-
nowość
-
promocja
Utkana z magii - ebook
Utkana z magii - ebook
Nie wszystkie bohaterki pragną zbawić świat. Niektóre chcą nim rządzić.
W Balmoore każda jedwabna wiedźma – kobieta o magicznych włosach – musi poślubić potężnego Tkacza przed swoimi dwudziestymi pierwszymi urodzinami, inaczej czeka ją życie w klasztorze. Lovett Tamerlane, posiadająca rzadki dar otwierania każdego zamka, ukrywa tożsamość i zarabia jako szpieżka oraz złodziejka. Wszystko zmienia się w momencie, gdy zostaje przyłapana przez Eliota Leara i wciągnięta w Próżnalia – turniej, w którym dziesięć jedwabnych wiedźm rywalizuje o rękę Noégo Alaire’a – syna króla Tkaczy.
Podczas niebezpiecznych prób Lovett odkrywa mroczne sekrety dworu: Tkacze kradną magiczną moc kobiet, poprzednia uczestniczka turnieju ginie w tajemniczych okolicznościach, a rodzina Alaire’ów kryje więcej zbrodni, niż ktokolwiek przypuszczał. Między Lovett a Eliotem rodzi się napięcie, które zderza się z polityką, intrygą i próbą przetrwania. Lovett staje przed wyborem: miłość czy władza, wolność czy zemsta. Jaką decyzję podejmie w obliczu zagrożenia?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Dla młodzieży |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8417-797-6 |
| Rozmiar pliku: | 1,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
– Arnaud Moreau z rodu Tkaczy Moreau
Z._yczę mu tylko wielkiej miłości, jako że żadna inna broń nie zada tak godziwej agonii._
– nieznany balmoorski generał o swoim wrogu1
Początkowo moją uwagę przykuł jego zegarek kieszonkowy. W Balmoore było wielu przystojnych mężczyzn, a najwięcej skupiło się wokół stolicy naszego państwa, smaganej przez morze wyspy d’Eylau. Ale to z rozpoznawania bogaczy uczyniłam swój sposób na życie.
Łańcuszek zdawał się subtelny: cienki, jego ogniwa miały delikatny kolor różowego złota, a końcówka z zegarkiem znikała w kieszeni kamizelki. To nie był jedyny taki gadżet w podwieczorkowym tłumie zapełniającym połyskujące złotem wnętrze Dyplomata, kosmopolitycznego nadmorskiego hotelu, w którym aktualnie przebywałam; nie był nawet jedynym przy barze. Z mojego miejsca, gdzie sączyłam kawę z porcelanowej filiżanki przy akompaniamencie popołudniowego deszczu, widziałam jeszcze dwa podobne zegarki. Jeden, srebrny i gruby jak mój palec wskazujący, błyszczał na torsie mężczyzny w muszce, który wpatrywał się wygłodniale w kobietę siedzącą kilka stołków dalej, a drugi przemykał między palcami młodszego dżentelmena, z którym owa kobieta prowadziła rozmowę. Oba wyglądały na drogie.
A jednak mój wzrok spoczął na każdym z nich tylko przez chwilę, zanim nie powrócił do tego mniej wyszukanego – pierwszego, którego zobaczyłam tego wieczoru. Właściciel zegarka siedział pochylony przy barze, twarz miał skrytą w cieniu melonika opuszczonego nisko do linii oczu, choć przecież znajdowaliśmy się w pomieszczeniu. Miał na sobie dopasowany frak i spodnie w kolorze lśniącego hebanu, a to, jak siedział – zgarbiony, jakby jego mięśnie były cieczą – wskazywało, że prawdopodobnie jest młody. Wnosząc po tym, że wszystkie przechodzące obok niego damy zatrzymywały się na moment bez żadnego wyjaśnienia, jakby brzeg ich sukni zaczepił się o niewidzialny gwóźdź, założyłam też, że jest przystojny.
Żaden z tych aspektów – jego przypuszczalna atrakcyjność, fakt, że miał na sobie najmodniejsze odzienie – nie był specjalnie wyjątkowy. Dyplomat był miejscem, w którym gromadzili się bogaci ludzie z wyższych sfer w mieście opanowanym przez bogatych ludzi z wyższych sfer; nawet o tej względnie wczesnej godzinie wszyscy w tym holu przybyli tu, by podziwiać i być podziwianymi. Moją uwagę w przypadku tego konkretnego gościa przykuło to, że kiedy inni mężczyźni poruszali się na swoich miejscach, ich zegarki błyszczały dość nijako, odbijały mizerną burzową jasność z zewnątrz, która wlewała się do wnętrza okazałego pomieszczenia niczym mętne piwo, ale kiedy to właściciel zegarka z różowego złota się poruszał, jego łańcuszek… płonął.
Był tkany – nie istniało inne wyjaśnienie tego, jak metalowe ogniwa ociekały gwiezdnym blaskiem, gdy dotykało ich światło, jakby pod ich wypolerowaną powierzchnią krył się stopiony biały rdzeń. Choć nie mogłam dostrzec źródła tego żaru, byłam niemalże pewna, że gdyby otworzyć okrągłą kopertę zegarka, znalazłoby się pojedynczą lśniącą nitkę powabu utrwalonego wewnątrz niby skamielina.
Tak po prawdzie ta nazwa jest trochę myląca. W przeciwieństwie do tego, co myślałam, kiedy się o nich dowiedziałam, tkane przedmioty nie wzięły swojej nazwy od materiału, z którego zostały wykonane – mogą być wytworzone z metalu lub tkaniny albo czegokolwiek pomiędzy – ale raczej od nadającego im moc powabu uprzędzonego z włosów jednej z szanowanych jedwabnych wiedźm z Balmoore, które to włosy zawierały ułamek magii przepełniającej ciała dziewczyn takich jak ja. Gdybym wcześniej rano nie umyła pieczołowicie własnych włosów moją szkodliwą miksturą z gotowanej kory drzewa orzechowego, liści figowych i wina, moje fale błyszczałyby w ten sam sposób – choć zdecydowanie słabiej. Byłby to blask sygnalizujący błogosławieństwo siostrzanych bogiń, Zawiści.
Prawdopodobnie nić powabu w tym malutkim zegarku zaczarowała go tak, by jego wskazówki nigdy nie tykały zbyt głośno, by nigdy nie wypadły z rytmu i nigdy się nie zatrzymały. Zresztą nie interesowały mnie szczegóły techniczne.
Interesował mnie właściciel tego zegarka.
Jak wiedział każdy mieszkaniec Balmoore, istniało tylko kilka sposobów na zdobycie tkanego przedmiotu. Jeśli miało się taką możliwość, można było go zakupić lub nawet zlecić jego wykonanie – ale choć jako źródło magii powab był niesamowicie potężny, bo jedna nić zapewniała wieczny czar, wytworzenie go wymagało sporo wysiłku i zasobów. Niewiele osób potrafiło to zrobić, a jeszcze mniej było na to stać.
Bardziej prawdopodobne, że właściciel takiego przedmiotu był sam w sobie Tkaczem – potomkiem jednej z męskiej linii magów, których korzenie sięgały dalej niż początki naszej nacji. Każda tkacka rodzina miała swoich rzemieślników, którzy kręcili kołowrotki dniem i nocą, przemieniając wypadnięte włosy jedwabnych wiedźm w wytwarzane na zamówienie ozdóbki, takie jak zaczarowane zegarki kieszonkowe. Jeśli tak było w tym przypadku, to gadżet, na który patrzyłam, nie był raczej jedynym skarbem w kolekcji mojego celu; gdzieś przy sobie musiał mieć także pieczęć, magiczny relikt zwykle w formie pierścienia stworzonego z pierwszego włosa otrzymanego od jedwabnej wiedźmy, z którą złączył się w małżeństwie. Ale obserwowałam bacznie młodzieńca, odkąd usiadł, i jeszcze nie widziałam błysku ostentacyjnej obrączki na jego palcu. Na fraku również nie było widać charakterystycznego insygnium kołowrotka, które każdy Tkacz nosił z dumą, by się wyróżnić.
Dlatego pozostawało jedno wyjaśnienie: jeśli ten chłopak nie był mężem jedwabnej wiedźmy – a sam nie był Tkaczem – musiało to oznaczać, że był inną, równie nieuchwytną i rzadką istotą.
Niesamowicie bogatym kawalerem.
Zdobycz idealna.
Spojrzałam na zegar nad barem. Wskazywał za piętnaście czwartą, a więc miałam dokładnie piętnaście minut, zanim będę musiała pokonać piętra Dyplomata i dostać się do pokoju dwadzieścia trzy, gdzie czekał na mnie lokaj pani Catherine Pierce – mężczyzna o surowej twarzy i imieniu Guillaume. To niewiele czasu, ale jeśli będę skuteczna, wystarczy.
Odsunęłam na bok filiżankę kawy, wsunęłam na nadgarstek wyszywaną torebeczkę i wstałam z krzesła. Prawie dotarłam już do stołka obok tego, który zajmował właściciel zegarka, kiedy ten wstał, obracając się w pośpiechu, i wpadł wprost na mnie.
– O boginie… Bardzo przepraszam panienkę.
Dwie dłonie na mojej talii, przytrzymujące mnie, kiedy mnie odrzuciło, i prędko wycofane. Podniosłam wzrok z podłogi, na którą padł wcześniej w zlęknionym oczekiwaniu na zderzenie z nią, i zobaczyłam solidną pierś w wykrochmalonej koszuli. Moje oczy powędrowały wyżej, rejestrując podwinięty kołnierzyk przewiązany szafirowym jedwabnym fularem, aż wreszcie dotarły do jego twarzy.
Melonik mojego celu przechylił się do tyłu przez nasze zderzenie, w pełni ukazując mężczyznę pod nim. A raczej chłopca – z bliska wydawał się jeszcze młodszy, niż zakładałam, oscylował gdzieś na granicy dojrzewania i dorosłości, w pobliżu moich osiemnastu lat. Jednak pozorne braki w wieku nadrabiał wzrostem. Sama nie mierzyłam mało, ale jego postura była tak okazała, że musiałam aż zadrzeć podbródek, by w pełni go zobaczyć, co od razu mi się nie podobało, bo czułam się przez to bezbronna jak jakaś mrugająca tępo łania, która wpatruje się w swojego łowcę. Skóra młodzieńca miała jasny, ziemisty odcień, w oczach osób znających się na modzie zapewne „płowy”, i lśniła różowo, co świadczyło o zdrowiu i odporności, o długich spacerach przez omiatane wiatrem wrzosowiska i o niewyczerpanej energii. Pod melonikiem blond kosmyki oscylowały na granicy loczków i fal, przygniecione ciężarem kapelusza. Młodzieniec patrzył na mnie jak gdyby zmartwiony; jego oczy były ciekawe, piwno-zielone z nitkami złota niczym świeżo opadłe liście.
Był bezsprzecznie, bez wątpienia, wyraźnie przystojny i aż się zdziwiłam, kiedy na policzkach poczułam rozlewający się rumieniec – cień uderzenia gorąca. Pospiesznie przywołałam się do porządku. Nie byłam niepewna siebie, ale samo to nie wystarczy – wcześniejsze doświadczenia nauczyły mnie, że w takich sytuacjach najlepiej jest mieć widoczną przewagę w aparycji. W końcu przynęta była bardziej kusząca, gdy cel polowania musiał sięgnąć ku górze, by ją pochwycić. Żaden mężczyzna nie chciał tego, co pływało na jego poziomie.
Między brwiami chłopaka pojawiła się zmarszczka i przerażona zdałam sobie sprawę, że czekał na moją odpowiedź. Co on właśnie powiedział? Prędko przeczesałam pamięć: „Przepraszam”. Przeprosił za to, że na mnie wpadł. Na Trzy Siostry, chciałabym móc oderwać od niego wzrok – jego uroda była irytująca, dezorientująca, jak oślepiające letnie słońce w zenicie.
Zebrałam się w sobie, zmusiłam usta do delikatnego uśmiechu i zrobiłam krok do tyłu, by zwiększyć dystans między nami.
– Nie szkodzi, sir. To moja wina – oznajmiłam, uciekając wzrokiem do baru, gdzie zaniepokojony barman obserwował nas ze zmarszczonym czołem. Finezyjny zegar nad nim wskazywał teraz zaledwie osiem minut do czwartej. Musiałam się spieszyć, bo Guillaume nie tolerował spóźnień. Poza tym mój plan, który przy małym stoliku wydawał się taki solidny, teraz sprawiał wrażenie chybotliwego niczym stary drewniany most. Biorąc wdech, przekierowałam uwagę z powrotem na młodzieńca i rozważałam, jaki kolejny ruch wykonać…
Zamarłam, kiedy leniwie sięgnął, by poprawić fular, odchylając przy tym materiał i odsłaniając symbol wyszyty na kołnierzyku pod nim – teraz widoczny jak pająk pod kamieniem.
Złoty kołowrotek.
Przeszył mnie strach. W całym Balmoore była tylko jedna klasa mężczyzn, którzy nosili tę pieczęć. Tylko jedna grupa pracowała z pozłacanymi szpulami.
Czułam, jakbym przechylała się lekko, jak na jakiejś osi. Młodzieniec przede mną był Tkaczem – czarnoksiężnikiem kategorii, której starałam się unikać od ostatniego roku. A gdyby jeden z nich mnie zwęszył, wolałabym nie myśleć o konsekwencjach.
Klasztor. Wstrząsnęło mną na myśl o przypominających fortece instytucjach, gdzie wszystkie jedwabne wiedźmy wysyłano na wygnanie, jeśli nie udało im się znaleźć męża do dwudziestego pierwszego roku życia. Od wschodniej strony wyspy było widać te przysadziste kamienne konstrukcje wczepione w klify Balmoore, z linii brzegowej wyglądające jak rząd ponurych twarzy. Szczegóły tego, co wydarzyło się za tymi mętnymi oknami, są w większości nieznane, co bardzo sprzyjało plotkom. Jednak pewne kwestie zawsze pozostawały spójne bez względu na wersję: rzędy kołowrotków ustawionych jak żołnierze w przygnębiającym mroku, obsługiwane przez zaledwie kilka lat starsze ode mnie dziewczyny z dłońmi zakrwawionymi i pokłutymi od godzin spędzonych na karmieniu szpul wiązkami ich włosów. Zważając na fakt, że motek z włosów jedwabnej wiedźmy wystarczał na jedną długość powabu, przędzenie zajmowało sporo czasu – nie żeby kobiety podejmujące się tej pracy miały jakikolwiek wybór. Dziewczyny takie tak ja miały tylko dwie ścieżki, którymi mogły podążyć: albo wychodziłyśmy za mąż i trafiałyśmy pod władzę męża – Tkacza, aż nasza magia nieuchronnie wygaśnie, albo kończyłyśmy w klasztorze..
W założeniu miało to być rozwiązanie tymczasowe. W przeciwieństwie do magii Tkacza, która dojrzewała wraz z nim i towarzyszyła mu do śmierci, błogosławieństwo jedwabnej wiedźmy było zaledwie chwilową iskrą, która zazwyczaj ujawniała się w wieku dojrzewania, a gasła mniej więcej dekadę później, gdy dziewczyna była dwudziestoparolatką, a jej dojrzałość przeganiała resztki młodości. Można by uznać z rezygnacją, że wyczerpanie daru było ulgą dla wiedźm w klasztorze – że kiedy ostatnie jego skrawki zostały zużyte, a włosy nie produkowały już powabu, ich izolacja dobiegała końca.
A jednak… w opowieściach o klasztorach stale powracał jeden szczegół, powtarzany tak często, że trudno było go zignorować. Jedwabna wiedźma, która przekraczała próg tego mrocznego miejsca, już nigdy go nie opuszczała.
Wróciłam do rzeczywistości, cały czas utrzymując uśmiech. Wymamrotałam kolejne przeprosiny pod adresem młodzieńca czekającego przede mną. Może jeśli odegram swoją rolę dostatecznie dobrze, wykonam swój plan, nie zdradzając niczym, kim tak naprawdę jestem. Mieszkałam na wyspie d’Eylau ponad rok i jeszcze nie zwróciłam uwagi żadnego z rodów Tkaczy. A ryzykować teraz z powodu drobnej kradzieży, która zapewni mi kilka monet…
Nie, w tym przypadku przerwanie misji było najrozsądniejsze.
Już dygałam, kiedy poczułam delikatne muśnięcie na łokciu.
– Poczeka pani… poczeka panienka chwilę. – Palce młodzieńca objęły moje ramię, zachęcając do wyprostowania się. Cholera. – Zauważyłem panienkę już wcześniej, jak piła panienka kawę – ciągnął, gdy niechętnie uniosłam ku niemu głowę. – Przez ostatnie dziesięć minut starałem się przywołać krztynę odwagi, żeby wpaść na panią i się przywitać, ale nie spodziewałem się, że moje ciało potraktuje to tak dosłownie.
Zachichotał, wskazując na swoją smukłą sylwetkę w drogim garniturze, jakby się z siebie naśmiewał. Na ten popis moja irytacja wzrosła. Znałam młodzieńców jego pokroju, znałam ich dość dobrze. Zawsze grali dżentelmenów, ale tylko powierzchownie, niczym bukiet kwiatów opleciony wokół żelaznego pręta. To tylko słodkie słówka i wymyślne prezenciki – póki nie przypomnisz im, że nie jesteś zwierzątkiem domowym, które można sobie posadzić na kolanach; póki nie będziesz nieposłuszna. Wtedy marchewka ustępowała miejsca kijowi.
Poczułam, że wyraz na mojej twarzy robi się wymuszony.
– Jest pan zbyt miły, sir.
Mój ton był niemalże szorstki, ale nie mogłam tego powstrzymać. Z każdą mijającą sekundą czułam, że wskazówka minutowa zegara nad barem zbliża się do czwartej, jej ruch był jak uderzenie linijką w nadgarstek.
Młodzieniec znowu się zaśmiał, zdejmując kapelusz i przeczesując palcami loczki.
– Ale za grosz bystry, bo w przeciwnym razie panienka by się zaśmiała – odparł, a oczy zabłysły mu rozbawieniem. Po raz kolejny skoncentrowały się na moich, jego spojrzenie było jak smagnięcie zimnego powietrza. Orzeźwiało intensywnością.
Wzięłam wdech. Miałam wrażenie, że w głębi jego źrenic wykryłam pewną drwinę, jakby przejrzał mnie na wskroś, jakby znał szorstką prawdę moich myśli i jakby go ona bawiła. Zamurowało mnie, było to jak przyłapanie cienia w pozycji innej niż ta, którą narzuca słońce – niespodziewany zwrot w postrzeganej rzeczywistości.
Wtedy znowu przemówił i miałam wrażenie, że wszystko wróciło do normy.
– Powie mi panienka, proszę – dociekał, przybliżając się – jak ma na imię? Myślałem, że już dawno sklasyfikowałem wszystkie anioły Dyplomata, ale mieszkam tu od tygodnia, a wcześniej panienki nie widziałem. Jest pani nowa na wyspie?
Powstrzymanie się od grymasu kosztowało mnie bardzo wiele. Każdy logiczny impuls, który jeszcze nie opuścił mnie w mej rozpaczy, kazał mi odejść i zmierzać na spotkanie z Guillaume’em. A jednak… miałam wrażenie, że młodzieniec jest marionetką, którą pociągam za sznurki, bo jego uwagi tak dobrze wpasowywały się w mój pierwotny plan – intrygę, która w ogóle sprowadziła mnie do baru. Musiałam tylko trochę go szturchnąć, a sam wpadnie w pułapkę.
Zakiełkowała we mnie arogancja. Ten młodzieniec już zdążył ukraść cenne minuty mojego czasu. Czy niesprawiedliwym byłoby zawłaszczenie w zamian czegoś należącego do niego?
Obrałam kurs, pozwoliłam sobie na rozluźnienie, pochyliłam podbródek, jakby jego komentarz mi schlebiał.
– Przypłynęłam tego ranka, sir, razem z moją matką – odpowiedziałam cicho. – Ale muszę pana przeprosić, ponieważ czeka ona na mnie teraz w naszym pokoju. Powinnam już iść. Może… – Przygryzłam wargę. – Gdyby zostawił pan kontakt do siebie u konsjerża, mogłabym poprosić pokojówkę o dostarczenie listu do pana? Matka i ja mamy w planach odwiedzić operę w tym tygodniu i na ten moment brakuje mi towarzystwa.
Efekt był natychmiastowy: młodzieniec odchylił się, na jego twarzy zagościł triumf.
– Oczywiście – odparł z zapałem, kiwając ochoczo głową. – Nie przystoi kazać matce damy czekać, prawda? Proszę pytać o Victora Greavesa. – Kiedy pochylał się w ukłonie, złapał mnie za lewy nadgarstek, przyłożył go sobie do ust i ucałował. – Miło panienkę poznać.
Zamruczałam pod nosem w odpowiedzi. Moją uwagę znowu przykuł jego zegarek, który odbijał teraz promień światła, błyszcząc jaśniej niż do tej pory. Greaves. Nie znałam tego nazwiska; ciekawiło mnie, z której linii Tkaczy się wywodził. Pod wpływem impulsu przyjrzałam się zegarkowi w poszukiwaniu wyrytej na nim pieczęci – czegoś, co wskaże mi jego pochodzenie – ale nie znalazłam nic takiego.
Młodzieniec znowu się wyprostował, jego wzrok szukał mojego – teraz, kiedy mu uległam, nie był już speszony; był niczym mężczyzna wyciągający rękę po nagrodę. Odchyliłam pospiesznie głowę, by nie przyłapał mnie na patrzeniu.
Krótka wymiana pożegnań i byłam już w drodze do pokoju – biegłam przez hol w kierunku głównych schodów, które wyrastały ze środka pomieszczenia. Szmaragdowy dywan był niczym mech pod stopami, tłumił moje kroki. W połowie schodów zatrzymałam się i zerknęłam za siebie, wyczuwając spojrzenie na swoim karku.
Pode mną rozciągał się ekosystem holu: damy się śmiały, zakrywając usta rozpiętymi wachlarzami, a dżentelmeni w eleganckich garniturach krążyli wokół nich jak czarne koty. Jednak w całym tym chaosie wyróżniała się jedna sylwetka. Ręce wcisnął do kieszeni, jego melonik ponownie spoczywał bezpiecznie na lokach, a głowę miał zadartą, by mierzyć mnie spojrzeniem.
Wyglądał, jakby się uśmiechał.2
Za każdym razem, gdy przyjmowałam zlecenie, byłam pewna, że to już ostatnie. Odnalazło mnie bardzo dziwne zajęcie, w zasadzie podjęłam się go zupełnie przez przypadek… lub – zależnie od perspektywy – dzięki szczęściu. Moja kariera, można ją tak chyba nazwać, rozpoczęła się lekko ponad rok temu po tym, jak moi rodzice postanowili przeprowadzić się z Verne, rolniczej wioski na granicy, w której spędziłam dzieciństwo, do kraju mojego ojca, Stravastu, na północy. Na początku matka niezbyt entuzjastycznie nakłaniała mnie, bym do nich dołączyła, lecz ku naszej obopólnej rozpaczy jasny był fakt, że nie wkładała w to serca, więc wystarczyło jedno słowo odmowy, by odpuściła odgrywanie swojej roli. Starałam się nie traktować jej zachowania zbyt personalnie – nie byłam urażona, bo od dawna wiedziałam, że rodzice postrzegają mnie i moją czarowność nie jako kurę znoszącą złote jaja, a raczej dziwne kaczątko, które nie nadaje się do niczego prócz odstraszania sąsiadów.
W innych miastach, tych bogatych, powiązanych z liniami Tkaczy, przyjście na świat córki będącej jedwabną wiedźmą stanowiło powód do radości, niczym odkrycie sekretnego rodzinnego klejnotu albo otrzymanie klucza do wcześniej zamkniętych drzwi; wreszcie jakaś furtka do kręgów elity. Jednak Verne było małą społecznością złożoną głównie z imigrantów, jak mój ojciec, i pasterzy, którzy wiecznie pozyskiwali wełnę. Kiedy w wieku nastoletnim objawił się mój dar, pół miasteczka sądziło, że jestem mazerem, starvaskim podmienionym dzieckiem; balmoorska połowa, która słyszała opowieści o jedwabnych wiedźmach, unikała domostwa moich rodziców, jakby było czarną chmurą zwiastującą kłopoty.
Ściślej mówiąc, balmoorski rząd chronił dziewczęta takie jak ja, podobnie inne cenne zasoby: deprawacja niepoślubionej jedwabnej wiedźmy, definiowana jako bezprawne wyrwanie choć jednego włosa z jej znakomitej głowy, niosła za sobą surowy wyrok więzienia. Ale mój rodzaj był rzadki i choć nasza magia w końcu umierała, to głód ludzi względem zaklętych przedmiotów – już nie. Ten, kto nie bał się ryzyka, mógł wiele zarobić, więc pod złoconymi fundamentami tej nacji czarny rynek tętnił życiem w ciemności niczym blady, złowrogi, rozrastający się grzyb.
Rodziny, które było na to stać, trzymały jedwabne wiedźmy w zamknięciu do uzyskania przez nie wieku odpowiedniego do zalotów, a czasem nawet dłużej. Przyjmowały tkackich zalotników ostrożnie – jakby weszli do skarbca – i pozwalały zaledwie zerknąć na ich skrywany skarb, po czym goniły ich na zewnątrz. Jednak te z nas, które nie urodziły się bogato… Cóż, stawałyśmy się ptakami bez klatek, gdy tylko nasz dar się ujawniał, nieukrywane i wyzwolone, ale też zupełnie niechronione.
Bezbronne.
Dziewczęta odważne na tyle, by wyjść do ludzi, pilnowały, by ich włosy były chronione, związane w ciasne warkocze lub skryte pod czepkami – wszystko po to, by sępy z czarnego rynku ich nie pozyskały. Moi rodzice najpierw próbowali mnie zamknąć. Plan był skuteczny, przynajmniej na początku; mój dar objawił się, gdy miałam czternaście lat, spędziłam wtedy kolejne sześć miesięcy w niewoli, bezpieczna, schowana; egzystowałam na wzór domowego kota, ale mimo to nie doceniałam tej godnej pozazdroszczenia monotonii.
Wtedy nadszedł dzień wizyty mojego wujka.
Rodziców nie było w domu, bo załatwiali jakieś sprawy mojego brata. Do dzisiaj nie wiem, czy wujek zaaranżował ich nieobecność, czy zbieżność tych zdarzeń to po prostu zrządzenie losu, ale tak czy siak, byłam sama od świtu i uradowałam się, kiedy nagle usłyszałam jego wołanie zza drzwi naszej chatki. Spośród trójki rodzeństwa mojego ojca on był zdecydowanie moim ulubionym krewnym – najmłodszy z nich, z filozoficznym, wrażliwym usposobieniem. Budził też we mnie spore współczucie; jego żona, ciocia Vera, umierała.
Gdy tego wieczoru otworzyłam drzwi, zobaczyłam tylko jego dobre oczy wpatrujące się we mnie od progu – jego znajomy uśmiech był stłumiony przez smutek. Nie zdawałam sobie sprawy, jaki wpływ może mieć na nas tragedia. Działała jak pleśń na brzoskwini – osłabiała wierzch i hartowała wnętrze. Odeszłam na bok i wpuściłam wuja.
Po wejściu przeprosił mnie.
A następnie wyjął nóż.
Bezwiednie dotknęłam pukla włosów przy karku, teraz zaczesanego i zasłoniętego kokiem. Nawet cztery lata później wciąż byłam w stanie wskazać dokładne miejsce, w którym jego ostrze przedarło się przez moje pasma, nadal czułam pomarszczone wybrzuszenie na skórze, gdzie ją przecięło. Mój wuj był łaskawy; ta rana była jedyną, jaką mi zadał przed wyjściem.
Wiedziałam, że inne dziewczęta musiały znosić o wiele gorsze rzeczy.
Pozwoliłam ręce opaść i skupiłam uwagę na schodach przede mną oraz czekającym mnie zadaniu. Stopnie Dyplomata stawały się tym mniej okazałe, im bardziej oddalałam się od holu; zanim dotarłam na piąte piętro, były już tylko wąską spiralą, niczym śrubka wciśnięta w serce budynku. Poczułam ulgę, gdy pojawił się szeroki korytarz wyściełany dywanem, jeszcze większą, gdy wreszcie zobaczyłam mój cel – pokój numer dwadzieścia trzy.
Zatrzymawszy się przed progiem, sięgnęłam do małej torebki po owiniętą szmatką paczuszkę, którą starannie przygotowałam przed opuszczeniem mieszkania, a następnie uniosłam rękę i zapukałam do drzwi.
Ku mojej uldze wymiana była sprawna, zirytowanie Guillaume’a moim spóźnieniem przyćmiła radość na widok naszyjnika z wisiorkiem w kształcie serca z wygrawerowaną delikatną literą „E”. Odzyskanie go z mieszkania byłego kochanka córki pani Pierce okazało się nie lada wyczynem – nie żeby moje pozostałe zlecenia były szczególnie proste. Zakładałam, że inne osoby nie mogłyby ich wykonać.
W zasadzie polegałam na tym założeniu. Niemożliwość – i mój sprzeciw wobec niej – trzymała mnie w tym interesie.
Nawet po zdarzeniu z moim wujem w Verne nadal nosiłam w sobie strzępek nadziei na przyszłość, którego trzymałam się kurczowo jak dogorywającej latarenki przez niekończące się lata spędzone w domu moich rodziców po jego ataku: perspektywę zamążpójścia. Przyznam, że kiedy zamieszkałam z moim starszym bratem, Markhamem, w jego ciasnym mieszkanku niedaleko centrum wyspy d’Eylau, sądziłam, iż spędzę tam tylko kilka nocy, zanim skradnie mnie jakiś bogaty tkacki kawaler i zrobi ze mnie swoją pannę młodą. W końcu taki los spotykał inne jedwabne wiedźmy w moim wieku. Przez większość zeszłego roku rozpisywano się w gazetach o zaręczynach Minette Simon i Claude’a Hugo z rodu Tkaczy Hugo. Nakaz sprytnie przebrany za spełnienie marzeń.
Poza powszechnie znanym faktem, że magia jedwabnej wiedźmy w dużej mierze jest ograniczona do nieokiełznanej mocy naszych włosów, samo istnienie istot mojego pokroju było dla większości mieszkańców Balmoore – a zwłaszcza dla mężczyzn – enigmą. Tkane przedmioty ceniono ponad wszystko, ale jedwabne wiedźmy, jak Tkacze, pojawiały się tylko w Balmoore, co oznaczało, że powabu zawsze brakowało. Byłyśmy dziewczętami, ale też najcenniejszym produktem eksportowym kraju i najwartościowszym jego zasobem; nie można było pozwalać nam na swobodę.
To ten problem wiele pokoleń temu postanowili rozwiązać Tkacze. W przeciwieństwie do swoich zwykłych odpowiedników byli oni obdarzeni nadprzyrodzonymi zdolnościami jak my, jedwabne wiedźmy – ale podczas gdy nasze moce wypalały się szybko jak beczka prochu, magia czarowników z Balmoore była wyjęta wprost z baśni. Byli wśród nich na przykład Elmont Drake, który potrafił jednym słowem sprowadzić plony na jałową ziemię, albo bracia Mael i Arnaud Moreau, którzy mogli zmieniać swoją postać na zawołanie. Z pewnością dla czarodziejów takiego kalibru okiełznanie ledwo dojrzałej dziewczyny nie stanowiło problemu – toteż wieki temu powstały dekrety małżeńskie.
Gdy jedwabna wiedźma osiągała dorosłość, zezwalano jej na trzy lata zalotów, podczas których miała znaleźć tkackiego pana młodego i się z nim związać, bo inaczej, w momencie ukończenia dwudziestu jeden lat, przekazywano ją pod opiekę klasztorowi. W zamian za ochronę i utrzymanie Tkacz, którego poślubiła, dostawał dostęp do jej włosów – właściwie stając się tym samym jednym z nielicznych legalnych wytwórców powabu. Tkackie rody Balmoore, które już miały zgromadzone spore fortuny dzięki korzystaniu z magii, stawały się jeszcze bogatsze w wyniku tego układu, a jedwabne wiedźmy – dla odmiany – stawały się żonami.
Był to interes stary jak cała nasza nacja, a z daleka można by uznać go za miłość. Odosobniona w mojej niewielkiej wiosce, z wyobraźnią jako jedyną towarzyszką, sama bez wątpienia długo tak uważałam.
Wtedy opuściłam Verne na rzecz stolicy i moje wyobrażenia zmieniły się diametralnie.
Mniej niż dwa tygodnie pobytu na wyspie zajęło mi zrozumienie błędu, który popełniłam. Podczas gdy w moich rodzinnych stronach brak podobnych do mnie dziewcząt czynił ze mnie w najlepszym razie ciekawostkę, a w najgorszym odpowiedzialność, tutaj, w stolicy, takich kobiet było o wiele za dużo. A niespodziewane wprowadzenie nowej, wcześniej nieznanej postaci na rynek matrymonialny nie stanowiło powodu do świętowania; byłam postrzegana raczej jako konkurencja. Do tego konkurencja bez ochrony rodziny czy sponsora, co czyniło ze mnie łatwą ofiarę.
Choćbym chciała, nie mogłam w pełni winić moich sióstr za ich zaciekłość. My wszystkie, bez względu na jakiekolwiek romantyczne aspiracje, miałyśmy dokładnie ten sam cel: za wszelką cenę uniknąć klasztoru i dwudziestych pierwszych urodzin bez męża. Jedwabne wiedźmy były rzadkością, ale Tkaczy spotykało się jeszcze rzadziej – i w przeciwieństwie do naszych dary czarowników były dziedziczone, a nie przyznawane ślepo przez Zawiście, co oznaczało, że zasób rodów Tkaczy był ograniczony. Ostatecznie z pierwszego balu, na który poszłam, wyrzucono mnie jak lisa z kurnika; powiedziano mi, że mogę iść sprzedawać moje wyroby na rynek, jeśli tak bardzo pragnę się pokazać.
Wtedy właśnie podeszła do mnie pani Clemmens.
Podobnie jak ja przybyła na galę, z której mnie wypędzono – ale w przeciwieństwie do mnie ona została zaproszona. Spięłam się na to, że jej dłoń, okryta koronkową rękawiczką, złapała mnie za rękę, kiedy zawstydzona przemierzałam pospiesznie ulicę, pewna, że poszła za mną, by wymierzyć mi jakąś karę wymyśloną przez jej stadko.
Nic bardziej mylnego: zaproponowała mi pracę.
Powoli ruszyłam z powrotem na dół, do holu Dyplomata. Jeśli za bardzo bym się spieszyła, mogłabym wpaść przy barze na Victora Greavesa – to komplikacja, której wolałam uniknąć – ale kiedy stanęłam przy schodach prowadzących do holu, wśród tłumu hulaków nie było tyczkowatej sylwetki mojego wcześniejszego towarzysza. I dobrze.
Wtopiłam się w tłum i skierowałam ku ladzie konsjerża usytuowanej daleko po prawej w wielkiej sali. Za nią stał mężczyzna w okularach, niski i łysiejący; patrzył ze zmrużonymi oczami na stertę papierów rozłożonych przed nim.
Podeszłam i położyłam urękawiczoną dłoń na wypolerowanej powierzchni lady. Mężczyzna podniósł wzrok.
– Dobry wieczór, sir – przywitałam się, kiedy spotkaliśmy się spojrzeniami. – Jak mniemam, zostawiono tu dla mnie pewną wiadomość. Od gościa o nazwisku Victor Greaves. Niestety nie wyjawiłam mu swojego nazwiska…
Zamilkłam i przygryzłam wargę, jakby zawstydzał mnie mój brak zdolności przewidywania. Ścisnęło mnie za serce, kiedy zamiast uśmiechnąć się łagodnie, na co liczyłam, konsjerż wykrzywił twarz w grymasie. Sięgnął ręką, by poprawić okulary, jakby chciał przyjrzeć mi się uważniej. Poczułam, jak zachodzące słońce rozgrzewa mi skórę na karku niby oddech drapieżnika; powstrzymałam instynktowną chęć poprawienia włosów, teraz schowanych w koku, aby upewnić się, że nie bije od nich blask magii powabu.
Przestań, Lovett. Dopiero co je farbowałaś. Nie zwracaj na siebie uwagi, upomniałam się w duchu.
Zmusiłam się do odłożenia zmartwień na bok. W ciągu ostatniego roku udoskonaliłam sztukę dystansowania się od mojej magiczności – tak skrupulatnie utkałam swoją iluzję, że czasem nawet ja nie mogłam dojrzeć w tym wszystkim siebie. Jednak w chwilach takich jak ta wracało do mnie wyraźne poczucie zagrożenia wynikającego z mojej tożsamości. Wszystkie ewentualności: nóż, Tkacze, klasztor, mroziły mnie niczym szron zbierający się na oknie.
– Bez obaw, panienko – uspokoił mnie konsjerż, a moja panika przerodziła się w ulgę. – Pan Greaves powiedział mi, że poznam panią, kiedy panią zobaczę. Polecił mi poinformować, że można zostawić wiadomość dla pokoju numer piętnaście, i prosił przekazać panience swój harmonogram na cały tydzień. – Poprzerzucał papiery na biurku, po czym podał mi sztywną kartkę papieru listowego zapisanego czarnym tuszem. – Jeśli pani sobie życzy, Dyplomat z przyjemnością poleci wachlarz atrakcji na wyspie. Nie wiem, czy panienka słyszała, ale dzielnica teatralna jest naszą dumą…
Wzięłam od niego kartkę i elegancko mu przerwałam:
– Nie będzie to konieczne. Czy pan Greaves jest teraz u siebie?
Konsjerż zatrzepotał rzęsami, mrugając gwałtownie, ewidentnie zaskoczony moją bezpośredniością.
– Ach nie – odpowiedział sekundę później, gdy zebrał się w sobie. – Pan Greaves wyszedł kwadrans temu na kolację. Czy chciałaby pani zostawić dla niego wiadomość?
Jego palce skierowały się do pióra leżącego na biurku, ale potrząsnęłam głową.
– To wszystko na ten moment. Dziękuję.
Nie czekając na dalsze pytania, skinęłam z wdzięcznością, po czym odwróciłam się na pięcie i udałam w stronę schodów, skąd przyszłam. Mijając ogromną paproć w doniczce w rogu holu, zwolniłam i zerknęłam w kierunku konsjerża. Pomagał teraz komuś innemu; kiedy upewniłam się, że jego uwaga nie jest skupiona na mnie, zgniotłam harmonogram, który mi dał, i wrzuciłam do doniczki.
Nie będzie mi potrzebny.
Zawsze wydawało mi się okrutnym żartem, że Zawiście w większości zabroniły jedwabnym wiedźmom korzystać osobiście z ich magii, choć je nią pobłogosławiły. Tylko Tkacze znali tajniki procesu, dzięki któremu wiedźmie włosy można było prząść w powab. Do dnia ślubu nasza moc była nam odległa jak podziemne źródło; naszym obowiązkiem było utrzymywanie go w czystości i chronienie dla użytku przyszłego męża, ale nigdy nie czerpałyśmy z niego bezpośrednio.
A jednak Zawiście poszły nam na rękę: dały każdej powabnej jeden wyjątkowy talent. Pojedynczy magiczny Dryg, unikalny dla każdej z nas, odpowiednik zaledwie nadprzyrodzonej sztuczki karcianej, czasem jednak przydatny. Popularna teoria głosiła, że natura Drygu jedwabnej wiedźmy to odbicie jej duszy, jej najgłębiej schowanego „ja”; podczas mojego krótkiego pobytu na wyspie d’Eylau zasłyszałam historię o dziewczynie, której Dryg pozwalał zawsze odnajdywać drogę do domu bez względu na to, jak bardzo się zgubiła, oraz o innej, która potrafiła identyfikować kłamców po barwie ich cieni. To prosta, powierzchowna magia, nic podobnego do zdolności Tkaczy, ale tak czy siak, jedwabne ceniły swoje Drygi jak własne życie. Stanowiły one jedyny aspekt naszego błogosławieństwa, który należał tylko do nas.
Jeśli o mnie chodzi, zawsze zastanawiałam się, co mój Dryg o mnie mówi. To dlatego, że moim talentem od bogiń była możliwość otwarcia każdych drzwi, nieważne, czy były zamknięte na klucz. Tym razem zatrzymałam się na czwartym piętrze. Podobnie jak korytarz prowadzący do apartamentu Pierce’ów – ten również był opuszczony, a zachodzące słońce pomalowało ściany na lśniące odcienie pomarańczu, przypominające subtelną łunę blasku świec. Przemierzyłam bez problemu cały korytarz i zatrzymałam się przed drzwiami ze złotą liczbą piętnaście.
Serce mi załomotało, oczekiwanie przyspieszyło puls. W obliczu pieniędzy, które zarabiałam za realizację zleceń, tak naprawdę nie było potrzeby, bym zanurzała się aż tak głęboko w świat przestępczości. Nie musiałam okradać bogatych ani sięgać do kieszeni mężczyzn, którzy pożerali mnie wzrokiem. Od czasu do czasu jednak – Siostry, dopomóżcie – po całym dniu pozowania, flirtowania i śmiania się męczyło mnie bycie tylko ładną dziewczyną. Męczyły mnie baczne spojrzenia.
Czasami chciałam mieć coś ładnego.
Wzięłam głęboki wdech, by się uspokoić, po czym zawołałam na zaś:
– Halo? Panie Greaves?
Zero odpowiedzi. Zawołałam jeszcze raz, by się upewnić; następnie chwyciłam za gałkę u drzwi, zrobiłam krok do przodu i przekręciłam ją.
Otworzyły się z łatwością, ukazując mi pokój.
Jedyny problem, że ktoś już był w środku.