Upadek - ebook
W mrocznych ulicach Naeri czterech bandytów świętuje udany napad. Alkohol, pycha i poczucie bezkarności szybko przeradzają się w brutalną noc, która kończy się krwawą masakrą w karczmie i kolejnymi zbrodniami na ulicach miasta. Na czele grupy stoi Ardin — człowiek, który nie zna litości ani granic. Dla niego przemoc jest narzędziem, a strach innych ludzi źródłem satysfakcji. Jednak nawet najbardziej bezwzględni ludzie popełniają błędy. Gdy Ardin zostaje schwytany przez straż, czeka go los gorszy od śmierci. Zamiast stryczka otrzymuje propozycję udziału w tajemniczym eksperymencie prowadzonym przez doktora Valdreka — badaniu mającym odkryć związek między umysłem a naturą przemocy. Uwięziony w sterylnym laboratorium Ardin powoli traci kontrolę nad własnym losem. Człowiek, który przez całe życie polował na innych, sam staje się obiektem obserwacji. A im głębiej naukowcy zaglądają w jego umysł, tym bardziej okazuje się, że prawdziwy potwór może dopiero powstać.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 58 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
— Mówiłem ci, że miał podwójną kieszeń — Przez karczmę poniósł się męski głos. Jego donośności dorównywało tylko późniejsze rozbawienie nadawcy — Każdy skurwiel taką ma. Kryją tam najcenniejsze fanty, które szkoda im stracić. Pal sakiewkę złota i błyskotki to obligacje czy surowe kamienie są faktycznie cenne — tłumaczył.
— Wiecie po czym poznać, że trafiło się na żyłę złota? — spytał — Bo skurwiele albo od razu się poddają, albo walczą o to do utraty tchu. Wiedzą, że jak stracą towar to łeb rozwali im ich własny szef — Mężczyzna ryknął śmiechem, a wraz z nim dwóch jego kompanów. Ostatni z nich wciąż milczał.
— Nie ciesz się na zapas — powiedział jeden, gdy tylko udało mu się uspokoić — Najpierw musimy go sprzedać. Jutro pójdziemy do pewnego typa, który go od nas odkupi — powiedział i zrobił krótką pauzę — Ale najpierw… musimy uczcić udaną akcję! — Krzyknął zrywając się z krzesła i unosząc drewniany kieliszek.
Większość pozostałych gości starała się jak najbardziej nie zwracać uwagi grupy. Każdy z nich unikał kontaktu wzrokowego, siedząc bokiem, ponieważ bali się całkowicie stracić ich z oczu. Jedynym, który co jakiś czas spoglądał w ich stronę, był właściciel stojący za barem.
To zdecydowanie nie był dobry dzień dla Otrica. Jeszcze kilka godzin wcześniej był to zwyczajny dzień z kilkoma stałymi bywalcami, których znał od lat. Jednak potem przybyli oni; Czterech oprychów. Zasiedli przy głównym stole i natychmiast zażądali kilku butelek wódki o średniej, niemal kiepskiej jakości. Od razu, gdy tylko gorzki trunek uderzył im do głów, zrobili się jeszcze pewniejsi i głośniejsi niż wcześniej. Zaczęli rzucać niewybrednymi komentarzami w stronę pozostałych bywalców, wiedząc, że będąc razem, nikt nie ośmieli im się postawić.
Normalnie Otric wyrzuciłby takich gości, ale w jego sytuacji materialnej nie był w stanie sobie na to pozwolić. Lokal choć mały, generował wysokie koszta a nowy imperialny podatek na alkohole zdecydowanie temu nie pomagał. Ostatnimi czasy było tak źle, że został zmuszony zwolnić swojego pomocnika, który stał na barze i wyrzucał awanturujących się klientów. Teraz Otric został sam i sam musi sobie z nimi poradzić. Już, któryś raz dzisiaj złapał za trzonek toporka, którego trzymał pod ladą w razie problemu. Za każdym razem, jednak szybko go puszczał, wiedząc, że nawet z nim, nie ma szans przeciwko czterem znieczulonym trunkami bandytom.
By zająć czymś pełną czarnych myśli głowę, Otric przysłuchiwał się ich rozmowie. Oprócz pijackiego bełkotu, niewybrednych komentarzy i dyskusji o nieznanych mu ludziach, o złowrogo brzmiących pseudonimach, udało mu się wychwycić imiona każdego z gości. Uznał, że może się to przydać, gdyby, jednak doszło do starcia i musiałby złożyć wyjaśnienia straży. O ile byłby w stanie.
Ten, który opowiadał o technice stosowanej przez, bogatszą część społeczeństwa, do obrony przed tą biedniejszą nazywał się Malen. Sprawiał wrażenie cwaniaka i ulicznego oszusta. Znał metody działania, używane narzędzia jak i sztuczki ofiar.
Jego równie rozgadanym towarzysz zwał się Karst. Był on swego rodzaju pośrednikiem grupy. Znał każdego kto był akurat potrzebny. Od paserów, przez tanie lecz niezgorsze prostytutki, na handlarzach towarem wszelakim skończywszy. Kilkukrotnie wymienił też imiona szefów gangów z południa jak Henry czy Billy, co nakierowało pochodzenie grupy na slumsy. Budziło to jeszcze większy niepokój Otrica, który snuł teorie o przynależności oprychów do jednej z przywołanych grup. To wywołało w nim jeszcze większe poirytowanie. Ciężko pracował całymi latami, by uwolnić się od marginesu społeczeństwa Naeri, jednak, gdy myślał, że w końcu mu się udało, margines przyszedł do niego.
Trzecim członkiem grupy był Thoren. To właśnie na jego widok Otric wiedział, że starcie musi być ostatecznością. Był prawdziwym gigantem górującym ponad swoimi towarzyszami o co najmniej jedną głowę, a dla tych którzy stanęli obok niego, niemal równie wysoki. Rzadko angażował się w rozmowę swoich towarzyszy. Gdy jednak już to robił, jego głos odbijał się mocnym echem po ścianach karczmy. Był bardzo niski, jakby wydobywający się z samych trzewi, niżeli z gardła. Jego ton był władczy, nieznoszącym sprzeciwu, nawet jeżeli wtrącał się do błahych rozmów. Wydawał się przez to cały czas wściekły, zwykle obserwując pozostałych gości z równie gniewnym spojrzeniem, podkreślając dominację grupy.
Rozmowy trwały jeszcze jakiś czas. Pozostali goście szybko kończyli swoje trunki i pospiesznie opuszczali lokal, unikając jakiegokolwiek kontaktu z grupą. Jednak jeden z gości był wyjątkowo uparty. Siedział w kącie baru, zbyt pijany lub pewny siebie by uniknąć konfliktu, którego grupa z każdą chwilą pragnęła coraz bardziej. W końcu Karst nie wytrzymał tej spokojnej, lecz dla niego nieznośnej chwili.
— Widzieliście? — powiedział i kiwnął głową w stronę mężczyzny — Ten typ w kącie cały czas się na nas gapi. Chyba ma jakiś problem. Może sprawdzimy jaki?
— No to w końcu mamy jakąś rozrywkę — stwierdził Malen i podniósł się znad stołu.
Wraz z nimi ruszył też Thoren, który wiedział, że jego towarzysze są tacy twardzi tylko przez wzgląd na jego obecność i jeżeli ich ofiara będzie jednak stawiać opór, to będzie musiał interweniować.
— Masz jakiś problem? — wypalił pomysłodawca planu.
— Nie — odpowiedział zdawkowo mężczyzna przy barze.
— Tak? — wtrącił się Malen — bo nam się wydaje, że, jednak masz.
Stwierdzenie to spotkało się z ciszą ze strony mężczyzny, który bez najmniejszego strachu kontynuował popijanie piwa. Był stałym bywalcem przybytku, więc nie był to pierwszy raz, gdy był zaczepiany przez pijaków lub lokalnych rzezimieszków. Wiedział, że Otric zawsze miał pod ladą broń, którą użyczał lub sam używał do przeganiania takich klientów. Jednak tym razem coś było inaczej. Normalnie właściciel już dawno wyrzuciłby agresorów. Tym razem jednak nie zapowiadało się na to, że zamierza coś zrobić. Nie wiadomo czy bał się o wynik starcia czy może nie mógł sobie pozwolić na stratę nawet takiej klienteli. Ważne jest tylko to, że teraz jest zdany tylko na siebie.
— Mówię do ciebie — naciskał urażony brakiem reakcji i trącił mężczyznę.
Ten starał się zachować spokój, analizując swoje szanse. Wyszło mu, że nawet mając broń, w walce z czteroma napastnikami nie ma szans. Musi, więc schować dumę do kieszeni i odejść. Może po drodze uda mu się znaleźć jakiś zagubiony patrol straży i odciążyć nieco Otrica. Gdy za i przeciw tej decyzji dały wynik dodatni, mężczyzna dopił trunek i wstał.
— Ogłuchłeś czy ochujałeś? — Malen zatrzymał mężczyznę, czując, że teraz musi już udowodnić swoją dominację nie tylko przed towarzyszami, ale i przed samym sobą.
— Ani jedno ani drugie — odpowiedział mężczyzna, przegryzając wargę by nie eskalować sytuacji i próbując ominąć agresora. Ten jednak nie zamierzał odpuszczać.
Przytrzymał on mężczyznę i przyszykował się do wyprowadzenia ataku.
— A jak na moje i jedno i drugie — rzucił.
Mężczyzna spojrzał kątem oka na Otrica, licząc na wybuchową reakcję. Jednak takowej nie otrzymał.
„Skoro nie mogę liczyć na wsparcie, przynajmniej tanio skóry nie sprzedam”-pomyślał. Kopniak kolanem w brzuch powinien zwolnić chwyt, cios w szczękę zdezorientować, a kopniak w klatkę powalić.
Potem rzuci się po broń spod lady, lub zrobi takową z butelki i albo zniechęci to pozostałych, albo pozwoli mu wyrównać szansę. Zanim, jednak zdążyły paść pierwsze ciosy, coś zatrzymało obydwie strony.
— Wystarczy — przez karczmę rozniósł się głos. Głos spokojny, bez strachu czy gniewu, ale i stanowczy na tyle, że każdy obecny natychmiast przerwał co robił i spojrzał w stronę jego źródła.
Był to ostatni z przybyszy. Ardin. Wstępnym okiem Otrica wydawał się on najmniej wyrazisty z całej czwórki. Nie był on ani przesadnie wielki, ani głośny. Był przeciętnie zbudowany, bez nazbyt dużej masy mięśniowej, ani nazbyt kościsty. Siedział lekko oddalony od stołu, wycofany od towarzyszy. Wcześniej włączał się do rozmów jeszcze rzadziej niż Thoren, jednak brzmiał znacznie bardziej opanowanie od niego. Przez większość czasu siedział cicho, popijając piwo z kufla w porównaniu do reszty, która kończyła już drugą butelkę wódki. Mimo swojej niepozorności, Otric czuł, że czai się za nim coś, więcej. Coś przerażającego.
Każdy jego gest sprawiał, że jego towarzysze spoglądali w jego stronę, niezależnie od tego jak drobny by nie był. Dlatego, gdy tylko przemówił, nie dziw, że ci się zatrzymali, kompletnie zapominając o nadchodzącej walce.
Nie zapomniał o niej, jednak mężczyzna, który natychmiast przemknął obok agresorów i zniknął za drzwiami. Reszta nawet nie próbowała go zatrzymywać, cały czas oczekująca na polecenie.
— Siadajcie-Powiedział z jeszcze większym spokojem, wiedząc, że ma już uwagę każdego w pomieszczeniu.
— Karczmarzu kolejną butelkę i szykuj powoli jeszcze jedną — rzucił, gdy tylko towarzysze z powrotem zasiedli do stołu.
Otric odetchnął z ulgi i skinął głowę w stronę córki. Drobna blondynka natychmiast wykonała polecenie i zniknęła na zapleczu. Otric odprowadził ją wzrokiem z troską i przede wszystkim, niepokojem.