Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Upadły i pocałunek mroku - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
22 kwietnia 2026
76,99
7699 pkt
punktów Virtualo

Upadły i pocałunek mroku - ebook

Mische poniosła najwyższą ofiarę, aby ocalić tych, których kochała – i pogrążyła świat w wiecznej nocy. Teraz Asar, uwięziony przez bogów i opętany żądzą zemsty, desperacko pragnie ją odnaleźć.

Kiedy bogini oferuje im ostatnią szansę na odkupienie – i powrót do siebie – Asar wraz z Mische wyruszają na niezwykłą misję. Razem muszą przejąć moc boga śmierci, aby Asar mógł dostąpić prawdziwej boskości.

Podróż poprowadzi ich przez światy śmiertelników i nieśmiertelnych, gdzie spotkają zarówno starych przyjaciół, jak i bezwzględnych wrogów. Jednak gdy podziemia balansują na krawędzi upadku, a bogowie szykują się do wojny, Asar i Mische muszą zdecydować, ile są gotowi poświęcić, aby zdobyć moc, która pozwoli im przeciwstawić się śmierci. W grze mściwych bogów i starożytnych zdrad istnieją długi, których nie spłaci nawet miłość.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8441-310-4
Rozmiar pliku: 2,8 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Prolog

To opowieść o tym, jak upadły dostępuje boskości.

Dawno temu poznaliście historię dziewczyny-wybrańca, która poddała się mrokowi. Teraz opowiem wam historię o chłopcu, który urodził się w tym mroku.

Jego istnienie było wynikiem błędów popełnianych przez pokolenia. Przyszedł na świat na opustoszałej wyspie u wybrzeży królestwa wampirów, którym pewnego dnia mógłby rządzić. Chłopiec już w młodym wieku nauczył się, jak przetrwać, żywiąc się krwią wiewiórek i ryb lub nielicznych, nieszczęsnych podróżników, którzy trafiali na tę wyspę. Był drobny, ale miał talent do zabijania.

Mógłby spędzić tam całe życie, gdyby nie fakt, że był księciem.

Mężczyzna pojawił się, gdy chłopiec miał osiem lat. Kiedy przybył na brzeg, wsunął dłonie do kieszeni swojego eleganckiego, acz prostego garnituru i rozejrzał się po okolicy: bagnisty las, podmokła ziemia, pokryte bluszczem kamienne ruiny.

Chłopiec obserwował go ze swojej kryjówki w trzcinach. Od razu się zorientował, że ten mężczyzna nie przypomina nikogo, kogo dotąd spotkał, nawet jeśli nie potrafił wtedy wyjaśnić, skąd wzięło się to przekonanie. Podkradł się bliżej, uważając, by nie zdradzić się ze swoją obecnością.

Ale mężczyzna nawet nie drgnął, gdy cień owinął się wokół nogi chłopca i wyciągnął go na otwartą przestrzeń.

Chłopiec wylądował plecami w błocie. Mężczyzna spojrzał na niego jak gdyby nigdy nic. Cienkie macki ciemności owijały się wokół jego barków, ramion, dłoni.

Chłopiec bawił się już wcześniej magią. Wiedział, jak zwabić młodych rybaków, którzy od czasu do czasu przybywali na te wybrzeża, jak złagodzić ich strach na tyle, by skłonić ich do poddania się jego władzy. Wiedział, jak szeptać słowa otuchy lisom, które oswoił w lesie i które traktował znacznie łagodniej niż ludzi. Zawsze czuł, że ktoś go obserwuje, i jakiś cudem cienie zawsze pojawiały się dokładnie tam, gdzie ich potrzebował.

Ale nigdy nie widział takiej magii. Magii, która smakowała mocą.

– Wstań – powiedział mężczyzna.

_Wstań. Wstań. Wstań_.

Chłopiec znalazł się na nogach, zanim dotarło do niego, co się dzieje.

Mężczyzna zmierzył go lodowatym spojrzeniem.

– Król się o ciebie upomniał – oznajmił.

Chłopiec milczał, ostrożny. Jego matka często opowiadała o koronach i królestwach. _Jesteś królem_, bełkotała. _I_ _jesteś nim dzięki mojej krwi_.

Mężczyzna z gracją usiadł na kamieniu, by znaleźć się na wysokości oczu dziecka. Usłyszał niewypowiedziane myśli chłopca.

– Krew twojego ojca nie jest czymś, z czego można by szydzić – rzucił z rozbawieniem. – I to on mnie po ciebie wysłał.

Chłopiec był wielokrotnie ostrzegany przed niebezpieczeństwem związanym z jego pochodzeniem. Matka czytała mu przed snem bajki o zamordowanych książętach, nieślubnych potomkach królów, takich jak on, którzy zginęli, bo byli zbyt silni lub zbyt słabi, byli zbyt żądni władzy lub za bardzo jej unikali. _Jesteś królem_, mawiała. _Przetrwaj wystarczająco długo, aby przejąć koronę._

Pomyślał, że powinien uciekać. Dokładnie przed czymś takim go ostrzegała.

Cofnął się. Myślał, że mężczyzna za nim pójdzie, ale tego nie zrobił.

– Możesz odejść – stwierdził spokojnie. – Zaczekam.

– Zabijesz mnie.

Głos dziecka był cichy i słaby. Nie używało go zbyt często.

– Nie zabiję.

Chłopiec mu nie uwierzył.

– Nie kłamię – oznajmił mężczyzna. – Ale mądrze z twojej strony, że mi nie ufasz.

Chłopiec nie wiedział, jak sformułować swoje zastrzeżenia.

– Sądzisz, że jest wiele rzeczy gorszych niż śmierć. – Mężczyzna wypowiedział na głos jego myśli. – I słusznie. Mówiłem prawdę, kiedy powiedziałem, że cię nie zabiję. To łatwa prawda, a jeśli chcesz poznać też te trudniejsze, zdradzę ci je. Twój ojciec wierzy, że możesz być użytecznym nabytkiem jako potencjalny spadkobierca. Jeśli udowodnisz, że tak jest, nigdy więcej nie będziesz głodny. Będziesz spał w łóżku. Będziesz pił najwspanialszą ludzką krew. Będziesz nosił eleganckie ubrania. I będziesz służył koronie aż do dnia, w którym nie będzie cię już potrzebowała.

– Co się stanie, gdy nie będzie mnie już potrzebowała? – chciał wiedzieć chłopiec.

– Wtedy weźmiemy te części ciebie, które uznamy za przydatne, a resztę wyrzucimy.

To nie była groźba. Jedynie proste stwierdzenie faktu. Chłopiec docenił to, choć ze strachu mrowił go kark.

– To właśnie zrobisz teraz, jeśli ucieknę? – zapytał.

– Nie dzisiaj. Może innej nocy, kiedy twój ojciec wyda mi taki rozkaz. Ale nie znam tych terenów tak dobrze jak ty. Może zdołasz uciec na tyle szybko, na tyle daleko, że odpuszczę. Może twój ojciec straci zainteresowanie i mnie odwoła, żebym zabił kogoś innego, nim dopadnę ciebie. – Mężczyzna się uśmiechnął. Jego oczy wydawały się bardzo stare, choć twarz była młoda. – Ale wiem, że nie uciekniesz.

Miał rację. Chłopiec nie miał zamiaru uciekać.

– Skąd ta pewność? – zapytał.

– Ponieważ patrzysz na to tak, jak głodny wampir patrzy na krew.

Mężczyzna otworzył dłoń, w której rozpostarł się cień. Serce chłopca zamarło na ten widok.

– Nie oferuję ci łatwego życia – ciągnął mężczyzna. – Będzie to życie oceniane na podstawie wartości krwi, którą przelejesz. Twój ojciec kazał mi tu przybyć i przekazać ci, że pewnego dnia możesz zostać królem. Być może tak będzie, ale bardziej prawdopodobne jest, że ojciec cię zabije, jeśli staniesz się zbyt potężny, lub zrobi to twoje rodzeństwo, jeśli on zdecyduje się tego nie robić. Poświęcisz więcej, niż jesteś w stanie sobie dzisiaj wyobrazić, a szansa, że kiedykolwiek nałożysz koronę na głowę, i tak będzie niewielka. Ale oferuję ci coś znacznie cenniejszego niż korona.

– Co takiego? – spytał chłopiec po chwili wahania.

– Kiedy nadchodzi świt, chowasz się za zasłonami i podglądasz świat skąpany w czerwieni wschodzącego słońca – powiedział. – I czasami to czujesz, prawda? Wszystkie te sekrety ukryte we mgle między światłem a ciemnością. Książki są niczym, chłopcze. Niczym. To, co zobaczysz, jeśli nauczysz się kroczyć tą ścieżką, zniszczy cię i zachwyci.

– Magia – szepnął chłopiec, a mężczyzna wybuchnął nagłym, gwałtownym śmiechem.

– _Magia_ – sarknął. – Każdy wampir potrafi używać magii. Nie mówię o zwykłych darach. Pachniesz śmiercią, chłopcze. Poświęć jej swoje serce, a w zamian ona da ci świat. Wiesz, co to znaczy pokonać każdą niewiadomą? To życie wolne od strachu. Pomyśl o tym. _Wolność_.

Chłopiec milczał.

Mężczyzna odwołał się do wszystkich jego sekretnych marzeń. Wiedział, że mógłby przetrwać na tym podmokłym skrawku ziemi do samego końca. Ale po co? Dla kolejnego trupa rybaka? Kolejnego łyku zjełczałej rybiej krwi?

Chłopiec nie pragnął chwały. Nie pragnął korony.

Pragnął wolności.

Oczy mężczyzny błyszczały jak gwiazdy o zmierzchu.

– Powiedz mi więc, młody książę – rzekł. – Jaki będzie następny krok w naszym tańcu?

Niektóre chwile pozostają wyryte w pamięci na zawsze, nawet u wampirów żyjących przez wieki. Chłopiec zapamiętał wszystko, co dotyczyło tej jednej chwili. A jednak, och, jakże cienie przeszłości zmieniają się w zależności od światła teraźniejszości. Przez lata chłopiec – mężczyzna, książę, król – patrzył na tę noc jak na noc, w trakcie której został uratowany.

Dopiero wieki później zrozumiał prawdę.

Wydawało mu się, że poświęcenie przybierze formę krwi i flaków oraz błagań, których nigdy nie będzie w stanie wymazać ze swojej głowy. Myślał, że poświęcenie przybierze formę trwałych śladów na jego ciele i niewidzialnych śladów na jego duszy.

Mylił się.

Zdał sobie z tego sprawę wiele lat później, kiedy poczuł, jak moc bogów przepływa przez jego żyły, i w końcu, w końcu zyskał to, co obiecał mu jego mentor tamtej nocy – oświecenie w każdym ciemnym zakątku świata, moc przekraczającą wszystko, co kiedykolwiek mógł sobie wyobrazić.

Nie obchodziło go to jednak, ponieważ tracił miłość swojego życia.

_Poświęć swoje serce_.

W tamtej chwili mogły wrócić do niego słowa nauczyciela. Mógł pomyśleć o tym małym chłopcu. _Odwróć się_, mógłby błagać swoje dawne ja.

Ale chłopiec za każdym razem chwytał mężczyznę za rękę. W końcu śmierć jest nieunikniona.

To opowieść o upadłym dostępującym boskości.

Dostępuje jej poprzez niezliczone, kaskadowe decyzje, podejmowane przez lata, przez stulecia.

Robi to z desperacją wygłodniałej duszy, gotowej poświęcić wszystko, aby uzyskać jedną szansę na odkupienie.

Ale ostatecznie za każdym razem ją traci.Rozdział pierwszy

Mische

_Jak to jest umrzeć?_

Wszyscy zadają sobie to pytanie, ale akolici chyba najczęściej. Akolici mają obsesję na punkcie śmierci – może dlatego, że jest to zarówno największa ofiara, jak i największa nagroda, ­najwspanialszy dar, jaki możemy zaoferować naszym bogom, i najwspanialszy dar, jaki oni mogą zaoferować nam. Żaden akolita nie był tak podziwiany jak ci, którzy opuścili ten świat, płonąc miłością do Atroxusa. Żaden nie chciał umierać w swoim łóżku.

Ja nie umarłam w swoim.

Umarłam w progu podziemi, z bronią zdrajcy w dłoni, skąpana we krwi boga, który dał mi wszystko. Umarłam pokryta popiołem jego szczątków i oparzeniami jego kary.

Umarłam samotnie, słuchając krzyków miłości mojego życia.

_Jak to jest umrzeć?_

Czy będę pamiętała, jak odpowiedzieć na to pytanie?

Jako misjonarka pocieszałam niezliczone dusze pogrążone w żałobie. Uczono nas, że śmierć jest spokojnym zakończeniem wielkiej walki.

Kiedy umarłam, zdałam sobie sprawę, że byliśmy w błędzie.

_Jak to jest umrzeć?_

Kiedy umarłam, miałam na rękach krew mojego boga, słyszałam błagania ukochanego, a pod powiekami miałam wypaloną wieczną ciemność – nie wieczny świt.

Kiedy umarłam, nie odniosłam wrażenia, że było to spokojne zakończenie wielkiej walki.

Czułam, że to dopiero jej początek.

Leżałam na ziemi, wpatrując się w swoje dłonie, które trzymałam przed twarzą. Za nimi kolory tańczyły na przepastnym niebie. Moja skóra była gładka, brązowa i lśniła delikatnym, półprzezroczystym pyłem śmierci.

Ciągle patrzyłam na te dłonie. Wydawały się żywe, a jednocześnie takie martwe.

Zamrugałam. Zamknęłam oczy i zobaczyłam palmy, błękitne niebo i biały piasek. Vostis – miejsce, które kiedyś było moim domem. Miejsce, któremu kiedyś oddałam swoją duszę.

Uniosłam powieki.

Podziemia wisiały nade mną. Nieodwołalnie.

– Wstawaj – usłyszałam.

Oderwałam wzrok od nieba, od swoich dłoni, i spojrzałam na kwadratową twarz pochylającego się nade mną mężczyzny. Założył za ucho kosmyk długich, jasnych włosów, mierząc mnie oceniającym spojrzeniem.

Nigdy się nie spotkaliśmy – nie bezpośrednio. Ale oczywiście go rozpoznałam. Widziałam go na niezliczonych obrazach. Widziałam jego twarz oświetloną na tle horyzontu Sivrinaju, stolicy Domu Nocy. Widziałam też, jak jego podobizna została zniszczona przez żołnierzy Rishan po tym, jak Raihn go zabił.

Vincent – martwy król wampirów z Domu Nocy – wyciągnął do mnie rękę.

– Wstawaj – powtórzył. – Słyszałem, że czeka nas trochę pracy do wykonania.

Spojrzałam na niego tępo. Błyskawica rozcięła niebo za jego plecami. Tyle że to nie była błyskawica. Rozcięcia po prostu rosły, rozdzielały się, rozrywały, ujawniając fale walczącego światła i ciemności – fioletowe, czarne, niebieskie, zielone, esencję galaktyk. Kojarzyły mi się z czymś znajomym, z czymś, od czego pękało mi serce, ale nie potrafiłam stwierdzić z czym.

Zamrugałam.

Kiedyś, gdy byłam dzieckiem, w Vostis złapała mnie fala przypływu. Walczyłam z całych sił, ale za każdym razem, gdy moja głowa zanurzała się pod wodą, wynurzałam się trochę dalej od brzegu. Zaszokowało mnie wtedy, jak bardzo było cicho. Niemal spokojnie.

Teraz odnosiłam podobne wrażenie.

Spokój wydawał się zwodniczy i niebezpieczny.

– Mische Iliae. – Vincent chwycił mnie za ramię i wyciągnął z morskich głębin. – Nie możesz odejść. Jeszcze nie teraz.

Spojrzałam na niego zdezorientowana. Za jego plecami po niebie przebiegały pęknięcia.

Pęknięcia jak na roztrzaskanym słońcu, kiedy wbiłam strzałę w gardło boga, którego kiedyś kochałam.

Pęknięcia jak piękne blizny na twarzy Asara.

Asar.

To imię spadło na mnie jak lawina. Wraz z nim pojawiło się wspomnienie pełnego agonii głosu i ostatnich słów, które usłyszałam.

_Przestań! Potrzebuję jej._

To właśnie to wspomnienie, bardziej niż uścisk Vincenta, postawiło mnie na nogi. Uderzyła mnie surowa, dezorientująca rzeczywistość.

Umarłam.

Niech bogowie mają mnie w swojej opiece. _Umarłam_.

Potężna siła wstrząsnęła ziemią. Pęknięcia na niebie się rozstąpiły, tryskając światłem niczym krew przez rozdarte szwy. Przemykały przez nie sylwetki skrzydlatych istot.

Duszołaki, pomyślałam mgliście. To były duszołaki.

Ale ta świadomość szarpnęła czymś ostro w moim przytłoczonym, zamglonym umyśle.

Duszołaki nie powinny przebywać w podziemiach.

Przetoczyła się przeze mnie fala ciemności. Czułam zew zapomnienia – prawdziwa śmierć, wyciągająca ramiona na powitanie. Wołało mnie słońce. Zapach morza. Spokój łatwiejszej przeszłości.

I och, byłam zmęczona.

Ale Vincent przyciągnął mnie do siebie.

– Jeśli odejdziesz, nie dam rady znowu cię odnaleźć. Cokolwiek teraz czujesz, jest fałszywe. _To kłamstwo_. Masz _pracę_ do wykonania.

Pojawiło się wspomnienie mojej siostry.

Klęczała obok mnie w kościele. _Śmierć jest ostateczną ofiarą. Śmierć jest ostatecznym ukojeniem. Wielkim zakończeniem przeznaczonej nam walki._

Moja siostra w ostatnim wspomnieniu, jakie o niej miałam – upiór klęczący przed Atroxusem, pogrążony w podziwie, kiedy go zabiłam.

Kiedy ją zdradziłam.

Kiedy słuchałam, jak mężczyzna, którego kochałam, zostaje odciągnięty.

Kiedy patrzyłam, jak słońce rozbija się na niebie na zawsze.

Przeszył mnie gniew. Odpowiedź stała się nagle jasna.

Co to był w ogóle za wybór? Już i tak byłam potępiona.

Z wysiłkiem chwyciłam drugą rękę Vincenta. Przetoczył się przeze mnie rwący strumień światła, ale Vincent trzymał mnie mocno. Zauważyłam, że uśmiechnął się z zadowoleniem.

– Dobry wybór – powiedział.

Nie rozumiał. To nie był żaden wybór.

Nie miałam jednak czasu, aby to powiedzieć, ponieważ oboje runęliśmy w ciemność.

Otworzyłam oczy. Po niebie nade mną krążyły duszołaki. Powoli rozchodziły się po nim pęknięcia.

Moje otoczenie przeobrażało się i zmieniało. Zamrugałam i zapach siarki został zastąpiony zapachem oceanu, słodką wonią bujnego lasu oraz elegancką nutą jaśminowego kadzidła.

Usiadłam prosto. Świat zakręcił się pod wpływem tego nagłego ruchu. Przed sobą miałam ołtarz ozdobiony pozłacanym wizerunkiem słońca, którego promienie rozlewały się po marmurowej podłodze. Atroxus unosił się nad nim, wyciągając kamienne ręce i wbijając we mnie pusty wzrok. W jego oczach malowała się taka sama wściekłość jak w ostatnich chwilach jego życia.

To wywołało we mnie prawdziwą reakcję.

Panikę.

Przycisnęłam dłoń do piersi. Czułam, że moje serce powinno walić o żebra, a płuca powinny łapać powietrze, ale zamiast tego cała ta panika przejawiała się jako… cisza. Jakby pod moją skórą nie było zupełnie niczego.

– Dziwne, prawda? – usłyszałam cichy głos.

Odwróciłam się i zobaczyłam Vincenta opartego o filar, z założonymi rękami, wpatrującego się w gęstą mgłę za oknami.

– To uczucie szybko mija – powiedział. – Wkrótce nie będziesz tego pamiętała.

– Tego? – wychrypiałam.

– Życia.

Bogowie, zbierało mi się na wymioty.

_Chciałabym_ móc zwymiotować.

Próbowałam wstać i prawie się przewróciłam. Nie dlatego, że moje mięśnie stawiały opór, lecz dlatego, że tego nie robiły – ruch był zbyt łatwy, zbyt nieobciążony grawitacją czy ciężarem mojego ciała.

Ponieważ byłam martwa.

_Byłam martwa_.

Ta myśl uderzyła we mnie, bardziej surrealistyczna niż kiedykolwiek, gdy patrzyłam na gobeliny z Cytadeli.

Vincent obrzucił mnie beznamiętnym spojrzeniem.

– Wizje znikną. To, co tu widzisz, się zmienia. Słyszałem, że dla niektórych jest to przyjemniejsze niż dla innych. Kara lub nagroda w zależności od tego, jak została osądzona twoja nieśmiertelna dusza. Jak jest w twoim przypadku?

Spojrzałam na twarz Atroxusa, dokładnie taką, jak zapamiętałam ją za życia – potężną, wszechwidzącą, absolutną. Wszystko wydawało się takie realne, tak jak pragnęłam tego przez dziesiątki lat.

Jednak odpowiedź była oczywista:

_Kara_.

Przycisnęłam dłonie do oczu – mocno, na tyle mocno, że mogłam zrobić sobie krzywdę, lecz tak się nie stało – a kiedy je zabrałam, mgła przede mną się rozrzedziła. Nie widziałam już Cytadeli.

Patrzyłam bez słowa.

Za sobą usłyszałam głos Vincenta.

– Musimy ruszać. Lepiej nie zostawać zbyt długo w jednym miejscu.

Jego słowa zniknęły w tle niczym piasek wygładzony przez morze.

W oddali malowały się widmowe sylwetki przemierzające krajobraz, który nieustannie się zmieniał, odsłaniając fragmenty wielkich miast i opustoszałych równin, oceanów i gór oraz wąwozów, skąpanych we krwi pól bitewnych i tętniących życiem metropolii. Milion fragmentów miliona różnych żyć. Mogłyby być piękne na swój smutny sposób, gdyby nie to, że wszystko zostało tak straszliwie zdominowane przez zniszczenie.

Pęknięcia przebiegały przez ziemię, niebo. Nie, „pęknięcia” nie były właściwym słowem – były bardziej okrutne, bardziej organiczne. Rany, z których tryskała czarna i czerwona krew. Ogromne bestie przemierzały horyzont, ich oczy były idealnie okrągłe, niczym otwarte okna w ich sylwetkach. Wyrywały dusze z ziemi, wrzucały je garściami do ust zbyt powolnymi, zbyt płynnymi ruchami.

To było przerażające.

– Czy to… czy ja…

Nie wiedziałam, jak sformułować pytanie. Mój głos wydawał się odległy i pusty.

Ponownie przycisnęłam dłonie do oczu i potarłam je mocno. Ale kiedy je odsunęłam, scena przede mną się nie zmieniła.

– Co to jest? – spytałam.

Vincent popatrzył na mnie jak na głupią.

– Podziemia.

– Wiem. Pytam _o_ _to_. – Wskazałam gwałtownie na widok przed nami. – To jakaś wizja? Czy to istnieje _naprawdę_?

Przez chwilę mogłam żywić nadzieję – nadzieję, że może to moja osobista kara boska, ta mgła, te potwory, pęknięcia i błyskawice.

– Niestety – odparł. – To, co widzisz, jest prawdziwe.

Nie. Nie mogło być. Zejście wyglądało podobnie, ale ono padało ofiarą rozkładu spowodowanego dwoma tysiącami lat zaniedbań. Pewnie, w Zejściu były duszołaki, potwory i wąwozy, które pochłaniały dusze. Ale podziemia miały być bezpieczne. Podziemia miały być przed tym wszystkim chronione. A to, co widziałam przed sobą… bogowie, to nie był rozkład. To nie było zaniedbanie. To było…

To było piekło. Żadna dusza, choćby najbardziej na to zasługiwała, nie odnajdzie spokoju w takim miejscu.

Pokręciłam głową w milczeniu.

– Mylisz się. To nie powinno…

Na słowa „mylisz się” Vincent wyprostował się gwałtownie, a w jego oczach pojawił się gniew obitraeńskiego króla, któremu rzucono wyzwanie. Ale zanim zdążył coś powiedzieć, rozległ się przeraźliwy ryk.

Obróciłam się gwałtownie.

– Co to było?

– Musimy uciekać – powiedział Vincent, chwytając mnie za nadgarstek, jakby zamierzał ciągnąć mnie niczym worek mąki.

Ale ja pozostałam w miejscu, sparaliżowana strachem. W oddali, przez ponure kłęby mgły, po krajobrazie przesuwały się świeże pęknięcia jaskrawoczerwonego koloru. Odległa, krzywa wieża, rysująca się na tle bieli, zawaliła się. Dusze rozbiegły się jak oszalałe mrówki.

Druga wieża powoli, boleśnie powoli, zaczęła się zapadać. Patrzyłam na to z przerażeniem.

– Czy to są _ludzie_? – wykrztusiłam.

– Byli – odparł chłodno Vincent. – Wkrótce nie będzie ich wcale.

Nie mogłam oderwać wzroku, gdy budowla zapadała się w zwolnionym tempie, miażdżąc pod sobą niezliczone ofiary. Pochylone potwory zwróciły swoją uwagę na gruzy i zbliżyły się, aby zebrać uciekające dusze. Jeden z nich zebrał całą garść i powoli uniósł je do szeroko otwartych ust wypełnionych białą pustką.

Kolejny huk. Ziemia zadrżała.

– Musimy im pomóc – wykrztusiłam, bo to była jedyna rzecz, jaka przyszła mi do głowy, ale nawet gdy słowa opuściły moje usta, wiedziałam, jak są absurdalne. Jedyne, co mogłam zrobić, to stać i patrzeć, jak giną kolejne dziesiątki ludzi.

Vincent bezceremonialnie pociągnął mnie za nadgarstek.

– Ruszaj się – warknął. – Musimy stąd uciekać, zanim…

Wyrwałam rękę i odwróciłam się do niego.

– Nie możesz mnie za sobą ciągać, nie mówiąc mi, co się dzieje.

W srebrnych oczach Vincenta pojawił się gniew, który przypomniał mi, że za życia Vincent był jednym z najbardziej bezwzględnych wampirzych królów. Kiedyś taka zniewaga wystarczyłaby, by skazać mnie na śmierć.

Ale ja już nie żyłam. Co mógł mi teraz zrobić?

– Masz tupet, żeby tak do mnie mówić – syknął – kiedy to wszystko jest _twoją_ winą.

Moją?

Otworzyłam usta, ale nie wydostało się z nich żadne słowo.

– Myślisz, że chcę robić to akurat z _tobą_ – ciągnął Vincent – osobą, która pomogła pchnąć moją córkę w ramiona wampira, który mnie zabił? Gdybym żył, to…

– Jakim cudem to wszystko jest moją winą?

Vincent zamilkł. Zmierzył mnie od stóp do głów spojrzeniem swoich srebrnych oczu. Jego ocena zdecydowanie wypadła na moją niekorzyść.

– Co pamiętasz ze swojej śmierci?

Mojej śmierci. Ból przeszył sam środek mojej piersi. Położyłam na niej dłoń.

Miecz w sercu. Bóg odrzucający mnie na bok. I ogień…

_Umarłam. Umarłam. Umarłam_.

Prawda zawirowała w moim wnętrzu. A wraz z nią nadszedł nagły żal, tak intensywny, że zapragnęłam zwinąć się w kłębek na ziemi.

Poczułam coś mokrego na policzkach, spadającego jak deszcz.

Zamrugałam i ujrzałam moje ostatnie chwile. Twarz Asara nad moją. I bogowie, ten ból w jego oczach.

To nie był deszcz.

Jakim cudem mogłam czuć taki ból w piersi, skoro moje serce już nie biło? Przycisnęłam do niej dłoń jak opaskę uciskową, w bezskutecznej próbie powstrzymania krwawienia.

Ale poprzez ten ból wyczułam niewielką, acz trwałą nić. Drobne, ostre ukłucie przypomniało mi o zaklęciu, które Asar rzucił kiedyś na nas oboje – zaklęciu, które pozwoliło mi go wyciągnąć z rytualnego kręgu.

Trzymałam się tej znajomej nici. Bólu, który wydawał się tak _żywy_.

– Zabiłam Atroxusa – wydusiłam. – I niebo… i Asar… i bogowie… i…

Łzy Asara. Ostrze Shiket. Ogień wszędzie.

I ciemność. Tak wielka ciemność.

– Zabiłaś Atroxusa – potwierdził Vincent, choć brzmiał niemal jak urażony koniecznością przyznania, że dokonałam czegoś takiego. – Słońce upadło wraz z nim. Nastała wieczna noc.

Brzmiał niemal lubieżnie. Jakby zatracił się w wyobrażaniu sobie wszystkich rzeczy, których mógłby dokonać w takich okolicznościach, gdyby żył – a robiąc to, przyglądał mi się krytycznie, jakby nie potrafił sobie wyobrazić, jakim cudem to właśnie ja mogłam być za to odpowiedzialna.

No to było nas dwoje. Te słowa wciąż krążyły mi po głowie, budząc niedowierzanie.

– Próbowałaś wskrzesić Alarusa – kontynuował. – Ale zamiast tego…

– Uratowałam Asara.

Pamiętałam, jak wyciągałam go z rytualnego kręgu, trzymając się tej więzi, której nie chciałam zerwać.

A jednak wraz z pamięcią o moim wyborze powróciło wspomnienie innej twarzy.

Twarzy Saeschy, pochylonej ku światłu Atroxusa, rozpromienionej uwielbieniem.

– W pewnym sensie go uratowałaś – przyznał Vincent. – Nie zgodziłaś się poświęcić jego duszy dla zaklęcia wskrzeszenia. Ale zaklęcie już działało. Przerwałaś je, zanim zostało ukończone, lecz niekompletne wskrzeszenie, wraz ze zniszczeniem relikwii, których Alarus użył do zbudowania podziemi, wywarło na nich nacisk, którego nie były w stanie wytrzymać. Stąd… – Wskazał na gruzy wokół nas.

Wpatrywałam się we mgłę, czując narastający strach. W oddali kolejna góra zawaliła się w zwolnionym tempie. Cicho, prozaicznie, setki dusz zostały pod nią pogrzebane.

Pokręciłam głową.

– Nie. To niemożliwe… Nie mogłam…

– Możliwe. Mogłaś. A to dopiero początek. Podziemia całkiem się zawalą, jeśli twój kochanek nie podejmie żadnych działań.

Odwróciłam się z powrotem do Vincenta. Nie wiem czemu, ale spodziewałam się, że to będzie jakiś żart. Ale on był śmiertelnie poważny.

– Masz na myśli Asara – powiedziałam.

Pamiętałam, jak bogowie go odciągnęli. Odciągnęli go, gdy za mną krzyczał.

– Gdzie on jest? Czy on… – Nie mogłam się zmusić do zadania tego pytania. – Czy on żyje?

– Z tego, co słyszałem, ma się lepiej niż dobrze. Posiadł moc boga. – Po raz kolejny w jego głosie zabrzmiała nuta zazdrości. – I tylko dzięki niej będzie mógł naprawić podziemia, zanim całkowicie się rozpadną.

– Naprawi – wyrwało mi się. Wspomnienia uderzyły mnie z przeszywającą intensywnością: Asar pochylający się nad kolejnymi zniszczonymi drzwiami, naprawiający niezliczone glify, prowadzący zagubione dusze z powrotem do domu. Wraz z nimi pojawiła się fala uczucia.

– Jeśli podziemia wymagają naprawy, to Asar się tym zajmie. Niczego nie kocha bardziej od nich.

A jednak kiedy wypowiedziałam te słowa, pomyślałam o jego łzach na mojej twarzy i zaczęłam się zastanawiać, czy aby na pewno są prawdziwe.

– Jest więźniem Białego Panteonu – oznajmił Vincent. – I dopóki nim będzie, niczego nie zrobi. Powiedziano mi, że będziesz mu potrzebna do wykonania tego zadania.

– Ja?

– To ty rzuciłaś zaklęcie, które dało mu moc. Powiedziano mi, że będziesz musiała pomóc mu zdobyć jej wystarczająco wiele, aby zrobił to, co należy.

Dziwne, że zmarli nadal miewali bóle głowy. Potarłam skroń.

– Ale… dlaczego?

To pytanie wyraźnie go zirytowało.

– Jestem posłańcem. Nie oczekuj, że zrozumiem zawiłości sztuczek Zrodzonych z Cienia.

Między moimi brwiami pojawiła się zmarszczka, gdy do głowy przyszła mi nowa myśl, a wraz z nią kolejna lawina pytań.

– Posłańcem – powtórzyłam. – Więc działasz na polecenie boga.

Vincent nie odpowiedział, ale wiedziałam, że mam rację.

– Nyaxia?

To musiała być Nyaxia, prawda? Vincent czcił ją przez całe stulecia. Jej łaska, po tym jak wygrał Kejari, zapewniła mu koronę.

Po chwili powiedział:

– Nie. Nie Nyaxia.

– Więc kto?

– To nie twoja sprawa.

– Właśnie, że moja. I dlaczego _ty_? Nawet cię nie znam.

Wyglądał na urażonego. Ale nawet w najlepszych czasach nie słynęłam z taktu, a obecne czasy nie należały do najlepszych.

Vincent był królem wampirów. A co zrobiłby każdy król wampirów, aby odzyskać tron po tym, jak został mu brutalnie odebrany? Co zrobiłby każdy król wampirów, aby _się_ _zemścić_?

Nienawidziłam takiego cynizmu, a jednak…

Westchnął z irytacją.

– Spójrz.

Wskazał na niebo, gdzie wisiało nad nami odwrócone do góry nogami lustro podziemia. Na początku nie byłam pewna, na co wskazuje, dopóki nie zauważyłam, że rysuje palcem jakiś kształt. Kiedy przyjrzałam się uważnie, zobaczyłam, że smugi światła i ciemności nie były w rzeczywistości przypadkowe. Gromadziły się wokół pęknięć, a następnie rozciągały się w kształcie przypominającym żyły przebiegające przez ciało. W Zejściu również widziałam takie wzory.

– Każda struktura ma słabe punkty – powiedział. – Wszystkie płaszczyzny są ze sobą połączone: kraina bogów, kraina śmiertelników i kraina umarłych. To, co dzieje się tutaj, wkrótce wpłynie na świat śmiertelników, o ile już nie wpłynęło.

Przeszył mnie dreszcz. Vincent nie musiał mi mówić, jak to może wyglądać. Przez wiele miesięcy byłam świadkiem strasznych konsekwencji powolnego rozpadu Zejścia. Myśl o tych koszmarach przenikających do krainy żywych była przerażająca.

– Granice między płaszczyznami są w niektórych miejscach cieńsze niż w innych – kontynuował. – Niektóre królestwa wampirów powstały wokół tych punktów właśnie ze względu na moc, jaką oferowały.

Teraz zrozumiałam.

– Jak Dom Nocy.

– Budowałem moje królestwo przez wieki. Martwy czy nie, nie pozwolę, by upadło.

Oczywiście chodziło o królestwo. Ale ogrom tej odpowiedzialności mnie przytłoczył. Oszołomiona, przykucnęłam i schowałam twarz w dłoniach.

– Twój kochanek będzie cię szukać – oznajmił Vincent. – Kazano mi zaprowadzić cię do zasłony.

Asar.

_Znajdę cię._

Przysięga, którą czułam w głębi duszy, nawet teraz. Ale serce i tak mnie bolało. Z żalu i z powodu widma naszej więzi.

Okłamałam go. Planowałam go zdradzić. I nawet ratując go – ratując życie wszystkich wampirów – doprowadziłam do tylu śmierci.

Przypomniałam sobie twarz Saeschy.

Ale potem pomyślałam o tym, jak Asar patrzył na moją skórę naznaczoną rzeczami, których wstydziłam się najbardziej, jakby nadal była godna czci.

Boskie misje nie były mi obce. Poświęciłam swoje życie wierze. Oddałam jej każdą część swojego ciała i duszy, w sensie dosłownym i przenośnym. Ale ostatecznie bóg, któremu zaoferowałam swoją duszę, był gotów bez wahania wymordować całą moją rasę.

Niewielka część mnie była tym załamana, nawet teraz, po wszystkim.

Większa część mnie była zła.

Odwróciłam się do podziemi. Do morza cierpienia.

_Słyszałem miliony niewidzialnych dusz wołających_ _o_ _pomoc_, powiedział mi kiedyś Asar. _Potrzebowały kogoś._

A teraz te dusze potrzebowały mnie.

_On_ mnie potrzebował.

Spojrzałam na Vincenta.

Nie spodziewałam się, że po śmierci wyruszę na misję ratowania świata wraz z martwym ojcem mojej przyjaciółki.

– Powiedz mi, co musimy zrobić.Rozdział drugi

Asar

To mit, że wampir potrafi widzieć w prawdziwej ciemności.

Wampiry, podobnie jak koty, potrafią widzieć niemal w każdych warunkach panujących w świecie rzeczywistym. Potrzebujemy jednak odrobiny światła. Odbicia księżyca lub blasku gwiazd. Niemal niewidocznego lśnienia atmosfery nad horyzontem, niewychwytanego dla słabszego ludzkiego wzroku. Jedna mała smuga wystarczy, aby oświetlić cały świat.

Prawdziwa ciemność była bardzo rzadka. Większość wampirów nigdy jej nie doświadczyła i nie doświadczy.

Ja do nich nie należałem.

Mój mentor, Gideon, uważał, że ważne jest, aby nauczyć się funkcjonowania bez zmysłów. Według niego bez leniwego wsparcia wzroku, słuchu czy węchu można odkryć znacznie potężniejsze umiejętności. Kiedy byłem dzieckiem, często zamykał mnie na kilka dni w ciemnej, pozbawionej okien skrzyni. Zabawne, że teraz, będąc mniej śmiertelny niż kiedykolwiek, czułem się tak bliski tej kruchej, młodszej wersji siebie.

Cela, w której uwięzili mnie bogowie, była pierwszym miejscem od wieków, gdzie doświadczyłem tego rodzaju niekończącej się ciemności.

Gideon nauczył mnie, że każda słabość może stać się siłą, jeśli tylko się ją zaakceptuje. Że najbardziej pomysłowe umysły znajdą narzędzia, aby doprowadzić nicość do postaci ostrza, jeśli nie zaoferuje się im niczego innego.

Miał rację. I tutaj, pomiędzy śmiertelnością a boskością, sięg­nąłem w ciemność i wyostrzyłem się na kamieniu szlifierskim pojedynczego wspomnienia.

Śmierć Mische.

Za życia jej skóra pachniała cynamonem. Ale kiedy trzymałem ją w ramionach, pod koniec czułem tylko zapach popiołu. Była prawie nie do poznania, jej skóra zwęglona, a piegi ukryte pod warstwą krwi. Jednak oczy pozostały takie same – miodowo-brązowe, ze złotymi i bursztynowymi refleksami.

Zabiła boga. Taki czyn powinien zapewnić jej miejsce w legendach.

Ale kobieta, którą trzymałem w ramionach, nie wydawała się legendą.

Wydawała się śmiertelna. Krucha i gasnąca jak stłumiony płomień.

W ciemnościach raz po raz przeżywałem tę ostatnią chwilę, gdy trzymałem ją w objęciach. A potem czułem, jak bogowie mnie od niej odrywają. Patrzyłem, jak Shiket, bogini sprawiedliwości, bez namysłu wbija swój miecz w pierś Mische. Jakby była zwykłym szkodnikiem, którego należy się pozbyć.

Nie miałem pewności, jak długo mnie tu trzymali. Może tygodnie, a może miesiące. Czułem dziwne, nieznane mi poruszenie boskości w swojej piersi. Mische wyciągnęła mnie z rytualnego kręgu wskrzeszenia w irytującym akcie bezinteresowności, na który nigdy nie zasłużyłem.

Ale wraz ze mną wyciągnęła też coś innego. Część Alarusa, przodka pochowanego wiele pokoleń temu w mojej linii krwi. Ziarno boskości kiełkujące w mojej duszy.

Nic z tego nie miało większego znaczenia niż wspomnienie jej ciała padającego pod ostrzem Shiket. Przeżywałem to w kółko.

Ramiona bolały mnie od więzów. Łańcuchy wokół moich nadgarstków, kostek i gardła paliły mnie z każdym pulsem boskiego światła. Skracano je za każdym razem, gdy źle się zachowywałem, i teraz nie mogłem się w ogóle ruszyć. Pojedyncze pasmo przetłuszczonych włosów zwisało mi na czubku nosa, powodując okropne swędzenie.

Podniosłem głowę, mięśnie krzyczały z bólu, gdy przed moimi oczami pojawiły się drzwi. Światło dezorientowało mnie i sprawiało, że nieprzyjemnie uświadamiałem sobie swoją fizyczną formę.

Przed mną stały dwie postacie w długich białych szatach. Boscy Strażnicy.

Potężna budowa ich ciał była widoczna nawet pod zasłoną szat, które nie zdradzały, czy są mężczyznami, czy kobietami. Włosy mieli zakryte kapturami, a twarze maskami z wypolerowanego złota, pozbawionymi rysów, ozdób i niedoskonałości.

Gdy się zbliżyli, zobaczyłem swoje zniekształcone odbicie w lśniącej powierzchni tych masek – brudne, chude, z kończynami rozciągniętymi na marmurowej płycie. Wyglądałem jak zwłoki w centrum jednego z moich rytuałów. Ta myśl niemal mnie rozbawiła, chociaż nie do końca rozumiałem ten żart.

Tym razem wysłali dwóch. Musiałem przyznać, że było to nieco satysfakcjonujące.

Na początku opiekowały się mną skrzydlate stworzenia, które pełniły rolę sług bogów w Ysrii. Ale byli to słudzy, a nie wojownicy. Zabiłem czterech, zanim bogowie uznali, że potrzebuję lepszej ochrony. Wtedy zaczęli wysyłać Boskich Strażników. Byli to żołnierze Shiket. Niegdyś ludzie. Zostali jednak wybrani po śmierci, aby wznieść się do nieśmiertelności i służyć jej jako strażnicy sprawiedliwości – lub tego, co Shiket uznała za „sprawiedliwość”. Byli cieniami samych siebie, poddanymi większemu rozkładowi niż nawet najgorsze upiory, jakie spotkałem w Zejściu. Ten zaszczyt Shiket oferowała tylko nielicznym, najwspanialszym wojownikom, którzy za nią podążali.

Rzekomo. Dla mnie wyglądało to na okropny interes. Oddać swoją duszę w zamian za niekończące się życie, które nie jest do końca życiem. Przez wieczność wykonywać brudną robotę bogów, zamiast znaleźć spokój w śmierci. Boscy Strażnicy mogli wyglądać na bardziej cywilizowanych niż upiory, ale byli równie zagubieni.

Z drugiej strony, niektórzy ludzie nigdy nie znajdowali spokoju w śmierci. Niektórzy nie byli przygotowani, aby zmierzyć się z prawdą o sobie, a inni nadal nie wierzyli, że śmierć jest rodzajem życia wiecznego. Nie miałem już litości dla ignorantów. Zwłaszcza dla tych, którzy służyli _jej_.

Bogini, która przebiła Mische mieczem i odrzuciła ją jak śmiecia, a mimo to miała czelność twierdzić, że reprezentuje _sprawiedliwość_.

Nie czułem złości. Złość była emocją głupców. Spowalniała i ogłupiała.

Tym, co czułem, była nienawiść. Zimna, ostra, precyzyjna.

Boscy Strażnicy zajęli się kajdanami na moich nadgarstkach. Nosili złote rękawice, bardziej wyrafinowane niż cokolwiek, co mogłoby zostać wykonane przez śmiertelników. Moje ramię jęknęło w proteście, gdy zwolnili jeden z łańcuchów, a ręka opadła jak martwa. Minęło sporo czasu, odkąd ostatni raz utrzymywałem własne ciało w pionie. Drugi nadgarstek poszedł w ślady pierwszego i zanim zdążyłem się ruszyć, strażnicy połączyli kajdany przed moją twarzą.

Jeden z nich podniósł swoją pozbawioną wyrazu twarz i dotknął łańcuchów. Ból przeszył moje nadgarstki i oślepiło mnie światło. Zgrzytnąłem zębami.

– Boskie światło – powiedział mniejszy z dwóch Strażników. Głos miał syczący, jakby destylowany z echa, ukrywający wszelkie ślady tego, kim był kiedyś za życia. – Być może w twoim rodowodzie znajduje się kropla esencji boga, ale twoje ciało nadal jest w większości przeklęte. Pamiętaj, że nadal jesteś wrażliwy na światło Sprawiedliwości, wampirze.

Nie podobało mi się takie protekcjonalne traktowanie. Ale milczałem. Bali się mnie. Czułem to jak woń potu. Wszyscy wiedzieliśmy, że o tym wiem, i wszyscy wiedzieliśmy, że oznacza to, iż już wygrałem.

Spojrzałem na swoje ręce, na ciało skwierczące pod świecącym metalem. Wcześniej wysyłali Boskich Strażników w celu przesłuchania mnie lub po fragmenty mojego ciała do eksperymentów bogów – kosmyk włosów, kawałek skóry, fiolkę krwi. Ale po raz pierwszy zabierali mnie z celi. Ciekawe.

– Idziemy na spacer? – Mój długo nieużywany głos był ochrypły.

Jeden z Boskich Strażników popchnął mnie w stronę drzwi.

– Być może w końcu zdecydowali się wykonać na tobie wyrok, zabójco bogów.

– Nie jestem zabójcą bogów.

Wyższy z nich się roześmiał. Był to nieprzyjemny dźwięk, chrapliwy odgłos śmierci.

– Tylko tchórz błaga kata o niewinność.

Zatrzymałem się gwałtownie.

– Nie twierdzę, że jestem niewinny – syknąłem. – Po prostu nie przypisuję sobie cudzych zasług. To nie ja zabiłem Atroxusa. Zrobiła to Mische Iliae i zasługuje na to, by jej imię zostało zapisane wśród gwiazd.

Boski Strażnik prychnął.

– Gwiazdy już zapomniały o twojej dziwce, upadły.

Być może wynikało to z faktu, że znajdowałem się w krainie bogów, a może z tego, co zrobiła mi Mische, wyciągając mnie z rytualnego kręgu. Ale moje ciało wydawało się inne niż wcześniej, jakby warstwy oporu między umysłem a mięśniami zostały przerzedzone.

Poruszałem się szybko.

W jednej chwili Boscy Strażnicy prowadzili mnie do drzwi mojej celi, a w następnej byłem po drugiej stronie pomieszczenia, wbijając palce w ramiona jednego z nich i przyciskając go do filaru. Jego ciało otoczyła pajęczyna pęknięć. Łańcuchy wokół moich nadgarstków i kostek rozbłysły jasnym światłem. Ale ból był sprawą drugorzędną.

– W imię Sprawiedliwości – ryknął drugi Boski Strażnik – Biały Panteon nakazuje ci odstąpić!

Złota maska odbijała moje oblicze, zniekształcone przez krzywiznę metalu. Moje oczy były puste, skóra blada, a blizny brutalnie wyraźne. Lewe oko było czarne jak atrament i wylewały się z niego cienie.

Wsunąłem jedną rękę pod kołnierz zbroi Boskiego Strażnika, tuż przy jego gardle. Nie wyczułem skóry, tylko metal. Ich śmiertelna przeszłość była tak odległa. Zrobili wszystko, co mogli, aby siłą ją porzucić.

– Masz czelność twierdzić, że wiesz, co pamiętają gwiazdy? – warknąłem. – _Ty?_ Stworzenie, które sprzedało swoją duszę, aby zapomnieć, kim niegdyś było?

– Puszczaj! – warknął, podczas gdy jego partner szarpał moje kajdany. – Nie możesz zabić Boskiego Strażnika Białego Panteonu!

A jednak wciąż była w nim ta iskra strachu, teraz o wiele jaśniejsza. Nie, śmiertelnik nie mógł zabić Boskiego Strażnika. Ale czy ja byłem śmiertelnikiem?

Nie wiedziałem. On też nie wiedział. Pod metalową maską kalkulował swoje szanse.

– Zabić cię – powtórzyłem drwiąco. – Jesteś ignorantem, jeśli myślisz, że śmierć to najgorsze, co może cię spotkać z mojej ręki.

Drugi Boski Strażnik owinął świecący łańcuch wokół mojej szyi i go pociągnął. Fala bólu była zbyt silna nawet dla mnie. Puściłem tego, którego trzymałem, i się cofnąłem.

Strażnik złapał się za gardło, opierając się o filar.

– Tak łatwo sprowokować wasz gatunek. Dajecie się nabrać na takie proste drwiny. Ruszaj się.

Popchnęli mnie gwałtownie i poszedłem dalej.

_Dziwka_, tak ją nazwali. To była taka nudna, prymitywna zniewaga. Myśleli, że właśnie to mnie sprowokowało?

Dziwka to jedno. Ale twierdzić, że kobieta, która dosłownie zmieniła bieg boskiego świata, która uratowała niezliczone istnienia i poruszyła niezliczone dusze, odejdzie kiedykolwiek w zapomnienie…

Nigdy. Mische Iliae zostanie zapamiętana przez same kości czasu i wiedziałem o tym, ponieważ w razie konieczności byłem gotów napisać jej historię własną krwią.

Ona jeszcze nie skończyła z tym światem. Tylko ignoranci wierzyli, że śmierć jest końcem. Z pewnością nie dla niej.

Ale zmilczałem i szedłem dalej.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij