-
nowość
-
promocja
Uśmiech fortuny - ebook
Uśmiech fortuny - ebook
Najbardziej (nie)zwyczajna czwórka przyjaciół na tropie zaginionego drużby, tajemniczego kodu i milionów Bitcoinów.
Seria cosy crime, która stała się czytelniczym fenomenem i doczekała ekranizacji na Netflixie.
Kto ma czas myśleć o morderstwie, kiedy trzeba zaplanować ślub?
To spokojny rok dla Czwartkowego Klubu Zbrodni. Joyce jest zajęta planowaniem przyjęcia weselnego córki, Elizabeth przeżywa żałobę, Ron zmaga się z problemami rodzinnymi, a Ibrahim nadal prowadzi terapię swojej ulubionej przestępczyni.
Bieg wydarzeń zmienia wesele. Elizabeth spotyka tam człowieka, który ma poważne kłopoty. Od tej chwili porwanie i śmierć podążają tuż za nimi. Złoczyńca chce uzyskać dostęp do kodu, którego nie da się złamać, i nie cofnie się przed niczym, by go zdobyć. Czwartkowy Klub zbrodni znów wkracza do akcji. Czy tym razem uda się rozwiązać zagadkę tajemniczego kodu i morderstwa, zanim będzie za późno?
Poznaj serię kryminałów Richarda Osmana(„Czwartkowy Klub Zbrodni”, „Człowiek, który umarł dwa razy”, „Kula, która chybiła”, „Ostatni gasi światło”, „Uśmiech fortuny”),która sprzedała się w wielomilionowym nakładzie, stała się czytelniczym fenomenem i doczekała ekranizacji Netflixa z gwiazdorską obsadą. Niepowtarzalny humor, wysublimowane kryminalne zagadki i bohaterowie – ekscentryczni seniorzy oraz ich kompani – których losy są tak samo wciągające jak szukanie odpowiedzi na pytanie, kto zabił.
„Zabawna, błyskotliwa, wciągająca”. Harlan Coben
„Sprawiająca prawdziwą przyjemność: ujmująca, dowcipna, czuła”. The Guardian
„Ekscytująca, poruszająca i przezabawna”. Mark Billingham
„Pełna uroku, mądrości i inteligencji, które są znakami rozpoznawczymi Osmana”. Lee Child
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8380-500-9 |
| Rozmiar pliku: | 873 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
*
1
Czwartek
2
3
4
5
6
7
Piątek
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
Sobota
22
23
24
25
26
27
28
29
Niedziela
30
31
32
33
34
Poniedziałek
35
36
37
38
39
40
41
Wtorek
42
43
44
45
46
47
48
49
50
51
52
Środa
53
54
55
56
57
58
Następny czwartek
59
60
61
62
63
64
65
66
67
68
69
70
Kolejne sześć tygodni i cztery dni
71
72
73
74
75
76
Podziękowania
PrzypisyMattowi i Anissie
W internecie można znaleźć instrukcje, jak zrobić bombę. Jeżeli się wie, gdzie szukać.
Co i od kogo kupić. Jak złożyć wszystko w całość. Są nawet filmiki. Mężczyźni w kominiarkach ze śrubokrętami. Lutowanie drucików na warsztatach w garażach z pustaków.
Autorzy w zasadzie pomijają kwestię ryzyka. Ale ono jest przecież dość oczywiste. Nikomu chyba nie muszą tłumaczyć, że z materiałami wybuchowymi należy postępować ostrożnie. Naprawdę trzeba dodawać: „Nie próbuj tego w domu”?
Są tam instrukcje, jak zbudować duże bomby, małe bomby, bomby z gwoździami, bomby chemiczne, jakie tylko przyjdą nam do głowy.
W tej sytuacji właściwym wyborem była bomba mała lub średnia. Wystarczająco stabilna podczas przenoszenia, dość potężna, by zabić.
Ostatecznie okazało się, że najlepiej będzie skorzystać z usług jednej z firm internetowych, która wykona za nas całą pracę. Zbuduje bombę dokładnie wedle życzenia, potem ją dostarczy, a w razie potrzeby pomoże umieścić we wskazanym miejscu. Wybrana firma ma bardzo dobre opinie. Gwarantuje nawet zwrot pieniędzy, jeżeli bomba nie wybuchnie. Nazywa się „Wielkie Bum”.
Usługa nie jest tania, ale trzeba doliczyć wiedzę fachową, koszty konstrukcji i dostawy, a przede wszystkim – to wychodzi najdrożej – zachowanie całej sprawy w tajemnicy. Jeżeli chcecie wiedzieć, cena ludzkiego życia to około dwudziestu siedmiu tysięcy funtów. Za to bez podatku VAT. Z oczywistych względów.
Ale nie warto oszczędzać. Kiedy bomba w końcu wybuchnie, pieniądze przestaną być problemem.
Oczywiście nie chodzi jedynie o pieniądze. Pod pewnymi względami nawet wręcz przeciwnie.
No dobrze, nie traćmy czasu.
Zegar tyka, zresztą nie tylko on.
1
Joyce
Wiem, że już dawno nie pisałam. Bardzo przepraszam.
Pewnie byliście ciekawi, co się ze mną działo? Może uciekłam na wyspy Bahama z treserem psów policyjnych? Przyśniło mi się to zeszłej nocy. Ale obudziłam się, bo Alan zaczął szczekać na wiewiórkę, którą zobaczył przez okno.
Po prostu byłam tak zajęta organizacją wesela, że nie miałam nawet czasu podrapać się w głowę. Straszny młyn.
Ustalenia w kwiaciarni, zamawianie tortu – jakim cudem ciasto może być tak drogie? Przecież to tylko jajka, cukier i trochę margaryny. Wiem, jeszcze dekoracje, ale bez przesady. Potem sukienka, z tym akurat była zabawa, piłyśmy koktajle. Poszłam nawet do salonu manicure – zerkałam wcześniej na takie miejsca, ale jakoś nie miałam śmiałości wejść. Było bardzo miło, więc może znów się wybiorę, jeżeli ktoś ze znajomych pójdzie do ołtarza.
Jutro wielki dzień. Ślub w czwartek? Wiem. Co my mamy z tymi czwartkami?
No ale przecież nie codziennie twoja jedyna córka wychodzi za mąż. Na naszym osiedlu niektórzy mają już wnuki, które biorą śluby, ale nie Joanna, ona się nie spieszyła i chyba dobrze na tym wyszła. Chociaż przez tyle lat mówiłam co innego. Aż trudno uwierzyć, że rok temu o tej porze była jeszcze z prezesem klubu piłkarskiego!
A potem pojawił się Paul.
Poznali się przez internet. Ludzie – to znaczy Ron – często mi mówią, że powinnam umawiać się na randki online, ale martwię się, że wszystkich będzie interesował tylko numer mojej karty kredytowej. Ibrahim przestrzegał, żebym nigdy nie zdradzała ludziom w parku, jak się nazywa mój pies, bo mogą to wykorzystać do kradzieży hasła. Powiedziałam, że nie użyłam jego imienia w żadnym haśle, ale nalegał. Więc gdy ktoś teraz pyta, jak się nazywa mój pies, mówię, że Joyce. A gdy potem chce wiedzieć, jak ja mam na imię, grzecznie się żegnam i odchodzę.
Napisałam wam już o kwiaciarni, torcie, sukience i tak dalej, ale nie wspomniałam, że o każdą z tych rzeczy i o wiele innych udało nam się już z Joanną pokłócić. Na przykład podczas ślubu nie będzie żadnych hymnów, tylko piosenki Backstreet Boys. Doszło nawet do tego, że oświadczyłam: „Jak nie chcesz, żebym ci pomagała, to po prostu powiedz”, na co ona odparła: „Mamo, nie chcę twojej pomocy”. Wtedy się rozpłakałam, a po mnie rozpłakała się Joanna i zapewniła, że oczywiście chce mojej pomocy, ja za to przyznałam, że się wtrącam. Biedny Ibrahim, który wszedł w sam środek całej awantury, powoli wycofał się z pokoju. Jak już wspominałam, nie jest głupi, no chyba że chodzi o psy albo hasła.
Mamy z Joanną odmienne poglądy na temat ślubów, ale to było do przewidzenia. Skoro nie zgadzamy się w sprawie glutenu, podobnie będzie w kwestii większości rzeczy. Ja (przez całe moje długie i szczęśliwe życie) robię wszystko po swojemu, a Joanna po swojemu. „Po londyńsku”, jak mawia Ron.
Do naszej pierwszej kłótni doszło jakieś czterdzieści pięć sekund po tym, gdy Joanna i Paul zawiadomili mnie, że się pobierają. Byłam zachwycona. Co prawda znali się od niedawna, a na Netflixie, wiadomo, pokazują różne historie, ale i tak nie posiadałam się ze szczęścia. Paul jest uroczy i zupełnie nie przypomina mężczyzn, z którymi wcześniej umawiała się Joanna. Zwykle byli milionerami albo Amerykanami. Nie żebym miała coś przeciwko milionerom albo Amerykanom, wręcz przeciwnie, weźmy na przykład George’a Clooneya, jednak rozmaitość to sól życia, a Paul jest profesorem na uniwersytecie (tylko Middlesex, ale zawsze). To jednak stała posada, a z prezesami klubów piłkarskich lub milionerami różnie bywa.
Ale wróćmy do pierwszej kłótni.
Uściskałam najpierw Joannę, potem Paula i zapytałam, czy planują duży ślub, a ona odparła, że skąd, absolutnie, będzie mały i kameralny, na co rzuciłam, nie pamiętam dokładnie, chyba: „Jaka szkoda, ale trudno”, w każdym razie coś neutralnego. „Jak to szkoda?”, zapytała Joanna bardzo uprzejmym tonem, bo był z nami Paul, ale już wiedziałam, co się święci, więc aby rozładować atmosferę, dodałam: „To nieważne, po prostu pomyślałam sobie, że jako starsza panna młoda masz masę przyjaciół, którzy chętnie przyszliby na ślub”. „Starsza panna młoda?” powtórzyła Joanna wciąż bardzo spokojnie, a ja pomyślałam: Joyce, jak zwykle musiałaś coś palnąć, i sprostowałam: „Nie, nie starsza, po prostu kobiety w twoim wieku często biorą już drugi ślub po rozwodzie”. Jednak znów nie trafiłam. Paul coś napomknął, ale nie słuchałyśmy go, bo nasz spór wszedł właśnie w delikatną fazę. Joanna uśmiechnęła się (nie oczami, więc od razu wiedziałam) i oznajmiła, że chce mieć kameralną uroczystość, a to przecież jej ślub, więc tak właśnie będzie. Rozumiałam ją, ale znacie mnie, zdążyłam już wyobrazić sobie masę druhen, przystojnych młodzieńców z obsługi, mnóstwo kwiatów i tańce. Jak w Bridgertonach. Jeśli oglądaliście ten serial, wiecie, o co mi chodzi. Wyobraziłam sobie tłum szczęśliwych przyjaciół, którzy ocierają łzy radości i komplementują mój kapelusz. Elizabeth, Rona i Ibrahima. Siedziałabym w pierwszym rzędzie, a oni tuż za mną. Nachylaliby się do mnie i mówili, że pięknie wyglądam. Myśląc o tym wszystkim, powiedziałam: „Ty wiesz najlepiej. Jak zawsze, prawda?”. A wtedy Joanna poprosiła Paula, żeby poszedł do kuchni i zrobił nam herbaty.
Teraz, gdy o tym piszę, zdaję sobie sprawę, że mogłam zachować się inaczej.
Joanna podeszła do mnie i oświadczyła, że nie zamierza tracić panowania nad sobą, bo Paul nigdy jej w takim stanie nie widział, a woli odczekać półtora roku od ślubu, zanim mąż dowie się, do czego jest zdolna (choć nie był to właściwy moment, chciałam jej wtedy przyznać rację. Kiedy Gerry po raz pierwszy zobaczył, jak dostaję białej gorączki, mieszkaliśmy już w czteropokojowym domku w Haywards Heath i byłam w ciąży, więc czas na wątpliwości minął). Potem Joanna oznajmiła, że planuje niewielką uroczystość, bez zamieszania, za to pełną miłości, ja zaś powiedziałam, choć nie powinnam się w ogóle odzywać, że duże wesele nie oznacza zamieszania i może to jeszcze przemyśli, na co wszedł Paul i zapytał, gdzie jest mleko, a my, nie odrywając od siebie wzroku, odpowiedziałyśmy jednocześnie: „W lodówce”.
Właściwie to wiedziałam, że Joanna ma rację. Ale cieszyłam się na ten ślub i tyle razy go sobie wyobrażałam. Dlatego zachowałam się mało rozsądnie. Teraz to widzę, ale wtedy jakoś nie potrafiłam inaczej. Kiedy wychodziłam za Gerry’ego, nie stać nas było na urządzenie hucznego wesela. Mieliśmy cudowny, ale skromny ślub. Byli tylko nasi rodzice, sąsiedzi spod siedemnastki (ci spod trzynastki nie przyszli przez incydent z sekatorem), kolega Gerry’ego z pracy jako drużba, kilka moich koleżanek pielęgniarek i dwie kuzynki, które i tak by przyszły, nawet bez zaproszenia. Po wszystkim zjedliśmy kanapki w pubie (w zarezerwowanej sali) i następnego dnia oboje poszliśmy do pracy.
W każdym razie opowiedziałam to wszystko Joannie. I tak już miałam przechlapane, więc pomyślałam, że może trochę się zrehabilituję, jeśli wspomnę o Gerrym. Wtedy ona przytuliła mnie i powiedziała: „Ciągle sobie wyobrażam, jak tato prowadzi mnie do ślubu”, a ja, no cóż, nie musiałam sobie niczego wyobrażać, bo widziałam to w myślach tyle razy, że stało się dla mnie zupełnie realne, więc też ją przytuliłam i zrozumiałam, że w życiu nie zawsze jest tak jak w Bridgertonach.
I gdy tak płakałyśmy z Joanną, wspominając tatę i męża, wszedł Paul z dwiema herbatami i powiedział: „Cukru też nie mogłem znaleźć, ale bałem się zapytać”, czyli dokładnie to samo, co powiedziałby w takiej sytuacji Gerry, a ja zrozumiałam, że nie obchodzi mnie liczba gości na ślubie, tylko moja piękna córka i ten uroczy mężczyzna. Ale niezależnie od tego, ilu ich będzie, i tak kupię sobie nowy kapelusz.
Paul podał nam herbatę i chusteczki, powiedziałam Joannie, że ją kocham, a ona zapewniła mnie o tym samym. Potem Paul zapytał: „A tak na przyszłość gdzie jest cukier?”. Gdy wyjaśniłam, że w szafce nad mikrofalówką, Joanna spytała, czy w mikrofalówce nie ma przypadkiem żadnych klejnotów, kokainy albo broni. Zaprzeczyłam, bo pod tym względem mieliśmy spokojny rok.
Oczywiście Elizabeth, Ron, Ibrahim i ja nadal spotykamy się w każdy czwartek i codziennie się odwiedzamy (Elizabeth potrzebuje jeszcze trochę czasu, więc z nią widujemy się rzadziej), ale ostatnio nie wpakowaliśmy się w żadne poważne kłopoty.
Powiedziałam Joannie, że Elizabeth, Ron i Ibrahim bardzo ucieszą się z jej ślubu i zrozumieją, że skoro ma być skromny, to ich nie zaprosi, ale odparła, że oczywiście są zaproszeni. „Nie przesadzaj”, dodałam. „Jak skromny, to skromny, na pewno są osoby, które chcesz zaprosić w pierwszej kolejności”. Wtedy Joanna zapytała: „Mamo, ile osób miałaś na myśli, mówiąc o dużym ślubie?”, a gdy odparłam, że około dwustu, bo tak to sobie wyobrażałam, tylko się roześmiała. Powiedziała, że jej przyjaciółka Jessica (Jacinta? Jemima?) zaprosiła na swoje wesele w Maroku osiemset osób.
Zapytałam więc, ile osób to dla niej kameralny ślub, a ona odparła, że około dwustu.
I na tym stanęło. Joanna będzie miała skromny ślub, jak zawsze chciała, a ja wielki, taki, jaki sobie wymarzyłam. Czasem warto różnić się od własnych dzieci.
Później zapytałam, czy Bogdan z Donną też mogą przyjść, no i co z Chrisem i Patrice, a Joanna odparła, żebym się nie rozpędzała, że mogą przyjść później na wesele, które zaplanowali na jakieś czterysta osób. No, naprawdę skromnie, Joanno.
W każdym razie moja sukienka na jutro leży wyprasowana w gościnnym pokoju na łóżku. Co chwilę tam chodzę i ją oglądam. Nowy kapelusz czeka w pudle. Mark z Robertsbridge Taxi załatwił minibusa i zawiezie nas wszystkich na miejsce ceremonii. Nie będzie to kościół, jak sobie wymarzyłam, tylko uroczy dom na wsi w hrabstwie Sussex. Jest dużo piękniejszy od kościoła, więc nie zawsze warto upierać się przy swoich marzeniach. A czasem warto pozwolić innym zrealizować własne.
Kiedy napiszę do was następnym razem, będę już teściową. Poza tym tata Paula, Archie, jest wdowcem, ma osiemdziesiąt parę lat, nosi wąsy i wygląda jak ktoś, kto potrzebuje opieki. Widziałam na planie rozmieszczenia gości, że mam siedzieć obok niego przy głównym stole.
A choć ostatnio żyliśmy bez kłopotów, brakowało nam miłości.
Wypijmy więc za jutro, za miłość i za brak kłopotów.