Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Upadek króla królów. Rewolucja irańska, zwycięstwo teokracji i przekleństwo religijnego nacjonalizmu - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
18 września 2026
6983 pkt
punktów Virtualo

Upadek króla królów. Rewolucja irańska, zwycięstwo teokracji i przekleństwo religijnego nacjonalizmu - ebook

Bestseller „New York Timesa” • Finalista Kirkus Prize

Analiza strategicznego błędu końca XX wieku,

który otworzył epokę religijnego nacjonalizmu i długotrwałej konfrontacji ze Stanami Zjednoczonymi

To opowieść o jednym z najważniejszych wydarzeń XX wieku – rewolucji irańskiej. O narodzinach religijnego nacjonalizmu, politycznej krótkowzroczności i dramatycznych konsekwencjach, które wstrząsnęły światem i do dziś rezonują w globalnych napięciach.

W sylwestrową noc 1977 roku prezydent USA Jimmy Carter podczas wizyty w Teheranie wzniósł toast za króla królów, szacha Mohammada Rezę Pahlawiego, nazywając Iran „wyspą stabilności”. Kraj dysponował wtedy jedną z największych armii świata, czerpał miliardy z ropy, stolica rozkwitała, brutalnie tłumiono opozycję, duchownych trzymano w ryzach, a szach uchodził za nietykalnego sojusznika USA w zimnej wojnie.

Czternaście miesięcy później, w styczniu 1979 roku, monarcha uciekł z kraju. Iran ogarnęła rewolucja pod wodzą charyzmatycznego ajatollaha Chomeiniego, a nieudana próba odbicia zakładników w ambasadzie USA na trwałe nadwyrężyła pozycję Ameryki. Spektakularne sukcesy Iranu zostały zaprzepaszczone. Jak to możliwe, że Stany Zjednoczone nie dostrzegły nadchodzącej katastrofy?

Upadek króla królów to lektura dla każdego, kto chce zrozumieć współczesny Bliski Wschód. Autor przekonuje, że rewolucja irańska była równie przełomowa jak rewolucje francuska czy rosyjska. To tam narodził się wzorzec gniewu religijnych mas przeciw świeckim elitom – zjawisko, które obserwujemy dziś od Azji po Europę i Stany Zjednoczone.

To nie tylko lekcja historii, lecz także ostrzeżenie

Nowatorskie spojrzenie na rewolucję irańską, które obnaża uporczywą ślepotę amerykańskiej polityki – ślepotę, która nie tylko przyspieszyła upadek szacha, ale utorowała drogę religijnym radykałom. Anderson pisze o ignorancji, która z czasem stała się świadomym wyborem.

– „The New York Times”

Scott Anderson to mistrz narracji historycznej. Ta porywająca książka z niezwykłą precyzją i literackim rozmachem ożywia przeszłość – pełną intrygujących, złożonych i często mrocznych postaci. Hipnotyzująca. Wyrafinowana.

– „The Wall Street Journal”

Doświadczony reporter Scott Anderson zabiera czytelnika w fascynującą podróż przez ostatnie lata panowania szacha Mohammada Rezy Pahlawiego, odsłaniając sieć politycznych intryg i korupcji, która doprowadziła do upadku reżimu. Z równą przenikliwością analizuje zaślepienie szacha i fatalne decyzje jego amerykańskich sojuszników. – „The Washington Post”

Anderson nie tylko odsłania kulisy upadku szacha, ale też rzuca światło na źródła

religijno-politycznych napięć, które kształtują Bliski Wschód w 2025 roku.

– „The Jerusalem Post”

Lektura dla wszystkich, którzy próbują zrozumieć niekończący się konflikt między Izraelem, USA i Iranem oraz dzisiejsze napięcia na Bliskim Wschodzie. Anderson pokazuje, jak bogaty, świecki i prozachodni Iran dynastii Pahlawich przekształcił się w represyjną teokrację, pogrążoną w nieustannym kryzysie i wyścigu po broń jądrową.

– „Financial Times”

Jedna z najlepszych publikacji o roku 1979. – „The Atlantic”

Książka pokazuje, jak najwyżsi rangą urzędnicy Iranu i USA – nieświadomie, lecz konsekwentnie – zmierzali ku katastrofie o globalnych skutkach. Katastrofie, której można było uniknąć. Pozycja obowiązkowa dla każdego, kto chce zrozumieć genezę najgroźniejszego reżimu panującego na współczesnym Bliskim Wschodzie.

– Joby Warrick, autor książki Czarne flagi. Geneza Państwa Islamskiego, laureat Nagrody Pulitzera

Scott Anderson

Reporter, powieściopisarz i autor literatury faktu, w tym międzynarodowego bestsellera Lawrence z Arabii. Jak powstał dzisiejszy Bliski Wschód, wyróżnionego jako finalista National Book Critics Circle Award i uznanego przez „The New York Times” za jedną z najważniejszych książek roku. Jako wieloletni stały współpracownik „The New York Times Magazine” w 2016 roku zasłynął obszernym reportażem o Bliskim Wschodzie; materiał ukazał się później w formie książkowej jako Fractured Lands: How the Arab World Came Apart.

Wielokrotnie relacjonował konflikty i przemiany polityczne w Afryce, na Kaukazie i Bliskim Wschodzie, co dało mu wyjątkowe wyczucie dynamiki geopolitycznej. Jego książki wyróżniają się rygorem źródłowym, klarownością wywodu i talentem do portretowania ludzi uwikłanych w wir historii.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Spis treści

Wstęp – 9

Przedmowa – 13

Część pierwsza: ku wielkiej cywilizacji

Rozdział pierwszy: Dworzanin – 33

Rozdział drugi: Królowa – 61

Rozdział trzeci: Mały nerwowy chłopiec – 91

Rozdział czwarty: Gorączka złota – 119

Rozdział piąty: Cesarz w labiryncie – 153

Rozdział szósty: Przemiłe spotkanie – 177

Rozdział siódmy: Efekt motyla – 201

Część druga: głębokie rysy

Rozdział ósmy: Bezbożny sojusz – 227

Rozdział dziewiąty: Zwodniczy spokój – 249

Rozdział dziesiąty: Sala spalonych kości – 277

Rozdział jedenasty: Czarny piątek – 305

Rozdział dwunasty: Król sonduje grunt – 329

Część trzecia: upadek

Rozdział trzynasty: Najgroźniejsza tajemnica – 365

Rozdział czternasty: Mury się zamykają – 391

Rozdział piętnasty: Naczelny dowódca czeka – 417

Rozdział szesnasty: Opcja C – 437

Rozdział siedemnasty: „Niszczymy wszystkie niejawne” – 463

Rozdział osiemnasty: Przejęcie roli – 487

Rozdział dziewiętnasty: Nadzwyczaj subtelny taniec – 503

Epilog – 539

Podziękowania – 569

Bibliografia – 571

Kategoria: Historia
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8231-893-7
Rozmiar pliku: 8,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

WSTĘP

Ostatni szachinszach, czyli Król Królów Iranu Mohammad Reza Pahlawi był zawsze jedną z trzech, obok Mustafy Kemala Atatürka z Turcji oraz Lee Kuan Yewa z Singapuru, fascynujących mnie postaci dwudziestowiecznej historii. Często o tym wspominałem zarówno w swoich artykułach, jak i w prowadzonym przeze mnie w Onecie podcaście Raport Międzynarodowy. Zapewne dlatego wydawnictwo Prześwity zaproponowało mi, bym napisał wstęp do książki, którą trzymają Państwo w ręku.

Mohammad Reza Pahlawi, Mustafa Kemal Atatürk oraz Lee Kuan Yew fascynowali mnie, bo widziałem w nich przykłady tego, jak jednostka może zmieniać losy narodów i państw, jak silna wola może powodować, że wiry historii mogą ustępować w obliczu żelaznej konsekwencji, i jak państwa, w których DNA niekoniecznie jest wiele tego, czego i nam w Polsce brakuje, czyli umiejętności samonaprawy, mogą nagle dokonywać cywilizacyjnego wręcz skoku. Pesymiści – choć ktoś inny powie pewnie, że realiści – powiadają, że tak naprawdę wszystko zależy od ducha czasów, okoliczności, dojrzałości narodów do zmian, a jednostka tak naprawdę niewiele może. Optymiści, że bywa i tak, że rodzą się ludzie, którzy mogą działać pomimo, a nawet wbrew swoim czasom i kreować rzeczywistość. Historia szacha Iranu spór ten w mojej ocenie rozstrzyga.

Wszyscy wymienieni powyżej przywódcy byli autorytarnymi modernizatorami. Tym, co różni historię szacha Mohammada Rezy Pahlawiego od historii Mustafy Kemala Atatürka oraz Lee Kuan Yewa, jest to, że rzeczywistość, którą stworzył, skończyła się w zasadzie wraz z nim. Pahlawi przegrał. Być może dlatego jego historia jest w gruncie rzeczy najciekawszym, bo też i pozwalającym na wyciągnięcie największej liczby wniosków, przypadkiem.

Okoliczności klęski polityki szacha Iranu warte są przestudiowania nie tylko przez tych, których fascynuje historia XX wieku, ale również tych, którzy przyglądając się naszemu własnemu krajowi, zastanawiają się, czy to, co udało nam się osiągnąć w ciągu ostatnich prawie już 40 lat po komunizmie to szczyt naszych możliwości, po którym nie czeka nas już nic szczególnego, preludium do dalszego rozwoju czy też może – bo i tego niestety wykluczyć nie możemy – szczyt, po którym nastąpi regres.

Jeśli spróbować wyciągnąć jakieś wnioski z historii szacha, to zapewne najważniejsza lekcja, którą należałoby wysnuć, jest taka, że udając się w podróż ku modernizacji, nie wolno zapomnieć zabrać w tę podróż własnego narodu. Szczytne idee, patriotyzm i najlepsze nawet intencje, bo szachowi, niezależnie od jego wad, tych przymiotów w mojej ocenie odmówić nie wolno, nie są, jak się okazuje, gwarantami sukcesu i trwałości zmian. W wypadku Iranu powstaje oczywiście pytanie o proporcje modernizacji i westernizacji. Pomijając ten wątek, najważniejszy wniosek podpowiada, że jeśli dla projektu modernizacji nie pozyska się nie tylko elit, ale również środowisk konserwatywnych, cały projekt może być zagrożony.

Historia upadku szacha to też jednak historia całkowicie błędnego rozpoznania tego, kto jest największym przeciwnikiem. W przypadku Pahlawiego było to wieloletnie przekonanie, że największym zagrożeniem dla niego osobiście i dla jego dynastii oraz dla jego państwa są komuniści. Okazało się tymczasem, jak wiemy, że byli nim konserwatywni mułłowie. Zagrożeniem, o dziwo, byli też jednak ludzie, którzy awans społeczny zawdzięczali nikomu innemu, jak szachowi. Będąc obiektywnie beneficjentami jego rządów, w chwili kryzysu zwrócili się mimo to przeciw niemu. Ludzie, jak się okazuje, nie pamiętają bowiem z wdzięcznością o swoim awansie społecznym, za to wyjątkowo mocno odczuwają złość, gdy osiągnąwszy już wiele, zaczynają się bać, że mogą stracić to, co osiąg­nęli. Co ciekawe, równie głęboko jak szach i zawdzięczający mu podróż w górę po drabinie społecznej niedawni biedacy, mylili się również jego przeciwnicy z klasy średniej, którzy, domagając się większych swobód, w pewnym momencie poparli siły, na tle których autokratyczne rządy szacha sprawiają wrażenie co najwyżej miękkiego autorytaryzmu.

Całkowicie mylili się również sojusznicy Iranu, w tym przede wszystkim Stany Zjednoczone i choć w nieco mniejszym stopniu, również Wielka Brytania. Książka Scotta Andersona jest skądinąd fascynującym studium nie tylko oderwania dworu cesarskiego od rzeczywistości, ale przede wszystkim klęski amerykańskiej administracji, dyplomacji oraz służb wywiadowczych. Rewolucja islamska w Iranie to, dodajmy, klasyczny już przedmiot studiów w zakresie analizy wywiadowczej. Jest bowiem obok inwazji w Zatoce Świń, zamachów z 11 września oraz całkowicie błędnych analiz dotyczących trwałości ZSRR jedną z czterech największych klęsk w historii CIA.

Dla nas Polaków historia Mohammada Rezy Pahlawiego oraz historia Iranu jest istotna z jednego podstawowego powodu. Iran pod rządami szacha nie tylko szybko się rozwijał, a ludzie w nim żyli znacznie lepiej niż w przeszłości, ale państwo stawało się jedną z czołowych potęg regionalnych ówczesnego świata. Wszystko to załamało się, można powiedzieć, z woli ludu. Polska również, jak wiemy, rozwija się jak nigdy wcześniej. Historii Iranu warto więc się przyjrzeć również dlatego, że być może odnajdziemy tam znajome napięcia, nieprzepracowane traumy i skryte gdzieś głęboko siły, które mogą pewnego dnia zniszczyć i nasze marzenia.

Książka Scotta Andersona to wreszcie także fascynujące studium psychologiczne ostatniego szacha, który z nieco nieśmiałego i niezdecydowanego młodzieńca, dziedzica tronu, zarazem na nim osadzonego przez mocarstwa, ewoluował w kierunku przywódcy, który z czasem zaczął owym mocarstwom wręcz rzucać wyzwanie. Jego niezmierzonej pewności siebie towarzyszyła jednak chyba aż do ostatnich dni rządów podskórna niepewność. Co gorsza, rosło też jego osamotnienie, które spowodowało, że w pewnym momencie być może już tylko żona mówiła mu prawdę prosto w oczy.

Mohammad Reza Pahlawi kształtował świat, który go otaczał. Równocześnie jednak abdykował – nie w sensie formalnym co prawda, ale w tym znaczeniu, że mogąc utopić rewolucję we krwi, nie zrobił tego. Być może nie jestem obiektywny, bo mam wszak do Pahlawiego jakiś rodzaj słabości, ale mam wrażenie, że nie chciał on po prostu być katem własnego narodu. Możliwe jest jednak, że problem był inny, a jego istotą było to, że szach, nawet wówczas, gdy już, jak się wydaje, wyemancypował się spod wpływów amerykańskich i brytyjskich, cały czas jednak słuchał rad ambasadorów amerykańskiego i brytyjskiego. Ci zaś, jak już dziś wiemy, o sytuacji w Iranie wiedzieli jeszcze mniej niż Król Królów.

Książkę Scotta Andersona warto przeczytać z dwóch jeszcze powodów. Po pierwsze, jest to po prostu ciekawa i świetnie napisana historia. Po drugie, na polski rynek trafia ledwie kilka miesięcy po tym, gdy doszło do amerykańsko-izraelskiej wojny z Iranem. Ziarna tej wojny, do której doszło w 2026 r., w pewnym sensie zostały jednak zasiane 16 stycznia 1979 r., czyli w dniu, w którym jeszcze nie stary, ale już śmiertelnie chory Mohammad Reza Pahlawi wsiadł do samolotu na lotnisku w Teheranie i udał się na emigrację. Na lotnisku miała skądinąd miejsce symboliczna scena. Do stóp szacha padł, całując jego buty, jeden z zapłakanych żołnierzy. Pytaniem, na które nie znam odpowiedzi, jest, czy płakał ze wzruszenia, czy może opłakiwał marzenie o nowoczesnym Iranie, które właśnie umierało na jego oczach.

Witold Jurasz

dziennikarz Onet.pl, były dyplomataPRZEDMOWA

Szach będzie aktywnym uczestnikiem irańskiego życia publicznego do późnych lat 80. (…) W najbliższej przyszłości nie nastąpi żadna radykalna zmiana w polityce Iranu.

– tajny raport CIA Iran w latach 80. XX wieku z sierpnia 1977 roku, pięć miesięcy przed wybuchem rewolucji

Rankiem 15 listopada 1977 roku około godziny 10.20 dwa helikoptery Sikorsky Sea King przeleciały nisko nad Potomakiem, by skierować się na rozległy zieleniec okalający południową stronę Pomnika Waszyngtona. Biało-zielone helikoptery z wojskowymi oznaczeniami były częścią floty prezydenckiej „HMX-1”, a pasażerami maszyny prowadzącej byli szach Iranu Mohammad Reza Pahlawi z małżonką Farah oraz niewielka świta królewska. Drugi helikopter miał służyć jedynie odwróceniu uwagi.

Wzdłuż lądowiska czekało już pół tuzina czarnych limuzyn z eskortą pojazdów amerykańskiego Secret Service i patrolem policji motocyklowej. Ze względów bezpieczeństwa jedynie garstka oficjeli wiedziała, która z tych limuzyn przetransportuje szacha niecały kilometr dzielący ich od Białego Domu. Miała to być dwunasta wizyta irańskiego monarchy w Stanach Zjednoczonych, odkąd objął tron 36 lat wcześniej. W ciągu tych wizyt było mu dane spotkać sześciu kolejnych prezydentów USA, z których pierwszym był Harry Truman. Teraz oczekiwał go siódmy: Jimmy Carter.

Szach obawiał się tej wizyty. Miał ku temu dwa ważne powody. Zakończona rok wcześniej kampania prezydencka Cartera opierała się na programie reform i transparentności. Były gubernator Georgii przekonał do siebie wyborców, obiecując położenie nacisku na ochronę na całym świecie praw człowieka oraz krytyczną weryfikację kontraktów na dostawy amerykańskiej broni dla przychylnych dyktatur. Obydwie te obietnice stawiały Iran w niekorzystnym świetle. W minionych latach reżim szacha był celem ostrej krytyki wielu międzynarodowych organizacji z uwagi na historię naruszeń w sferze praw człowieka.

Co więcej, Iran był największym rynkiem zbytu amerykańskiego uzbrojenia, wchłaniając w ostatnich latach niemal połowę dostaw przemysłu zbrojeniowego USA. Za kulisami wysoko postawieni członkowie administracji Cartera zapewniali szacha, że te górnolotne cele nigdy nie miały się odnosić do jego kraju, mimo to irański przywódca oczekiwał słów prezydenta z niepokojem.

Do tego doszła jeszcze ważniejsza sprawa. W 1977 roku do amerykańskich college’ów i uniwersytetów uczęszczało już około 50 tysięcy studentów, a w ostatnich dniach spora ich liczba – według niektórych raportów sięgająca nawet 4 tysięcy osób – miała zgromadzić się w Waszyngtonie, by oprotestować wizytę głowy ich państwa. Choć szeregi demonstrantów stanowili głównie młodzi lewicowcy, protestujących wspierały również grupy starszych irańskich dysydentów i wygnańców oraz amerykańscy aktywiści humanitarni. Wszyscy obiecywali zamienić wizytę szacha w głośny i upokarzający koszmar. Monarcha miał już zresztą próbkę ich działań minionej nocy: gdy wraz z małżonką zatrzymali się w skansenie kolonialnym w Williamsburgu w stanie Wirginia, ich sen zakłóciły okrzyki kilkuset zgromadzonych nieopodal demonstrantów. Wielu z nich zakryło twarze papierowymi maskami, co miało uchronić ich przed szykanami ze strony tajnej policji szacha. W efekcie tłum wyglądał wyjątkowo niepokojąco.

Aby przygotować się na oczekiwane nieprzyjemności, irański rząd miał zorganizować przyjazd setek prorządowych członków irańskiej społeczności w USA, w tym kadetów irańskich sił lotniczych, którzy odbywali wówczas szkolenie w bazie Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych Laughlin w stanie Teksas. Obok transparentów wychwalających rządy szacha oraz amerykańsko-irańską przyjaźń kontrdemonstrantom rozdano również dwustronne flagi sojusznicze z godłem Iranu i Stanów Zjednoczonych. Późnym rankiem uprzedzona zawczasu stołeczna policja odseparowała zwaśnione strony po obu stronach „Elipsy” – olbrzymiej połaci zieleni rozciągającej się tuż poniżej Białego Domu. Mimo dzielących je 150 metrów sytuacja pozostawała bardzo napięta: dwie upchnięte za mizernymi śnieżnymi zaporami grupy wykrzykiwały przez megafony wzajemne przekleństwa tym zacieklej, im bliżej było do planowanego przybycia szacha.

Tego ranka ja również znalazłem się na Elipsie, spacerując wzdłuż szeregów policji i między garstkami reporterów rozproszonych na oddzielającej demonstrantów ziemi niczyjej. Miałem 18 lat i pracowałem w centrali Departamentu Skarbu, który mieścił się tuż obok Białego Domu.

Choć stanowisko specjalnego asystenta sekretarza skarbu brzmiało dumnie, w praktyce byłem zwykłym chłopcem na posyłki – a ponieważ urzędujący wówczas sekretarz W. Michael Blumenthal z posyłek korzystał niezmiernie rzadko, większość czasu pracy upływała mi na wędrowaniu po mieście w poszukiwaniu atrakcji. Rankiem 15 listopada 1977 roku niewiele rzeczy było równie interesujących jak scena rysująca się na trawniku Elipsy.

Około godziny 10.30 kolumna pojazdów z eskortą szacha przemknęła między żelaznymi bramami Białego Domu i zatrzymała się u szczytu półkolistego podjazdu przy akompaniamencie uroczystego salutu 21 armatnich wystrzałów. Z perspektywy czasu uhonorowanie wizyty w ten tradycyjny sposób mogło być błędem, ponieważ przeciwnicy szacha po wschodniej stronie Elipsy potraktowali wystrzał jako sygnał do startu. W jednej chwili setki ludzi pokonało liche zapory i ruszyło przez trawnik w stronę swoich przeciwników. Choć niektórzy zwolennicy szacha rzucili się do panicznej ucieczki, wielu młodszych spośród nich – sądząc po mocnej budowie i krótkich fryzurach byli to zapewne kadeci – postanowiło złapać za dowolną zaimprowizowaną broń i również ruszyło do walki. Gwałtownie kurczący się pas ziemi niczyjej nagle stracił cały swój urok.

Przez następne dwie, może trzy minuty – w środku akcji wydawało się to trwać znacznie dłużej – Elipsa zamieniła się w gigantyczną arenę walki ulicznej. Poszły w ruch pięści i nogi, a ludzie to biegli, to upadali, to znów czołgali się w różnych kierunkach. Nie sposób było odgadnąć, kto był bliższy zwycięstwa. Podobnie zagadkowa była przynależność jednego z demonstrantów, który uderzył mnie drewnianą lagą z taką siłą, że natychmiast wylądowałem na ziemi. Siła ciosu każe mi jednak podejrzewać jednego z wysportowanych wojskowych, a nie lewicującego studenta. Gdy w końcu wśród tłumu pojawiła się uzbrojona w gaz łzawiący i pałki policja, trawnik usłany był już niemałą liczbą rannych.

Na potrzeby uroczystości powitania szacha na południowym trawniku Białego Domu wzniesiono podium, przed którym zgromadziło się kilkuset gości gotowych wysłuchać otwierającej przemowy monarchy i goszczącego go prezydenta. To również okazało się błędem, bowiem gdy tylko dwaj przywódcy wraz z małżonkami znaleźli się przed mównicą, zaczęły ich otaczać chmury rozpylonego na Elipsie gazu łzawiącego. Słynna seria zdjęć z uroczystości pokazuje obydwie pary starające się zachować godną postawę mimo strużek łez spływających po policzkach.

Chcąc jak najszybciej zakończyć upokarzające przedstawienie na południowym trawniku – Jimmy Carter później żartował, że było to jedno z najkrótszych przemówień w jego karierze – obydwie pary prędko wycofały się do Białego Domu. Podczas gdy Rosalynn Carter odprowadzała Farah wraz ze świtą na kawę i tradycyjny „damski obchód” Białego Domu, dwie głowy państwa skierowały się do sali posiedzeń nieopodal Gabinetu Owalnego. Szachowi w tym spotkaniu towarzyszyło zaledwie dwóch doradców, co kontrastowało z licznym składem strony amerykańskiej. Naprzeciw zasiadali bowiem prezydent Carter, wiceprezydent Walter Mondale, doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Zbigniew Brzeziński wraz z sekretarzem stanu Cyrusem Vancem i kilkoma innymi wysoko postawionymi przedstawicielami Departamentu Stanu.

Przy stole obecny był także główny przedstawiciel Rady Bezpieczeństwa Narodowego (NSC) odpowiedzialny za kwestie irańskie – był nim czterdziestodwuletni kapitan marynarki wojennej Gary Sick. Chociaż dzierżył tekę Iranu w NSC od bez mała dwóch lat, było to jego pierwsze osobiste spotkanie z szachem. „Pierwszym, co zwróciło moją uwagę, było to, że sprawiał wrażenie osoby nad wyraz delikatnej” – wspominał później Sick. „Był bardzo elegancki, bardzo wytworny w tej sztywnej postawie, a jednak wydawał się przy tym wręcz filigranowy. Po tym wszystkim, co o nim czytałem, i nagraniach, które oglądałem, przyznam, że nieco zbiło mnie to z tropu”.

Wstępne spotkania z przywódcami państw w Białym Domu często wypełniają banalne uprzejmości i oględne uwagi na temat kwestii, które będą szczegółowo podejmowane później. Wizyta z 15 listopada nie była wprawdzie całkowicie wyzuta z takich frazesów, ale jednak okazała się niezwykle treściwa. Kilkukrotnie w trakcie rozmowy prezydent Carter miał podkreślać, że Ameryka nie tylko ceni sobie „specjalne relacje”, jakie łączą ją z Iranem, ale i zamierza je wzmocnić – co dla szacha oznaczało cichy sygnał, że nowa administracja USA nie zamierza zbytnio oponować w sprawie naruszeń praw człowieka czy zakupów zbrojeniowych Iranu. Natomiast irański władca powtórzył obietnicę, że na najbliższym spotkaniu Organizacji Krajów Eksportujących Ropę Naftową (OPEC) nie będzie dążył do podwyżki cen ropy naftowej. Był to bardzo pożądany zwrot w działaniach człowieka, który od dawna był głównym inicjatorem takich podwyżek.

Przez całe półtoragodzinne spotkanie Gary Sick był pod wrażeniem władczego sposobu bycia szacha. „Po naszej stronie stołu co chwila dochodziło do jakichś nieoficjalnych dyskusji czy wymiany zdań między uczestnikami, natomiast szach chyba ani razu nawet nie spojrzał na dwójkę swoich towarzyszy, a już na pewno nie usłyszeliśmy od nich ani słowa. Formuła umówionego spotkania i podejmowane na nim kwestie sprawiały, że był w swoim żywiole. Zrobił na mnie wielkie wrażenie – był bezbłędnie przygotowany do rozmowy na każdy temat”.

Pomimo obaw, które towarzyszyły szachowi przed oficjalną wizytą, oraz chaosu, który naznaczył jego przybycie, niebawem okazało się, że między nim a Carterem zawiązała się nić porozumienia. Następnego popołudnia opuścił Waszyngton wraz z szachbanu w doskonałym humorze. Pewien amerykański dyplomata usłyszał od króla, że trudno było marzyć o bardziej udanej wizycie, a jednemu z pałacowych doradców szach wyznał, że była to jedna z najbardziej owocnych wycieczek do amerykańskiej stolicy, odkąd objął panowanie. W samym Iranie kontrolowane przez państwo media publikowały wielkie nagłówki wychwalające zagraniczny triumf Króla Królów, a członkowie administracji Cartera byli zgodni w ocenie tych dwudniowych spotkań jako wielkiego kroku w stronę dalszego wzmacniania wieloletniego sojuszu amerykańsko-irańskiego.

Uważni obserwatorzy mogli jednak dostrzec, że ta wizyta zrodziła również kilka niepokojących pytań. W krwawych demonstracjach z 15 lis­topada rany odniosło znacznie ponad 100 osób, w tym 29 funkcjonariuszy, co czyniło wizytę szacha dniem najgorszych zamieszek w stolicy od niemal dziesięciu lat. Bójki między zwaśnionymi stronami nie ustały nawet na izbach przyjęć. Strażnicy szpitalni zmuszeni byli rozdzielać oczekujących na pomoc demonstrantów według opcji politycznej. Wielu spośród szacowanych 4 tysięcy irańskich studentów, którzy przybyli do Waszyngtonu, by potępić władzę szacha, pochodziło z irańskiej klasy średniej i wyższej. Jeśli takie nastroje panowały wśród rodzin tych, którzy najwięcej skorzystali na jego rządach, co można było sądzić o tych, którzy pozbawieni byli przywilejów? Dodatkowo, choć większość antyrządowych demonstrantów prezentowała poglądy lewicowe, ich szeregi zasilali również członkowie kilku konserwatywnych muzułmańskich ugrupowań religijnych. W rezultacie wśród transparentów oskarżających monarchę o faszyzm i poddaństwo wobec USA znalazły się również takie, które nazywały go zdrajcą islamu. Niektórzy z tej drugiej grupy protestujących nieśli plakaty z wizerunkiem jednego z najzagorzalszych krytyków szacha, leciwego duchownego, postaci praktycznie nieznanej poza granicami Iranu – był nią ajatollah Ruhollah Chomejni. Czy przy jakiejś innej okazji Waszyngton albo jakakolwiek inna stolica mogła ujrzeć świeckich lewicowych aktywistów maszerujących ramię w ramię z religijnymi fundamentalistami?

A jednak nikt wówczas nie zwrócił na to uwagi, a już na pewno nikt z decydentów. Przeciwnie, szach nie zdążył jeszcze opuścić Waszyngtonu, a doradcy z Białego Domu już rozpoczęli przygotowania do rewizyty prezydenta Cartera w Iranie. Miała się odbyć ledwie sześć tygodni później, by utrzymać wysokie tempo postępów w relacjach obydwu krajów. Podczas tego drugiego spotkania Carter ponownie obsypał króla wyrazami uznania, stwierdzając, że „dzięki przywództwu szacha Iran pozostaje wyspą stabilności w tym niespokojnym regionie”.

I znów mogło się wydawać, że ktoś pociągnął za spust pistoletu startowego, bowiem w ciągu zaledwie kilku dni od wygłoszenia prezydenckich peanów Iran ogarnęły pierwsze od ponad dziesięciolecia poważne protesty przeciwko władzy szacha. Z początku demonstracje były niewielkie i łatwe do opanowania, lecz po kilku tygodniach przeobraziły się w brutalne zamieszki. I nadal nie zwróciło to większej uwagi. Wiosną 1978 roku demonstranci maszerowali po ulicach niemal każdego mias­teczka w Iranie, a ich okrzyki niosły teraz wyraźnie religijny akcent. Dopiero wtedy – pół roku po tym, jak jego podobizna pojawiła się na ulicach Waszyngtonu – redakcja „New York Timesa” postanowiła w końcu zidentyfikować głównego przeciwnika szacha, Ruhollaha Chomejniego, choć nie była w stanie poprawnie podać jego imienia. Nadal jednak tylko nieliczni zdawali sobie sprawę z tego, jak bardzo pogarszała się sytuacja w kraju. W grudniu tego roku, choć sparaliżowany przez strajki Iran był coraz bliżej wojny domowej, a liczba ofiar walk ulicznych sięgała tysięcy – dziesiątek tysięcy, jeśli wierzyć opozycji – prezydent Carter wciąż mógł zapewniać o swoim całkowitym przekonaniu w zdolność szacha do opanowania sytuacji i utrzymanie rządów. I oto, ledwie kilka tygodni później, stała się rzecz niegdyś niewyobrażalna: po 37 latach panowanie szacha Mohammada Rezy Pahlawiego, Króla Królów, Światła Aryjczyków, Cienia Boga na Ziemi, zwyczajnie upadło i skazało go na wygnanie w obliczu rewolucji, której niewielu się spodziewało, a nikt nie potrafił zatrzymać.

Będąc nastolatkiem, miałem okazję spędzić w Iranie jakieś sześć tygodni z moim ojcem. We dwóch wybraliśmy się na długą wyprawę przez Bliski Wschód i Azję Środkową. To doświadczenie – w połączeniu z moją przypadkową obecnością na listopadowej demonstracji w Waszyngtonie w 1977 roku – pobudziło we mnie gorącą ciekawość dramatycznych wydarzeń, jakie miały miejsce w Iranie w roku rewolucji. Myślę, że fascynację tę podsycało też pewne niedowierzanie. Podzielałem zdumienie, z jakim osoby znacznie lepiej ode mnie zorientowane obserwowały całkowitą bezradność państwa policyjnego o tak, zdawałoby się, ugruntowanej pozycji. Mimo wszystkich narzędzi, jakimi dysponował, porażka aparatu represji była tak głęboka, że na znak protestu kobiety jednego z najbardziej prozachodnich krajów Bliskiego Wschodu z własnej woli miały zakładać chusty, które pół wieku wcześniej odrzuciły ich babki. Jak wielu innych nigdy nie sądziłem, że przyszłość dynastii Pahlawich może stać pod znakiem zapytania. Nigdy nie wyobrażałem sobie, że liczący rzekomo dwa i pół tysiąca lat królewski rodowód zwyczajnie obróci się w pył – póki nie stało się to na naszych oczach. A już na pewno nie podejrzewałem, że rewolucja irańska będzie przewrotem tak znaczącym, że jej spuścizna uczyni ją jednym z najważniejszych wydarzeń politycznych współczesnego świata.

Jeśli te słowa wydają się nader przesadne, warto zastanowić się nad konsekwencjami tej rewolucji.

Przez 46 lat, które upłynęły od jej wybuchu, Zachód i świat islamu ścierały się w konflikcie, który dla wielu ma charakter wręcz egzystencjalny. Z jednej strony naznaczony jest rewanżystowskim religijnym fundamentalizmem i oficjalnym wsparciem dla terroryzmu, a z drugiej – paranoją i ultranacjonalistycznym fanatyzmem. Konflikt ten nadawał ton niemal wszystkim wydarzeniom politycznym i gospodarczym na Bliskim Wschodzie, od konfliktu arabsko-izraelskiego oraz wojny w Iraku i Afganistanie po kluczowe decyzje dotyczące handlu międzynarodowego i bezpieczeństwa energetycznego.

Choć skutki rewolucji były, rzecz jasna, najsilniej odczuwane w samym Iranie, wstrząs wywołany w Stanach Zjednoczonych był niewiele słabszy. Dla USA upadek irańskiej monarchii oznaczał nagłe zerwanie jednego z najważniejszych sojuszy ekonomiczno-wojskowych na świecie. Pokłosiem rewolucji była przegrana amerykańskiego prezydenta w walce o reelekcję oraz wybór nowej administracji, której zamiarem było wzmocnienie wpływów USA poprzez masowe zbrojenie i finansowanie wojen zastępczych. Przez kolejne czterdziestolecie radykalne zmiany na szachownicy Bliskiego Wschodu otwarły bezpośrednią ścieżkę do największych błędów polityki USA w tym regionie. Można tu wspomnieć choćby o interwencji w Bejrucie w 1983 roku, w której życie straciło niemal 300 amerykańskich żołnierzy, czy o początkowym wsparciu, jakie otrzymał od Ameryki iracki despota Saddam Husajn. Odegrały one również kluczową rolę w innych porażkach: katastrofalnej inwazji USA na Irak w roku 2003, niezdarnych działaniach wobec wojny domowej w Syrii oraz powstaniu Państwa Islamskiego. Po dziś dzień widmo irańskiej rewolucji napędza politykę zagraniczną Stanów Zjednoczonych w zakątkach Bliskiego Wschodu tak odmiennych jak Liban, Jemen czy Izrael. Stanowi również kość niezgody między Waszyngtonem a europejskimi sojusznikami, którzy przyjęli odmienną strategię rozwiązania problemu irańskiego programu jądrowego, a także silnie komplikuje starania Zachodu na rzecz pomocy Ukrainie w odparciu rosyjskich najeźdźców.

W wymiarze osobistym wpływ irańskiej rewolucji na moją karierę dziennikarską objawiał się właściwie na każdym kroku.

Po niemal czterech dekadach spędzonych na relacjonowaniu konfliktów rozsianych po całym świecie mogę stwierdzić, że kluczową siłą napędową wielu tych tragedii był wzrost zbrojnego fanatyzmu religijnego. Wbrew obiegowej opinii określenie to nie jest zarezerwowane wyłącznie dla działań zbrojnych ugrupowań islamskich. W połowie lat 80. XX wieku na Sri Lance to ultranacjonalistyczni buddyjscy mnisi podżegali do wojny przeciw hinduskiej mniejszości. W latach 90. na Bałkanach to serbscy chrześcijanie zainicjowali czystki etniczne skierowane przeciw bośniackim muzułmanom, a w Izraelu to ekstremizm żydowskich osadników pomógł wzniecić palestyńskie powstanie. W chwili, gdy piszę te słowa, ataki zbrojnych ugrupowań hinduskich na mniejszość muzułmańską mogą pogrążyć niektóre regiony Indii w otwartym konflikcie, podczas gdy w Rosji prawosławni duchowni wysławiają putinowską napaść na Ukrainę jako świętą wojnę narodu. Amerykanie również nie mogą wygodnie zaszufladkować przemocy na tle religijnym jako prob­­lemu wyłącznie „obcych kultur”. Biali chrześcijańscy nacjonaliści odpowiadają w USA za serie masowych strzelanin, w których tracą życie dziesiątki ludzi, i byli oni w pierwszym szeregu podczas szturmu na Kapitol 6 stycznia 2021 roku.

Rzecz jasna, żadnego z powyższych wydarzeń nie można bezpośrednio przypisać rewolucji irańskiej, a jednak fala muzułmańskich protestów, która w 1979 roku zrzuciła szacha z tronu, stanowiła zarazem pierwszą we współczesnym świecie udaną kontrrewolucję religijną przeciw siłom sprzyjającym sekularyzacji. Oznaczało to odrodzenie podziałów i konfliktów wyznaniowych, które odbija się echem do dzisiaj. Sporządzając listę tych nielicznych rewolucji, które wywołały w erze nowożytnej przemiany na prawdziwie globalną skalę, można pokusić się o dopisanie rewolucji irańskiej obok amerykańskiej wojny o niepodległość, przewrotu bolszewickiego czy rewolucji francuskiej.

A jednak obalenie rządu w Iranie, choć miało tak doniosłe znaczenie, naznacza pewien paradoks: im bardziej zagłębiamy się w szczegóły, tym bardziej wydaje się tajemniczy – czy wręcz wprost nieprawdopodobny.

Jedną z utrwalonych koncepcji w publikacjach historycznych jest budowanie teorii i rysowanie przebiegu wydarzeń w kategoriach przyczynowo-skutkowych: jedna sprawa zaistniała, bo była skutkiem innego, wcześniejszego zdarzenia. Łatwo w ten sposób zbudować argument, że – dajmy na to – przyczyną wybuchu II wojny światowej były surowe warunki kapitulacji, jakie narzucono Niemcom po zakończeniu I wojny światowej, czy może skutki wielkiego kryzysu przełomu lat 20. i 30., a może i tektoniczne przesunięcia na planszy imperiów kolonialnych. Badanie historii przekształca się tym samym w miareczkowanie różnych wydarzeń i debatowanie o wadze każdego z nich dla efektu końcowego. Częstym skutkiem ubocznym takiego podejścia jest poczucie nieuchronności, tzn. wrażenie, że niezależnie od proporcji i udziału wszystkich konkurujących czynników, efekt końcowy – w tym wypadku wybuch II wojny światowej – był z góry przesądzony.

To wrażenie rozmywa się jednak, gdy uważniej przyjrzymy się mechanizmom, które doprowadziły do rewolucji w Iranie. W jej przebiegu uderza raczej przypadkowość i poczucie, że gdyby wydarzenia rozegrały się choć odrobinę inaczej, gdyby pewne decyzje zostały podjęte szybciej lub z większą determinacją, jej wynik mógłby być zupełnie odmienny.

Jeszcze w przeddzień wizyty szacha w Waszyngtonie w 1977 roku, a tym samym niemalże u progu rewolucji, która zmiotła jego rządy, CIA przygotowała analizę sytuacji w Iranie. Ściśle tajne dokumenty wskazywały, że władza szacha była wystarczająco ugruntowana, by zapewnić jego wieloletnie panowanie. Z perspektywy historii wniosek ten wydaje się śmieszny. Jednak wówczas sama sugestia, że może być inaczej, wystawiałaby autora na pośmiewisko.

Na arenie międzynarodowej Król Królów cieszył się nie tylko niezachwianym poparciem Stanów Zjednoczonych, ale udało mu się też nawiązać bliskie relacje z sąsiadującym supermocarstwem – Związkiem Radzieckim – tak aby oddalić ryzyko kremlowskiej ingerencji i destabilizacji jego rządów. Oczywiście szach miał w regionie także rywali, w szczególności reżim baasistów w Iraku oraz radykałów takich jak Muammar Kaddafi w Libii, jednak armia irańska – piąta co do wielkości na świecie i wyposażona w najnowocześniejszy dostępny sprzęt – przewyższałaby połączone siły wszystkich krajów arabskich na Bliskim Wschodzie. Szach nawiązał także bliskie, choć dyskretne relacje z drugim silnym graczem w regionie, a mianowicie Izraelem. Jeśli wszystko miałoby zależeć od czynników zewnętrznych, w 1977 roku można było bezpiecznie założyć, że dwuipółtysiącletnie panowanie monarchii irańskiej przetrwa i kolejne milenium.

Sytuacja wewnętrzna w kraju budziła jeszcze mniej obaw. Przez cały okres panowania szacha dochód na mieszkańca wzrósł o fenomenalne 2 tysiące procent, analfabetyzm zmniejszono pięciokrotnie, a przeciętna długość życia statystycznego Irańczyka podwoiła się z naddatkiem z 27 do 56 lat. W tym samym czasie pół miliona Irańczyków odebrało dyp­lomy zagranicznych uczelni wyższych, a siatka krajowych uniwersytetów zaliczała się do najlepszych w regionie. W irańskim społeczeństwie kobiety cieszyły się wolnością większą niż niemal gdziekolwiek indziej w muzułmańskim świecie. Zajmowały również wiele istotnych – choć nadal w większości drugorzędnych – stanowisk w urzędach, a specjalna ochrona, jaką objęto etniczne i religijne mniejszości Iranu uczyniła miejscowych Żydów, Ormian i Asyryjczyków jednymi z najbardziej zagorzałych zwolenników szacha.

Nie oznacza to, że porządek społeczny w kraju był całkowicie nieskazitelny. Między bogatymi a biednymi warstwami społeczeństwa istniała ogromna przepaść, podobnie jak między rejonami miejskimi i wiejskimi. Ludzie borykali się z głęboko zakorzenioną korupcją. Większość obywateli, a w szczególności ogrom młodych mężczyzn, którzy niedawno opuścili rodzinną wieś na rzecz miasta, toczyła życie naznaczone codziennym trudem, niskimi zarobkami i nikłą nadzieją na awans społeczny. A mimo to bardzo nieliczni mogli, patrząc na swój los w 1977 roku, z pełną szczerością stwierdzić, że wiedzie się im gorzej niż przed objęciem tronu przez Mohammada Rezę Pahlawiego.

Szach z pewnością nie był całkowicie pozbawiony wewnętrznych oponentów, jednak wiele wskazywało na to, że w ten czy inny sposób zdoła skutecznie zamknąć im usta. Miejscowa partia komunistyczna została zmiażdżona wiele lat wcześniej i pozostała po niej ledwie garstka pozbawionych szans fanatyków kontynuujących walkę klas w podziemnej partyzantce. Nie stanowili realnego zagrożenia dla obecnego reżimu, ale byli nader przydatni jako argument polityczny, ilekroć któryś z amerykańskich dobroczyńców zaczynał nabierać wątpliwości przy co bardziej ekstrawaganckich zakupach uzbrojenia. Konserwatywni duchowni chętnie rzucali piach w tryby postępowych reform, szczególnie gdy obejmowały one wzmocnienie roli kobiet i otwarte przyjęcie kultury Zachodu. Monarcha radził sobie z tym, z jednej strony skazując nieprzejednanych dysydentów na banicję, a z drugiej – ustanawiając rządowy mecenat, który utrzymywał w ryzach niezadowolenie i ambicje pozostałych hierarchów. Ciemniejszą stroną rządów szacha były działania tajnej policji SAWAK, która przez 20 lat ustanowiła w kraju sieć informatorów tak gęstą, że wydawało się wręcz niemożliwe, by jakikolwiek poważny ruch antyrządowy mógł umknąć jej uwadze, i to niezależnie od warstwy społecznej. Nawet w dziedzinie osobistej fizycznej ochrony szach wydawał się praktycznie nietykalny. Prezydent Stanów Zjednoczonych mógł w każdej chwili liczyć na kilkudziesięciu agentów Secret Service, a osobista gwardia Króla Królów liczyła tysiące żołnierzy – tzw. Nieśmiertelnych (javidan), którzy poprzysięgli zginąć w jego obronie. Wobec powyższych faktów ocena stabilności władzy w Iranie sporządzona przez CIA w 1977 roku wydaje się niemal sceptyczna.

Jest jeszcze coś, co wyróżnia irańską rewolucję: tę niewzruszoną wiarę w trwałość rządów szacha podzielali właściwie wszyscy, także jego wrogowie. We wszystkich udanych przewrotach znajdą się ci prawdziwi wojownicy za słuszną sprawę, którzy są pewni wygranej od samego początku – a przynajmniej mogą tak twierdzić już po fakcie. W ówczes­nym Iranie jednak ze świecą szukać takich jednostek. Spośród wielu rewolucjonistów, z którymi miałem okazję rozmawiać, prawie wszyscy spodziewali się zakończenia buntu w drodze jakiegoś kompromisu – czy to koalicyjnych rządów cywilnych, czy znacznego ograniczenia władzy monarchy z zachowaniem obecnego ustroju. Żaden z nich nie przewidział rzeczywistych skutków rewolucji niemal aż do samego końca.

Tak samo uważał Michael Metrinko, członek amerykańskiego korpusu dyplomatycznego, który spędził w Iranie osiem lat – w tym czternaście miesięcy jako zakładnik w ambasadzie USA. W połowie lat 80. Metrinko spotkał się z konserwatywnym irańskim duchownym, który podczas rewolucji był jednym z najbardziej zaufanych pomocników ajatollaha Chomejniego. Metrinko wypytywał go o różne strategie, które islamiści zastosowali, by obalić rządy szacha, a także o uzasadnienie tych czy innych decyzji – ale wciąż był zawiedziony otrzymywanymi odpowiedziami. Wyczuwając frustrację Metrinki, duchowny w końcu spytał go otwarcie: „Michael, czy tobie się wydaje, że my zaplanowaliśmy tę rewolucję? Byliśmy równie zaskoczeni jak wszyscy inni”.

Wszystko to sprawia, że irańską rewolucję islamską otacza aura tajemnicy zrodzona z kilku zasadniczych pytań. Dlaczego szach tak ospale reagował na wydarzenia zagrażające jego rządom? Jakim sposobem Stany Zjednoczone mogły być tak nieświadome słabości jednego z najważniejszych sojuszników, że amerykański prezydent deklarował niezachwianą wiarę w jego siłę na mniej niż miesiąc przed całkowitym upadkiem? I co z ajatollahem Chomejnim? Czy miał po prostu szczęście? Czy oderwany od rzeczywistości fanatyk religijny zwyczajnie znalazł się we właściwym miejscu o właściwym czasie? A może był wytrawnym manipulantem, który potajemnie skierował rewolucję na niespodziewane tory – ku ustanowieniu teokratycznej dyktatury z własną osobą w roli najwyższego przywódcy?

To właśnie te pytania zdają się prześladować byłego doradcę NSC Gary’ego Sicka. „Studiuję temat od 40 lat” – przyznał mi w rozmowie. „Przeczytałem niemal wszystko, co o nim napisano, a i tak nie mogę sobie tego do końca ułożyć. W kółko wracam do postawy szacha. Dlaczego wtedy nie działał? Gdyby podjął zdecydowane kroki, moim zdaniem na pewno utrzymałby się przy władzy. Ale było inaczej. Wciąż czekał i czekał, i czekał, ale nic z tego nie wynikało, aż było już za późno. To niesamowicie frustrujące i wiem, że to nie jest zbyt satysfakcjonująca odpowiedź, ale lepszej po prostu nie mam”.

A jednak odpowiedzi na te kluczowe pytania może skrywać kolejna nietypowa cecha irańskiej rewolucji: niezwykle wąski krąg głównych postaci konfliktu.

Na najwyższym szczeblu jest to opowieść o działaniach – lub braku tychże – trzech mężczyzn: szacha, ajatollaha Chomejniego oraz Jimmy’ego Cartera. To zdumiewające, jak niewiele osób było dość blisko tych trzech przywódców, by mieć wgląd w ich obawy czy nawet zmienić ich tok myślenia. Wewnętrzny krąg współpracowników Chomejniego w przełomowym momencie, gdy objął przywództwo rewolucji i pierwszy raz wkroczył na globalną arenę, składał się z zaledwie trzech czy czterech poruczników. Krąg zaufanych doradców szacha był prawdopodobnie jeszcze węższy: należeli do niego małżonka władcy oraz samotny powiernik. Był on może jedyną osobą, która odważyła się rozmawiać z nim z całkowitą szczerością, a także – w ostatnich, naznaczonych desperacją dniach u władzy – ambasadorzy brytyjski i amerykański, którzy zdaniem szacha trzymali jego los w swoich dłoniach. Pod tym względem najbardziej zaskakuje sytuacja Jimmy’ego Cartera, który nie tylko kierował olbrzymią biurokracją i miał do dyspozycji tuziny specjalistów, ale i był osobą znaną ze starannej, a czasem wręcz powolnej rozwagi. Mimo to w każdym kluczowym momencie kryzysu irańskiego – i to z nadzwyczajną powtarzalnością – głowę Cartera zaprzątały sprawy pozornie jeszcze większej wagi, przez co raz po raz opierał swoje decyzje w sprawie Iranu na radach jednej garstki podwładnych.

W konsekwencji zdolność oceny sytuacji wszystkich trzech przywódców była niezwykle ograniczona – lub była całkowitą fikcją. Wydaje się to zrozumiałe w przypadku ajatollaha Chomejniego: z reguły ktoś, kto postrzega siebie jako przedstawiciela Boga na ziemi, nie jest szczególnie zainteresowany alternatywnymi punktami widzenia. Król Królów z kolei wykreował w swoim pałacu tak daleko idącą kulturę wiernopoddaństwa, że nawet niepokojące wyniki ekonomiczne – rosnące bezrobocie czy inflację – rutynowo pudrowano dla lepszego efektu. W amerykańskim Departamencie Stanu, CIA i Pentagonie były wprawdzie jednostki, które ostrzegały o nadciągającym zagrożeniu, ale ich obawy nie wpisywały się w oficjalnie przyjętą linię proirańskiego optymizmu, więc odsuwano je na boczny tor na długo przed tym, nim miały szansę wylądować na biurku prezydenta czy któregoś z jego bliskich doradców. To naprawdę niezwykłe, jak głęboko zaślepione były te dwie strony konfliktu, dla których zrozumienie i załagodzenie nastrojów irańskiej „ulicy” miało właśnie najwyższe znaczenie. U progu rewolucji szach i jego amerykański sojusznik sami wyprowadzili się na mieliznę, z której nie dostrzegali kluczowych czynników.

Ostatecznie wszystkie kwestie wokół rewolucji w Iranie sprowadzają się do znanej historii, która w różnych wariacjach rozgrywa się i powtarza od niepamiętnych czasów. Jest to opowieść o grupie ludzi, którzy znaleźli się w skrajnych okolicznościach – historia tego, co zrobili lub czego nie zdołali dokonać w chwili głębokiego kryzysu i wielkich przemian. Niektórzy wykazali się męstwem i w rezultacie zachowali lub stracili życie.

Niektórzy zaś zachowali się tchórzliwie, z podobnymi konsekwencjami. Jedni byli dość dalekowzroczni, by dostrzec nadciągającą zagładę, a inni w niedowierzaniu stali jak wryci aż do samego końca. I jak zawsze znaleźli się również tacy, którzy dostrzegli okazję, i nie zawahali się z niej skorzystać. Mam nadzieję, że skupiając się na działaniach i losach tej garstki ludzi, którzy byli świadkami lub uczestnikami kluczowych wydarzeń rewolucji, zdołam opowiedzieć nową wersję tej starej opowieści, a także przetrzeć szlaki ku odpowiedzi na wiele pytań dotyczących przebiegu irańskiej rewolucji islamskiej.

Pozostaje jeszcze kwestia – gdzie i z kim zacząć tę opowieść? Może warto, by nie była to od razu centralna figura, nie sam Król Królów, ani też chwila ważkich decyzji w wielkim geopolitycznym dramacie. Zamiast tego przyjrzyjmy się może historii amerykańskiego podróżnika, który pojawił się w Teheranie wiosną 1968 roku i który – przez dziwaczne zrządzenie losu – miał zyskać rzadki wgląd w mroczne prądy, jakie krążyły w irańskim społeczeństwie tamtych czasów. Nazywał się George Braswell, a pierwszym kuriozum w jego opowieści jest sam powód, który przywiódł go do Iranu: znalazł się w kraju, w którym od 96 do 99 procent społeczeństwa wyznaje islam, by głosić dobrą nowinę o Panu Jezusie.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij