Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Uroczy kwiecień - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
13 maja 2026
E-book: EPUB, MOBI
44,99 zł
44,99
4499 pkt
punktów Virtualo

Uroczy kwiecień - ebook

Wiosna nie zaczyna się w kwietniu – zaczyna się we Włoszech.

Lata dwudzieste XX wieku. Cztery zmęczone deszczowym Londynem kobiety podejmują szaloną decyzję: wynajmują średniowieczną willę w sercu słonecznego Portofino.

Panie Arbuthnot i Fisher – ciche, przytłoczone codziennością kobiety, pragnące wytchnienia od nudnych mężów i towarzyskich obowiązków.

Lady Caroline Dester – olśniewająca, ale wiecznie znużona piękność z wyższych sfer.

Pani Wilkins – surowa starsza dama, stojąca na straży porządku i dobrych obyczajów.

W otoczeniu kwitnących ogrodów, błękitu Morza Śródziemnego i zapachu rozgrzanych gajów oliwnych bariery społeczne i wzajemne uprzedzenia powoli przestają mieć znaczenie. Słońce Ligurii i włoski krajobraz działają jak magiczny lek na wszelkie problemy. Kobiety otwierają się przed sobą, zwierzają, na nowo odkrywają radość życia i... zostają najlepszymi przyjaciółkami.

Uroczy kwiecień to urzekająca, dowcipna opowieść o potędze kobiecej przyjaźni i odnajdywaniu siebie.

Czasem wystarczy bilet do Włoch, by zacząć wszystko od nowa!

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8427-708-9
Rozmiar pliku: 1,9 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1

Wszystko zaczęło się pewnego lutowego popołudnia w londyńskim klubie dla pań – dość nieciekawym klubie i w niezbyt przyjemne popołudnie – gdy pani Wilkins, przyjechawszy z Hampstead załatwić sprawunki, wybrała się na obiad, po czym sięgnęła po leżący na stoliku w palarni egzemplarz dziennika „The Times” i niespokojnym wzrokiem przebiegła rubrykę porad, zatrzymując wzrok na ogłoszeniu:

Dla osób ceniących wisterię i słońce. Poleca się niewielki średniowieczny zamek w Italii nad Morzem Śródziemnym do wynajęcia na cały kwiecień. Umeblowany, niezbędna służba zostaje. Z, skrytka 1000, „The Times”.

Taki właśnie był początek, chociaż jak to często bywa, osoba, której on dotyczył, nie odnotowała momentu poczęcia.

Pani Wilkins zupełnie nie zdawała sobie sprawy, że jej plany na najbliższy kwiecień zostały w tamtej chwili przypieczętowane, odłożyła zatem gazetę gestem zdradzającym rozdrażnienie i rezygnację, a potem podeszła do okna, by wyjrzeć na zalaną deszczem ulicę.

Nie dla niej średniowieczne zamki, nawet te określane jako niewielkie. Nie dla niej wiosenne wybrzeże Morza Śródziemnego, wisteria i słońce. Na takie rozkosze mogli sobie pozwolić jedynie ludzie zamożni. Co prawda ogłoszenie kierowano do osób ceniących tego rodzaju otoczenie, a zatem poniekąd również do niej, ponieważ ona z pewnością potrafiła je docenić bardziej, niż można by się domyślić, bardziej, niż sama śmiała przyznać. Niemniej była uboga. Cały jej majątek sprowadzał się do dziewięćdziesięciu funtów, które zdołała zaoszczędzić, rok w rok sumiennie odkładając po parę groszy z funduszu na garderobę. Idąc za radą męża, zgromadziła tę sumkę na wypadek życiowej niepogody. Przyznana jej przez ojca pensja na garderobę wynosiła sto funtów rocznie i wystarczała na ubiór, jaki oszczędny mąż pani Wilkins nazywał skromnym i stosownym, a znajome kobiety, gdy już zdarzyło im się zahaczyć o ten temat, co jednak nie działo się często, ponieważ była postacią mało istotną, określały jako wyborne okrycie zwierzchnie.

Pan Wilkins, radca prawny, pochwalał umiar we wszelkich kwestiach prócz tych związanych z własną spiżarnią. Powściągliwości w tym aspekcie nie uznawał za gospodarność, lecz za nieumiejętne prowadzenie domu. Jednak wobec zgrzebności, jaką przetrzebiona garderoba pani Wilkins zalatywała niczym naftaliną, częstokroć wyrażał aprobatę.

– Nigdy nie wiadomo – mawiał – kiedy przyjdzie niepogoda, a wtedy dobrze mieć parasol, pod którym można się schronić. Najlepiej we dwoje.

Pani Wilkins, stojąc teraz w klubie – skromnym, ale dogodnie ulokowanym między Hampstead, gdzie mieszkała, a sklepem Shoolbred’s, gdzie załatwiała sprawunki – i spoglądając przez okno na smętną ulicę Shaftesbury Avenue, oczami duszy widziała wiosenne wybrzeże Morza Śródziemnego, gąszcz pachnącej wisterii i godne pozazdroszczenia możliwości osób majętnych, chociaż jej ziemski wzrok padał na paskudny, zmieszany z sadzą deszcz, który spływał po spieszących dokądś parasolkach i rozchlapujących kałuże omnibusach, aż w pewnym momencie przyszło jej do głowy, że być może to jest rzeczona niepogoda, przed którą Mellersh – czyli pan Wilkins – tak często ją przestrzegał. Być może zmiana klimatu i wyjazd do niewielkiego średniowiecznego zamku okaże się czymś, co od chwili, gdy zaczęła oszczędzać, opatrzność chowała dla niej w zanadrzu. Oczywiście przeznaczyłaby na wakacje tylko część oszczędności, być może całkiem nieznaczną. Zamek był średniowieczny, więc równie dobrze mógł się okazać zrujnowany, a za takie posiadłości z pewnością nie żąda się wygórowanych cen. Ucieszyłaby się nawet, gdyby zniszczenia okazały się znaczne, ponieważ na pewno nie płaci się za zniszczenia dokonane przed przybyciem gości; wręcz przeciwnie – właściciele, obniżając cenę najmu, w rzeczywistości wyrównują nowo przybyłym koszty ewentualnych niedogodności. Co za niedorzeczne myśli zaczęły przychodzić jej do głowy…

Odwróciła się od okna, wciąż czując to samo rozdrażnienie i rezygnację, które opanowały ją po odłożeniu gazety, po czym przemierzyła salę, kierując się w stronę drzwi, zamierzała bowiem narzucić płaszcz, wziąć parasolkę i wywalczyć sobie miejsce w zatłoczonym omnibusie jadącym do Shoolbred’s, by w drodze do domu kupić Mellershowi na kolację solę – Mellersh nie przepadał za rybami i poza łososiem tolerował jedynie solę – wtedy jednak dostrzegła panią Arbuthnot, kobietę znaną sobie z widzenia z Hampstead i z wizyt w klubie. Pani Arbuthnot siedziała przy stoliku pośrodku sali, w której wykładano dzienniki i czasopisma, pochłonięta lekturą pierwszej strony „The Times”.

Pani Wilkins nigdy wcześniej nie rozmawiała z panią Arbuthnot, należącą do jednego z wielu kół parafialnych, w których zajmowała się analizowaniem, klasyfikowaniem, podziałem i rejestracją ludzi ubogich, podczas gdy ona sama razem z Mellershem wychodziła z rzadka i jedynie na spotkania malarzy impresjonistów, których w Hampstead nie brakowało. Za jednego z nich wyszła siostra Mellersha, zamieszkała z nim w okolicy Heath i z powodu tego małżeństwa pani Wilkins została wciągnięta w zupełnie obcy jej krąg towarzyski, a do tego zaczęła się lękać obrazów. Musiała wypowiadać się na ich temat, chociaż nie miała pojęcia, co mówić. Zwykle więc mamrotała słowo „cudowne”, nawet jeśli wiedziała, że powinna wypowiedzieć się obszerniej. Nikomu to jednak nie przeszkadzało. Nikt nie słuchał. Nikt nie zwracał uwagi na panią Wilkins. Osób takich jak ona nie zauważa się na przyjęciach. Stroje podszyte oszczędnością sprawiały, że stawała się niewidoczna, jej twarz niczym nie intrygowała, wymawiane z oporem słowa nikogo nie zajmowały. Pani Wilkins była nieśmiała. Skoro zaś nasze słowa, strój i aparycja tak mało znaczą, myślała pani Wilkins, która zdawała sobie sprawę z własnych niedociągnięć, czy cokolwiek z nas zostaje po takim spotkaniu?

Poza tym zawsze towarzyszyła panu Wilkinsowi, gładko ogolonemu, wytwornemu mężczyźnie, którego obecność na przyjęciu z miejsca podnosiła rangę spotkania. Wilkins był osobą niezwykle poważaną. Wszyscy wiedzieli, że jego przełożeni mają o nim jak najlepsze mniemanie. W kręgach towarzyskich siostry darzono go podziwem. O sztuce i artystach wypowiadał się celnie i inteligentnie. Był rzeczowy, rozważny, nigdy nie mówił za dużo, ale też nigdy nie bra­kowało mu słów. Sprawiał wrażenie człowieka, który przechowuje w pamięci wszystko, co powiedział, i tak ewidentnie wiarygodnego, że nierzadko osoby poznające go na przyjęciach zaczynały być niezadowolone z usług swoich prawników, z czasem zaś pod wpływem rosnącego niepokoju rezygnowały z nich, by korzystać z fachowych porad Wilkinsa.

Panią Wilkins oczywiście pomijano.

– Ona – mawiała siostra Wilkinsa, a w jej głosie jak wyrok pobrzmiewał ton przemyślanej ostatecznej decyzji – powinna zostawać w domu.

Wilkins nie mógł jednak zostawiać żony w domu. Był prawnikiem rodzinnym, a wszyscy prawnicy rodzinni mieli żony i pokazywali się z nimi. Zatem i on w tygodniu bywał ze swoją na przyjęciach, a w niedzielę chodził z nią do kościoła. Jako człowiek wciąż jeszcze młody – miał trzydzieści dziewięć lat – i ambitny, żądny pozyskania zwłaszcza starszych dam, których nadal brakowało wśród jego stałej klienteli, nie mógł sobie pozwolić na nieobecność w kościele i właśnie tam pani Wilkins poznała, chociaż nie osobiście, panią Arbuthnot.

Widywała ją, gdy ta wprowadzała dzieci ubogich do ławek. Wkraczała do kościoła na czele procesji uczniów szkółki niedzielnej dokładnie pięć minut przed przybyciem chóru, po czym sprawnie rozmieszczała chłopców i dziewczęta w odpowiednich miejscach, dawała znak, by uklękli i zmówili pierwsze modlitwy, a następnie znów podrywała ich na nogi, gdy do wtóru huczących organów otwierały się drzwi zakrystii, skąd wyłaniali się chórzyści i duchowni z zapasem litanii i kazań, które za chwilę mieli wygłaszać. Pani Arbuthnot miała smutną twarz, choć nie można było jej odmówić skuteczności w działaniu. To połączenie wprawiało panią Wilkins w zdumienie, ponieważ w dni, gdy ona potrafiła zdobyć w sklepie jedynie flądrę, Mellersh powtarzał jej, że osoba skuteczna nie popada w przygnębienie i jeśli tylko dobrze wykonuje swoją pracę, automatycznie zyskuje pogodę ducha.

Pani Arbuthnot jakoś nie emanowała pogodą ducha, a sporo jej zabiegów przy dzieciach ze szkółki niedzielnej sprawiało wrażenie automatycznych, teraz jednak, gdy pani Wilkins odwróciła się od okna i dostrzegła ją w klubie, nie zauważyła w niej nic automatycznego. Pani Arbuthnot wpatrywała się nieruchomym spojrzeniem w pierwszą stronę gazety, którą pewnie trzymała w dłoniach. Utkwiła wzrok w jednym fragmencie, a na jej twarzy jak zwykle malował się wyraz upodabniający ją do cierpliwej i jednocześnie rozczarowanej Madonny.

Pani Wilkins, kobieta nieśmiała i pełna oporów, dziwiąc się impulsowi, któremu właśnie ulegała, zamiast udać się do szatni, a stamtąd do Shoolbred’s na poszukiwanie ryby dla Mellersha, zatrzymała się przy stoliku pani Arbuthnot i usiadła naprzeciwko kobiety, z którą nigdy wcześniej nie zamieniła słowa.

Stół jadalny był długi, ale wąski, obie znalazły się dość blisko siebie.

Mimo to pani Arbuthnot nie podniosła wzroku. Nadal wpatrywała się wyraźnie rozmarzonym spojrzeniem w ten sam ustęp w gazecie.

Pani Wilkins przez chwilę ją obserwowała, próbując zebrać się na odwagę, by zacząć rozmowę. Chciała spytać, czy kobieta również widziała ogłoszenie. Nie miała pojęcia, skąd pomysł, aby zadać to pytanie, niemniej pragnęła to zrobić. Głupio tak nie móc wydusić z siebie słowa do drugiej osoby. Pani Arbuthnot wydawała jej się niezwykle dobra. I bardzo nieszczęśliwa. Dlaczegóż dwie nieszczęśliwe osoby nie miałyby się pokrzepić podczas mozolnej wędrówki życiowej krótką rozmową – autentyczną, swobodną rozmową o tym, co myślą, czego pragną, na co wciąż starają się mieć nadzieję? Na dodatek pani Wilkins nie potrafiła pozbyć się przeświadczenia, że pani Arbuthnot znalazła to samo ogłoszenie. Nadal nie odrywała oczu od tej jednej rubryki. Czyżby ona również wyobrażała sobie, jak by to było – barwy, zapachy, słońce, delikatne chlupotanie fal między rozgrzanymi skałkami? Barwy, zapachy, słońce, morze zamiast Shaftesbury Avenue, przemokniętych omnibusów, stoiska rybnego w Shoolbred’s, metra do Hampstead, kolacji i powtórki w dniu jutrzejszym, i pojutrze, i zawsze już tylko powtórki…

Nagle pani Wilkins poczuła, że nachyla się nad stołem.

– Czyta pani o średniowiecznym zamku i wisterii? – usłyszała swój głos.

Oczywiście pani Arbuthnot była zaskoczona tym pytaniem, ale nawet w połowie nie tak jak sama pani Wilkins.

Pani Arbuthnot nie przypominała sobie, by kiedykolwiek wcześniej widziała tę zaniedbaną, mizernie wyglądającą i z pewnością niezbyt ułożoną osobę siedzącą teraz naprzeciwko niej, tę drobną, nakrapianą piegami twarz i wielkie szare oczy, niemal zasłonięte oklapniętym od deszczu kapeluszem, więc przez chwilę przyglądała się jej bez słowa. Owszem, czytała o średniowiecznym zamku i wisterii, a raczej zdążyła o tym przeczytać dziesięć minut wcześniej, i od tamtej chwili siedziała zatopiona w marzeniach: o słońcu, barwach, zapachach i morzu chlupoczącym delikatnie między rozgrzanymi skałami…

– Dlaczego pani pyta? – odpowiedziała poważnym tonem, ponieważ lata pracy z ubogimi nauczyły ją powagi i cierpliwości.

Pani Wilkins zarumieniła się, sprawiała wrażenie osoby dość nieśmiałej i wylęknionej.

– Och, tylko dlatego, że ja również widziałam to ogłoszenie i pomyślałam, że być może… jakimś sposobem… – wydukała.

Tymczasem pani Arbuthnot, przyzwyczajona do wciągania ludzi na listy i dzielenia ich na grupy, uważnie przyglądała się rozmówczyni, zastanawiając się, do jakiej kategorii mogłaby ją przyporządkować, gdyby należało to zrobić.

– I znam panią z widzenia – ciągnęła pani Wilkins, która jak większość nieśmiałych osób, gdy już się odezwą, czuła się tak bardzo przerażona tym, co właśnie zrobiła, że mówiła coraz więcej i więcej, by zagłuszyć wypowiedziane przed chwilą słowa. – W każdą niedzielę… widuję panią w każdą niedzielę w kościele…

– W kościele? – powtórzyła pani Arbuthnot.

– I to wydało się takie cudowne… to ogłoszenie o wisterii… i…

Pani Wilkins, choć miała nie mniej niż trzydzieści lat, urwała i zaczęła wiercić się na krześle niczym zakłopotana i nieporadna uczennica.

– Naprawdę cudowne – podjęła, wyrzucając z siebie kolejne myśli. – A dziś… mamy taki przykry dzień…

Zamilkła i wpatrywała się w rozmówczynię oczami zaszczutego psa.

Biedactwo szuka porady, pomyślała pani Arbuthnot, której życie od lat polegało na niesieniu pomocy i przynoszeniu ulgi w cierpieniu.

W ślad za swoim przeczuciem uzbroiła się w cierpliwość i przystąpiła do udzielania rad.

– Skoro widuje mnie pani w kościele – zaczęła dobrotliwym i uprzejmym tonem – zapewne również mieszka pani w Hampstead?

– Och, tak – odpowiedziała pani Wilkins, a następnie, zwieszając nieco głowę na chudej, cienkiej szyi, jak gdyby wspomnienie tego miejsca ją przygniatało, powtórzyła: – Och, tak.

– Gdzie? – spytała pani Arbuthnot, bo zanim udzieliła rady, musiała oczywiście ustalić niezbędne fakty.

W odpowiedzi pani Wilkins delikatnie i pieszczotliwie położyła dłoń na gazecie w miejscu, gdzie widniało ogłoszenie, jak gdyby wydrukowane słowa były skarbem samym w sobie, po czym odrzekła jedynie:

– Może dlatego to wydaje się tak cudowne.

– Nie, sądzę, że to byłoby cudowne tak czy inaczej – odparła pani Arbuthnot, zapominając o faktach i lekko wzdychając.

– Czyli przeczytała je pani?

– Owszem – przytaknęła kobieta, a w jej oczach znów pojawiło się rozmarzenie.

– Czyż nie byłoby cudownie? – wyszeptała pani Wilkins.

– Cudownie – zgodziła się pani Arbuthnot. Jej rozświetlona przez chwilę twarz znowu zamarła w wyrazie cierpliwości. – Niezwykle cudownie – oznajmiła. – Nie ma jednak sensu marnować czasu na takie sprawy.

– Wręcz przeciwnie. – Odpowiedź pani Wilkins była szybka i zdumiewająca. Zdumiewająca, ponieważ zupełnie nie przystawała do całej jej postaci, do pozbawionego wyrazu płaszcza i takiej samej spódnicy, przygniecionego kapelusza, niepewnie zwisającego pasemka włosów. – Już samo rozmyślanie o nich ma sens… po prostu dla odmiany od Hampstead… i myślę, że czasami, naprawdę w to wierzę… jeżeli rozmyśla się o czymś wystarczająco długo, w końcu się to zdobywa.

Pani Arbuthnot przyglądała się jej cierpliwie. Do jakiej kategorii musiałaby ją zaliczyć, gdyby należało to zrobić?

– Może – pochyliła się lekko do przodu – powie mi pani, jak ma na imię. Skoro mamy się zaprzyjaźnić, a liczę, że tak się stanie – uśmiechnęła się niewesoło – najlepiej zacząć od samego początku.

– Och, tak, jak to miło z pani strony. Nazywam się Wilkins – powiedziała pani Wilkins. – Przypuszczam – dodała, rumieniąc się, gdy pani Arbuthnot dalej milczała – że moje nazwisko nic pani nie powie. Czasami… mnie również nic nie mówi. A jednak – rozejrzała się, jak gdyby szukała pomocy – jestem panią Wilkins.

Nie lubiła swojego nazwiska. Było krótkie, małe, ze śmiesznym zakończeniem, które przypominało jej zakręconą końcówkę ogona mopsa. Niemniej takie właśnie było. I nic nie mogła na to poradzić. Była panią Wilkins i miała nią pozostać. Mąż zachęcał ją nawet, żeby przy różnych okazjach przedstawiała się jako pani Mellershowa Wilkins, ale ona robiła to jedynie wtedy, gdy on mógł ją usłyszeć, ponieważ dodawanie imienia męża jej zdaniem tylko pogarszało sprawę, podkreślając nazwisko pana Wilkinsa w taki sam sposób, w jaki tabliczka wywieszona na bramie posiadłości uwydatnia posiadłość.

Gdy pan Wilkins po raz pierwszy zaproponował, by żona dodawała jego imię podczas prezentacji, a ona się temu sprzeciwiła, przytaczając powyższe powody, on po chwili milczenia – był człowiekiem nazbyt rozważnym, aby swojej wypowiedzi nie poprzedzać chwilą milczenia, podczas której prawdopodobnie skrzętnie archiwizował w pamięci nasuwający się komentarz – zauważył z niezadowoleniem:

– Ależ ja nie jestem posiadłością. – Następnie spojrzał na małżonkę wzrokiem człowieka, który nie po raz pierwszy się zastanawia, czy przypadkiem nie poślubił idiotki.

Oczywiście, że nie jest posiadłością, zapewniła go pani Wilkins, nigdy nie sądziła inaczej, do głowy by jej nie przyszło, aby myśleć w ten sposób… Chciała jedynie…

Im dłużej się tłumaczyła, tym bardziej narastało w Mellershu dobrze znane – w końcu był żonaty już od dwóch lat – pragnienie, by wreszcie jakimś cudem się okazało, że jednak nie ożenił się z idiotką. Potem wywiązała się sprzeczka, o ile sprzeczką można nazwać dystyngowane milczenie po jednej stronie, po drugiej zaś szczere przeprosiny pani Wilkins, wyjaśniające jej intencje i domniemane sugestie, jakoby pan Wilkins miał być posiadłością.

Sądzę, pomyślała pani Wilkins, gdy utarczka po dłuższej chwili dobiegła końca, że każdy człowiek, który przez całe dwa lata dzień w dzień spędzałby czas z tą samą osobą, miałby ochotę sprzeczać się z nią o wszystko. Obojgu nam dobrze zrobiłyby wakacje.

– Mój mąż – ciągnęła pani Wilkins, próbując w ten sposób przybliżyć pani Arbuthnot swoją postać – jest radcą prawnym. To… – zawahała się, szukając najstosowniejszego określenia, jakie mogłoby opisać Mellersha, a znalazłszy je, dokończyła: – To bardzo elegancki człowiek.

– Cóż – dobrotliwie odrzekła pani Arbuthnot – zapewne może być pani z tego powodu szczęśliwa.

– Dlaczego? – zdziwiła się pani Wilkins.

– Ponieważ – pani Arbuthnot była nieco zdezorientowana, spędzając większość czasu wśród ubogich, przywykła bowiem do tego, że jej opinie przyjmowano bez zastanowienia – ponieważ aparycja… elegancja… jest darem takim samym jak inne, a zatem odpowiednio wykorzystana…

Mówiła coraz ciszej, aż wreszcie zamilkła. Widząc wlepione w siebie spojrzenie wielkich szarych oczu pani Wilkins, nagle pomyślała, że być może przyzwyczaiła się do posłuchu, ale takiego, jakim dzieci darzą niańki, posłuchu ze strony publiczności, która nie może zaprotestować, bo bałaby się przerwać, nawet gdyby miała na to ochotę, która z wielu rzeczy nie zdawała sobie sprawy i w rzeczywistości była zdana na jej łaskę.

Tymczasem pani Wilkins wcale nie słuchała swojej rozmówczyni, ponieważ właśnie w tamtej chwili oczami wyobraźni zobaczyła coś, co mogło wydawać się absurdalne: dwie postaci siedzące obok siebie pod wspaniałymi girlandami wisterii zwisającej z gałęzi drzewa, którego nazwy nie znała, za to w tych postaciach rozpoznała siebie oraz panią Arbuthnot… Widziała siebie i ją widziała. Za nimi zaś szarzały oblane słońcem mury średniowiecznego zamku. Widziała to… Były tam.

Wpatrywała się więc w panią Arbuthnot, ale żadne słowa do niej nie docierały. Pani Arbuthnot również przyglądała się pani Wilkins, zaintrygowana rozgorączkowaniem malującym się na jej twarzy, która teraz wydawała się świetlista i rozwibrowana niczym tafla wody odbijająca słoneczne refleksy, zmarszczona lekkim podmuchem wiatru. Gdyby pani Wilkins w tym momencie znajdowała się na przyjęciu, z pewnością przyciągałaby spojrzenia.

Kobiety przyglądały się sobie, pani Arbuthnot ze zdumieniem i wnikliwie, pani Wilkins oczami kogoś, kto właśnie doznał oświecenia. Oczywiście. Tak można było to zrobić. Ona sama, bez niczyjej pomocy, nie mogłaby sobie na to pozwolić, a nawet gdyby posiadała odpowiednie środki, nie odważyłaby się wybrać tam w pojedynkę. Jednak razem z panią Arbuthnot…

Pochyliła się nad stolikiem.

– Może zdecydujemy się na to razem? – wyszeptała.

Pani Arbuthnot otworzyła oczy jeszcze szerzej.

– Na to? – powtórzyła.

– Tak – potwierdziła cicho pani Wilkins, jak gdyby się obawiała, że ktoś podsłucha ich rozmowę. – Zamiast siedzieć tutaj i powtarzać, jakie to cudowne, a potem pojechać do domu, do Hampstead, nie kiwnąwszy nawet palcem. Jak zwykle pojechać do domu, by zająć się kolacją i przyrządzaniem ryby, czymś, co robimy od lat i co będziemy robić przez kolejne lata. Prawdę mówiąc – pani Wilkins zarumieniła się po uszy, słysząc własne słowa, ponieważ to, co właśnie się z niej wylewało, przerażało ją, a jednocześnie nie potrafiła się powstrzymać – nie widzę końca tego wszystkiego. To się nigdy nie skończy. Dlatego musi nastąpić jakaś przerwa, muszą być antrakty dla dobra nas wszystkich. Nie byłoby absolutnie nic samolubnego w takim wyjeździe, który przyniósłby nam tyle szczęścia, że po powrocie stałybyśmy się znacznie milsze. Widzi pani, z czasem każdy potrzebuje wakacji.

– Ale… na co miałybyśmy się zdecydować? – wciąż nie rozumiała pani Arbuthnot.

– Na wynajem – odpowiedziała pani Wilkins.

– Wynajem?

– Wynajem. Dzierżawę. Opłacenie pobytu.

– Ale… ma pani na myśli siebie i mnie?

– Tak. My we dwie. Pół na pół. Wtedy każdą z nas kosztowałoby to o połowę mniej, a pani wygląda… wygląda na osobę, która pragnie tego tak samo mocno jak ja, na osobę, której należy się odpoczynek i jakieś szczęśliwe zdarzenie.

– Przecież my się właściwie nie znamy.

– Mimo to proszę tylko pomyśleć, jak dobrze mogłybyśmy się poznać, gdybyśmy wyjechały razem na miesiąc! Oszczędzałam na wypadek niepogody, przypuszczam, że pani również, a dziś mamy niepogodę. Proszę tylko spojrzeć…

Jest niezrównoważona, pomyślała pani Arbuthnot, chociaż w głębi duszy poczuła dziwne poruszenie.

– Proszę pomyśleć, jak by to było uciec stąd na cały miesiąc od tego wszystkiego… do raju.

Nie powinna mówić w ten sposób, pomyślała pani Arbuthnot. Pastor… Mimo to poczuła się dziwnie poruszona. Rzeczywiście cudownie byłoby na chwilę odpocząć, odetchnąć.

Jednakże głęboko wpojone nawyki znów pomogły jej odzyskać równowagę, a lata pracy z ubogimi sprawiły, że odezwała się z pobłażliwą wyższością osoby, która wie, co mówi:

– Jeśli chodzi o raj, to nie znajdziemy go nigdzie indziej, tylko tutaj. Tu i teraz. Często się o tym mówi.

Jej ton stawał się coraz żarliwszy, zupełnie jak w chwilach, gdy cierpliwie próbowała oświecić ubogich.

– Niebo jest w nas – ciągnęła łagodnie i cicho. – Mówią o tym najwięksi z największych. Zapewne pamięta pani słowa poety o pokrewnych miejscach…

– Och tak, pamiętam – wtrąciła niecierpliwie pani Wilkins.

– „Pokrewne miejsca, niebiosa i dom”1 – podjęła pani Arbuthnot, która zwykła kończyć rozpoczęte zdania. – Niebo jest w naszych domach.

– Nie ma go – odparła pani Wilkins równie zaskakująco.

Pani Arbuthnot zastygła. Po chwili zaś łagodnie odparła:

– Ależ jest. Jest, jeśli tak zdecydujemy i będziemy się starać, żeby tak było.

– Ja tak decyduję i się staram, ale wcale go nie ma – upierała się pani Wilkins.

Pani Arbuthnot zamilkła, jako że ona również miewała wątpliwości dotyczące domu. Siedziała i z niepokojem patrzyła na panią Wilkins, odczuwając coraz bardziej naglącą potrzebę, by przyporządkować ją do którejś kategorii. Gdyby zdołała sklasyfikować panią Wilkins, wciągnąć ją na listę ze stosownym nagłówkiem, z pewnością odzyskałaby równowagę, której teraz zaczynało jej brakować, przez co czuła dziwny przechył w jedną stronę. Nie miała bowiem wakacji od lat, ogłoszenie, które zobaczyła, wprawiło ją w rozmarzenie, a rozgorączkowanie pani Wilkins było chyba zaraźliwe, gdyż słuchając jej popędliwych, osobliwych słów i widząc jej rozświetloną twarz, odnosiła wrażenie, że sama wybudza się ze snu.

Pani Wilkins najwyraźniej była niezrównoważona, i choć pani Arbuthnot stykała się wcześniej z osobami tego typu, w istocie napotykała je na każdym kroku, dotychczas nie wpływały one na jej własną równowagę. Tymczasem ta kobieta wywoływała jej chwiejność, przez którą zejście z kursu nastawionego od zawsze na Boga, Męża, Dom i Powinności – pani Wilkins najwyraźniej nie zamierzała zabrać na wakacje pana Wilkinsa – i decyzja, by choć raz zaznać szczęścia, jawiły się jako coś dobrego, a wręcz pożądanego. Co oczywiście nie było prawdą, i co w żadnym wypadku prawdą być nie mogło. Pani Arbuthnot również posiadała pewne fundusze systematycznie lokowane w Pocztowej Kasie Oszczędnościowej, ale myśl, że miałaby zapomnieć o swoich obowiązkach, by wyciągnąć odłożoną tam sumę i wydać ją na siebie, zdawała się czystym absurdem. Przecież chyba nie potrafiłaby, nie zrobiłaby czegoś takiego? Przecież nie zapomniałaby, nie mogłaby do tego stopnia zapomnieć o ubogich, o nieszczęsnych i chorych, aby posunąć się tak daleko? Z pewnością podróż do Włoch byłaby czymś niesłychanie zachwycającym, ale w życiu istnieje wiele zachwycających rzeczy, które pragnęłoby się zrobić, a nasza siła polega właśnie na tym, żeby opierać się przed ich robieniem, czyż nie?

W świecie pani Arbuthnot istniały cztery najważniejsze zasady niezmienne niczym kierunki wyznaczane przez kompas: Bóg, Mąż, Dom i Powinności. Cztery lata wcześniej, po długim okresie niedoli, spoczęła na tych wytycznych jak na poduszce, dlatego przerażała ją myśl, że coś miałoby wyrwać ją z tego prostego, beztroskiego stanu. Z tej przyczyny coraz intensywniej szukała kategorii, do której dałoby się przyporządkować panią Wilkins, a dzięki temu rozjaśnić i uspokoić myśli. Siedząc i patrząc z niepokojem na swoją rozmówczynię, która przed chwilą wygłosiła znamienną uwagę, i czując, że sama staje się coraz bardziej rozchwiana i zarażona, postanowiła więc _pro tempore_2 – jak mawiał pastor podczas spotkań – umieścić ją na liście opatrzonej nagłówkiem „wyczerpanie nerwowe”. Możliwe, że powinna od razu przesunąć ją do kategorii „histeria”, a ta często poprzedzała ostateczny przydział do grupy „szaleństwo”, jednak pani Arbuthnot nie spieszyła się z ostateczną klasyfikacją, ponieważ zdążyła się już ze zgrozą przekonać, że jej kategoryzacje okazywały się błędne, a mimo to niezwykle trudno było je zmienić, co przypłacała przytłaczającymi wyrzutami sumienia.

Tak. Wyczerpanie nerwowe. Zapewne nie wykonuje stałej pracy na rzecz innych, pomyślała pani Arbuthnot, nie ma żadnego zajęcia, które pozwalałoby jej zdystansować się wobec siebie. Wyraźnie brakuje jej kierunku – pozostaje zdana na łaskę kapryśnych fal, zmiennych impulsów. Wyczerpanie nerwowe to niemal z całą pewnością kategoria, do której pani Wilkins należy albo wkrótce będzie należała, jeśli nikt jej nie pomoże. Biedactwo, myślała pani Arbuthnot, odzyskując równowagę, a wraz z nią współczucie. Z powodu stolika, pod którym chowały się nogi pani Wilkins, nie mogła w całości ocenić sylwetki rozmówczyni, widziała jedynie jej drobną, rozgorączkowaną, nieśmiałą twarz, szczupłe ramiona i oczy przepełnione dziecięcą tęsknotą za czymś, co miało ją uszczęśliwić. Nie, takie rzeczy nie przynosiły ludziom szczęścia, te wszystkie ulotne rzeczy. Pani Arbuthnot w trakcie długiego pożycia małżeńskiego z Frederickiem – wyszła za niego za mąż, gdy miała dwadzieścia lat, teraz zaś miała trzydzieści trzy – dowiedziała się, w czym można odnaleźć prawdziwą radość. Przekonała się, że można ją znaleźć jedynie w codziennym niestrudzonym życiu dla innych, można ją znaleźć u stóp Boga – czyż nie zanosiła tam wszystkich swoich rozczarowań i przykrości, by w zamian zaznać pocieszenia?

Frederick okazał się jednym z tych mężów, których żony dość szybko zwracają się do Boga. Przejście od zaklinania Fredericka do zawierzenia Najwyższemu nastąpiło boleśnie szybko. Z perspektywy czasu droga ta wydawała się krótka, jednak w rzeczywistości przebycie jej zajęło pani Arbuthnot pierwszy rok małżeństwa, a każdy krok na tej drodze okupiła zmaganiami, od których krwawiło jej serce. Teraz jednakże miała to już za sobą. Zdążyła odnaleźć spokój. A Frederick, niegdyś ukochany wybranek i uwielbiany młody mąż, stał się pozycją numer dwa, tuż po Bogu, na liście powinności i zadań. Figurował na niej, drugi po Najwyższym, bezkrwisty, wymęczony jej modlitwami. Od lat potrafiła zaznać szczęścia jedynie dzięki temu, że zapominała o szczęściu. Chciała, żeby tak zostało. Pragnęła odsunąć od siebie wszystko, co przypominało o istnieniu piękna, co mogło znów obudzić w niej tęsknotę, pragnienia…

– Wspaniale byłoby się zaprzyjaźnić – oznajmiła skwapliwie. – Proszę mnie odwiedzać, a może i ja mogłabym od czasu do czasu odwiedzać panią? Kiedy tylko będzie miała pani ochotę porozmawiać. Podam swój adres – zaczęła szukać w torebce – żeby pani pamiętała. – Wyciągnęła rękę z biletem wizytowym, który w końcu znalazła.

Pani Wilkins nawet na niego nie spojrzała.

– To niezwykle dziwne – powiedziała, jak gdyby nie słyszała słów pani Arbuthnot. – Ale ja naprawdę widzę nas obie, panią i siebie, w kwietniowy dzień w średniowiecznym zamku.

Pani Arbuthnot znów poczuła się nieswojo.

– Doprawdy? – spytała, usiłując zachować równowagę pomimo natchnionego spojrzenia lśniących szarych oczu. – Doprawdy?

– Nie miewa pani nagłych przebłysków, w których widzi się sytuacje mające dopiero nadejść? – zaciekawiła się pani Wilkins.

– Nigdy – przyznała pani Arbuthnot.

Próbowała się uśmiechnąć, przywołać na twarz wyraz pełen sympatii, mądrości i współczucia, który często przybierała, gdy wysłuchiwała ubogich oraz ich poglądów skażonych stronniczością i niedoinformowaniem. Tym razem to się jej nie udało. Nikły uśmiech szybko się rozpłynął.

– Oczywiście – dodała ściszonym głosem, jak gdyby się bała, że usłyszy ją pastor i kasa oszczędnościowa. – Byłoby to coś przepięknego… coś przepięknego…

– Nawet jeśli po części niewłaściwego – podjęła pani Wilkins – to trwałoby zaledwie miesiąc.

– Ależ… – zaczęła pani Arbuthnot, zapewne chcąc wykazać naganność takiego punktu widzenia, jednak nie było jej dane skończyć.

– Cóż – wtrąciła pani Wilkins – na pewno nie ma nic właściwego również w tym, że tak długo jesteśmy dobre, aż stajemy się nieszczęśliwe. I widzę, że pani jest dobra już od wielu lat, ponieważ wygląda pani na osobę bardzo nieszczęśliwą. – Pani Arbuthnot otworzyła usta, ale nie zdołała zaprotestować. – A ja wykonuję swoje powinności, robię wszystko dla innych od dzieciństwa i nie sądzę, żeby ktokolwiek kochał mnie odrobinę… choć odrobinę… m-mocniej… i pragnę… tak bardzo pragnę… czegoś innego… innego…

Czyżby zamierzała się rozpłakać? Panią Arbuthnot ogarnęło zakłopotanie i współczucie. Miała nadzieję, że jej towarzyszka mimo wszystko nie zacznie płakać. Nie tutaj. Nie w tej nieprzyjemnej sali, co rusz nawiedzanej lub opuszczanej przez obce osoby.

Na szczęście pani Wilkins po chwili szamotaniny z chusteczką, która nie chciała wyjść z jej kieszeni, zdołała ograniczyć się do wytarcia nosa, po czym parę razy zamrugała, niepewnie spojrzała na panią Arbuthnot pokornym i zalęknionym wzrokiem, prosząc o wybaczenie, a następnie się uśmiechnęła.

– Czy uwierzy pani – wyszeptała, usiłując zapanować nad wargami, wyraźnie sobą zawstydzona – że w całym swoim życiu z nikim tak nie rozmawiałam? Nie mam pojęcia, zupełnie nie wiem, co mi przyszło do głowy.

– To przez to ogłoszenie – uznała pani Arbuthnot, z powagą potakując głową.

– Tak – potwierdziła pani Wilkins, dyskretnie dotykając chusteczką okolic oczu – i przez to, że obie jesteśmy tak bardzo – znów delikatnie wytarła nos – nieszczęśliwe.

_Dalsza część w wersji pełnej_

1.

1 W. Wordsworth, _To a Skylark_, w: _The Poems of William Wordsworth_, t. 1, London 1908, s. 353 (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

2.

2 _Pro tempore_ (łac.) – tymczasowo.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij