Ups! I love you (again) - ebook
Dla wszystkich, którzy wierzą w miłość z happy endem.
W najgorsze walentynki swojego życia Olga nauczyła się, że miłość bywa bolesna. Lata później ma jednak szansę znowu je polubić.
Gdy jej życie, z poukładanego i do bólu schematycznego, niespodziewanie zmienia się pod wpływem korespondencji z nieznajomym, który podpisuje się jako X, dziewczyna musi zdecydować, czy jest gotowa zapomnieć o bólu i otworzyć się na nowe. Listy Iksa są delikatne, uważne i pełne słów, których nie da się nie poczuć. A momentami także lekko pikantne i przyprawiające o szybsze bicie serca. Gdy jednak Olga postanawia się z nim spotkać, odkrywa gorzką prawdę, która rujnuje jej serce.
Czy po ciosie, który wymierzyło jej życie, uda jej się jeszcze zaufać i uwierzyć w miłość? I czy randka czternastego dnia każdego miesiąca może odczarować przeszłość i dać szansę na szczęśliwe jutro?
Ta historia jest naprawdę SWEET. Sugerowany wiek: 18+
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8417-575-0 |
| Rozmiar pliku: | 2,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
X. Ta jedna niewinna litera stała się moją obsesją. Poprawka: ten, kto się nią podpisuje, stał się moją obsesją. Pożyczoną od przyjaciółki, ale do tego przejdziemy później.
Ja, dziewczyna twardo stąpająca po ziemi, matematyczka, w której świecie wszystko da się zmierzyć, zważyć i wyliczyć, zafiksowałam się na chłopaku, którego nawet nie widziałam na oczy. Szaleństwo. Czyste, niemierzalne szaleństwo, na które nie znajduję lekarstwa.
Jeszcze niedawno śmiałam się z przyjaciółki tracącej głowę dla facetów z prędkością, której nie powstydziłby się foton opuszczający atom podczas emisji spontanicznej. A teraz to ja wpadłam po same uszy. Nie żebym rozpaczała, miło czuć motyle w brzuchu i uśmiechać się zaraz po przebudzeniu, ale nie chcę angażować się w coś, co prawdopodobnie nie ma przyszłości. To tylko facet, z którym koresponduję. Nie wiem, jak wygląda, ani czy to, co pisze, jest prawdą. Być może nie jestem jedyną, z którą wymienia listy. A może ma żonę i dzieci albo jest samotnym pięćdziesięciolatkiem, przy którym Al Bundy wygląda jak młody bóg. Kimkolwiek jest mężczyzna podpisujący się w listach literą X, wiąże się z nim zbyt dużo niewiadomych, a mój analityczny mózg ich nie lubi, za to kocha jasne i klarowne sytuacje.
Wzdycham ciężko i wskakuję do tramwaju. Dlaczego ten mężczyzna tak utkwił mi w głowie? Siadam przy oknie i zauważam, że miejsce naprzeciwko mnie zajmuje przystojny chłopak w skórzanej kurtce. A co, jeśli to X? Poznań jest duży, a rachunek prawdopodobieństwa bezlitosny – to niemal na pewno nie on. A jednak moje serce przyspiesza, kiedy pomyślę sobie, że być może dziś minęłam na ulicy chłopaka od listów albo przypadkiem otarłam się o niego w zatłoczonym przejściu podziemnym. Może jemy w tych samych knajpach albo chadzamy tymi samymi uliczkami. Mówiłam już, że ogarnęło mnie szaleństwo, które przeczy wszelkiej logice? Moje myśli tylko to potwierdzają.
Szybko odwracam wzrok od faceta w ramonesce i patrzę przez okno. Jest szesnasty stycznia, zima w pełni, ale gdzieś tam, daleko i nieśmiało, za horyzontem czai się wiosna. Oczywiście na sklepowych wystawach rozgościła się już na całego, widziałam kwieciste sukienki, a nawet ozdoby wielkanocne. Zanim jednak przyjdzie era puchatych zajączków i kolorowych jajek, nastanie inne święto – nieuniknione i bezlitosne dla singli, słodko-różowe, lepkie od cukru, wypełnione po brzegi komercją.
Gdybym mogła wymazać z kalendarza jedną datę, nie byłoby to pożyczone z Zachodu Halloween, tylko walentynki. I to wcale nie dlatego, że jako singielka pałam obrzydzeniem do zakochanych par. Nie znoszę czternastego lutego, bo właśnie tego dnia zostałam zraniona i to tak spektakularnie, jak to zazwyczaj dzieje się w filmach. Wprawdzie nie porzucono mnie przed ołtarzem, ale wystawiono do wiatru. Moja pierwsza miłość, chłopak, któremu ufałam, nie przyszedł na umówioną randkę, tylko tak po prostu wyprowadził się, wyjechał, zniknął. I złamał mi serce.
Odganiam od siebie smutne wspomnienia i wyciągam z torebki kopertę. Miałam przeczytać list dopiero, gdy wrócę do domu, ale nie mogę się powstrzymać. Drżą mi dłonie, gdy z zapartym tchem ostrożnie rozdzieram papier. Wcześniej jak zwykle sunę palcem po literze X znajdującej się w prawym dolnym rogu koperty – to taka moja mała wstydliwa (okej, raczej popieprzona) tradycja. Zniecierpliwiona wyciągam z koperty kartkę i ją rozprostowuję. Ktoś, kto patrzy na mnie z boku, mógłby powiedzieć, że wyglądam, jakbym była na głodzie. Przezornie się rozglądam – na szczęście w tramwaju nikt nie zwraca na mnie uwagi, więc wracam do listu, który jest dla mnie niczym Święty Graal albo ostatnia puszka zimnej coli w automacie do napojów stojącym na środku pustyni.
Uśmiecham się pod nosem, kiedy widzę starannie wykaligrafowane pismo. Mężczyzna, który potrafi władać piórem w ten sposób, musi mieć naprawdę zwinne palce… Czerwienię się na tę myśl, a potem szybko przywołuję się do porządku. Ostatnie, co powinnam robić, to snuć erotyczne fantazje na temat nieznajomego faceta.
A jednak mój uśmiech staje się szerszy, kiedy czytam pierwsze słowa listu.
Droga Niezapominajko!
Mogę starać się być obojętna, ale nic na to nie poradzę – moje serce fika koziołka, a gdzieś w podbrzuszu wystrzeliwuje konfetti za każdym razem, gdy on zwraca się do mnie w ten sposób.
Kręcę nieznacznie głową, by powściągnąć emocje. To tylko list, do cholery! Śmiałam się z własnej przyjaciółki, że ekscytuje się głupią korespondencją, a teraz robię dokładnie to samo. Biorę głęboki wdech i czytam dalej:
Zastanawiam się, czy wyczekujesz już wiosny. Jestem niemal pewny, że tak, biorąc pod uwagę, jakiego używasz pseudonimu. Zdradzę Ci w sekrecie, że wymyśliłem sobie challenge. Nie wiem, skąd wytrzasnę niezapominajki, ale znajdę je specjalnie dla Ciebie, daj mi tylko trochę czasu.
Czy to zakamuflowane: _Chcę się z tobą spotkać_?! A skoro niezapominajki kwitną dopiero w kwietniu, czy to oznacza, że X chce się ze mną zobaczyć wcześniej? W marcu albo lutym?!
Mój analityczny mózg pracuje na podwójnych obrotach, ale ciekawość jest silniejsza, więc czytam dalej:
Muszę Ci coś wyznać. Poczułem ulgę, kiedy odpisałaś mi po dłuższej przerwie. W poprzednich listach zgrywałem przed Tobą twardziela, ale kiedy milczałaś, spanikowałem, pomyślałem, że mnie olałaś i że już nigdy się nie odezwiesz. Możesz nazwać to, co jest między nami, tylko korespondencyjną znajomością, ale dla mnie to o wiele więcej. Szalałem z nerwów, gdy czekałem na Twój list. Nawet pizza z podwójnym serem nie smakowała tak samo, a wierz mi, smak pizzy to doskonały detektor mojego nastroju. Przesadzam? Może powinienem udawać luzaka, macho, którego drugie imię brzmi „Wcale Mi Nie Zależy” (podobno kobiety takich lubią), ale nie potrafię, wolę być z Tobą szczery.
Zagryzam usta i czuję, że piecze mnie pod powiekami. Do diabła, płakać przez faceta, którego nawet nie widziało się na oczy? To do mnie niepodobne, nawet na _Zielonej mili_ nie uroniłam łzy.
Pamiętasz, wspominałaś kiedyś, że chciałabyś, aby między nami było bardziej niegrzecznie. Nie do końca wiem, co masz na myśli, ale pytałaś o moje łóżkowe preferencje, a ja obiecałem, że odpiszę Ci w kolejnym liście, a więc… trochę się denerwuję, ale biorę głęboki wdech i zaczynam. Lubię dominować w łóżku.
Przełykam ślinę i robi mi się gorąco. Moje serce przyspiesza. Spoglądam przez ramię i upewniam się, że nikt za mną nie siedzi, a potem czytam dalej.
Oczywiście, kiedy kobieta chce dominować, to jestem jak najbardziej za. Co jeszcze, żeby nie zdradzić zbyt wiele? Podobno kobiety lubią tajemniczych mężczyzn ;) O, już wiem! Nigdy nie wystarcza mi jeden raz. Zawsze dbam o przyjemność partnerki, nie wyobrażam sobie inaczej.
Przerywam czytanie i mam ochotę się powachlować. Nie wystarcza mu jeden raz? To znaczy, że ile razy potrzebuje? Mój matematyczny mózg rozważa wszystkie opcje. Zaczynam intensywnie myśleć o seksie. Kiedy ostatnio to robiłam? Do diabła, myślę o seksie – poprawka: mam ochotę na seks – przez faceta, którego nigdy nie widziałam, po prostu wspaniale. Biorę głęboki wdech i kontynuuję.
Nie lubię mieć wszystkiego podanego na tacy. Wolę dziewczynę, która mnie zaintryguje i z którą nie będzie prosto, niż taką, która odkrywa całą siebie już na pierwszej randce.
Oho, a więc pasowałabym do niego idealnie. Jeden z facetów, z którym kiedyś się spotykałam, powiedział, że jestem jak skomplikowane równanie z wieloma niewiadomymi – trzeba się nieźle natrudzić, by poznać wynik. Chyba nie muszę mówić, że ta metafora trafiła prosto w moje matematyczne serce.
Wracam do początku listu i czytam go ponownie, tym razem spokojniej. Wciąż jestem podekscytowana, a moje policzki płoną. Nie wiem, co X ze mną robi, ale to o wiele lepsze niż wszystkie znane mi legalne substancje uzależniające, z czekoladą na czele. Jestem tak zaabsorbowana treścią listu, że omal nie przegapiam przystanku, na którym powinnam wysiąść.
Kiedy w końcu wyskakuję z tramwaju i oczywiście wpadam w kałużę z lodowatą wodą, przypominam sobie, jak doszło do tego, że zaczęłam korespondować z nieznajomym. Gdyby ktoś kilka tygodni temu powiedział mi, że zadurzę się w mężczyźnie, którego nigdy nie spotkałam, popukałabym się w czoło. Ja i pisanie listów?! Ja i stan zakochania?! Prędzej uwierzyłabym, że zjem pizzę hawajską bez odruchu wymiotnego i dobrowolnie obejrzę wszystkie komedie z Lesliem Nielsenem. A jednak stało się, wpadłam po uszy. I pomyśleć, że wszystko zaczęło się bardzo niewinnie… No dobra, może nie do końca niewinnie – wszystko zaczęło się od tego, że zwinęłam przyjaciółce jej miłosną korespondencję.