-
nowość
Utkane zaklęcia - ebook
Utkane zaklęcia - ebook
Przyszłość, o której nie śmiała marzyć i uczucie, które może stać się jej wybawieniem… albo największą zgubą.
Niamh Ó Conchobhair włada rzadką magią – wszywa emocje i wspomnienia w tkaniny, tworząc coś więcej niż zwykłe stroje. Ale każda nić magii przybliża ją do śmierci. Gdy dostaje szansę zaprojektowania strojów na królewski ślub w tajemniczym królestwie Avaland, nie waha się ani chwili – to może być jej jedyna okazja, by zapewnić przyszłość swojej rodzinie.
Na miejscu szybko odkrywa, że Avaland nie jest bajką. Pod powierzchnią eleganckich bali i wystawnych przyjęć narasta bunt, a sam pan młody, Kit Carmine, wcale nie przypomina księcia z marzeń. Ostry, zbuntowany i zmuszony do małżeństwa z powodów politycznych, staje się dla Niamh kimś, kogo nie powinna pragnąć. A jednak napięcie między nimi jest tak intensywne, że każde spojrzenie parzy, a każdy przypadkowy dotyk grozi wybuchem czegoś, czego żadne z nich nie zdoła już zatrzymać.
„Utkane zaklęcia” to wciągające romantasy inspirowane epoką regencji, pełne napięcia, intryg i niezapomnianych emocji. Książka idealna dla fanów bestsellerowej dylogii „Krew gwiazd” Elizabeth Lim.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Dla młodzieży |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8388-727-2 |
| Rozmiar pliku: | 2,7 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Niamh patrzyła na morze, stojąc na pokładzie statku, wychylona przez reling, gdy naszło ją złe przeczucie, że o czymś zapomniała.
Przecież spakowała wszystkie swoje najlepsze kreacje, owinęła je w delikatną bibułkę, zabrała też zestaw nici i nożyce krawieckie. A co jeszcze ważniejsze – w torebce miała zaproszenie. To na pewno było wszystko. Na pewno. Mimo to nie mogła pozbyć się niepokoju. Zawsze była roztargniona. I chociaż odpychała od siebie tę myśl (i była przekonana, że jej torebka musi mieć gdzieś na dnie ukryty portal do innego świata, do którego wpadają drobniaki i połamane ołówki), to prawda była taka, że wszystko, na czym jej kiedykolwiek zależało – od ulubionej pary nożyc krawieckich po cenny czas jej życia – prześlizgiwało jej się przez palce i znikało bez śladu.
Lepiej się upewnić, czy nie zapodziała gdzieś zaproszenia.
Zaczęła nerwowo grzebać w torebce i odetchnęła z ulgą, gdy znalazła list. Kartka wyginała się, szarpana podmuchem od morza, a choć pergamin wyglądał na pożółkły ze starości, to w rzeczywistości padł ofiarą co najmniej pięciu incydentów z rozlaną herbatą. Treść Niamh znała już na pamięć, podobnie jak każdy szczegół wyglądu – od woskowej pieczęci z królewskim godłem, prawie wymazanym do gładkości od dotyku jej palców, po smużki rozmazanego atramentu pod każdym słowem.
Szanowna Pani,
z radością zapraszamy Panią do Avalandu jako honorowego gościa rodziny królewskiej i prosimy, by objęła Pani stanowisko nadwornej krawcowej podczas ślubu Jego Wysokości księcia Christophera, księcia Clearwater, i Jej Wysokości księżniczki Rosy de Todos los Santos de Carrillo, infantki Kastylii...
Nadal z trudem mogła w to uwierzyć. Ona, Machlandka z małej wioski Caterlow, miała zostać krawcową koronowanych głów. Jej ciężka praca w końcu przyniosła owoce.
Dwa lata temu jedna z dziewcząt z jej rodzinnych stron, Caoimhe Ó Flaithbertaigh, pojechała do Avalandu, by odwiedzić daleką krewną. Kiedy włożyła na tamtejszy bal jedną z kreacji od Niamh – uroczą suknię z żółtego jedwabiu, haftowaną błyszczącą nicią i nasyconą zaklęciami przywołującymi wspomnienia budzącej się wiosny – oczarowała najbardziej pożądanego kawalera sezonu, młodego księcia Aspendale. Od tamtego momentu do Niamh zaczęli przybywać klienci pragnący magicznych kreacji, jak ta, która zmieniła prostą dziewczynę z Machlandu w księżną.
Klientkami Niamh były zarówno matrony z wyższych sfer gotowe zrobić wszystko, by ich nijakie córki w końcu znalazły mężów; jak i młode panny pragnące zasilić szeregi arystokracji oraz zamożne kobiety w średnim wieku, które nie potrafiły się pogodzić z przemijaniem urody. Ich ambicje utrzymywały i chroniły przed głodem rodzinę Niamh. Co tu kryć, miejscowych klientów było jak na lekarstwo – niewiele osób w Machlandzie mogło sobie pozwolić na magiczne wyroby tkackiej rodziny Ó Conchobhairów.
Odtąd Niamh nie będzie musiała się już martwić o matkę, której słabnący wzrok i spuchnięte stawy prawie uniemożliwiały dalszą pracę, ani o babkę, która z każdym dniem robiła się chudsza i bardziej zgorzkniała, ani o dom, który trzeba było nakryć nową strzechą, ani o pękniętą szybę (to akurat za sprawą miejscowego pastucha Cilliana i jego kozy).
Zaprojektowanie strojów na królewski ślub przyniesie jej rozgłos, który pozwoli jej otworzyć pracownię i sklep z sukniami w centrum stolicy Avalandu oraz zapewni wystarczający dochód, by mogła zabrać matkę i babkę ze starej chaty w Machlandzie do wygodnego domu w mieście. Nie będą już musiały męczyć spracowanych dłoni ciągłym szyciem. To była życiowa szansa i nie wolno jej było zaprzepaścić.
Niamh żałowała tylko, że przyjąwszy propozycję, czuła się tak boleśnie samolubna.
Gdy powiedziała babce, że wyjeżdża do Avalandu, ta spojrzała na nią, jakby jej nie poznawała.
– Twój dziadek zginął, walcząc z Avalandczykami, żebyś ty mogła cieszyć się wolnością w Machlandzie. Te potwory chciały zgładzić wszystkie magiczne rody tej ziemi. A teraz używasz naszej magii, by szyć dla nich stroje? Chcesz, żebym umarła ze wstydu?
Niamh nie chciała przynosić wstydu swojej rodzinie. Od kiedy sięgała pamięcią, słyszała, jakie ma szczęście, że żyje w wolnym, niepodległym Machlandzie, i że zawdzięcza to takim ludziom jak jej dziadek. Dobra, posłuszna wnuczka podarłaby zaproszenie. Gdyby Niamh była dobrą, posłuszną wnuczką, pewnie zdecydowałaby się poślubić kogoś, kto by jej zapewnił dom i utrzymanie, i zajęłaby się rodzeniem dzieci, które mogłyby odziedziczyć magię płynącą w jej żyłach. Może nie byłaby szczęśliwa, ale przynajmniej poświęciłaby się, żeby dziedzictwo jej ludu przetrwało kolejne pokolenie.
Jednak w tamtej chwili, z listem od księcia regenta w dłoniach, Niamh nie potrafiła zdobyć się na posłuszeństwo. Może babka nigdy jej tego nie wybaczy i może faktycznie dziewczyna zdradza swój naród i przynosi wstyd przodkom, lecz wykorzysta tę szansę – mogła zapewnić byt swojej rodzinie w jedyny sposób, jaki zna.
Właśnie tak spłaci swój dług.
Niamh wcisnęła pognieciony list do torebki i zwróciła twarz ku wiatrowi przesiąkniętemu solą. Morze Machlandzkie falowało wokół niej niczym płat szarej tkaniny, a piana układała się na jego powierzchni jak misternie wszyta koronka. W słabym świetle świtu wydawało się nieskończone i otwarte jak nieznana przyszłość.
– Za dziesięć minut będziemy w Sootham! – zawołał ktoś z załogi. – Sootham za dziesięć minut!
Niamh drgnęła gwałtownie, uderzając biodrem o reling.
Z miejsca zapomniała o bólu, gdy dojrzała miasto na horyzoncie. Wybrzeże spowijała smuga mgły, jej białe fałdy prześwitywały jak welon panny młodej, a zarys dalekich gór obramowywała złota nić poświaty wschodzącego słońca. Dziewczyna zacisnęła palce na barierce, prawie drżąc z niecierpliwości. Ledwo się powstrzymała, żeby nie wskoczyć do wody i nie popłynąć do brzegu.
Gdy statek wreszcie zawinął do portu i zacumował, Niamh ruszyła w tłumie pasażerów w stronę trapu, niosąc kufer ze swoim dobytkiem. Współpasażerowie napierali na nią ze wszystkich stron, popychając się i przekrzykując. Na pokładzie kłębiło się więcej ludzi, niż dziewczyna kiedykolwiek widziała w swoim życiu. Matki tuliły w objęciach popłakujące niemowlęta. Wychudzone kilkuletnie dzieci, z kośćmi sterczącymi nawet przez ubranie, trzymały się kurczowo ich spódnic. Dziewczyny niewiele starsze od niej, z brudem pod paznokciami i oczami zimnymi jak żelazo, patrzyły na nią twardo, niemal przeszywały ją na wskroś. Wszyscy pachnieli desperacją i nadzieją. Bez wątpienia każde z nich zostawiło za sobą dom i rodzinę, by szukać pracy tutaj, w Sootham. Po raz pierwszy Niamh przemknęło przez głowę, że może jej babka miała rację. Może to ona nigdy nie dostrzegła, jak okrutny jest ten świat.
Niamh walczyła, by utrzymać się na nogach, zgniatana ramionami innych pasażerów i podróżnymi kuframi. W pewnym momencie jej stopy zupełnie oderwały się od pokładu, gdy tłum ruszył do przodu. Ostry zapach przepoconych ciał był prawie nie do zniesienia. Kiedy Niamh wreszcie zrobiła kilka pierwszych kroków po trapie, nogi jej dygotały, jakby nadal była na statku.
Schodziła chwiejnie do portu, zaciskając palce na postrzępionym sznurze okalającym trap. Udało jej się nie nadepnąć na szczura przebiegającego pod stopami, i zwalczyła odruch, by go przeprosić. Gdy w końcu stanęła na nabrzeżu i rozejrzała się wokół, jej pierwszą myślą było, że może wsiadła w Machlandzie na niewłaściwy statek.
Widok Sootham z portowego nabrzeża w ogóle nie pasował do jej wyobrażeń. Gdzie bogactwo? Gdzie przepych? Gdzie eleganckie zielone parki i ulice pełne powozów? Krzywe portowe domy opierały się o siebie, jakby żaden nie mógł ustać w pionie. W powietrzu czuć było woń ścieków i stęchlizny.
Była boleśnie świadoma, że jeśli nie uda jej się znaleźć drogi do pałacu, nie będzie miała gdzie się zatrzymać. Nie było jej też stać na bilet powrotny, chociaż powrót do domu i tak nie wchodził w grę. Niamh nie zniosłaby już widoku matki tkającej koronki do późnej nocy przy nikłym świetle lampy ani babki wyraźnie słabnącej po każdym, nawet najprostszym zaklęciu. Utrzymanie matki i babki spoczywało teraz na jej barkach. Była wystarczająco silna. Musiała dać sobie radę.
Niamh wciągnęła powietrze głęboko do płuc i zmrużyła oczy, próbując przeniknąć wzrokiem półmrok. Tam, w niewielkiej odległości, dostrzegła powóz stojący pod przytłumionym blaskiem latarni. Nie rzucał się w oczy, ale był elegancki, a jego lakierowana czarna powierzchnia lśniła nawet w cieniu. Na drzwiczkach widniało królewskie godło, wymalowane karminową czerwienią i złotem: róża, na której płatkach połyskiwały złociste krople. Wyglądał, jakby pochodził z baśni, i nietrudno byłoby uwierzyć, że gdy Niamh oderwie od niego wzrok, powóz wrośnie w ziemię i w świetle dnia na powrót zmieni się w dynię.
Gdy się do niego zbliżyła, zza pojazdu wyszedł lokaj. Niewiarygodnie wysoki, o surowym spojrzeniu, nienaganny w wyszukanej pałacowej liberii, sprawiał wrażenie wykutego z kamienia. Niamh zadrżała na jego widok. Na tle czarnego powozu przypominał jednego z bajecznie ubranych elfów z legend, porywających ludzi do swojego zaklętego świata. Spojrzał na nią z góry zimnymi niebieskimi oczami i zapytał z wyższością:
– Czy panna Niamh Ó Conchobhair?
Niamh przemknęło przez głowę, że spodziewał się kogoś innego. Z trudem powstrzymała się, żeby nie zacząć poprawiać włosów i wygładzać fałd sukni. Cztery doby morskiej podróży na pewno nie dodały jej urody. Ale uśmiechnęła się, jakby czuła się pewna siebie, i potaknęła.
– Tak, to ja.
Odebrał od niej jej kufer, trzymając go z dala od nieskazitelnego ubrania niczym brudnego kota za kark.
– W takim razie zapraszam. Mam panią zawieźć na miejsce.
Fasada królewskiej rezydencji, cała ze szlachetnego białego kamienia, wyglądała, jakby pochodziła z dawnego świata – była proporcjonalna, doskonała i onieśmielająca. Rzędy okien i potężnych kolumn ciągnęły się równo jak szeregi żołnierzy pod wysokim portykiem. Widok zapierał dech w piersiach. Ale nie dało się długo patrzeć w tamtym kierunku bez mroczków przed oczami. W ostrym świetle słońca wszystko lśniło.
Niamh westchnęła, przysuwając twarz do szyby powozu.
Jak tak niewyobrażalne bogactwo mogło współistnieć z pokrytymi liszajem domami w porcie? Jeszcze trudniej było jej uwierzyć, że to tu ma się zatrzymać na czas przygotowań do ślubu i na sezon balowy. Może uda jej się spotkać jakąś znajomą osobę z Machlandu. Z tego, co wiedziała, jej koleżanka Erin Ó Cinnéide została przeniesiona do pracy w pałacu. Wspaniale byłoby się znowu zobaczyć po tylu miesiącach niewidzenia.
Każda zamożna rodzina zatrudniała mnóstwo dodatkowej służby na sezon letni i większość służby pochodziła z Machlandu. Z tego, co Niamh wyczytała w listach przyjaciół, praca była wyczerpująca, a chlebodawcy nie znali litości, ale przynajmniej była. Machland mógł się cieszyć niepodległością, lecz niewiele poza tym miał do zaoferowania. Ziemia nadal regenerowała się po Wielkiej Pladze, a ludzie leczyli rany. Większość znajomych Niamh z dzieciństwa już dawno opuściła Caterlow i wyruszyła za Morze Machlandzkie w pogoni za marzeniami o lepszym życiu.
Powóz zwolnił przed wejściem do pałacu i Niamh dostrzegła kobiecą postać – ochmistrzyni, jak się domyśliła – stojącą zaraz za progiem w otwartych drzwiach z rękami założonymi za plecy. Jej sylwetka w ciężkiej czarnej sukni odcinała się od jaskrawej bieli otoczenia jak siniak od skóry.
Lokaj ponownie zszedł ze swojego miejsca i otworzył drzwi powozu. Inny, czekający na podjeździe, odebrał od niego bagaż. Ruszył z nim w stronę wejścia, zanim Niamh zdążyła mu podziękować. Gdy wysiadła, poczuła się onieśmielona. Bez kufra nie bardzo wiedziała, co ma zrobić z rękami – i w tym stanie kompletnego zagubienia właśnie to wydawało się jedyną rzeczą, która zaprzątała jej myśli. Dziewczyna wchodziła po stopniach schodów, starając się nie wpatrywać we wspaniały ogród rozciągający się wokół rezydencji ani w rzeźby zdobiące taras, stylizowane na antyczne posągi. Lecz gdy gospodyni skierowała na nią swoje przenikliwe spojrzenie, Niamh nagle nie mogła zrobić kroku.
Ochmistrzyni pewnie nie tylko w niej budziła lęk. Była w wieku jej babki, ale miała tężyznę konia pociągowego. Ściągnięte do tyłu włosy tylko dodawały jej twarzy ostrości. Surowy wzrok, którym obrzuciła Niamh, był równie ciepłym powitaniem jak nóż przystawiony do gardła. Dziewczyna nie wiedziała, jak ma się zachować. Jej koleżanka Erin pracowała jako pokojówka w różnych bogatych domach, ale Niamh zawsze zaledwie prześlizgiwała się wzrokiem po fragmentach jej listów pełnych plotek z dworu i po opisach różnych ważnych postaci. Teraz żałowała, że nie czytała ich z większą uwagą.
– Witam szanowną panią. Niamh Ó Conchobhair. – Dygnęła.
Nie otrzymała odpowiedzi. Gdy wreszcie odważyła się unieść głowę, przekonała się, że ochmistrzyni nadal patrzy na nią ze zmarszczonymi brwiami.
– Możesz coś zrobić z tym akcentem? – zapytała kobieta tonem dezaprobaty.
Niamh na chwilę zaniemówiła. Babka ostrzegła ją, że Avalandczycy i Machlandczycy darzą się głęboką niechęcią. Ale w najgorszych snach Niamh nie spodziewała się, że ta wrogość może być tak otwarta.
– Proszę wybaczyć. Obawiam się, że nic na to nie poradzę.
– Szkoda. – Ochmistrzyni zacmokała. – Masz się do mnie zwracać pani Knight. Jego Wysokość książę regent życzy sobie cię zobaczyć. Chce coś ustalić.
Dziewczyna wyprostowała się jak struna. Jego Wysokość książę regent chce ją zobaczyć? Porozmawiać o jej pracy? Czy było to coś, czego nie mogła jej przekazać pani Knight?
– Mnie? Osobiście? Jest pani pewna?
– W zupełności – odparła z wyższością ochmistrzyni. – Jego Wysokość przywiązuje wagę do wszelkich spraw w swoim pałacu. Jest bardzo skrupulatny.
Dopiero teraz do Niamh dotarło, w co się wpakowała. Ochmistrzyni powiedziała „skrupulatny” tonem takim, jakim z reguły mówi się o kimś, kto się do wszystkiego wtrąca. Jeżeli Jego Wysokość zamierza osobiście zatrudnić krawcową, Niamh nie chciała nawet myśleć, jak rządzi całym królestwem.
Niewiele wiedziała o rodzinie królewskiej. Tylko tyle, że mniej więcej osiem lat temu król poważnie zapadł na zdrowiu i wycofał się z życia publicznego. Jego żona zginęła w tragicznym wypadku cztery lata temu. Najstarszy syn, książę Jack, został wybrany przez parlament na regenta do czasu, aż król wyzdrowieje lub umrze. Co do młodszego brata, Christophera, Niamh nie wiedziała o nim nic poza tym, że miał się za kilka tygodni ożenić.
Ale przecież nie mogła się pokazać na oczy komuś tak wymagającemu jak książę regent w takim stanie, prosto ze statku. Pachniała – mówiąc oględnie – nieświeżo po czterodniowej podróży. Bóg jeden wiedział, jak prezentowały się jej włosy. Bliżej było im pewnie do jednego wielkiego kołtuna niż do eleganckiej fryzury.
– Obawiam się, że nie powinnam w tym stroju...
– Słusznie się obawiasz, nie powinnaś. Ale Jego Wysokość cię wezwał i nie będzie czekał. Chodź za mną.
Nie dając jej szansy na odpowiedź, pani Knight odwróciła się i ruszyła w głąb pałacu. Niamh podążyła za nią, po czym znowu zamarła w progu. Za drzwiami pałacu rozciągał się inny świat, tak oszałamiający, jak legendarne Domhan Síoraí, królestwo elfów. Niamh mogła tylko westchnąć z zachwytu.
Wnętrze przeszło jej najśmielsze oczekiwania.
Było bogato zdobione, a jednak urządzone ze smakiem, od eleganckiej sztukaterii po obicia mebli i udrapowane zasłony. I wszystko migotało w słońcu: tu złota nitka na poduszce, tam noga krzesła zakończona głową lwa. A jeśli mowa o posadzce – jodełkowym parkiecie z drzewa różanego – powinna ją przeprosić, że dotyka jej podeszwami swoich brudnych podróżnych trzewików.
– Nie ma czasu na gapienie się. – Ostry głos ochmistrzyni przywołał ją do rzeczywistości.
– Proszę wybaczyć!
Pani Knight skręciła w boczny korytarz. Bogowie, jak ta kobieta szybko szła! Niamh musiała prawie podbiegać, by dotrzymać jej kroku. Mijani służący panicznie uskakiwali im z drogi. Niektórzy zginali się w ukłonie, jakby pani Knight była samym księciem regentem. Inni jednak – Niamh dostrzegła to z nieprzyjemnym zaskoczeniem – rzucali jej spojrzenia pełne ledwo tłumionej niechęci. Dziewczyna, speszona, zmusiła się, by im się nie przyglądać. Zamiast tego wbiła wzrok w ramię maszerującej przed nią kobiety. Cóż, pewnie w żadnym miejscu pracy szefowe nie były powszechnie lubiane.
Ochmistrzyni zatrzymała się przed wysokimi drzwiami – głowa Niamh sięgała zaledwie do połowy framugi. Nad drzwiami widniała złocona płaskorzeźba sokoła ze szponami wyciągniętymi w przód, jakby właśnie łapał ofiarę w locie. Niamh wydało się to przesadnym ostrzeżeniem dla wchodzących, jednak obleciał ją strach.
– Jego Wysokość czeka na ciebie – oznajmiła ochmistrzyni. – Masz się do niego zwracać „Wasza Wysokość”, szczególnie w pierwszej wypowiedzi. W dalszej rozmowie akceptowane też jest „proszę pana”. Zrozumiano?
Niamh skinęła głową. Tak naprawdę była wdzięczna za to pouczenie. Żołądek miała ściśnięty w supeł i zrobiło jej się sucho w gardle. Pomodliła się, żeby nie zwymiotować na cenny dywan. Wtedy na pewno odesłano by ją wprost do domu – lub do więzienia dla dłużników.
„Nie spiesz się”, powtórzyła sobie w myślach. Babka upomniała ją tak tysiąc razy: „Gdy zwolnisz tempo, popełnisz mniej błędów”. Niamh uniosła się lekko na palcach i potrząsnęła dłońmi, żeby się pozbyć nerwowej energii. A potem wzięła głęboki oddech i weszła do komnaty.
Otworzyła usta, żeby się przedstawić, ale w tym momencie potknęła się o krawędź dywanu. Ze zduszonym okrzykiem odzyskała równowagę w samą porę, by nie przewrócić się na donicę pełną roślin.
– Czy wszystko w porządku? – zapytał książę regent Avalandu lekko zaniepokojonym głosem.
Niamh poczuła, jak na jej policzki wypływa rumieniec upokorzenia.
– Tak, Wasza Wysokość. Dziękuję.
Gdy zdobyła się na odwagę, by unieść głowę po powitalnym dygnięciu, książę wstał ze swego miejsca. Zapewne miał nie więcej niż trzydzieści lat, ale znużenie i zgorzknienie malujące się na jego twarzy postarzały go o kolejnych dwadzieścia. Ciemne włosy były gładko zaczesane, nie wymykał się ani jeden kosmyk. Prosty czarny surdut, pozbawiony ozdób, odznaczał się idealnym krojem. Ślubna obrączka na palcu, również niewyszukana, lśniła jak nowa. Wszystko w nim, nawet ostra linia brwi i wyraziste kości policzkowe, przywodziło na myśl kontrolę i porządek. Sprawiał wrażenie postaci z marmuru i idealnie pasował do wnętrza pałacu z dawnych czasów.
Ale to od młodszego mężczyzny, który stał obok księcia, Niamh nie mogła oderwać wzroku. Miał co najwyżej osiemnaście lat. W porannym świetle jego złote oczy płonęły intensywnością balansującą na granicy wrogości. A gdy ich spojrzenia się spotkały, Niamh mogłaby przysiąc, że serce w niej zamarło. Musiała się przytrzymać oparcia fotela.
Rysy jego twarzy były ostre, prawie jak wyciosane z kamienia. Od pierwszej chwili wydał jej się niebezpieczny, ale właściwie dlaczego? Był zbudowany jak igła: wąska twarz, drobna budowa ciała. Pewnie mogłaby go pokonać w bójce. Na sobie miał czarny surdut z dziwnym wzorem nacięć w klapach, kamizelkę z jedwabiu czarnego jak węgiel i czarną chustę zawiązaną pod szyją w nieporządny węzeł. Niamh nigdy nie przepadała za monochromatyczną kolorystyką – była niezbyt odpowiednia jak na strój dzienny, nie wspominając o tym, że zwyczajnie nudna – ale jego ubranie było tak doskonale uszyte, że nawet to jej nie przeszkadzało. Włosy w kolorze wilgotnej ziemi miał zaczesane do tyłu i spięte w węzeł na karku.
Był najprzystojniejszym mężczyzną, jakiego kiedykolwiek widziała.
Ale cały czar prysł, gdy tylko się odezwał.
Lodowato zimnym tonem zapytał:
– A ty to kto?
------------------------------------------------------------------------
ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI KSIĄŻKI
------------------------------------------------------------------------