Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Usłyszeć Głos Człowieka - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 czerwca 2026
20,19
2019 pkt
punktów Virtualo

Usłyszeć Głos Człowieka - ebook

„Kiedy już postanowiłem, że powstanie książka wiedziałem, że będzie to przede wszystkim książka o ludziach, o ich zagmatwanych losach. Oczywiście nie było by jej gdyby nie historia mojej mamy i jej rodziny zesłanej na Syberię w 1941 r. Ale to był zaledwie punkt wyjściowy. Poznałem cała masę opowieści rodaków o pobycie na nieludzkiej ziemi. Mówi się, że życie pisze najlepsze scenariusze i tu tak właśnie było”. (fragment książki)


Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8455-439-5
Rozmiar pliku: 2,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Syberia

Była w naszym domu od zawsze. Na początku tylko jako słowo. Będąc dzieckiem, czasami je słyszałem, ale nie wiedziałem, co oznacza. Całe lata zajęło mi rozwiązanie zagadki z nim związanej. I dopiero teraz, po sześćdziesięciu latach, historia się dopełni.

Syberia, syberyjski, na Syberii. Mama nieraz wracała do niej myślami i o niej mówiła. To oczywiste, że była dla niej ważna. W jakiś sposób łączyły się z nią nasze wakacyjne wyjazdy. Dla mnie, małego chłopca, było to wielkie przeżycie. Jazda pociągiem z Wrocławia do Białegostoku trwała bardzo długo i wiązały się z nią zawsze wielkie emocje. Wagony, perony, lokomotywy, prędkość, wyglądanie przez okno. Potem już nie było tak ciekawie, bo dalsza jazda autobusem do Sztabina należała do wyjątkowo uciążliwych, już nie można było wstawać z miejsca i spacerować. Ale oto przychodziło coś jeszcze gorszego, bo ze Sztabina do wsi Janówek szło się zwykle pieszo. Autobusy kursowały rzadko i nie można było na nie liczyć. Szło się poboczem drogi wybrukowanej kocimi łbami. No i jeszcze trzeba było targać ciężkie bagaże. Ja, chociaż zwykle nic nie niosłem, to wciąż narzekałem, jak mnie strasznie bolą nogi.

I wreszcie docieraliśmy do zabudowań gospodarstwa w Janówku. To tam urodziła się moja mama i tam jeszcze niedawno żyła jej matka, a moja babcia Gabryela. Nie pamiętałem jej jednak, bo zmarła, gdy miałem dwa lata. Teraz mieszkał tam brat mamy Jan z żoną Marysią i ich trzech synów: Heniek, Staszek i Bogdan. Były jeszcze dwie córki: Wanda i Jadwiga, ale one wyprowadziły się i studiowały w miastach. Bardzo mi się podobało to wiejskie życie. Wiele się działo, było dużo gwaru i nigdy się nie nudziłem. Były tam psy, konie, krowy… Za sprawą jednak tych ostatnich spotkała mnie niemiła przygoda. Drogę od strony pola zamykano drutem kolczastym, aby krowy nie mogły opuścić podwórza. I pewnego razu, gdy już zmierzchało, biegnąc co sił w nogach, nadziałem się na ten drut. Rozciął mi czoło i buchnęła krew. Moja histeria i widok krwi spowodowały nie lada zamieszanie. Zostałem bohaterem dnia. O dziwo obyło się bez szpitala i szycia, ale na całe życie pozostała mi kilkucentymetrowa pionowa blizna na czole.

Janówek był związany z Syberią, ale były też z nią związane odległe o kilkadziesiąt kilometrów Kuczki. To kolejny cel naszych podróży. Mieszkał tam ojciec mamy, a mój dziadek Feliks. Nie zdawałem sobie sprawy, dlaczego tak jest, że ma inną rodziną: żonę Janinę i sześcioro dzieci. Nie zajmowało to wtedy w ogóle mojej dziecięcej głowy. Widziałem za to ogromne pozytywne emocje mamy. Czułem się tam znakomicie, bo tereny były tu jeszcze ciekawsze, ale przede wszystkim było więcej dzieci w moim wieku. Wszystko żyło, pulsowało, a dzień zawsze wydawał się zdecydowanie za krótki.

Moją edukację rozpocząłem na Pilczycach (SP 19), a ukończyłem w nowej szkole na Popowicach (SP 5). W klasie piątej szkoły podstawowej pojawiły się trzy nowe przedmioty. Pierwszym była geografia. Bardzo ją lubiłem, bo rozpalała moją wyobraźnię. Mama twierdziła później, że moje zainteresowanie to jej zasługa, ale niezupełnie tak było. Czytałem wtedy na potęgę książki Maya, Londona, czy Curwooda, czytałem o bezkresach dzikiego zachodu czy przepastnej Kanady. I chciałem nie tylko chłonąć lektury, ale też móc znaleźć miejsca, w których to wszystko się działo. Kiedyś, wracając z biblioteki w Rynku, wstąpiłem do księgarni obok, a tam znalazłem cały dział z mapami. Kupowałem je sukcesywnie i przyczepiałem pinezkami do listewek. Potem pozostawał już tylko trud wbicia gwoździa w ceglane ściany naszych dwóch pokojów i wieszania tam kolejnych map. Były dla mnie tym, czym później plakaty zespołów rockowych. Na największej ścianie dużego pokoju zawisła największa z tych map, przedstawiająca Azję. Północną jej część zajmował Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich. To był moment szczególny, bo mama zainteresowała się mapą. Wpatrywała się wnikliwie, a potem pokazała palcem: „To jest Syberia”. Następnie pokazała na mapie inny punkt i powiedziała: „A tu ja byłam”. Drugim przedmiotem był język rosyjski. Prawdziwa udręka, bo trzeba było poznać inny alfabet. Tutaj związek z Syberią wydawał się oczywisty. Trzeci przedmiot to historia. Lubiłem ją jeszcze bardziej niż geografię. Duża w tym zasługa naszej nauczycielki, Pani Sznajdrowicz. Jej lekcje były szczególne. Potrafiła nie tylko fascynująco opowiadać o zamierzchłych czasach, ale przede wszystkich starała się nas uczniów wciągnąć w te rozważania, tak że robił się z tego cały spektakl. Naprowadzała na pewne tropy i zadawała pytania: „A jak myślicie, co taki król mógł w takiej sytuacji zrobić? Dlaczego dokonano takiego a nie innego wyboru? Dlaczego wybuchła wojna?” itd. Za każde wzięcie udziału w dyskusji dostawało się plusa (za trzy plusy otrzymywało się wtedy najwyższą ocenę — piątkę). Ja należałem w klasie do tych, którzy mieli tych plusów najwięcej. Dzięki temu nigdy nie byłem odpytywany.

Tamte szkolne czasy i Pani Sznajdrowicz nie przeszły bez echa. Kiedy wiele lat później pisałem książkę o Wołyniu czy też biografię Rasputina, starałem się, aby swoim stylem przypominały tamte lekcje historii. Owszem, miały nieść wiedzę, ale miały być przede wszystkim ciekawe i trzymać czytelnika w napięciu. Nie chciałem przeładować ich faktami czy zwyczajnie przynudzać. Gdybym miał stworzyć coś takiego, w ogóle nie zaprzątałbym sobie głowy pisaniem.

