Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Umówmy się na randkę - ebook

Wydawnictwo:
Data wydania:
6 maja 2021
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment
10,99

Umówmy się na randkę - ebook

„Tego wieczoru czuła blask reflektorów. Ale potrzebowała tego, pragnęła. Nie mogła dłużej zaprzeczać, że chciała przekonać się, jak daleko zajdą relacje jej i Blake’a. W tym celu zaś musiała skoczyć na głęboką wodę, a nie uważać na każdy krok. Skoro więc pojawił się tego wieczoru, nadarzyła się idealna okazja. Zaczęła występ. Śpiewała tylko dla Blake’a. Każda nuta, każdy rytm były wyłącznie dla niego. Jak gdyby byli tu sami. Nie widziała go, ale go czuła. Krew krążyła jej w żyłach tak szybko, jakby śpiew był swego rodzaju grą wstępną...”.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-276-7428-9
Rozmiar pliku: 627 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Co się stało z nianią, tato?

Przez chwilę Blake Boudreaux myślał, że ojciec nie odpowie. Armand Boudreaux przybrał nieprzeniknioną wyniosłą minę, która pasowała do jego doskonale skrojonego garnituru, wymuskanej fryzury i wypastowanych na błysk butów. On nikomu z niczego nie musiał się tłumaczyć. A jednak powoli uniósł idealnie przycięte brwi i wyjaśnił ze śmiertelnym spokojem:

Moja zdradziecka żona wyczyściła swoje konto w banku. A dodam, że sumka była niewąska. Musiałem jakoś odzyskać to, co zainwestowałem.

Wyrzucając nianię chorego dziecka? Czyś ty oszalał?

Ty nigdy nie miałeś niani, a jakoś nie cierpiałeś z tego powodu.

Blake miałby ma ten temat do powiedzenia to i owo, ale nie sprzyjały temu ani czas, ani miejsce. Inna sprawa, że ojca i tak by to nie obeszło. Poza tym powrót do domu na rodzinnej plantacji i tak już przyprawił go o ciarki. Mimo że nie było go tu tyle lat, wciąż odczuwał dojmujący strach.

Ale nie miałem padaczki. To poważna choroba. Ktoś musi pilnować Abigail. Zajmować się nią.

Problemy to ona ma tylko z głową. Inaczej matka nie zostawiłaby jej i nie zwiała do Europy.

Prawda, jaki empatyczny tatuś?

Czyli lekarze kłamią?

Robią z igły widły. A powinni się skupić na tym, co potrafią. Dać jej jakąś pigułę, po której to przejdzie. Na pewno nie jest to nic aż tak skomplikowanego. Wystarczy, żeby zażywała lekarstwa, a nic jej nie będzie. I co ważniejsze, sama uwierzy w to, że nic jej nie jest.

Blake wiedział o ojcu niejedno. Ten zimny despota przez całe życie traktował wszystkich z góry. Czasem subtelnie, czasem nie. Ale po raz pierwszy Blake widział, by Armand narażał czyjeś życie. Tego naprawdę nie wolno lekceważyć.

Abigail, przyrodnia siostra Blake’a, miała siedem lat i objawy, które wystarczyły, by jej matka „uciekinierka” zaprowadziła ją do lekarza specjalisty. Rzecz jasna, z chwilą postawienia diagnozy mamusia spakowała walizki i dała nogę na mniej stresujące pastwiska.

Lekarze nie zwariowali. To może być niebezpieczne - upierał się Blake.

Nie jest tak źle, jak to przedstawiają. Ale mówisz tak, jakbyś szczerze się o nią martwił - dorzucił ojciec z drwiącym uśmieszkiem. - Zważywszy na to, że widzę cię pierwszy raz od siedemnastu lat, kiedy kazałeś mi wsadzić sobie moje pieniądze i prawa rodzicielskie gdzieś, pewnie powinienem potraktować cię poważnie.

Nie był to bezpodstawny przytyk. Rzeczywiście Blake zjawił się w domu ojca po raz pierwszy, odkąd skończył osiemnaście lat. Ale gdyby nie przekroczył znów progu niesławnej rezydencji Boudreaux, nie żałowałby ani chwili. Nadal mieszkałby w najbardziej luksusowych miejscach w Europie i nie wracał do tego domu, w którym - nawet podczas letniego skwaru Luizjany - panował ziąb arktycznej tundry.

Nie poznałby Marisy, drugiej żony ojca, znacznie od męża młodszej, ani pięcioletniej wówczas przyrodniej siostry, gdyby owa żona nie wybrała się do Niemiec w czasie, gdy Blake był związany z księżną sąsiedniego niewielkiego księstwa.

Odkrył wówczas, że Marisa uwielbia podróżować w egzotyczne miejsca i pokazywać się wśród ważnych osobistości. Opieka nad Abigail spadła więc na nianię, a tymczasem matka rzucała się w wir kolejnych wielkich przygód. Wzięła Abigail do Niemiec tylko dlatego, że Armand nie zgodził się, by zostawiła dziecko w domu. Marisa dorównywała narcyzmem ojcu Blake’a, aczkolwiek nie była równie jak on pamiętliwa.

Blake nigdy nie przypuszczał, że przejmie się jakimś dzieckiem do tego stopnia, że zaważy to na jego życiu. Powszechnie cieszył się zasłużoną reputacją playboya, kobiety zaś ją tolerowały, z wyjątkiem tych, które - bezskutecznie - próbowały go zmienić. Uważał, że dzieci, no cóż… istnieją i nawet bywają milutkie, pod warunkiem, że są cudze, a nie jego.

Ale kiedy spędził przemiłe popołudnie z małą dziewczynką o miękkich loczkach, piwnych oczach i tak ciekawą wszystkiego, co ją otacza, uległ jej urokowi. Na szczęście Marisa umożliwiała mu kontakty z przyrodnią siostrą. Zmieniło się to kilka miesięcy temu. Blake nie miałby pojęcia, jak wygląda obecna sytuacja, gdyby nie była już niania, która ni stąd, ni zowąd zadzwoniła do niego przed dwoma dniami i przekazała niepokojące wieści. Wynajął więc prywatny odrzutowiec i natychmiast poleciał do Nowego Orleanu.

Na szczęście dostał spadek, na którym jego ojciec nie mógł położyć łapy. Darowizna matki pozwalała mu wieść beztroskie życie, nie musiał przejmować się pieniędzmi ani zdaniem ojca. I tylko on wiedział, że sprawnie powiększył ten majątek jako zapalony producent i dystrybutor sztuki.

Owszem, martwię się o Abigail - odparł w końcu. Lepiej nie wdawać się w szczegóły, by nie dostarczać ojcu amunicji przeciwko sobie. - Ktoś musi.

Jest słaba. Życie nauczy ją, że musi być twarda.

Ojciec przyjrzał się synowi takim wzrokiem, że Blake miał ochotę się wiercić. Oczywiście, pohamował się. Już od dawna nie dopuszczał do tego, by ojciec w jakikolwiek sposób wpływał na jego działania. Gdyby okazał najmniejszą oznakę słabości, stary poczytałby to sobie za zwycięstwo, a Blake nie zamierzał ustąpić mu o krok.

Ale skoro już tu jesteś, zastanawiam się, czy nie zaproponować ci pracy.

Tego Blake zupełnie się nie spodziewał.

Słucham?

Praca polegałaby na zajmowaniu się małą. Chociaż raczej nie nadajesz się do opieki nad dzieckiem, dobrze mówię?

Ale przynajmniej jestem gotów spróbować! - pomyślał Blake, lecz nie odzywał się, tylko czekał na ciąg dalszy. Skoro ojciec był gotów zrobić zwrot o sto osiemdziesiąt stopni, na pewno każe sobie za to zapłacić.

W sumie nie wiem. - Ojciec bawił się brylantowymi spinkami do mankietów, udając, że się zastanawia. - Jeszcze nie postanowiłem, czy w ogóle pozwolę ci ją zobaczyć.

Zza fotela w rogu po drugiej stronie pokoju dobiegł cichutki jęk i odbity od sklepionego sufitu, dotarł do uszu obu mężczyzn. Wzrok ojca natychmiast skierował się w ciemny kąt.

Kazałem ci siedzieć w pokoju! - ryknął Armand tak głośno, że Blake omal się nie skrzywił.

Zza fotela wyszła mała dziewczynka. Przez ostatnie dwa lata urosła, ale Blake mógłby przysiąc, że poza tym nic się nie zmieniła. Miała takie same kasztanowe loczki, teraz okropnie potargane. To samo bezbronne spojrzenie. Jej piwne oczy z zielonymi plamkami patrzyły na Blake’a, jakby próbowały go zapamiętać. Blake doskonale potrafił wczuć się w jej sytuację. Ojciec był takim gnojkiem, że zabroniłby mu widywać Abigail, gdyby zorientował się, ile to dla niego znaczy.

Dlatego też trzymał emocje na wodzy. Uśmiechnął się do dziewczynki leciutko i ruchem ręki pokazał jej, by poszła na górę... i nie musiała znosić utyskiwań Armanda, jakim to jest ciężarem. Obelżywe tyrady, których Blake wysłuchiwał od dzieciństwa, na zawsze zostały mu w pamięci. Chciał oszczędzić tego Abigail.

Dopóki mieszkała tu jej matka, liczył, że ochroni dziewczynkę przed okrucieństwem i krytyką Armanda. Ale teraz nie miał kto bronić małej. Gosposia, Sherry, czasami do niej zaglądała, jednak przede wszystkim musiała zajmować się pracą. A to za mało.

Inna sprawa, że Blake miał jeszcze gorzej. Pamiętał długie dni, kiedy nie widywał nikogo oprócz kucharki, która robiła mu jedzenie. Był wprawdzie zdrowy, ale samotny. Zainteresowanie ojca synem objawiało się przeważnie w postaci godzinnego wydzierania się na Blake’a i wyrzekania na to, jak okropnym jest dzieciakiem.

Przed dwoma laty Blake w ogóle nie myślał o swoim koszmarnym dzieciństwie, teraz jednak musiał uchronić Abigail przed podobnym losem. Spojrzał więc na ojca i powiedział jak gdyby nigdy nic:

Mówiłeś, że mógłbym jakoś pomóc w opiece nad Abigail? - Ostrożność w doborze słów miała tu kluczowe znaczenie.

Jasne. Tak bardzo się o nią troszczysz… - Armand zmrużył oczy i jego usta wykrzywił blady uśmieszek. - Pewnie sporo byś dał, żeby móc ją widywać.

O matko!

A co, brakuje ci pieniędzy?

Pieniądze nigdy nie stanowiły dla ojca problemu ani gdy Blake był mały, ani teraz. Więc skąd to wahanie?

Nie pieniędzy, synu - odparł ojciec. - Wolności.

Ta tradycyjna karta przetargowa nie wróżyła nic dobrego.

Nie rozumiem.

Ojciec zaczął krążyć po marmurowej posadzce; w wysokim pokoju odbijał się stukot wieczorowych butów. Zawsze tak robił, gdy coś knuł. Niedobrze.

Myślę, że istnieje obopólnie korzystne wyjście z tej sytuacji – stwierdził w końcu.

Akurat!

Już ja cię znam. Twoje rozwiązania są korzystne wyłącznie dla ciebie.

Zależy, jak na to spojrzeć - odparował ojciec z zimnym uśmiechem. - Z pewnością byłoby to korzystne dla Abigail. A chyba o to ci chodzi?

Nigdy nic takiego nie mówiłem.

Twoje czyny mówią same za siebie.

Blake trzymał język za zębami, wpatrując się w ojca. Armand idealnie komponował się ze sterylną urodą plantacji Boudreaux, która tworzyła dla niego doskonałe tło.

Tak, uważam, że to się wspaniale sprawdzi. Długo na to czekałem. - Armand pokiwał głową, jakby utwierdzał się w tym przekonaniu. W świetle wpadającym przez okno łukowe za jego plecami błyszczała bujna grzywa srebrnych włosów. - A ty mi dasz to, czego chcę.

Blake odwrócił się, przerażony, jakby znów był osiemnastolatkiem bez możliwości obrony przed ojcem. Już miał wstać i wyjść, gdy na schodach dojrzał potargane kasztanowe włosy i różowe legginsy.

Przecież nie ma wyboru!

Mógłby zgłosić, że Armand zaniedbuje córkę, ale ojciec znał tylu ludzi na wysokich stanowiskach, że zarzuty pewnie by oddalono i nie zabrano Abigail z tego domu. Mógłby ją zabrać teraz z sobą, co jednak skończyłoby się oskarżeniem o porwanie dziecka, które i tak tutaj by wróciło. Potrzebował więcej czasu i środków, ale nie porzuci Abigail, nawet jeśli miałoby to skomplikować mu życie. I kto by pomyślał, że w tym playboyu obudzą się wyrzuty sumienia?

Odwrócił się do ojca.

Co mam zrobić?

Armand uśmiechnął się na znak, że wygrał, wszedł przez dwuskrzydłowe drzwi na końcu pokoju do gabinetu i wrócił z kartonową teczką w ręku. Blake miał świadomość, że dziewczynka siedzi na schodach, tak że ojciec ze swojego miejsca nie mógł jej zobaczyć.

W tym mieście mieszka pewna kobieta, Madison Armantine. Ma coś, co należy do mnie. A ty to odzyskasz.

Nie możesz zlecić tego prawnikowi?

Ta droga okazała się... bezowocna. Czas zmienić metodę.

Blake dotychczas nigdy nie słyszał, by ojciec otwarcie przyznał się do porażki.

A więc mam przekonać twoją byłą... kogo, kochankę? żeby ci coś oddała? - Skoro adwokat zawiódł, to najwyraźniej ojciec nie miał prawnego tytułu własności.

Armand uśmiechnął się drwiąco.

Nic z tych rzeczy. - Wyciągnął z teczki fotografię. - Słyszałeś kiedyś o białoruskim brylancie?

Nie. - Blake nie interesował się biżuterią.

To rzadki dwukaratowy, niezwykle czysty jaskrawoniebieski brylant. Nasza rodzina dostała go od rosyjskiego księcia, zanim po opuszczeniu Francji osiedliliśmy się w Luizjanie. Kiedy byłem młody i głupi, kazałem go oprawić, żeby mieć pierścionek zaręczynowy. Dla kobiety, która nie zasłużyła na coś tak wyjątkowego.

Blake wcześniej o tym nie słyszał. Przyglądał się zdjęciu skrzącego się, niebieskiego owalnego klejnotu.

Przed moją matką zaręczyłeś się z inną kobietą?

Z córką Jacqueline Landry, niemal wymarłej już rodziny z luizjańskich wyższych sfer. Zaręczyny nie trwały nawet roku.

Rzuciła cię? - Gdyby to on zerwał zaręczyny, na pewno postarałby się odebrać pierścionek.

Armand wyprostował się, jakby ta sugestia dotknęła go do żywego, ale jego westchnienie świadczyło o tym, że nie ma mocnych argumentów.

W swojej głupocie postanowiła odejść i zabrała pierścionek. Brylant należy do mojej rodziny i tylko ja mam prawo nim dysponować.

O co tu chodzi? Przecież nie o biżuterię, którą Armand mógłby zostawić w spadku dzieciom? Nie, w grę wchodzi coś innego… Pieniądze? Duma? Po tylu latach to raczej niemożliwe.

Trzeba go było jej nie dawać - zauważył Blake.

Przez lata kilkakrotnie do niej pisałem, żądając zwrotu brylantu, ale listy wracały nieotwarte.

Nie mam wielkiego doświadczenia z zaręczynami, ale chyba miała do tego prawo.

Ojciec zatrzymał się nagle i stanął na baczność - najlepszy dowód, że Blake trącił czułą strunę.

Nie czas na impertynencje i sarkazm, do cholery! Chcę dostać ten pierścień z powrotem! - Armand przygładził włosy i poprawił marynarkę, jak zawsze po wybuchu wściekłości; Blake dobrze znał ten gest. - I to ty mi go przyniesiesz!

Niby jak? Nawet nie wiesz, czy córka Jacqueline nadal go ma.

Nie ma śladu, żeby kiedykolwiek został wystawiony na sprzedaż. A zatem nadal jest w posiadaniu jej rodziny. Znajdziesz tę kobietę i odzyskasz pierścionek. Za jej zgodą albo bez.

Naprawdę wierzysz, że przekonam ją do zwrotu bezcennego brylantu, który należał do jej matki?

Jakoś to załatwisz. Od lat uwodzisz i rzucasz kobiety. A że niewiele więcej w życiu potrafisz, zadanie jest w sam raz dla ciebie.

Te słowa zabolały Blake’a, mimo że ojciec nigdy nie powiedział o nim nic dobrego. Oczywiście Blake nauczył się niejednego, lecz skutecznie ukrywał swoje talenty za fasadą beztroskiego playboya.

Ale tamte kobiety wiedziały, w co się pakują - powiedział.

Ta nie wie. I nie waż się jej o tym uprzedzać. - Armand zmierzył syna wzrokiem. - Ale jeśli po wszystkim będziesz chciał wyjaśnić, że ukradłeś jej klejnot, żeby ratować siostrę, to już twoja sprawa. - Podał synowi teczkę z pewnością siebie człowieka, który wie, że postawił na swoim. - Przeczytaj i daj mi znać.

Nie zrobię tego. - Czy aby na pewno?

Jest jeszcze jeden warunek - ciągnął ojciec, jakby Blake się nie odezwał. - Do czasu wykonania zadania ograniczam ci dostęp do Abigail. Potem możesz ją sobie wziąć. Podpiszę papiery, zrzeknę się praw do niej na twoją rzecz i będziesz mógł ją sobie wychowywać po swojemu.

Blake poczuł dławienie w gardle. Nie wiedział, czego może się spodziewać, wracając na plantację, ale ta rozmowa była dziwna. Jaki interes w wychowywaniu chorej na padaczkę dziewczynki ma człowiek, który przez całe życie unikał wszelkiej odpowiedzialności?

Ojciec uśmiechnął się drwiąco, jak gdyby czytał w jego myślach.

Czy taki playboy jak ty sprosta takiemu wyzwaniu?

Śpiąca?

Madison Armantine obudziła się, zawstydzona, że szefowa Maison de Jardin przyłapała ją na spaniu.

Przepraszam - wyjąkała. - Ostatnio źle sypiam.

Nie moja sprawa - odparła Trinity Hyatt z typowym dla siebie łaskawym uśmiechem. - Zwłaszcza że dzisiaj masz przecież wolne. Powiesz mi, co cię trapi?

Madison spróbowała zbyć pytanie kiepską wymówką.

Tu zawsze jest mnóstwo roboty. - Co akurat było zgodne z prawdą.

Organizacja charytatywna zapewniająca maltretowanym matkom oraz wykorzystywanym dzieciom bezpieczną przystań i ucząca przydanych w życiu umiejętności była w stanie wiecznego, acz kontrolowanego chaosu. Jeśli nie trzeba było akurat zrobić prania, to czekały zgłoszenia kandydatów do pracy, zbiórki funduszy albo mnóstwo innych rzeczy.

Madison za nic nie przyznałaby się jednak, że przyszła do Maison de Jardin graniczącego z jej rodzinną posiadłością, ponieważ chciała się oderwać od innych spraw, a nie z powodu nawału pracy. A już z całą pewnością nie miała ochoty rozmawiać o przyczynach bezsennych nocy. O wspomnieniach umierającego w bólu ojca. O snach, w których słyszała, jak walczył o każdy oddech, bo mimo zaawansowanej gruźlicy nie zgodził się pójść do szpitala. O nawiedzających ją koszmarach.

Zresztą współczujące spojrzenie łagodnych oczu Trinity świadczyło o tym, że chyba zdawała sobie z tego sprawę. A szefowa nie unikała rozmów na trudne tematy.

Nie mogę patrzeć, jak cierpisz na bezsenność. Po śmierci matki miałam to samo. Ani na chwilę nie potrafiłam wyłączyć mózgu.

Tak, to rzeczywiście jest problem - przyznała Madison, bawiąc się piórem. Bezsenność należała do nielicznych rzeczy, o których potrafiła jeszcze rozmawiać, ale nie zamierzała poruszać z szefową poważniejszych problemów. Ta jednak wyczuła, że Madison ucieka od tematu.

Ile lat opiekowałaś się tatą? - spytała, opierając się o futrynę drzwi.

Omiotła wzrokiem pokój, dając Madison czas na zebranie myśli. Wcześniej to ona zajmowała ten gabinet, ale awansowała, by zająć się Hyatt Heights - firmą założoną przez jej nieżyjącego już męża. To on, jeszcze jako młody człowiek, wraz z rodzicami założył w Nowym Orleanie Maison de Jardin, ale po przejęciu jego firmy Trinity nie miała czasu na tę działalność charytatywną, zwłaszcza że rodzina męża wojowała z nią w sądzie o spadek.

Madison trafiła jej się w samą porę. Znała ją jeszcze jako nastolatkę, która w miarę możliwości pomagała w schronisku, i wiedziała, że mimo młodego wieku ma wystarczające doświadczenie.

Przyszpilona spojrzeniem Trinity, Madison odchrząknęła.

Dziesięć - odparła. - Ale ze snem i z poruszaniem się miał kłopoty od jakichś pięciu lat.

Stwardnienie rozsiane to ciężka choroba. Madison nikomu jej nie życzyła, poznała ją z bliska. A jeszcze zanim zdiagnozowano u ojca SM, stracił firmę, a potem miłość swego życia. Ale przeżyli razem wspaniałe lata, wspierając się wzajemnie. Wzięła się w garść.

Ostatnią noc spędziłam na sprzątaniu domu i czytaniu pamiętników matki - powiedziała szeptem.

A co innego miała robić o trzeciej nad ranem?

Madison, czy aby na pewno jesteś gotowa na takie porządki? Twój tata zmarł dopiero pół roku temu. - W głosie Trinity zabrzmiały troska i niepokój.

Muszę wystawić dom na sprzedaż. A kto ma go doprowadzić do porządku, jeśli nie ja? - Wzruszyła ramionami.

Konieczność sprzedaży jedynego domu, jaki miała, napełniała ją bólem. Niestety, cały się sypał, więc chociaż wszystkie jej wspomnienia były z nim związane, nie miała wyboru. Ale ile czasu potrwa porządkowanie rzeczy? Wciąż natykała się na coś nowego. Kilka miesięcy temu znalazła zbiór pamiętników matki. Ich lektura przywoływała żywe wspomnienia. A także dawała pociechę.

Nie miała pojęcia, za co sfinansuje remont domu czy choćby niezbędne drobne naprawy. Tutaj zarabiała więcej, niż przynosiły jej dorywcze zajęcia, których imała się po śmierci matki w wypadku drogowym. Niestety, lata zaniedbań odbiły się na stanie niegdyś najpiękniejszej rezydencji w Garden District, najbardziej prestiżowej dzielnicy Nowego Orleanu.

Bardzo ci współczuję.

Niepotrzebnie. - Madison zdobyła się na blady uśmiech. - Praca tutaj to najlepsze, co mnie spotkało. Dziękuję ci, Trinity.

Dziewczyno, bez ciebie nie dałabym sobie rady. Zwłaszcza teraz. Wiem, że te kobiety są w dobrych rękach. Ale dość smutków - rzuciła z szerokim uśmiechem. - Mam dla ciebie wspaniałą nowinę!

Jaką?

Przysłali już twoją nową sukienkę!

Słysząc to, większość kobiet by się ucieszyła, ale Madison jeszcze bardziej się zdenerwowała. Jako nowa dyrektorka Maison de Jardin już w przyszłym tygodniu po raz pierwszy miała wziąć udział w zbiórce funduszy i od tej pory pojawiać się na galach w towarzystwie nowoorleańskich elit.

Dawno temu miejsce wśród socjety miasta po prostu by jej się należało. Jej rodzice pochodzili z szacownych rodzin, które zakładały to niesamowite miasto. Madison znała to jednak tylko z opowieści. Gdy była dzieckiem, matka mówiła jej o dawnych czasach, ale nie wspominała o swoim małżeństwie ani o tym, dlaczego odsunęła się od ludzi mimo przynależności do elity. W małżeństwie jej rodziców doszło do jakiegoś skandalu, ale nie zdołała ustalić, o co poszło. Dlatego nocami czytała pamiętniki matki z nadzieją, że może czegoś się dowie.

Trinity wzięła ją za rękę i poprowadziła korytarzami Maison de Jardin do głównej sypialni na piętrze.

Wyprowadziła się z niej ledwie dwa miesiące temu, kiedy wyszła za Michaela Hyatta, ale tragiczna śmierć męża i obecna walka o spadek spowodowały w jej życiu tyle zamieszania, że Madison na razie nie zajęła tego pokoju - ostatecznie mieszkała tuż obok. A Trinity przyda się świadomość, że nadal ma tu swój dom.

Na jasnoniebieskiej narzucie na łóżku leżała piękna lawendowa suknia. Madison sapnęła z podziwu.

Dla rudzielca to niezwykły kolor - powiedziała Trinity. - Moim zdaniem to fantastyczny wybór.

Madison też miała taką nadzieję.

A więc to tak zostanie zaprezentowana elicie. Żołądek podszedł jej do gardła. Liczy się pierwsze wrażenie. W Nowym Orleanie niegdyś jej nazwisko było powszechnie znane, ale upływ czasu sprawił, że stopniowo zacierało się w ludzkiej pamięci. Południowe stany wciąż szczyciły się swoją historią i historią tutejszych rodzin, jednak teraz nade wszystko liczyły się pieniądze. Tak jest urządzony ten świat i Madison wiedziała, że nic na to nie poradzi. Choroba ojca pochłonęła rodzinny majątek.

Wywarcie dobrego wrażenia pomoże ich działalności dobroczynnej - teraz i w przyszłości. Czy jednak nie powinna się wycofać? Zwalić wszystko na nerwy i zaproponować Trinity, by wydelegowała kogoś innego?

Przymiarka! - zarządziła Trinity; jej entuzjazm tylko zwiększył obawy Madison.

Gdy przebrawszy się, wróciła do sypialni i przejrzała się w lustrze, nie poznała samej siebie. Suknia była obcisła, z jednym ramiączkiem po lewej, wykonanym z kwiatów z tkaniny. Liczne warstwy szyfonu wirowały wokół jej nóg i kończyły się tuż nad kolanami.

Do tego szałowe szpilki i będziesz gotowa.

Obym tylko nie połamała w nich nóg - odparła Madison ze śmiechem.

Będzie dobrze. Nabierzesz wprawy.

Madison drżącymi palcami przesunęła po sukni. Nigdy dotąd nie wyglądała tak fantastycznie.

Włosy zrobimy ci w ten sposób - powiedziała Trinity, unosząc gęste kasztanowe pasma na czubek głowy. - Do tego wiszące kolczyki i loki.

Czuję się trochę jak Kopciuszek - rzekła Madison, uśmiechając się niepewnie.

Kto wie, może na balu poznasz księcia z bajki. To będzie poczciwa nowoorleańska gala, ale wiesz, że nie obejdzie się bez tańców. Nie ma jak dobra zabawa, co?

Madison zapomniała już, co to znaczy, ale własny wizerunek w lustrze dodał jej odwagi. Zresztą nigdy nie uchylała się od obowiązków.

Chętnie trochę się rozerwę - przyznała. A widząc w lustrze wzrok Trinity, sprostowała: - No dobrze, bardzo potrzebuję porządnej zabawy.

Tylko uważaj i nie przesadź.

I nie myśl za dużo, pomyślała Madison. Na księcia z bajki chyba jest za wcześnie, zważywszy na nawał obowiązków. Ale będzie miło oderwać się od kłopotów.

Uśmiechnęła się do siebie w lustrze.

Zresztą kto wie? Może znajdzie księcia tymczasowego. Każdemu wolno marzyć, prawda?
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: