Uraz - ebook
Nie każdy ma tyle siły, by przeciwstawić się podszeptom zła.
W lesie koło Rybnika odkryto zwłoki trzyosobowej rodziny. Mimo pełni sezonu grzybowego policja nie znajduje świadków, którzy pomogliby skierować dochodzenie na właściwe tory. Niepokój potęguje fakt, że nie jest to pierwsza tragiczna śmierć w tej okolicy.
Wkrótce okaże się, że także nie ostatnia.
W rybnickiej komendzie atmosfera jest coraz bardziej napięta. Jednak bez względu na wszystko niepokorni policjanci, Kozak i Wolf, znów muszą ze sobą współpracować. Morderca czai się w ukryciu i pozostaje kwestią czasu, kiedy ponownie ruszy na polowanie. Las, w którym wiele osób szuka wytchnienia, staje się miejscem budzącym strach.
Sięgnij po drugi tom Śląskiej Serii Kryminalnej KOZAK I WOLF.
Wkrocz do lasu, w którym ludzka psychika obnaży swoją mroczną naturę!
Seria KOZAK I WOLF
1. „Dług”
2. „Uraz”
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-271-7019-4 |
| Rozmiar pliku: | 2,6 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Wydawałoby się, że to dzień jak co dzień. Ot, kolejne popołudnie pierwszego przedwiośnia stanu wojennego. Ryszard gramoli się po schodach na pięterko familoka, gdzie mieszka z rodziną. Jak zwykle dociera tam trzy godziny po robocie, narąbany w sztos. Mijając nieogrzewaną sień, nie zdejmuje przemoczonej kurtki i zabłoconych buciorów, lecz pakuje się tak, jak przyszedł – wprost do ciepłej izby.
– Obiad! – krzyczy od drzwi.
Momentalnie staje przy nim zatroskana żona. W spracowanych dłoniach dzierży robótkę ręczną.
– Nie ma obiadu. Znowu odłączyli gaz – tłumaczy, a głos więźnie jej w gardle.
– To trzeba było uwarzyć na piecu! Głodny jestem!
Trzydziestolatek opada na styraną kanapę i rzuca pogardliwym spojrzeniem w stronę spłoszonych dzieciaków grzejących się przy kaflowym piecu. Chłopiec i dziewczynka siedzą w kucki z zeszytami na kolanach i długopisami w dłoniach. Mężczyzna zerka spod byka na stojącą bezradnie żonę, po czym omiata pijackim wzrokiem wnętrze, jakby szukał zaczepki. Na trzydziestu paru metrach kwadratowych ich wspólnego mikroświata odbywa się wszystko – kucharzenie, jedzenie, spanie, mycie dzieci i ich matki, bo ojciec szoruje się w robocie, gra w kości i karty z sąsiadami, a obecnie szydełkowanie i odrabianie lekcji. Poza tym pomieszczeniem rodzina dysponuje niewielką piwnicą, gdzie zwyczajowo przechowuje kartofle i przetwory. Nie dorobili się lodówki, ale mają telewizor.
Ryszard i Janina kilka lat temu przenieśli się z Cieszyna, bo on dostał robotę w Hucie Silesia. Po roku lokal na Napierskiego Kostki w Rybniku załatwił mu kierownik zmiany. Wstawił się też w Polmozbycie, żeby i Jasia mogła przynieść trochę grosza do domu. Ryszard najpierw się ucieszył. Teraz żałuje, bo akurat tam stacjonuje obecnie wojsko, a wyposzczonym żołnierzom nie wolno ufać. Cała ta sytuacja ze stanem wojennym tak go denerwuje, że dzień w dzień musi odreagowywać. Przepija ćwierć wypłaty, a że lubi przy tym zjeść, sam przejada drugie tyle.
Mężczyzna wstaje i lekko chwiejnym krokiem robi obchód izby. Głuchy tupot jego buciorów i skrzypiąca podłoga wybijają się na tle odgłosów trzaskającego w piecu ognia.
– Przynieś mi z piwnicy słoninę i słoik z ogórkami – żąda dyrektywnie.
– Przecież się skończyły – odpowiada trzęsącym się głosem Jasia.
– Żałujesz mi? A co im dałaś? Nie wierzę, że jadły sam chleb – docieka, wskazując z wyrzutem na dzieci.
Żona potulnie spuszcza wzrok i odpowiada ze ściśniętym gardłem:
– Jedliśmy maleńką kiełbaskę na patyku. Ale tylko jedną we trójkę, upiekliśmy ją w piecu. Mogę ci też upiec.
– Kiełbasa miała być na Wielkanoc! – Mężczyzna nakręca się potwornie.
– A co miałam im dać? Głodne, zmarznięte wróciły do domu – tłumaczy się kobieta.
– Zmarznięte? A wojsko też zmarznięte? Znowu zanosiłaś im herbatkę? Który ci tam wpadł w oko, suko?
A ten znowu swoje, myśli matka. Przeczuwając zbliżające się rękoczyny, woła do dzieci:
– Uciekajcie do sąsiadów!
Mąż wali ją z pięści prosto w twarz, tak mocno, że kobieta upada na drewnianą ławę, uderza się głową o kant i osuwa na podłogę. W miejscu, gdzie teraz leży, pojawia się czerwona plama. Przerażone maluchy, usłyszawszy gruchnięcie, zatrzymują się przy drzwiach i wpadają w rozpacz.
– Ratunku, tatulek zwariował! Znowu nas bije! – krzyczy na cały dom dziewczynka.
– Mamusiu, wstawaj – prosi przejmująco chłopiec.
– Wy niewdzięczne antychrysty! – wydziera się ojciec i rzuca się w ich stronę.
Dzieci w popłochu uskakują na boki, każde w innym kierunku. Zapijaczonemu ojcu udaje się jednak schwytać córkę. Siłą przyciąga jej twarz do pieca.
– I co, Miśka? Nadal jesteś zmarznięta? Już ja cię rozgrzeję! – wrzeszczy i otwiera żeliwne drzwiczki.
Dzieci uderzają w płacz. Chłopiec spazmuje. Jego siostra próbuje się wyrwać, wydzierając się wniebogłosy. Jednak ojciec silną ręką trzyma ją w pasie. Drugą wygrzebuje pogrzebaczem kawałki rozgrzanego węgla, żeby zrobić miejsce. Gorąc bucha na całe mieszkanie.
– Riszat, do ciula, cicho tam, bo zwonia po milicyjo! – słychać męski głos zza ściany.
– Jesteś taka sama jak twoja matka. Właź do pieca!
Ryszard traci równowagę.
Wywraca się, uwalniając dziewczynkę, ale przy okazji nieumyślnie wygarnia kilka rozżarzonych węgli. Te turlają się po drewnianej podłodze wprost pod pryzmę pierzyn i pościeli. Mała ucieka do brata. Oboje, jak na zawołanie, przestają płakać, z przerażeniem obserwują, co się wydarzy. Ojciec gramoli się niezbornie, nie widzi jeszcze, co się stało, klnie pod nosem. Dziewczynka przezornie stara się kopnąć węgielki bliżej pieca, przed którym leży kawał blachy. Z paroma jej się udaje, ale nie ze wszystkimi. Jeden już przywarł do drewnianej podłogi i w tym miejscu deska zaczyna się tlić. Od drugiego zapala się makatka. Miśka wyjmuje z wiaderka na popiół metalową łopatkę i chce na nią nabrać żarzący się węgielek, ale to droga przez mękę. Ponawia kopnięcia z całej siły, aż w końcu przypieka sobie palce rajtek.
– Aaaaaaaaaa! – krzyczy, bardziej ze strachu niż z bólu.
– Miśka, ogień – zauważa jej brat i pokazuje na pierwsze jęzory niszczycielskiego żywiołu, które liżą szmacianą narzutę.
Ojciec, jakby nadal nie zdawał sobie sprawy z powagi sytuacji, podnosi się na nogi, grożąc palcem niewidzialnemu wrogowi. Nie może utrzymać równowagi. Kiwa się, rzucając pobieżnie wzrokiem z kąta w kąt w poszukiwaniu córki, której miał wymierzyć karę. Ignoruje leżącą we krwi żonę, nie widzi zamarłego w przerażeniu syna ani ukrywającej się za jego plecami Miśki. Zauważa jednak coś, co mu się wydaje niepokojące. Zastyga niczym posąg, jakby nie wiedział, czy to sen. W tym momencie płomienie pożerają już lakierowaną boazerię i meblościankę. Ogień szusuje coraz wyżej, dopada bukietu sztucznych kwiatów, które dotychczas umilały życie gospodyni. Teraz z wiązanki skapują rozgrzane krople płonącego plastiku, rozsiewając ogniste nasiona. Przerażony chłopiec odwraca się do siostry i łapie ją za rękę.
– A mama? – pyta dziewczynka i zerka w jej stronę.
Matce palą się włosy i ubranie. W mig cała staje się ogniem.
– Aaaaaaa! Mamusiu! – Młoda wpada w histerię.
– Mama! Tato! Pomóż! Pożar! – wtóruje jej brat.
Ryszard, jakby dopiero teraz do niego dotarło, że to jednak jawa, rzuca się ratować dobytek. Łapie za telewizor, ciężki jak cholera, nie może go unieść, ale jest najważniejszy, bo najcenniejszy. Tylko co z nim zrobić? Wynieść? Bo chyba nie wyrzucić przez okno? To pierwsze piętro, urządzenie stłucze się w drobiazgi. Mija więc skulone pociechy i wynosi telewizor na korytarz. Zostawia go tuż za drzwiami, tarasując drogę ucieczki. Wraca, trącając syna. Chłopiec upada, lecz siostra od razu rzuca mu się na pomoc.
– Wstawaj! Musimy uciekać! – nakłania, ale nagle w mieszkaniu pojawia się sąsiad.
Wielki jak dąb Alojz stara się obejść telewizor, jednak na widok szalejących w mieszkaniu płomieni robi w tył zwrot i wybiega, drąc się wniebogłosy:
– Ogyń, uciykejcie, wszyjscy wynocha z domu!
Słychać nerwowy, paniczny tupot po schodach: kilka par w butach, kilkanaście bosych stópek. Dopiero teraz, jakby słowo „ucieczka” nabrało realnego wymiaru, dzieci Ryszarda ruszają pędem w stronę drzwi. Niestety, tuż przed nimi upada element meblościanki, zagradzając dostęp do wyjścia. Sparaliżowana strachem dziewczynka zerka za siebie. Odwrotu już nie ma. Ogień wspina się po boazerii na dwóch ścianach, trawi kanapę, meblościankę, w zasadzie większość rzeczy w ich domu. Palą się makatki, serwetki, dywaniki i dużo plastiku, modny, dlatego wszędzie go pełno. Wszystko, co łatwopalne, właśnie dołącza do diabelskiego tańca.
– Okno! – woła Miśka i wskazuje na otwór, na który tyle razy narzekali, że nieszczelny, ciepło nim ucieka, a zimno wpada bez pytania.
Żeby do niego się dostać, trzeba ominąć leżącą na podłodze plastikową lampę, kiedyś z wiklinowym kloszem, teraz samą ażurową konstrukcję z płonącym kablem przypiętym do gniazdka. Dziewczynka nad nim przeskakuje, z obawy przed prądem niepotrzebnie za wysoko, bo potyka się i ląduje na klęczkach. Wstaje, ale jej los został przypieczętowany. Sukienka, ta ukochana, co ją dostała od chrzestnego, zajęła się ogniem, a ten już nie odpuści. Momentalnie obraca Misię w żywą pochodnię. Brat reaguje błyskawicznie:
– Ojciec! – Kaszle, bo wszechobecny dym drapie go w gardle. – Miśka!
– Aaaaaaaaa! – krzyczy przerażona dziewczynka. Panicznie macha rękami, usiłuje strzepnąć z siebie ogień. – Tatku, parzy! – Na jej przedramionach wykwitają wielkie bąble.
Lecz Ryszard, zamiast na ratunek, robi kilka susów i już jest przy oknie. Nawet się nie ogląda, tylko skacze. Chłopiec zanosi się spazmem, nie wie, co ma robić. Ratować Miśkę czy uciekać? Gorąc jest nie do wytrzymania, dym dusi. Drzwi zatarasowane, w dodatku płoną. Trzeba szybciutko dostać się do okna, do chłodu, do powietrza. Chwilę się waha, ale ostatecznie podbiega za rodzicielem, wspina się na parapet i patrzy w dół.
– O, Panie Boże, jak wysoko – lamentuje, szlochając.
Odwraca się w stronę mamy i siostry, ale ich już nie ma. Zamieniły się w ogień. Z sufitu spada płonąca belka stropowa. Pożar przedziera się na drugie piętro. Gorąco jak w piekle.
– Skacz! – słychać głosy dochodzące z zewnątrz.
Chłopiec, dygocząc, robi mały kroczek. Patrzy błagalnie na przyglądających mu się z dołu ludzi, jakby liczył, że ktoś go wybawi. Pomoże jakoś, zdejmie z okna, bo to za wysoko na takiego malca. Za plecami ma ogień, przed sobą – przepaść. Jego ojciec, do którego chyba wreszcie coś dociera, chodzi, kulejąc, i w kółko szlocha:
– Co ja zrobiłem? Co ja zrobiłem?
Sąsiedzi, nie mając świadomości, że żona i córka Ryszarda już się nie uratują, krzyczą do stojącego w oknie chłopca:
– Skacz! Zrób miejsce mamie i Miśce!
– Skokej. Niy stój tak! – ponagla ktoś, wystawiając ręce, jakby chciał go złapać.
Chłopiec nadal nie potrafi zrobić kroku. Obraca się tylko chwiejnie, raz jednym, raz drugim bokiem, gdy żar staje się nie do zniesienia. Nagle obrywa w prawe ramię kawałkiem palącej się stropowej belki, a uderzenie wyrzuca go na zewnątrz. Szczęśliwie spada w kępę krzaków. Oprócz drobnych skaleczeń i niegroźnego poparzenia ręki jest cały.
– Dziynka Bogu. Kaj Miśka? Kaj matka? – padają pytania.
Siedmiolatek, którego odtąd będą nazywać półsierotą, on zaś będzie myślał o sobie: Bliźniak, nie potrafi wydusić z siebie słowa. Jeszcze nie wie, że to, czego dziś był świadkiem, zostanie z nim na całe życie i ukształtuje jego jestestwo.1
Do końca kary pozostał mi miesiąc i pięć dni, odlicza podkomisarz Wilczyński, przeniesiony dyscyplinarnie z Warszawy do Rybnika. Właśnie gna w stronę wsi Stanica w powiecie gliwickim, w gminie Pilchowice, czyli wyjątkowo poza swój teren, do tego pierwszy raz, od kiedy pracuje na Śląsku, na samodzielne zadanie. Na ten przedziwny rekonesans wysłał go naczelnik wydziału kryminalnego, inspektor Poloczek. W jego imieniu ma się przyjrzeć zwłokom znalezionym niemal na skraju lasu, blisko strumyka Wierzbnik i równie blisko torów kolejki wąskotorowej. Wejście na teren kolegów z innego rewiru zdarza się rzadko. Ten przypadek jest jednak po prostu ważny, bo dziwnie podobny do innej, prowadzonej rok temu sprawy. Odkryto wtedy zwłoki grzybiarza, także blisko torów tej samej kolejki, ale w pobliżu miejscowości Rudy. Śledztwo umorzono z braku dostatecznych dowodów wskazujących na morderstwo. Jeden z biegłych przyznał, że ofiara mogła się potknąć i nabić na własny nóż używany do czyszczenia grzybów. Jeśli teraz się okaże, że sprawa z terenu działania kolegów z komisariatu w Knurowie wygląda tak samo, niewykluczone, że mamy do czynienia z serią zabójstw i stare śledztwo wróci na tapet. Tylko dlaczego Poloczkowi zależy, by się tym zająć? W normalnych warunkach żaden policjant przy zdrowych zmysłach nie chciałby się babrać w tak zabagnionym temacie, biegać po lesie, obcym terenie, by najprawdopodobniej niewykryciem sprawcy popsuć sobie w rezultacie statystyki. Czy chodzi o to, że tamto śledztwo prowadził jego syn Achim, który kilka miesięcy potem stracił życie?
Droga z macierzystej komendy potwornie się dłuży. Policjant, co prawda, jedzie na sygnale, ale „Polonezem”. Tak pieszczotliwie nazywany jest służbowy nieoznakowany Passat, wewnątrz którego czuć starocią, ale też zapachem wżartej w tapicerkę policyjnej adrenaliny. Wilczyński brzydzi się dotknąć kierownicy dłońmi, dlatego używa jednorazowych rękawiczek. Liczył, że przyjedzie tu z kolegą, podkomisarzem Adamem Kozakiewiczem, ale ich wspólny szef dał wyraźnie do zrozumienia, że na jego wydziale kryminalnym nie ma mowy o duetach. Są tylko samodzielne jednostki, które w razie potrzeby działają zespołowo. Na szczęście w głowie Warszawiaka niczym obietnica wybawienia wciąż tkwi plan szybkiej ewakuacji do macierzystej jednostki.
Żeby dotrzeć na miejsce, gdzie znaleziono zwłoki, należy zatrzymać auto przy leśnej drodze i kilkaset metrów przejść piechotą. Jak się okazuje, nie ma gdzie zaparkować, cały plac bowiem zajmują trzy radiowozy i samochody: techników, przewodników psów i koronera.
Wilczyński wycofuje Poloneza i parkuje go przy nieczynnej stacyjce kolejki o ceglanej elewacji. Wysiadając, zauważa, że torami będzie bliżej. Zdejmuje rękawiczki, podwija nogawki spodni od garnituru i rusza ostrożnie, by nie zniszczyć sobie butów. Dostosowuje kroki do rozstawu drewnianych podkładów kolejowych, częściowo spróchniałych, w powietrzu unosi się zapach brunatnego mazidła, którym są pokryte. Młodemu policjantowi zdarzało się bywać w lesie, ale tylko na przechadzkach ze znajomymi; raczej poruszali się po dróżkach wysypanych żwirem. Zapamiętał obraz rosnących w kilkumetrowych odstępach dębów, pomiędzy którymi rozpościerało się zachęcające do spacerów, zielone od mchu runo. Tutaj zaś, przekroczywszy granicę pomiędzy polami a lasem, ze zdumieniem odkrywa panujący wokół chaos. Zwalone konary, mnóstwo walających się wszędzie gałęzi, splątane witki pokryte kolcami, obrzyny z kory i ślady kół ciągnika ciągnące się pomiędzy pagórkami. Gęste korony drzew rosnących po obydwu stronach torowiska nie dopuszczają za wiele światła. Jak ludzie znajdują grzyby w takim mroku, brodząc po gałęziach i krzakach? To ma być przyjemne? Chyba dla _nature freaków_, ocenia z niesmakiem.
Kilkaset metrów dalej słychać już odgłosy zwyczajowej policyjnej krzątaniny. Teren oklejony jest taśmami, dostępu broni kilku mundurowych.
– Cześć, podkomisarz Przemysław Wilczyński, komenda miejska w Rybniku – odzywa się Wolf do jednego z funkcjonariuszy, okazując blachę.
– Starszy aspirant Marek Skałka, wydział kryminalny, komisariat w Knurowie – przedstawia się trzydziestoletni mężczyzna ubrany po cywilnemu. Lustruje przybysza, szybko wyrabiając sobie zdanie, że elegancik w niczym nie przypomina policjanta. – Rybnik? To nie pomyłka? – upewnia się.
– Nie wiem, skąd szefostwo się dowiedziało o waszym przypadku, ale chyba chodzi o kontynuację starszego tematu, który miał miejsce w Rudach i prowadził go jeden z naszych – wyjaśnia Warszawiak. – Co tu się stało?
– Od kiedy Rudy należą do was?
– A nie? – Wilczyński aż się zapowietrza.
– Coś mi się kojarzy, że są pod powiatową w Raciborzu.
– Nie wiem. Za krótko tu pracuję. Tak słyszałem, że temat był nasz. – Teraz Wolf czuje się skrępowany.
– Zresztą, jakie to ma znaczenie. Jeśli ten przypadek też chcecie wziąć, nie będę płakał. Byleby prokuratorzy się dogadali – odpowiada Skałka, wręczając mu skórzany portfel. – To znaleźliśmy w kieszeni denata – dodaje.
Wilczyński popada w zamyślenie. Czy jest opcja, żeby jego pryncypał się pomylił? E, chyba nie. Inni też kojarzyli ten temat. Nie może być mowy o pomyłce. W dodatku dwukrotnej. O co tu chodzi? Ponownie zakłada rękawiczki i badawczo przygląda się zawartości portfela. Wyjmuje z niego dowód osobisty. Znów się wścieka na panujący pod drzewami półmrok, przez który z trudem odczytuje nazwisko denata.
– Stefan Ha-lub-czok? – sylabizuje na głos. – Coś o nim wiecie?
– Technik stwierdził, że facet tam oberwał, tędy się przedzierał i tu upadł, bo pewnie nie miał siły iść dalej. To musiało być ze dwa dni temu.
– A morderca?
– Jedyne, co udało się naszym ustalić, to kierunek odejścia. Morderca pognał tam. – Skałka wskazuje błotnisty brzeg rzeczki Wierzbnik. – Zostawione ślady są głębiej wciśnięte w podłoże i rzadsze, czyli nie szedł, lecz biegł. No i w tym samym kierunku psy podjęły trop.
– Nie mam za wiele doświadczeń z psami – przyznaje się Warszawiak, choć po prawdzie powinien powiedzieć, że żadnych, podobnie z pracą w takim terenie.
– W mieście pewnie nieczęsto się sprawdza takie rozwiązanie – ocenia policjant z Knurowa.
– Za to wy na wsi pewnie macie inne kryminalne zabawy, przyrodniczo-krajoznawczo-rolnicze. – Wolf usiłuje być zabawny.
– Zdziwiłbyś się, choć nie licząc zaginionych, szczególnie w sezonie, w lesie mało się dzieje. Ale... to mój drugi trup w tej okolicy – chwali się Skałka.
– Co chcesz przez to powiedzieć? – Wolf posyła mu ponaglające spojrzenie, by rozwinął wątek.
– To była całkiem ciekawa sprawa. Wczesną wiosną leśniczy robił obchód. Nie tu, w innym miejscu, w gęstym młodniku, którędy nikt normalnie nie chodzi, chyba że jest sezon grzybowy jak teraz. W każdym razie znalazł zimową kurtkę wiszącą na ogrodzeniu z drutu. Kiedy podszedł bliżej, okazało się, że poniżej we mchu leżały ludzkie kości kończyn i czaszka. Zadzwonił po naszych. Pamiętam jak dziś, kurtka była zapięta. Kiedy technik delikatnie rozsunął zamek błyskawiczny, okazało się, że wewnątrz znajdował się czyściutki kościec klatki piersiowej. Za pazuchą upity grzaniec i butelka coli. Facet przyszedł się zabić. Strzelił drinka i powiesił się na drucie. W zimie zwłokami zainteresowały się zwierzęta, potem, kiedy przyszła wiosna i zrobiło się ciepło, resztą zajęły się robale. Mięso, wnętrzności, wszystko wyżarte. Nawet larw już nie było. Zostało tylko trochę skóry z włosami na potylicy czaszki, reszta ogołocona. I teraz będzie najlepsze... – Skałka zastyga na moment, trzyma Wilczyńskiego w niepewności, po czym kontynuuje, ściszając głos: – Wyobraź sobie, nagle coś w tych kościach się poruszyło. Technik prawie się posrał ze strachu. Uciekł na dobre kilkanaście metrów. Okazało się, że to mysz. Czaisz? Myszy uwiły sobie gniazdo w tym kościstym korpusie ściśniętym kurtką. Bo im było ciepło i bezpiecznie.
– Skąd wiadomo, że to było samobójstwo? – docieka Wolf.
– Zbadali DNA i doszukali się nazwiska. Okazało się, że facet miał problemy. To się wydarzyło z osiem lat temu, ale do końca życia nie zapomnę – odpowiada Skałka.
Z głośniczka jego krótkofalówki dobiega nagle męski głos:
– Tu Śliwiński, mamy kolejne zwłoki. Odbiór.
– To przewodnik psa tropiącego – tłumaczy Wilczyńskiemu Skałka, wciska przycisk i zwraca się do mikrofonu. – Wojtek, dawaj. Co tam? Odbiór.
– Doszliśmy do drogi, ale tam pies podjął kolejny trop. Uszliśmy jakieś pięć kilometrów i znaleźliśmy trzy ciała. Powtarzam, trzy ciała. Kobieta, mężczyzna i małe dziecko.
Wilczyński czuje, że po jego ciele przechodzi dreszcz.
– W którym to miejscu? – zaciekawia się.
– Gdzie to jest? – Skałka pyta przez krótkofalówkę.
– Praktycznie na rogatkach Rybnika. Między zalewem a Ochojcem – tłumaczy Wojtek.
– O... i to na pewno będzie wasz teren. – Skałka uśmiecha się półgębkiem, po czym upewnia się, zerkając na mapę w telefonie.
– Pokaż – prosi Wolf i zagląda mu przez ramię. – OK. Dzwonię do prokuratorki i naszych.
– Tak jak wspominałem, chętnie pozbędziemy się tematu – przypomina Skałka.
– Dobra, dobra. Znasz jakąś drogę na skróty?
Knurowianin potakuje.
*
------------------------------------------------------------------------
ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI KSIĄŻKI
------------------------------------------------------------------------