Wracając do lekcji historii, Syberii i do mojej mamy, to nie były czasy, w których można się było czegokolwiek prawdziwego w tej materii dowiedzieć, podążając nurtem oficjalnym. Informacji o tym, dlaczego ludzie tacy jak moja mama tam się znaleźli, co do tego doprowadziło i kto był temu winien, nie można było w zatwierdzonym programie nauczania znaleźć. Tę opowieść mama snuła sama, tak zresztą jak tysiące ludzi wspominających czasy Syberii czy Wołynia.

Nie każdy interesuje się historią. Nie każdy musi się nią interesować. Ale bywa też tak, że zainteresowanie to może ujawnić się na pewnym etapie życia i wtedy zaprzątnie głowę bez reszty. O jednym z takich zdarzeń mama opowiadała nieraz. I miała do siebie duży żal, że jej przebudzenie przyszło tak późno, za późno.

W 1974 roku do Janówka i później do Kuczek mama pojechała sama. Ostatniego dnia pobytu na stację, z której odchodził pociąg do Ełku, zawiózł ją furmanką dziadek Feliks. W czasie oczekiwania na pociąg pojawił się w rozmowie wątek pierwszej wojny światowej i późniejszej, z bolszewikami, w 1920 roku. Mama znała oba tematy dość pobieżnie, ale że nie specjalnie ją interesowały, to zwykle ich nie podejmowała. Z innymi członkami rodziny było raczej podobnie. Teraz jednak, nie wiadomo dlaczego, może przez większą świadomość historyczną etosu marszałka Piłsudskiego, stało się inaczej. O tym, że los zetknął jej ojca z marszałkiem, wiedziała. Ale nic poza tym, żadnych szczegółów.

— A z tym Piłsudskim to jak było? Rzeczywiście go znałeś, tak jak zna się człowieka, z którym się rozmawia, czy też podaje rękę na przywitanie? — zapytała.

— Przecież, że tak. Jak tygodniami siedzi się o głodzie i chłodzie w tych samych okopach, jak gryzą cię te same wszy, to wszyscy się znają.

— Ale przecież to był dowódca, musiał mieć w miarę wygodną ziemiankę?

— Ale ileż można siedzieć bezczynnie na kilku metrach?

— To znaczy, że Marszałek odwiedzał w okopach was, zwykłych żołnierzy?

— Tak. Dbał o swoich podkomendnych i wiedział, co jest im potrzebne. Raz na przykład mnie zluzował.

— Co? Jak?

— Przechodził obok mnie, przystanął i widząc, że padam z nóg, rzucił: „Ty Zagórski idź się prześpij …. A ja sobie postrzelam!”.

Rozmowa nagle została przerwana przez ryk parowozu. Zajechał pociąg i po chwili postoju miał ruszać. Mama poczuła smutek, bo to zanurzenie w odległe wydarzenia pochłonęło ją bez reszty. A tu nagle trzeba było wszystko zostawić. Ucałowała ojca i długo mu machała z okna na pożegnanie. Obiecała sobie samej, że jak przyjedzie następnym razem, to dokończą tę rozmowę i odbędą jeszcze niejedną.

Tak się jednak nie stało. Rok później, w 1975 roku, dziadek Feliks Zagórski zmarł. I wiele tajemnic zabrał ze sobą do grobu. Bo historia, o której się nie mówi, nie istnieje.Przemieszczenia ludności

Syberia była i jest krainą geograficzną, ale Syberia w naszych rozważaniach i, przede wszystkim, w świadomości tych wszystkich ludzi, którzy doświadczyli tej niechcianej odysei, to coś znacznie większego. Próbę odpowiedzi na pytanie o Syberię podjął w przejmującym wierszu: _Co to jest Syberia?_ Marian Jonkajtys. Ukazuje on przepastność tego słowa, daleko wykraczającego poza li tylko nazwę geograficzną.

Co to jest Syberia?

Proszą nas — nie tylko młodzi

ludzie — by im wytłumaczyć,

co słowo Sybir, Sybirak

naprawdę dziś w Polsce znaczy.

Ich niewiedza — to rezultat

historią manipulacji

w podręcznikach PRL-u,

kremlowskiej indoktrynacji.

Pierwszy przykład: o Kołymie

z podręczników się dowiecie,

że to rzeka… A to łagry zagłady.

Największe w świecie!

Drugi fakt: polski Sybirak.

To nie Irkucka mieszkaniec.

Lecz za to tylko, że Polak,

w lody Sybiru — zesłaniec!

Bo dla Polski słowo Sybir,

z perspektywy historycznej,

to pojęcie znacznie szersze

od nazwy geograficznej.

To nie tylko obszar stepów,

tundry, tajgi, wiecznych lodów;

od Uralu — na Zachodzie,

po Kamczatkę — rubież Wschodu…

Nie tylko dziesięć milionów

kilometrów kwadratowych

ziemi, w głębi swej kryjącej

zasób bogactw wyjątkowych:

Złoto, srebro i diamenty,

nieprzebrane złoża gazu,

węgiel, ropę, siarkę, uran,

Miedź, boksyty i żelazo!

Dla Polaków — nazwa Sybir

niesie inne też znaczenia…

To symbol zesłań, katorgi,

śmierci za Polskę, cierpienia!

W Świętej Rusi, naśladując

niewoli tatarskiej czasy,

Carowie podbite ludy —

na Syberię gnali w jasyr!

Tam, Sybiru skarby, z ziemi

dla Katarzyny-carycy,

wydzierali kilofami

pierwsi polscy buntownicy!

Potem przez lat prawie dwieście

za każde Polskie Powstanie,

czy tylko zryw ku Wolności:

kibitka — Sybir — Zesłanie!

A po siedemnastym września,

po czwartym Polski rozbiorze,

nie kibitki — a bydlęce

wagony, na szerszym torze.

I wywlokły na Syberię,

Jak bydło — te wnyki-wagony,

mężczyzn, kobiet, starców, dzieci

z Kresów — prawie dwa miliony!

Tam im — w łagrach i więzieniach,

w tajdze, w stepach kołchozowych —

pracą, chłodem, wszami, głodem

Polskę wybijano z głowy!

Sybir… To historia polskich

doznań martyrologicznych…

a nie zwykłe określenie

terenów geograficznych…

To setki tysięcy mogił

naszych ojców — Sybiraków…

Tych, co padli za Ojczyznę!

Na dwuwiecznym zesłań szlaku!!!

Przytoczony wiersz Mariana Jonkajtysa znacznie rozszerza geograficzne ramy pojęcia Sybir, Syberia. Jest ono nieco zbliżone do pojęcia „Archipelag Gułag”, jakim posługiwał się Aleksander Sołżenicyn. U niego była to sieć gułagów w całej Rosji, natomiast w naszym ujęciu to te wszystkie miejsca, w które zesłani zostali Polacy w latach 1940—1941. Była to więc nie tylko Syberia, ale okolice Uralu, Kazachstan, czy też Uzbekistan. Tak więc, konkludując, Sybir to nie Syberia. Nie był to wcale wynalazek czerwonej dyktatury powstałej w 1917 roku. Wywózki w syberyjską tundrę i tajgę wymyślono w carskiej Rosji. Wtedy jednak dotyczyły jedynie politycznych wygnańców, których w ten sposób starano się izolować i pozbawiać ich negatywnego wpływu na masy. Rosja sowiecka, mimo że odżegnywała się od Caratu, to spuściznę po nim nie tylko przejęła, ale też znacznie rozbudowała.

O różnicach pomiędzy katorgą i zesłaniami nowego sowieckiego typu pisał w nieco humorystycznym tonie Julius Margolis, autor książki _Podróż do krainy zeków_. „Każdy, kto przeszedł szkołę utraty indywidualności w obozie radzieckim, potwierdzi, że brak szacunku dla człowieka dalece przewyższa tam wszystko, co istniało na katordze. Ten brak szacunku dla człowieka wyraża się już w samej liczbie więźniów. Miejsce tysięcy z czasów Dostojewskiego zajęły miliony. W czwartym roku pobytu w obozie zdobyłem jego _Wspomnienia z Domu Umarłych_ i przeczytałem je, porównując łagry z katorgą z czasów Mikołaja I. Porównanie nie wypada na korzyść władzy radzieckiej. Czytałem fragmenty z tej książki swoim sąsiadom zekom — śmiali się i… zazdrościli. Przeczytałem opis święta ze _Wspomnień…_ (myśmy świąt nie mieli). Kiedy doszedłem do słów: _Nad wieczorem inwalidzi, którzy chodzili na targ za sprawunkami dla więźniów, przydźwigali mnóstwo przeróżnych wiktuałów: wołowiny, prosiąt, ba, gęsi…_, rozległ się rechot zeków: — _To ci katorga! Na targ chodzili!_ Zdumiewające, na jakie drobiazgi zwracali uwagę nasi przy lekturze. Opis szpitala: Chory więzień zazwyczaj brał ze sobą, ile tylko mógł, pieniędzy, chleba, bo wiedział, że tego dnia nie dostanie w szpitalu porcji, ponadto zaś małą fajeczkę oraz kapciuch z tytoniem, krzemieniem i krzesiwem, które starannie chowało się za cholewą. Słuchacze przerwali mi: _Tytoń był_! — powiedział jeden z zazdrością. — _I do butów chowali…_ Po czym wszyscy zaczęli się śmiać, ponieważ buty w łagrze radzieckim mają nieliczni”.

Książka Margolisa wpisuje się w nurt literatury gułagowej i zdecydowanie się na tym tle wyróżnia. Poraża celnością sądów, dotyka każdego najciemniejszego zakamarka „imperium zła”. To określenie, używane między innymi przez prezydenta Ronalda Reagana, definiuje czym była sowiecka Rosja.

W zamyśle miała to być nowa jakość, ale w praktyce twór powołany do życia przez Lenina tylko na początku zdawał się budować nowy, lepszy świat. Państwo zbudowane zostało przez robotników i chłopów. Bez ich zaangażowania po stronie Bolszewików Czerwonych Kraj Rad by nie powstał. Tak jednak, jak szybko robotnicy i chłopi wynieśli do władzy Lenina i jego świtę, tak szybko przestali się liczyć i zostali skutecznie od władzy odsunięci. Powstał aparat terroru, który zawiadywać zaczął w bezwzględny sposób całością. Pozostało już wtedy tylko wspomnienie tego, co odeszło. Słyszeli o tym niektórzy zesłani do Rosji Polacy, którym w skrytości, w zaufaniu mówili starsi mieszkańcy: „Za cara to było dobrze”. Ale to się skończyło i nie wróciło. Nikt w państwie tym nie mógł być niczego pewien, nawet „czerwona szlachta”. Gdy nowym „carem” został Stalin, przyszłość Rosji się dopełniła. Chociaż w tym kraju zaprzepaszczono wszystko, co można było zaprzepaścić, i zniszczono wszystko, co można było zniszczyć, to jednak było coś, co funkcjonowało nad wyraz sprawnie. Był to aparat terroru, którego polityka masowych wysiedleń była częścią. Doświadczyć miała tego boleśnie polska ludność po 17 września 1939 roku.

W przypadku analizy systemów totalitarnych mówi się często o banalności zła. W Rosji Sowieckiej było to jeszcze bardziej widoczne niż w hitlerowskich Niemczech. Podczas procesu norymberskiego oskarżeni zwykle bronili się tak samo: „Wykonywałem tylko rozkazy”. Od konsekwencji owego wykonywania rozkazów nie mogli jednak uciec. Zamordowano miliony ludzi. A jeśli była zbrodnia, musieli być winni jej popełnienia.

Sowiecka machina przemocy była inna. Tu masowe zbrodnie (jak ta w Katyniu) były wyjątkami. Tu sprawy miały swój określony bieg. Wszystko odbywało się krok po kroku i na żadnym etapie nie było winnych. Na początku była ogólna dyrektywa zgodna z interesem sowieckiego imperium, tak jak pojmowali go jego włodarze ze Stalinem na czele. Tak więc jeśli chodzi o przesiedlenia Polaków, były one koniecznością, bo miały zapewnić wprowadzenie nowego „sowieckiego miru”, bez zbędnego oporu i ostracyzmu. Usunięcie wrogiego elementu temu właśnie służyło. Aby sprawnie przeprowadzać akcję przesiedleń, przygotowano specjalną instrukcję. Jej twórcami byli szef NKWD Ławrientij Beria i jego zastępca generał Iwan Sierow. Według różnych danych liczba przesiedlonych w latach 1940—1941 Polaków mogła osiągnąć grubo ponad milion. Ilu z nich dokonało tam żywota? Dziesiątki, czy bardziej prawdopodobne, setki tysięcy? Ilu straciło tam zdrowie fizyczne? O urazach psychicznych można by już mówić inaczej, bo przeżyte traumy dotykały wszystkich. Czy ktoś poniósł tego konsekwencje? Beria, co prawda, po śmierci Stalina został szybko zgładzony, ale był to raczej element walki o władzę niż chęć ukarania winnych popełnionych zbrodni. Jeśli chodzi natomiast o Sierowa, to warto przypomnieć, że stał on za uwięzieniem szesnastu przywódców Polskiego Państwa Podziemnego. To on ręczył słowem honoru za bezpieczeństwo polskiej delegacji w czasie rozmów na temat przyszłości Polski. Pomimo nieufności wobec Sowietów i ogromnego ryzyka osobistego Polacy postanowili przybyć na spotkanie w Pruszkowie. Nie wiedzieli, że uczestniczą w specjalnej operacji NKWD, kierowanej właśnie przez generała Iwana Sierowa. Członkowie delegacji zostali aresztowani i błyskawicznie wysłani do Moskwy. Najważniejszy z jej członków, ostatni dowódca AK, komendant Sił Zbrojnych w Kraju, generał Leopold Okulicki został w sfingowanym procesie skazany na 10 lat. Rok później już nie żył, oficjalnie zmarł na atak serca, najprawdopodobniej został skrytobójczo zamordowany.

Wracając do Sierowa, zapewne nie miał on zupełnie pojęcia o tym, co znaczy honor oficera, bo pojęcie to odeszło wraz z rokiem 1917. W czasach carskich nie mogłoby to się stać. Honor to był honor i tak samo rozumiał to generał Okulicki. Niestety to pojęcie było obce sowieckiej władzy. I tak zostało, bo XXI wiek i wojna w Ukrainie jasno wskazuje na to, co bezpowrotnie odeszło i już nigdy nie wróci.

A co stało się z Sierowem? Nic złego go nie spotkało. Doczekał emerytury jako wysoki funkcjonariusz KGB. Czy mógł mieć jakiekolwiek wyrzuty sumienia związane ze zdarzeniami z początku lat czterdziestych i późniejszymi? Trudno mieć tu jakiekolwiek złudzenia. Sierow zmarł w 1990 roku i szkoda tylko, że nie dane mu było oglądać upadku jego Związku Radzieckiego, co formalnie nastąpiło rok później.

W realizację masowych przesiedleń zaangażowany był aparat NKWD. Jego nafaszerowani propagandą komunistyczną funkcjonariusze nie robili nic złego. Wypełniali tylko powierzone zadania. Mieli zadbać o to, aby dostarczyć „wrogi element” (w większości byli głęboko o tym przekonani) do miejsca przeznaczenia. Podróż koleją, wagonami towarowymi, trwała z reguły od dwóch tygodni do miesiąca. A to, że w tym czasie z braku dostępu do lekarza umierali w wagonach ludzie chorzy, starzy, czy też niemowlęta, bo matki straciły pokarm, to przecież nie była ich wina. W trakcie deportacji zimowych nie dbano o właściwe ogrzanie wagonów. Były wprawdzie piecyki, ale przy niewielkiej ilości dostarczonego opału nie mogły one zaradzić przeraźliwemu chłodowi wdzierającemu się przez nieszczelne ściany wagonów. Nie dziwiły więc przypadki zamarznięcia. Wtedy też nie było winnych (bo czyż to była wina załogi NKWD eskortującej pociąg?). Mówili: Co poradzić, że u nas takie zimy? Latem nie było lepiej. Limity wody były przyczyną dodatkowego upodlenia, wzrostu chorób i niepotrzebnych zgonów. Rosyjscy żołnierze wykazywali poirytowanie ciągłymi prośbami i płaczem Polaków, którzy domagali się więcej wody. A przecież instrukcja wyraźnie mówiła: dziennie dwa wiadra na jeden wagon, nieważne, czy było lato, czy zima. I oni w tym punkcie, jak i w pozostałych, ją wypełniali. Tej wody nie starczało nawet do picia, o nawet najprymitywniejszej higienie można było tylko pomarzyć. Choroby zakaźnie zbierały wielkie żniwo. Nie inaczej było w tych wszystkich miejscach, do których przesiedleni Polacy trafiali. Nieprzygotowani na mrozy, na pracę ponad miarę, na głodowe racje żywieniowe, umierali. I znowu nie było winnych. Przecież nie wyrobili ustalonych odgórnie norm (niemożliwych zresztą do spełnienia przez ludzi nieprzygotowanych), nie mogli więc dostać jedzenia, które gwarantowałoby przeżycie. Wszystkim rządziły instrukcje i normy, żaden sowiecki przedstawiciel władzy nic złego nie zrobił. Nikt tych ludzi nie mordował. Sami umierali.

Masowe deportacje ludności polskiej dokonane zostały w czterech turach, pierwsza miała miejsce w lutym 1940 roku, ostatnia w czerwcu 1941. Tak więc, jak widać, do pierwszej deportacji aparat NKWD przygotowywał się pół roku. Przede wszystkim ustalono, kogo miała ona objąć. Sowieckiego okupanta wsparła nie tylko ludność żydowska, ale i często niestety Polacy. Rosjanie nie mieli żadnego rozeznania, ale znaleźli się tacy, co im „pomagali”. I listy, krok po kroku, zapełniały się nazwiskami. Jeśliby sprawę nieco uprościć, można zaryzykować stwierdzenie, że wywózką objęci zostali tacy sami ludzie, jakich odsunięto lub unicestwiono po 1917 roku w sowieckiej Rosji. Ci wszyscy, którzy mieli realny wpływ na istnienie i funkcjonowanie państwa, polityczne i gospodarcze. Ci, którzy odporni byliby na prymitywną propagandę nowej władzy i której nie daliby nigdy swojego „błogosławieństwa”.

Grupy Polaków objęte wywózką były bardzo liczne. Należeli do niej między innymi: urzędnicy aparatu państwowego, oficerowie i podoficerowie Wojska Polskiego, „Legioniści”, członkowie POW, policjanci, sędziowie i prokuratorzy, aktyw młodzieżowych organizacji, a nawet członkowie stowarzyszeń religijnych i wyznaniowych. Nie mogło oczywiście zabraknąć tradycyjnych „wrogów ludu”, czyli szlachty, ziemiaństwa, kupców, bankierów, przemysłowców, czy też bogatych chłopów. Co było wyjątkową perfidią, to fakt zaliczenia rodzin wszystkich wyżej wymienionych do grupy „społecznie niepewnych”, co oznaczało, że spotka ich ten sam los. Czy były to dzieci w kołysce, kobiety w ciąży, czy też starcy, nie miało znaczenia. Nowe sowieckie władze nie przejmowały się losami jednostek. Wszystkim kierowała wyuczona nienawiść do wrogiego, bezosobowego elementu.

Niektórzy z badaczy historii wskazują na dodatkowe elementy, które dostrzec można w polityce przesiedleń Polaków i wyjątkowo okrutnym traktowaniu naszej nacji. Przykładem jest Katyń, mord w historii zupełnie niespotykany. Bo przecież unicestwiono elity innego państwa, z którym nie było się w stanie wojny. Przyczyny wyjątkowej niechęci Stalina do Polski i Polaków należy szukać w wojnie 1920 roku. Młode państwo sowieckie poniosło w niej bardzo bolesną porażkę, czego nigdy Polakom nie wybaczyło. Stalin miał jeszcze dodatkowo osobiste powody do tej nienawiści. Za sprawą popełnionych błędów był jednym z odpowiedzialnych za klęskę. Być może nie byłoby „cudu nad Wisłą”, gdyby nie jego własne winy. Pisał o tym w biografii Stalina Edward Radziński. „Koba (pseudonim Stalina z dzieciństwa) walczył z Polakami na południu. Był komisarzem, stał na czele zgrupowania wojsk wraz z dowódcą armii, Jegorowem. Ich główną siłą była Pierwsza Konna Armia Budionnego. Trocki, chcąc wzmocnić natarcie Tuchaczewskiego, rozkazał przerzucić do niego konnicę Budionnego. Koba odmówił. Już dawno przestało go bawić wygrzebywanie kasztanów z ognia dla innych. Miał własne plany. Gdy Tuchaczewski usiłował zdobyć Warszawę, Koba postanowił zagarnąć Lwów, stamtąd uderzyć na stolicę Polski, a później przez Austrię wedrzeć się do Niemiec i wesprzeć rewolucję. W efekcie armie Tuchaczewskiego oraz Koby i Jegorowa miały zostać zepchnięte do Rosji. Lenin wybaczył Kobie”. Można by powiedzieć „niestety”, bo ta słabość twórcy rewolucji później wiele wszystkich kosztowała.

Przeznaczonych na wywiezienie Polaków podzielono na trzy specjalne kategorie, od których zależały dalsze losy i szansa przetrwania. Kategoria pierwsza obejmowała wszystkich aresztowanych bądź dołączonych w trakcie wywózki mężczyzn, których to skierowano do obozów pracy przymusowej. Tu odczytywano im wyroki opiewające najczęściej na od 3 do 15 lat łagru, bez prawa powrotu do kraju. Kategorię drugą stanowili tzw. specprzesiedleńcy, których umieszczano w specjalnych koloniach karnych, zwanych też _specposiołkami_. Położone one były często głęboko w tajdze, z dala od ludzkich osad. Prymitywna infrastruktura i panujące warunki praktycznie zrównywały położenie przesiedleńców z więźniami gułagów. Kierowano tu tych wszystkich, którzy nie otrzymali formalnych wyroków, lecz powinni przebywać pod stałą kontrolą i nadzorem. W obozach tych istniał formalny przymus pracy. Wyżywienie oraz normy były zbliżone do obowiązujących w systemie łagrowym. Podobnie było ze wszelkimi wykroczeniami. Nadzór nad wszystkim sprawował wojskowy komendant, najczęściej funkcjonariusz NKWD. Obowiązywał absolutny zakaz opuszczania miejsca pobytu, tj. obozu. Kategorię trzecią stanowili tzw. wolni zesłańcy. Ludność tę umieszczono w kołchozach, sowchozach, posiołkach, w tajdze i małych miejscowościach. Do tej ostatniej grupy należała rodzina mojej mamy.

Po roku 1945, aż do przełomu w roku 1989, temat masowych wysiedleń był nieobecny. Rządy komunistyczne nie dopuszczały niczego, co „odwieczną przyjaźń ze Związkiem Radzieckim” stawiałoby pod znakiem zapytania. Tematyka ta była skazana na zapomnienie. Nie było książek zajmujących się tematyką przesiedleń i nie publikowano wspomnień ludzi, którzy syberyjski szlak przemierzyli. To jednak nie było tak, że w ogóle ten temat się nie pojawiał.

Miałem sposobność zapoznania się z jednym z takich opracowań i muszę przyznać, że była to lektura zdumiewająca. Książce nadano tytuł: „Deportacje i przemieszczenia ludności polskiej w głąb ZSRR 1939–1945. Przegląd piśmiennictwa” pod redakcją Tadeusza Walichnowskiego. Po tym wiernym apologecie przyjaźni Polsko-Radzieckiej (nagrodzonym zresztą za to medalem „Zasłużony Działacz Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej”) nie można było spodziewać niczego wartościowego. I to właśnie takie było. Był to wybór bardzo wielu różnych tekstów i opracowań, które dotykały pośrednio lub bezpośrednio tematyki przesiedleń na tle ważnych w tamtym czasie zdarzeń. I tak na przykład przytoczono fragmenty noty Mołotowa po odkryciu grobów katyńskich i zerwaniu stosunków dyplomatycznych z ZSRR: „Oszczercza kampania, wroga w stosunku do Związku Sowieckiego, rozwinięta przez niemieckich faszystów w związku z morderstwem polskich oficerów, które to morderstwo popełnili oni sami w okolicy Smoleńska na obszarze zajętym przez niemieckie wojska, została natychmiast podjęta przez Rząd Polski oraz prowadzona wszelkimi sposobami przez polską prasę oficjalną. Fakt, że wroga Związkowi Sowieckiemu kampania rozpoczęła się równocześnie w niemieckiej i polskiej prasie, nie pozostawia wątpliwości co do istnienia kontaktu oraz porozumienia w prowadzeniu tej wrogiej kampanii pomiędzy Hitlerem oraz Rządem Polskim”. Przykład zastosowanej konstrukcji logicznej był porażający. Mówić o „kontakcie i porozumieniu” można by w kontekście analizy paktu Ribetrop-Mołotow. Zarówno Mołotow, jak i cała Rosja, nie chcieli o tym pamiętać, co zresztą trwa po dziś dzień. W jednym z fragmentów książki do wątku katyńskiego niechlubnie nawiązywała także Wanda Wasilewska. W przemówieniu radiowym do Polaków w Związku Radzieckim z 28 kwietnia 1943 roku stwierdzała: „Emigracyjny rząd generała Sikorskiego skompromitował się ostatecznie, biorąc udział w zorganizowanej przez hitlerowców antyradzieckiej propagandowej hecy w sprawie lasu katyńskiego, rzekomego rozstrzelania przez organy radzieckie polskich oficerów, w rzeczywistości wymordowanych przez samych Niemców”.

Jeszcze ciekawiej robi się, gdy poruszane tematy dotykają interesującej nas tematyki wywózek. Głos zabrał między innymi profesor historii Jarema Maciszewski. Był on przewodniczącym polskiego zespołu Wspólnej Komisji Uczonych PZPR i KPZR do Spraw Historii Stosunków między PRL a ZSRR. Komisja ta w założeniu służyć miała likwidacji białych plam we wzajemnej historii obu państw. Profesor Maciszewski dosyć osobliwie pojmował „likwidację białych plam”. I tak przypomniał, że: „Wielu wywiezionych wróciło do kraju z bronią w ręku, jako żołnierze odrodzonego Wojska Polskiego”. Aha czyli mielibyśmy być wdzięczni, bo ci wywiezieni później nas wyzwalali. Czy to było wyzwolenie? Chyba raczej kolejne zniewolenie. O tym pan profesor już nie pisał. Idźmy dalej: „Jest faktem, że miało w tamtych latach miejsce naruszenie prawa, że dramatyczne były losy wielu tysięcy naszych rodaków, ale wszystkich przemieszczeń nie można wrzucić do jednego worka. Różne były powody i formy przemieszczeń”. Wnioskować z tego możemy zatem, że były „powody”, które uzasadniały wywózki. Nad takimi uzasadnionymi przypadkami Maciszewski więcej się nie rozwodził. Interesującym byłoby dowiedzieć się, jakich grup dotyczyło to uzasadnione przesiedlenie. Samo już określenie: „przemieszczenia ludności” może budzić sprzeciw. Beznamiętne, zimne, jakby dotyczyło przedmiotów. Największe zdumienie czekało jednak na końcu: „Według badań ankietowych wśród osób wywiezionych, mieszkających obecnie w Polsce i na emigracji, 98% spośród nich odpowiadało, że spotkały się z bardzo dobrym stosunkiem do nich ludzi radzieckich w zauralskiej części ZSRR i w republikach środkowoazjatyckich”. Jeśli chodzi o podane procenty, to były one tak samo wiarygodne jak podawane wyniki procentowe wszelkich wyników wyborów w czasach komunistycznych. Osobnym tematem było wymyślenie takiego pytania. Może należałoby raczej zapytać: Jaki procent ankietowanych osób było zadowolonych z wywózki?

Gdyby książka „Deportacje i przemieszczenia ludności polskiej w głąb ZSRR 1939—1945” ukazała się w latach 50. XXw. nikogo by pewnie nie zdziwiła, bo taka była wtedy polityczna narracja. Ale ona — uwaga! — została wydrukowana w maju 1989 roku. A przypomnijmy, że już w następnym miesiącu padły z ust Joanny Szczepkowskiej w dzienniku telewizyjnym słowa, które przeszły do historii: „Chciałabym podać jedną wspaniałą wiadomość (…). Proszę państwa, 4 czerwca 1989 skończył się w Polsce komunizm”.

Kończąc dywagacje na temat omawianej książki, należy dodać, że została wydana przez Państwowe Wydawnictwo Naukowe w nakładzie 180 000 egzemplarzy. W dzisiejszych czasach takie nakłady są rzadkością i dotyczą jedynie bestsellerów. W tym wypadku nie ma mowy o bestsellerze, bo była to pozycja po prostu słaba, nierzetelna i nudna, napisana nie wiadomo właściwie dla kogo. Dodatkowo ukazała się w czasach, w których upadła cenzura i w szybkim czasie rynek zalały skrywane dotąd wspomnienia Sybiraków. Nie traktowały one już o „przemieszczeniach ludności”, ale o wyrwaniu z korzeniami, poniewierce i morzu wylanych na bezkresach Rosji łez.Usłyszeć Głos Człowieka

To, że napiszę tę książkę, stało się dla mnie pewnikiem stosunkowo niedawno. Przez lata gdzieś tam w mojej świadomości tlił się zalążek tego pomysłu. Odsuwałem go od siebie, bo zawsze uważałem, że mam na to czas. Zawsze były inne tematy na książki i one angażowały mnie bardziej. Poza tym nie spieszyło mi się, bo zawsze była obok moja mama, która należała do osób niezwykle żywotnych, i wydawało mi się, że to się nie zmieni. O jej wywózce na Syberię trochę wiedziałem, ale teoretycznie wciąż mogłem poznać wiele innych szczegółów. Ale nadszedł dzień zmiany, mama wycofała się z życia i fizycznie, i mentalnie. Żyła, ale kontakt z nią był nikły. Wtedy już wiedziałem, że niczego nowego od niej nie usłyszę. To zawieszenie trwało ponad trzy lata. Mama zmarła 12 września 2023 roku śmiercią najpiękniejszą z możliwych. Po śniadaniu ucięła sobie drzemkę i w jej trakcie odeszła. Miała dziewięćdziesiąt trzy lata, do kolejnych urodzin zabrakło jej trzy miesiące. I tak jak ona niegdyś, miałem do siebie żal, że mogłem przecież więcej zrobić dla poznania jej historii.

Kiedy napisałem „Na Wołyniu skończył się świat”, miałem kilkanaście spotkań autorskich, na których promowałem swoją książkę. Ten jakże bolesny w polskiej historii temat budził za każdym razem wielkie emocje. W części końcowej spotkania były zawsze pytania. I kilka razy pytano mnie o to, czy mam wołyńskie korzenie, czy „chwyciłem za pióro”, bo zmusiła mnie do tego powinność. I wtedy od razu widziałem tę Syberię w mojej głowie i czułem tę powinność. To nie jest tak, że o Syberii mają prawo pisać jedynie Sybiracy i ich potomkowie, ale ten element jednak jest istotny, bo pojawiają się dodatkowe emocje. To większe zaangażowanie w temat może przynieść nową jakość i mam nadzieję, że będzie tak w tym wypadku.

Moja mama należała do Wrocławskiego Oddziału Związku Sybiraków. Ponad dwadzieścia lat była jego aktywnym członkiem. Brała udział w spotkaniach, uroczystościach, pielgrzymkach. Była między innymi w Watykanie, gdzie spotkała się z Janem Pawłem II. To była ważna część jej życia i dopóki pozwalało jej zdrowie, utrzymywała kontakty z innymi Sybirakami. Przez całą swoją emeryturę zbierała książki i biuletyny dotykające tematyki przymusowych wysiedleń. I tak powoli, krok po kroku, w jej domu zapełniały się półki regału na książki. Niezmiennie zachęcała mnie do czytania sybirackich wspomnień. A ja tak samo niezmiennie odpowiadałem: „Mamo, na pewno kiedyś to wszystko przeczytam”. No i teraz nadszedł ten czas. Mam komfort pracy, jakiego nigdy wcześniej nie miałem. Pisząc książkę o Wołyniu i biografię Rasputina, mozolnie penetrowałem rynek w poszukiwaniu ciekawych pozycji. Tu natomiast wszystko dostałem i dlatego postanowiłem pracować, bazując właściwie wyłącznie na tym, co pozostawiła mi mama. Będzie to swoisty hołd dla niej, po części jej dzieło. Wiem, że byłaby dumna z tego, iż dotknąłem wreszcie tematu tak dla niej ważnego.

Pisząc o źródłach, chciałbym na wstępie skreślić kilka słów o osobie bardzo ważnej dla wrocławskiego Związku Sybiraków. Mowa o historyku i etnologu Profesorze Uniwersytetu Wrocławskiego Antonim Kuczyńskim. Głównym tematem badawczym Antoniego Kuczyńskiego była historia Syberii, historia Polaków na Syberii i zesłania w ten rejon. W 1991 powołał do życia Oficynę Wydawniczą Biblioteki Zesłańca. To dzięki jego osobistemu zaangażowaniu wydano na przestrzeni wielu lat dużo wartościowych książek, wspominających lata 1941—1946. Niektóre z nich chciałbym polecić szczególnie, były dla mnie dokumentami, z których obficie czerpałem. Należały do nich miedzy innymi: _Dosyć nam Sybiru, dosyć Kazachstanu_ Wandy Niezgody-Górskiej, _Do Anglii przez Syberię_ Zdzisławy Kaweckiej, czy _Skazani na zagładę_ Jana Proroka.

To także dzięki Antoniemu Kuczyńskiemu już w 1990 roku w białostockim piśmie „Sybirak” ukazała się wspominana wcześniej „Instrukcja o deportacji”. Dotarł on do niej po apelu Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Ludoznawczego i dwumiesięcznika literacko-naukowego „Literatura Ludowa”, ogłoszonego w prasie krajowej i polonijnej w 1988 roku w sprawie nadsyłania materiałów na konkurs poświęcony pobytowi Polaków na Syberii, Dalekim Wschodzie, w Kazachstanie i na innych terenach Związku Radzieckiego w latach 1939—1956. Napłynęło wtedy ponad trzysta tekstów wspomnieniowych, wiele różnych listów z zesłania, zdjęć, dokumentów obrazujących los łagierników. W grupie tych dokumentów znalazła się także przysłana przez pana Ignacego Icchaka Kotlarskiego ze Stanów Zjednoczonych,,Instrukcja o trybie przeprowadzania operacji wysiedlania antysowieckich elementów z Litwy, Łotwy i Estonii”, z 1940 roku, podpisana przez Iwana Sierowa. Jak widać instrukcja dotyczyła krajów bałtyckich, ale zapewne niewiele różniła się od tej przygotowanej dla terenów byłej Polski. Znaleziona została w roku 1941 w kowieńskim gmachu NKWD, gdy w pośpiechu został on opuszczony po wybuchu wojny niemiecko-rosyjskiej. Obecnie oryginalny egzemplarz instrukcji znajduje się w zbiorach biblioteki uniwersyteckiej w Stillwater (Stany Zjednoczone). Jak wyglądała praktyka w stosowaniu zaleceń Sierowa, zobaczymy w rozdziale „Świt”.

Wracając do źródeł, to z książek innych wydawców, które uważam za wyjątkowe w zbiorach mamy, wymieniłbym w szczególności: _Białe noce i czarne dnie_ Romualda Wernika, _Najdłuższą Drogę_ Wiktora Kozłowskiego i _Kiedy Bóg odwrócił wzrok_ Wiesława Adamczyka. Ta ostatnia pozycja była wydana nie bez przyczyny przez jedno z bardziej znanych wydawnictw, a przedmowę do niej napisał Norman Davies. Wszystkie książki o Sybirze pełne są bólu i cierpienia. Tutaj także nie mogło go zabraknąć. Ale było tu znacznie więcej, niż tylko opis przebytej po bezkresach Kazachstanu drogi. Adamczyk okazał się być wyjątkowym obserwatorem obnażającym bezlitośnie, czasem z humorem, wszystko to, z czym spotkał się w sowieckiej Rosji.

Książek wspomnieniowych, dotykających sowieckich represji, ukazało się bardzo wiele. Dla swoich celów dokonałem ich podziału na pisane przez osoby aresztowane i skazane wyrokiem sądu. Nie miało tu znaczenia, czy rzeczywiście dopuściły się jakiegokolwiek przestępstwa wobec sowieckiego państwa, czy też nie zrobiły zupełnie nic. Ważne było, że zostały skazane. Skazańcy trafiali później do więzień i gułagów. Stosowany wobec nich aparat przemocy był prawnie uzasadniony. Druga grupa książek, i te mnie interesowały, pisana była przez ludzi objętych polityką przesiedleń, którzy nie byli o nic oskarżeni i na żadnym etapie nie mieli do czynienia z wymiarem sprawiedliwości. To ważne rozróżnienie, bo zdarzało się, że nawet dla Rosjan ten rodzaj represji okazał się niezrozumiały. Dla stalinowskich władz było to jednak nader istotne. „Wysiedlanie antysowieckich elementów jest zadaniem o wielkim znaczeniu politycznym” — czytamy w pierwszym zdaniu „Instrukcji o deportacji”. Bez nich wprowadzenie sowieckiego porządku miało być łatwiejsze. O tym, jak chybiony był to jednak pomysł, czytamy u Margolina. Jego udzielona pośrednio riposta była błyskotliwa. Pisząc o Białorusinach, którzy znaleźli się tak jak Polacy w nowej sytuacji, przedstawiał też ich stosunku do zmian, które zaszły. Jeden z nich podsumował sytuację: „Przez dwadzieścia lat bezskutecznie próbowano zrobić z nas Polaków. Sowietom udało się to w trzy miesiące”. Wszyscy widzieli, z czym mają do czynienia. I poza sługusami nowej władzy, ślepymi zdeklarowanymi komunistami i ludźmi, którzy nigdy niczego nie mieli (i nie mogli nic stracić), wszyscy należeli do „antysowieckiego elementu”.

Jedna z pozycji w bibliotece mamy ma szczególną wartość. Jest to rodzinny dokument ze strony mojego ojca napisany przez siostrę jego matki Franciszkę Dobrowlańską. To licząca 119 stron kserokopia rękopisu. Rękopis ów trafił w nasze ręce za sprawą jej córki Mirosławy (Miry) Dobrowlańskiej. Franciszka urodziła się w 1906 roku na terenie Rosji, a zmarła w 1991 roku w Kanadzie, dokąd wyemigrowała po wojnie. Za sprawą tych wspomnień uświadomiłem sobie, że w historii rodziny ojca kryje się nierozwiązana zagadka. Niestety, o czym później, sprawa nigdy nie zostanie rozwiązana. Zagadka pozostanie zagadką.

Rozważając bieg zdarzeń, które miały znaczenie dla powstania książki, najważniejszym wydaje się być rok 2003. Zdarzenia te opisała Pani Helena Kozłowska, Redaktor Naczelna lokalnej gazetki „Nasz Sztabiński Dom”: „Pani Rachela Pietrzyk (z domu Zagórska) w czasie wakacji zwiedziła wraz ze swoim synem (mój starszy brat Marek) Izbę Regionalną Ziemi Sztabińskiej. Oglądając stare sprzęty, przedmioty, rozbudziła w sobie serdeczną nutę wspomnień, którą zgodziła się podzielić z czytelnikami _Naszego Sztabińskiego Domu_. Jej wspomnienia drukować będziemy w odcinkach”. I tak napisany przez moją mamę tekst ukazywał się w kolejnych czterech numerach gazetki. Pani Helena nadała całości tytuł: „Usłyszeć Głos Człowieka”. To wyróżnione zdanie ze wspomnień mamy teraz, po latach, wydało mi się naturalnym pomysłem na tytuł całej książki. Pozostała jeszcze tylko sprawa podtytułu, który precyzowałby, czego pozycja ta dotyczy. Stąd też właśnie „Niechciane syberyjskie odyseje Polaków”. Wyrazić mi należy wielki żal, że Pani Helena nie doczekała premiery mojej książki. Zginęła tragicznie w 2019 roku, pozostawiając w smutku lokalną społeczność sztabińską.

Mama miała dwoje rodzeństwa: starszą o trzy lata siostrę Reginę i starszego o rok brata Janka. Bardzo się ucieszyłem, kiedy w trakcie zbierania materiałów i rozmów z członkami naszej rodziny, dowiedziałem się od syna Reginy — Karola — o spisanych wspomnieniach jego mamy. Stało się to za sprawą jej córki Krystyny. Regina: „W 1995 roku zmarł mój mąż Stefan i od tego czasu mieszkam z córką Krystyną i jej rodziną. Jestem osobą bardzo schorowaną i wymagam stałej opieki innych osób. Te wspomnienia powstały na prośbę mojej córki, która chciała, by stały się one formą terapii i pozwoliły mi zająć myśli czymś innym niż roztkliwianiem się nad stanem swojego zdrowia. Pisanie to na pewno pomogło mi chociaż przez jakiś czas zapomnieć o moich dolegliwościach i wrócić myślami do tych osób i wydarzeń, które minęły i pozostały tylko w mojej pamięci”. W tych wspomnieniach cioci znalazłem wiele ciekawych dla mnie fragmentów. Tak więc nie pozostaną one głęboko w zamkniętej szufladzie, warto je przywołać. A jedna z opowiedzianych przez nią historii wręcz zdumiewa. Czegoś takiego, co stało się w czasie jednej z najcięższych syberyjskich zim, nikt nigdy by nie wymyślił.

Trzecim z rodzeństwa był Janek. Różnił się od swoich sióstr, był wycofany i nieskory do wywnętrzania. Odszedł tragicznie, przedwcześnie. W jego wypadku najtrudniej było wyciągnąć cokolwiek z odległych syberyjskich wspomnień, ale była jeszcze jego żona Maria, która mogła zapamiętać coś ze skrawków ujawnianych przez niego za życia. I przede wszystkim była ich najstarsza córka Wanda, która przekazała mi to wszystko, co utrwaliło się w jej pamięci. Jej również zawdzięczam dotarcie do ciekawych wspomnień Stanisława Pasynkiewicza. To profesor pracujący na uczelni, na której robiła ona karierę naukową, także Sybirak. Wracając do Wandy, to można bez przesady stwierdzić, że jej ambicja i predyspozycje zaprowadziły ją ze wszystkich Zagórskich najdalej. Uzyskała na wydziale chemii tytuł profesora doktora habilitowanego. Jej sukcesy dotarły daleko poza nasz kraj. Moja mama była dumna z tego rodzinnego sukcesu.

Chciałbym wspomnieć jeszcze o dwóch szczególnych momentach zaistniałych w fazie zbierania przeze mnie materiałów do książki. Pierwszym było natknięcie się w jednym z numerów „Sybiraka” (wrzesień 2005) na relację z obrony pracy magisterskiej pani Ewy Horby „Przeżycie wywózki na Sybir w czasie II wojny światowej. Doświadczenia tych, którzy przeżyli, bądź nie, pobyt w krainie, gdzie nie było nadziei”. Podobnie jak było u mnie, przodkowie pani Ewy byli Sybirakami, stąd narodziła się powinność upamiętnienia tamtego czasu i tamtych niezawinionych cierpień. „Od najmłodszych lat — pisała — opowieści dziadka, który wrócił z wieloletniej tułaczki, wypełniały moją wyobraźnię. Jako dziecko byłam zaznajomiona z historią przeżyć swej rodziny skazanej na tak okrutny los”.

Po dwudziestu prawie latach udało mi się nawiązać kontakt z panią Ewą. Dzięki niej zyskałem dostęp do kilku interesujących informacji, które w książce wykorzystałem. Przede wszystkim jednak skierowała moją uwagę na szczególny dokument, dziennik pisany był przez szesnastoletnią Annę Niwińską. Pamiętnik jest niezwykły, pokazuje jej dziecięcą wrażliwość, ale też umiejętność trzeźwej oceny i refleksji. I na długo pozostaje w pamięci.

Przyznam, że drugi ze wspomnianych momentów był dla mnie kompletnym zaskoczeniem. W czasie pobytu na Syberii mama, jako najmłodsza z rodzeństwa, dostała możliwość przeniesienia się do polskiej ochronki (mama używała takiej nazwy) w miejscowości Bolszaja Jerba. Po śmieci mamy wydawało mi się, że ta nazwa zostanie już tylko w pamięci niewielu takich jak ja potomków Polaków, którzy tam trafili. Tymczasem już w końcowej fazie zbierania materiałów do książki, bez przekonania, postanowiłem wpisać nazwę: Bolszaja Jerba w internetową wyszukiwarkę. Ze zdumieniem trafiłem na kilka artykułów o Polskim Domu Dziecka w Bolszoj Jerbie. Na początku nie byłem pewien, czy to aby na pewno chodzi o tę „moją” Bolszoją Jerbę. Kiedy jednak ujrzałem jedno ze zdjęć (miała je też mama), już nie miałem wątpliwości. Okazało się, że teksty i zamieszczone w sieci ilustracje pochodziły z książki pod tytułem: „Polski Dom Dziecka w Bolszoj Jerbie”. Siłą rzeczy tę pozycję od razu włączyłem do bibliografii. Książka została wydana przez Muzeum Sybiru w Białymstoku w roku 2020, a autorką była pani Katarzyna Śliwowska. Celem popularyzacji książka była dwujęzyczna, pisana równolegle po polsku i angielsku. Wydano ją bardzo starannie i wielka szkoda, że nie mogła już jej zobaczyć mama, która widniała tam na trzech ilustracjach (jednej z nich nie znałem). Pojawienie się tej pozycji i moje do niej dotarcie było ukoronowaniem pierwszej fazy pracy nad książką.

Kiedy już postanowiłem, że powstanie książka, wiedziałem, że będzie to przede wszystkim książka o ludziach, o ich zagmatwanych losach. Oczywiście nie byłoby jej, gdyby nie historia mojej mamy i jej rodziny zesłanej na Syberię. Ale to był zaledwie punkt wyjścia. Poznałem cała masę opowieści rodaków o pobycie na nieludzkiej ziemi, bo tak często była ona nazywana. Są one z pozoru do siebie podobne, ale też każda jest inna, filtrowana przez indywidualną wrażliwość, umiejętność obserwacji i zdolność puentowania. Najciekawsze bowiem były opisy tych osób, które dodatkowo próbowały dokonać szerszej oceny sowieckiej rzeczywistości. Zawsze powtarzam, że czarno-białe są tylko stare filmy. Rzeczywistość natomiast nigdy nie jest zerojedynkowa. Wśród ludzi sowieckich byli oczywiście zdeklarowani aparatczycy, zainfekowani tamtejszą propagandą, niezdolni do refleksji i empatii. Wśród służb NKWD czy kołchozowych władz rzadko można było spotkać choćby cień współczucia i życzliwości wobec tysięcy przesiedlanych. Inaczej było ze zwykłymi ludźmi, którzy po bliższym poznaniu przybyszy z Zachodu zmieniali swoje pierwotne wrogie nastawienie. Mam zawsze mówiła „ludzie tam byli dobrzy” i o tym w trakcie lektury książki niejednokrotnie będziemy się mogli przekonać.

Opisywana przez zesłańców rzeczywistość w skrajnych przypadkach nie była odległa od tego, czego doświadczyli ludzie w obozach koncentracyjnych, czy też w oblężonym Leningradzie. Chodzi o powszechny głód na granicy fizycznej możliwości przetrwania i skrajne wycieńczenie organizmu prowadzące w efekcie do śmierci nie tylko z powodu głodu, ale i chorób, które normalnie nie byłyby dla organizmu ludzkiego groźne. Dziesiątki tysięcy ludzi nie wróciło z piekielnego zesłania i tu znowu nie było winnych. Przecież „kto nie pracuje, ten nie je” — brzmiało bezduszne, wciąż powtarzane niczym mantra hasło, nie uwzględniające starych, chorych i dzieci. Dla takich bezbronnych przewidziane normy żywieniowe były zbyt małe. Opieka zdrowotna znajdowała się w stanie opłakanym, nawet jeśli udało się chorym dotrzeć do lekarza, to niejednokrotnie okazywało się, że na diagnozie się kończyło, bo nie było lekarstw, nie tylko tych potrzebnych, ale w ogóle żadnych.

Przy całym dramatyzmie życia Polaków na Syberii, nie tylko biernie „płynęli” oni przez sowiecką rzeczywistość. Byli bacznymi obserwatorami i notowali w pamięci obrazy, które później, przeniesione na papier, ukazywały Sowiecką Rosję w pełni barw. Był to obraz ponury, zdumiewający, pełen absurdów. I mimo że było strasznie, to bywało też śmiesznie. Będziemy się o tym mogli przekonać wielokrotnie. Poczucie humoru, które mimo przeciwności dopisywało zesłańcom, było błogosławieństwem, dawało siłę i pozwalało złapać chwile oddechu. Oznaczało, że wciąż jest się gotowym do walki o jutro. W poddaniu, w beznadziei i smutku trudno wykrzesać siły. Wszystko może być już wtedy stracone.

Moją podróż w przeszłość rozpocznę od okresu międzywojennego, z mocno wyeksponowanym wątkiem rodzinnym. W kolejnych rozdziałach skupię się na właściwej opowieści. Prowadzić będę czytelnika tak, by poznał wszelkie aspekty życia na tej niechcianej poniewierce. Postaram się jednak nie ingerować zbytnio w przytaczane opowieści, jak najwięcej będę cytował. Przemówią świadkowie, zobaczymy ich emocje, ból, smutek i rzadkie chwile radości. Zbierając materiały do książki, liczyłem na to, że dotrę do informacji, które poszerzą stereotypowy obraz zesłań. Miałem też nadzieję na odkrycie niezwykłych historii, wszak „życie pisze najlepsze scenariusze”. Nie zawiodłem się i mam nadzieję, że z czytelnikami będzie podobnie.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij