowiska nie trzeba kończyć Harvardu. To praca na cały etat. Jesteś dyspozycyjna?

– Tak. Mogę pracować codziennie.

– Nie podjęłaś studiów, tak?

– Mam trudną sytuację, dlatego potrzebuję tej pracy. Zamierzam studiować, ale jeszcze nie teraz.

– Rozumiem. – Siada głębiej w fotelu, masując brodę.

Od intensywnego spojrzenia mężczyzny moje policzki zaczynają parzyć.

Nie lubię przebywać wśród ludzi, ani z nimi rozmawiać, bo nie mam o czym. Przez ostatnie lata stałam się wyrzutkiem, prócz Tillie nie mam przyjaciół. Nie mam też zainteresowań, które mogłabym zgłębiać.

Czy Callahan właśnie tak mnie widzi? Jako nieudacznika nadającego się wyłącznie do pracy na miotle?

Ta myśl jest okropna, wręcz ściska mnie od niej w żołądku i robi mi się niedobrze.

Kiedyś miałam wielkie plany. Marzyłam o otwarciu własnego biura architektonicznego, miejsca, gdzie mogłabym tworzyć projekty, wizualizować marzenia klientów. Wierzyłam, że pewnego dnia podpiszę projekt własnym nazwiskiem i będę z tego cholernie dumna. Jako dziewczynka uwielbiałam rysować, a mama powtarzała, że w przyszłości wiele osiągnę.

Życie jednak szybko zweryfikowało marzenia. Zamiast idealnych brył i eleganckich wizualizacji – samotność, łzy, strach oraz prace mające niewiele wspólnego z architekturą. Najgorsze było jednak to, że straciłam wiarę w siebie i w swój powrót na odpowiednią ścieżkę.

– Dobrze, Bailey. Oczekiwałem więcej chętnych, ale widocznie nikomu nie chce się pracować za takie pieniądze – stwierdza nonszalancko.

Mam ochotę rzucić się na niego i wydrapać ciulowi oczy!

Za takie pieniądze?! Dla mnie każdy cent jest na wagę złota – od niego zależy, czy będę miała co jeść, czy zapłacę rachunki, czy w ogóle przetrwam do kolejnego miesiąca. David nie wygląda na kogoś, kto kiedykolwiek musiał martwić się o pieniądze – i widać to w każdej jego manierze. Rzuca głupie teksty, jakby był oderwany od rzeczywistości. Każde słowo pełne jest samozadowolenia, jakby wszystko, co trudne, było tylko kwestią wyboru, a nie konieczności.

Nie polubimy się.

– Wezmę cię na okres próbny, który będzie trwał trzy tygodnie – oznajmia po trwającej wieki ciszy. – Zobaczymy, jak sobie poradzisz. Jeśli dobrze ci pójdzie, zostaniesz na stałe. Zaczynasz jutro o ósmej rano.

Przez chwilę siedzę nieruchomo, nie mogąc w to uwierzyć. Nie spodziewałam się takiego obrotu spraw, szczególnie po tym, co powiedział. Mimo to czuję szczęście. Wreszcie się udało, wreszcie jakieś dobre wiadomości.

– J-jasne – dukam. – Będę na czas. Dziękuję za szansę.

– Jeszcze nie masz za co. Jak wspomniałem, zobaczymy, jak się sprawdzisz. Jeśli ci zależy, naprawdę się postaraj. Jasne?

– Oczywiście! – odpowiadam entuzjastycznie.

– Na razie dostaniesz czternaście dolarów za godzinę. Jeśli się spiszesz, pogadamy.

Przytakuję, wykręcając palce ze szczęścia.

Tillie mi nie uwierzy!

***

Wpadam do domu jak tornado. Zbyt mocno trzaskam drzwiami, które ledwie trzymają się w zawiasach, i biegnę do pokoju przyjaciółki. Dziewczyna leży w łóżku, kiwa głową do rytmu piosenki lecącej ze słuchawek i przegląda coś w telefonie. Być może za kilka miesięcy, jeśli Callahan będzie ze mnie zadowolony, będę mogła pozwolić sobie na własny smartfon. Swój pierwszy dostałam na dziesiąte urodziny. Był to stary model, mocno zamulający, zapewne z toną wirusów, mimo to doceniłam gest taty. Wymienił go na nowszy, błyszczący model, z mnóstwem bajerów i skórzanym etui. Po tym, jak stracił firmę, sprzedał go, by mieć na alkohol. Nie oszczędził nawet tego, który mi podarował.

– Co się tak szczerzysz? – Głos przyjaciółki przywraca mnie do rzeczywistości.

Zrzucam buty, wskakuję na niewielkie łóżko, następnie przytulam się do jej boku. Nie pisnęłam słowem o rozmowie o pracę, by nie zapeszyć.

– Jezu Chryste, Bails! Zgniatasz mnie! – oburza się, próbując mnie zrzucić.

Nie ma szans. Jestem od niej znacznie silniejsza.

– Dostałam pracę! – piszczę podekscytowana.

Tillie ściąga brwi, przyglądając mi się nieufnie.

– W uroczej przychodni – dodaję.

Widzę, jak twarz przyjaciółki się rozluźnia.

– To wspaniale, kochanie. To naprawdę… cudowna wiadomość – dodaje ze łzami w oczach. Przytula mnie mocno i czule głaszcze po plecach. – Widzisz? Mówiłam, że wszystko się ułoży. Wiatr nie może wiecznie wiać nam prosto w oczy, nadeszła pora na lepsze czasy – mówi rozmarzona.

Do lepszych czasów podchodzę z rezerwą.

Zbyt wiele razy się nie udało i teraz może być tak samo.

***

Następnego dnia stawiam się w pracy punktualnie. Podekscytowana, z dobrym nastawieniem, wkładam przeznaczony dla mnie fartuch z logiem przychodni. Pasuje idealnie, jest nowy i pachnący. Kiedy staję przed lustrem i wygładzam materiał, czuję się jak w najdroższej kreacji od znanego producenta. To głupie, bo przecież kawałek materiału za kilka dolarów to nic wielkiego. Dla kogoś innego. Dla mnie ta praca to wszystko. Dzięki niej mogę wreszcie osiąść gdzieś na stałe, pracować w fajnym zespole, nawet jeśli będę tutaj tylko sprzątać.

Karina, recepcjonistka, która wczoraj miło mnie przywitała, zaczyna oprowadzanie po całym budynku. Do otwarcia pozostało zaledwie kilka minut, lecz ona cierpliwie tłumaczy, co gdzie się znajduje, i na czym będzie polegać moja praca.

Jak się okazuje, jestem tutaj od wszystkiego. Od dbania o porządek, czyli: mycia podłóg, odkurzania, czyszczenia poczekalni i gabinetów, dezynfekcji sprzętu medycznego, uzupełniania środków higienicznych, na segregowaniu dokumentów datami, kserowaniu i robieniu kawy kończąc. Brzmi wręcz jak marzenie! Nie sądzę, bym miała jakiekolwiek problemy. Ta myśl sprawia, że zaczynam bardziej wierzyć w pozostanie w tym miejscu nieco dłużej niż na okres próbny.

– Wszystkie potrzebne przybory znajdziesz w magazynie. Jeśli uporasz się z pracą, zajrzyj do mnie, a na pewno znajdzie się coś nowego. Jeśli będziesz miała pytania, pytaj. Nikt tutaj nie gryzie – dodaje z uśmiechem.

Lubię ją. Myślę, że się dogadamy.

– Dziękuję. Na pewno zapytam.

– Super! Wracam na recepcję, bo trzeba otworzyć przychodnię. Ach, i pamiętaj o przerwie na lunch. Nie pomijaj jej, Bailey. – Grozi mi palcem i odchodzi.

Zaciskam usta, a potem cichutko piszczę z radości.

***

Przez kolejne trzy tygodnie daję z siebie sto dziesięć procent. Rzetelnie wykonuję obowiązki, nigdy się nie spóźniam, uśmiecham się do siedzących w poczekalni pacjentów. Segreguję dostawy środków czystości, dezynfekuję sprzęt, co okazuje się prostsze, niż sądziłam. Kiedy uporam się z tymi zajęciami, kseruję mnóstwo dokumentów i układam je w teczkach według alfabetu. Szybko zapoznałam się z budynkiem składającym się z parteru i pierwszego piętra. Właśnie tam znajduje się poradnia dermatologiczna, gabinety chirurga oraz kardiologa. To całkiem sporo przestrzeni do wysprzątania, lecz nie narzekam.

Poznałam już cały personel, który przyjął mnie bardzo ciepło. To takie miłe móc porozmawiać z ludźmi, trochę się pośmiać, posłuchać ich opowieści. Robert, młody pielęgniarz, zawsze poprawia mi humor, bo opowiada niestworzone historyjki. Olivia twierdzi, że ściemnia, byle się przypodobać, ale nie dbam o to. Po prostu go słucham, uśmiechając się od ucha do ucha.

Nic nie przynosi mi jednak więcej radości niż umowa, którą podpisuję po okresie próbnym. Dostałam nawet pochwałę od Callahana, czym pozytywnie mnie zaskoczył. Nie spodziewałam się po nim takiego gestu, szczególnie że nie zrobił na mnie dobrego pierwszego wrażenia. Oczekiwałam kontroli, testów, czy sobie radzę, lecz nic takiego nie miało miejsca. Pogratulował mi, poklepał po ramieniu i wyszedł, zostawiając za sobą mocny zapach perfum.

Byłam szczęśliwa. Pierwszy raz od dłuższego czasu.

Nawet Tillie zauważyła zmianę w moim zachowaniu. Wczoraj wieczorem, kiedy pozwoliłyśmy sobie na lampkę wina, stwierdziła, że jestem inna – weselsza, rozpromieniona, szczęśliwsza. Chyba ma rację, bo pierwszy raz czuję, jakbym była we właściwym miejscu z odpowiednimi ludźmi. Może ta praca nie jest szczytem marzeń, ale od czegoś trzeba zacząć. Nie brakuje mi cierpliwości, mam świadomość, że na dojście do celu potrzeba czasu, a ja jestem młoda i zdrowa. Być może niebawem będę mogła pójść na wymarzone studia.

***

Po przekroczeniu progu mieszkania zrzucam trampki, wchodzę do małej kuchni i odkładam zakupy na blat. Jest prawie południe, przez niespodziewaną awarię prądu przychodnia została wcześniej zamknięta, a ja zyskałam nieco dłuższy weekend.

Otwieram butelkę jogurtu truskawkowego, a potem zmierzam do pokoju przyjaciółki. Bez pukania wchodzę do pomieszczenia, następnie siadam na skraju materaca. Tillie wróciła o trzeciej nad ranem. To normalne, że przesypia pół dnia, bo wieczorem znów ma zmianę w klubie. Na widok banknotów leżących na stoliku nocnym jogurt staje mi w gardle.

Jestem z niej dumna, ponieważ pracuje w naprawdę fajnym klubie, z ochroną, klientami VIP oraz dziewczynami, które nie skaczą sobie do gardeł. Moja przyjaciółka jest piękna, wystarczyło zmyć z niej brud, zafundować kilka zabiegów, a klienci oszaleli na jej punkcie. Szef Tillie jest z niej cholernie zadowolony i wciąż powtarza, że nigdy nie pozwoli jej odejść, co według mnie nie brzmi zbyt dobrze.

Jednocześnie czuję wstręt i gniew, bo moja dwudziestodwuletnia przyjaciółka, tak młoda i piękna, zarabia na życie, sprzedając swoje ciało. Mam ochotę krzyczeć na tę cholerną niesprawiedliwość, lecz wiem, że to nic nie da. Tillie wsiąkła w ten świat. Podoba jej się przepych panujący w klubie, bogaci, przystojni klienci, bo tylko takich szef do niej dopuszcza. Nigdy nie obsługuje tych mniej zadbanych, przychodzących jedynie po to, by zanurzyć fiuta w cipce i spuścić nagromadzone ciśnienie.

To jedyna pocieszająca informacja w tej popieprzonej sytuacji.

– Powinnam się martwić, że gapisz się na mnie jak jakiś świr? – Zaspany głos Tillie wyrywa mnie z transu.

Potrząsam głową, wracam do rzeczywistości i spoglądam na dziewczynę. Jej potargane, ciemne włosy sterczą na wszystkie strony, odrobina tuszu, którego widocznie nie domyła nad ranem, rozmazała się na policzku tuż obok odbitego śladu poduszki.

Nawet w takim wydaniu wygląda pięknie.

– Wybacz, zamyśliłam się. – Puszczam jej oczko. – Jak się masz?

– Jestem styrana jak koń po westernie. – Wzdycha i przekręca się na plecy. Unosi ręce nad głowę i przeciąga się, aż coś strzyka jej w kościach. – Mam wolny weekend.

– To dobrze. Musisz odpocząć, inaczej zajedziesz się na śmierć.

– Do śmierci jeszcze daleka droga. – Parska, po czym chwyta jogurt z mojej dłoni i wypija resztę. – Jezu, bolą mnie wszystkie kości. Klient nieźle sobie dzisiaj poużywał.

Zakładam kosmyk włosów za ucho, a moje policzki nagle robią się ciepłe.

Rzadko rozmawiamy o szczegółach pracy Tillie, nie dopytuję o klientów, o to, co z nimi robi, w jakiej pozycji i jak długo. Moje życie seksualne nie istnieje, więc nie mam pojęcia, jaki tak naprawdę jest dobry seks.

Przeżyłam go tylko raz, ponad trzy lata temu, kiedy stałam się pieprzonym zakładem dla Oscara Donelly’ego – gwiazdy koszykówki. Nie miałam pojęcia, że pogrywa ze mną tak brzydko, a te kilka randek, na których mnie oczarował i zafascynował, było tylko jego teatrzykiem. Odebrał mi dziewictwo na jednej z szalonych imprez. Omamił alkoholem, a potem zaciągnął do pokoju na piętrze i po prostu zerżnął.

Zapamiętałam wszystkie chwile, lecz nie wspominam ich dobrze.

Od tamtej pory unikałam facetów jak ognia, a po śmierci rodziców seks to ostatnie, o czym byłam w stanie myśleć. Dlatego zastanawiam się, jak to jest współżyć z kimś, kto daje ci przyjemność, nie ból. Kto pieści ciało z uczuciem, nie byle jak. Czy dotyk męskich dłoni wywołuje ciarki na skórze, moczy bieliznę i stawia sutki na baczność?

– Jesteś czerwona jak burak! – Przyjaciółka nabija się ze mnie bez grama litości. Opiera plecy o wezgłowie, odkrywa kołdrę i bawi się rąbkiem kusej koszulki. – Masz dwadzieścia jeden lat, Bay, a nadal nikt cię porządnie nie wytarmosił.

– Wytarmosił? Co, do cholery, Tills?

Podrywam się na równe nogi i podchodzę do okna, byle ukryć zawstydzenie.

– No dobra, nie zerżnął – poprawia się ze śmiechem. – Serio, powinnaś spróbować, zaszaleć, pójść na całość. Mogę zabrać cię do klubu, jeśli chcesz.

Co takiego?! Z rozchylonymi w szoku ustami gwałtownie odwracam się w stronę przyjaciółki, a ona wybucha śmiechem. Nie mam pojęcia, co się dzisiaj z nią dzieje, skoro gada takie głupoty! Jak miałabym się oddać pierwszemu z brzegu mężczyźnie? Nie jestem panienką na jedną noc, wolałabym darzyć kogoś uczuciem, niż rozkładać nogi przed nieznajomym.

– Według ciebie mam się przespać z byle kim?

– Tam od razu z byle kim! – Prycha, machając dłonią. Obserwuję, jak wstaje z łóżka i do mnie podchodzi, a następnie ujmuje moją twarz w dłonie. – Obie wiemy, że na horyzoncie nie ma żadnego odpowiedniego kandydata, a do klubu przychodzą ciacha, buraczku. Jestem pewna, że odrobina zabawy ci nie zaszkodzi. W końcu dzisiaj są twoje urodziny!

Cholera, kompletnie o nich zapomniałam, a moja szalona przyjaciółka nigdy nie odpuszcza. Trzy poprzednie lata były skromne, bo nie było nas stać na wyrafinowane prezenty czy wyjścia, ale teraz czuję, że ta wariatka się nie powstrzyma.

– Zarezerwowałam już lożę w Noir Retreat, więc nie przyjmuję wymówek, buraczku! – świergocze wesoło i robi obrót, a włosy wirują wokół jej twarzy. – To będzie długa, niesamowita noc, obiecuję! To twój dzień, Bails! Napijemy się zajebistego alkoholu, potańczymy do dobrej muzyki, a to, co wydarzy się później… Nie myślmy o tym! Jesteśmy młode, piękne, wolne! Cieszmy się tym!

Z lekkim uśmiechem kręcę głową.

Nawet gdybym zaprotestowała, Tillie by nie odpuściła. Jest uparta jak osioł, jeśli coś sobie postanowi – nie ma przebacz! Poza tym… chyba naprawdę potrzebuję chwili szaleństwa. Chcę się rozerwać, poczuć odrobinę adrenaliny, na moment zwolnić hamulce.

– Wiesz, że jesteś totalnie pokręcona?

– I za to mnie kochasz, prawda? – pyta i puszcza mi oczko.

Przytulam ją do siebie i klepię w pupę.

Nie powinnam była zgadzać się na to szaleństwo.

Szaleństwo, które na zawsze odmieniło moje życie.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij