Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Uwiedź mnie. Tom 2 - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
25 września 2026
3499 pkt
punktów Virtualo

Uwiedź mnie. Tom 2 - ebook

Kev Merripen pokochał Winnifred Hathaway w chwili, gdy jej rodzina ocaliła go od pewnej śmierci. Ona jest subtelna i dobrze urodzona, on milczący, nieprzystępny i naznaczony mroczną przeszłością, o której wolałby zapomnieć. Kev wie, że nie jest mężczyzną dla Win. Dlatego przez lata robi wszystko, by oprzeć się uczuciu, które z każdym dniem staje się silniejsze. Aż los ich rozdziela.

Kiedy po kilku latach Win wraca do Anglii, nie jest już kruchą dziewczyną, którą Kev pamięta. Wie, czego pragnie i kogo pragnie. Merripen jednak uparcie odrzuca jej miłość, przekonany, że tylko w ten sposób może ją ochronić.

Kiedy u boku Win pojawia się przystojny i czarujący wielbiciel, Kev musi wreszcie zmierzyć się z tajemnicą własnego pochodzenia i zawalczyć o miłość, której tak długo sobie odmawiał.

„Uwiedź mnie” to drugi tom serii „Rodzina Hathaway”, pełnej emocji sagi o ekscentrycznej rodzinie, która nie zawsze przestrzega zasad.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9789181537017
Rozmiar pliku: 2,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Roz­dział 1

Lon­dyn
Zima 1848 roku

Win od za­wsze była zda­nia, że Kev Mer­ri­pen jest piękny – tak jak piękny może być su­rowy kra­jo­braz czy zi­mowy dzień. Kev był po­tęż­nym, ude­rza­jąco przy­stoj­nym, pod każ­dym wzglę­dem bez­kom­pro­mi­so­wym męż­czy­zną. Eg­zo­tyczne, zu­chwałe rysy jego twa­rzy sta­no­wiły do­sko­nałą oprawę dla oczu tak ciem­nych, że gra­nica mię­dzy źre­nicą a tę­czówką się za­cie­rała. Jego włosy były gę­ste i czarne jak skrzy­dło kruka, brwi pro­ste i mocne, a jego sze­ro­kie wargi wy­krzy­wiał stale po­nury gry­mas, na który Win nie była obo­jętna.

Mer­ri­pen, jej uko­chany, ale nie ko­cha­nek. Znali się od dzie­ciń­stwa, jej ro­dzina go przy­gar­nęła. Choć Ha­tha­way­owie za­wsze trak­to­wali go jak swo­jego, Mer­ri­pen wo­lał peł­nić rolę słu­żą­cego. Opie­kuna. Ob­cego.

Przy­szedł do sy­pialni Win i stał te­raz w progu, ob­ser­wu­jąc, jak dziew­czyna pa­kuje do ku­fra kilka oso­bi­stych przed­mio­tów z gór­nej szu­flady ko­mody. Szczotka do wło­sów, szpilki, na­rę­cze chu­s­te­czek, które wy­szyła dla niej jej sio­stra, Poppy. Win wkła­dała rze­czy do skó­rza­nej torby, bo­le­śnie świa­doma nie­wzru­szo­nej obec­no­ści Mer­ri­pena. Wie­działa, co kryje się za jego spo­ko­jem, bo w środku od­czu­wała tę samą tę­sk­notę.

Myśl o odej­ściu od niego ła­mała jej serce. A jed­nak nie miała wy­boru. Od na­padu szkar­la­tyny, który prze­żyła dwa lata wcze­śniej, miała pro­blemy ze zdro­wiem. Była szczu­pła i kru­cha, ła­two się mę­czyła i mdlała. Słabe płuca, po­wta­rzali le­ka­rze. Nic nie można zro­bić, trzeba się z tym po­go­dzić. Ży­cie spę­dzone na od­po­czynku i przed­wcze­sna śmierć.

Win nie miała za­miaru się z tym go­dzić.

Ma­rzyła o wy­zdro­wie­niu, o roz­ko­szo­wa­niu się rze­czami, które więk­szość lu­dzi uzna­wała za pew­nik. O tańcu, śmie­chu, spa­ce­rach. Pra­gnęła ko­chać... wyjść za mąż… pew­nego dnia za­ło­żyć ro­dzinę.

W swoim obec­nym sta­nie nie miała na to naj­mniej­szych szans. I to się mu­siało zmie­nić. Tego dnia wy­jeż­dżała do kli­niki we Fran­cji, gdzie ener­giczny młody le­karz, Ju­lian Har­row, osią­gał za­dzi­wia­jące re­zul­taty w le­cze­niu pa­cjen­tów ta­kich jak ona. Jego me­tody były nie­kon­wen­cjo­na­lne, kon­tro­wer­syjne, ale Win o to nie dbała. Po­wa­ży­łaby się na wszystko, byle tylko wy­zdro­wieć. W prze­ciw­nym ra­zie ni­gdy nie zdo­bę­dzie Mer­ri­pena.

– Nie jedź – po­wie­dział tak ci­cho, że le­d­wie go usły­szała.

Wal­czyła, aby nie po­ka­zać po so­bie zde­ner­wo­wa­nia, choć jej cia­łem wstrzą­sały dresz­cze.

– Pro­szę, za­mknij drzwi – zdo­łała szep­nąć. Po­trze­bo­wali odro­biny pry­wat­no­ści, aby od­być tę roz­mowę.

Mer­ri­pen się nie po­ru­szył. Na jego sma­głą twarz wy­stą­pił ru­mie­niec, a jego czarne oczy roz­bły­sły gnie­wem, który rzadko oka­zy­wał. W tej chwili był Ro­mem – emo­cje bu­rzyły się w nim tuż pod skórą, na co rzadko so­bie po­zwa­lał.

Win sama za­mknęła drzwi. Od­su­nął się, gdy po­de­szła, jakby ja­ki­kol­wiek kon­takt z nią mógł spo­wo­do­wać tra­giczne skutki.

– Dla­czego nie chcesz, że­bym po­je­chała, Kev? – za­py­tała miękko.

– Nie bę­dziesz tam bez­pieczna.

– Oczy­wi­ście, że będę – od­parła. – Ufam dok­to­rowi Har­ro­wowi. Jego me­toda wy­daje mi się roz­sądna, a fakt, że od­niósł tak wiele suk­ce­sów...

– Po­ra­żek ma tyle samo. Tu, w Lon­dy­nie, są lepsi le­ka­rze. Po­win­naś naj­pierw udać się do nich.

– My­ślę, że to dok­tor Har­row jest moją szansą. – Win uśmiech­nęła się do jego su­ro­wych, czar­nych oczu, świa­doma rze­czy, któ­rych on nie może wy­znać. – Wrócę do cie­bie, obie­cuję.

Zi­gno­ro­wał ją. Każdy jej wy­si­łek, aby ob­na­żyć ich uczu­cia, spo­ty­kał się z nie­ugię­tym opo­rem z jego strony. Ni­gdy nie przy­znałby, że wi­dzi w niej ko­goś wię­cej niż kru­chą in­wa­lidkę, która po­trze­buje jego opieki. Mo­tyl za szkłem.

A on tym­cza­sem ko­lek­cjo­no­wał ko­lejne pod­boje. Był bar­dzo dys­kretny, ale Win była prze­ko­nana, że nie­jedna ko­bieta od­dała mu swoje ciało, które on wy­ko­rzy­stał dla wła­snej przy­jem­no­ści. Po­czuła po­nury gniew na myśl o Mer­ri­pe­nie dzie­lą­cym łoże z kimś in­nym. Wszy­scy, któ­rzy ją znali, by­liby za­szo­ko­wani tym, jak bar­dzo ona go po­żąda. Naj­bar­dziej zdu­miony byłby pew­nie sam Mer­ri­pen.

Do­sko­nale, Kev, po­my­ślała na wi­dok jego po­zba­wio­nej wy­razu twa­rzy. Za­cho­wam sto­icki spo­kój, je­śli ta­kie jest twoje ży­cze­nie. Po­że­gnamy się uprzej­mie i chłodno.

Po­tem od­cho­ruje to w za­ci­szu swo­jej sy­pialni, świa­doma tego, że upły­nie cała wiecz­ność, za­nim znów go zo­ba­czy. Wie­działa jed­nak, że tak bę­dzie le­piej – nie mo­gła znieść my­śli, że mogą już do końca jej dni żyć obok sie­bie, roz­dzie­leni cho­robą.

– Cóż – oznaj­miła żwawo – nie­długo wy­jeż­dżam. Nie ma po­wodu do zmar­twień, Kev. Leo za­opie­kuje się mną w cza­sie po­dróży do Fran­cji, a...

– Twój brat na­wet o sa­mego sie­bie nie umie się za­trosz­czyć – od­parł gniew­nie Mer­ri­pen. – Ni­g­dzie nie je­dziesz. Zo­sta­jesz tu­taj, gdzie będę mógł... – Przy­gryzł wargę.

Win do­sły­szała w jego gło­sie głę­boko skry­waną nutę wście­kło­ści czy bólu. To sta­wało się co­raz bar­dziej in­te­re­su­jące. Jej serce za­częło tłuc się w piersi.

– Jest… – Mu­siała prze­rwać, aby zła­pać od­dech. – Jest tylko jedna rzecz, która mo­głaby mnie po­wstrzy­mać przed wy­jaz­dem.

Po­słał jej czujne spoj­rze­nie.

– Jaka?

Przez chwilę zbie­rała się na od­wagę, aby prze­mó­wić.

– Po­wiedz mi, że mnie ko­chasz. Po­wiedz to, a zo­stanę.

Czarne oczy roz­sze­rzyły się ze zdu­mie­nia. Od­głos gwał­tow­nego od­de­chu prze­ciął po­wie­trze jak cios sie­kiery. Mer­ri­pen za­stygł w mil­cze­niu.

Win czuła fale roz­ba­wie­nia i roz­pa­czy, cze­ka­jąc na jego od­po­wiedź.

– Ja... Za­leży mi na każ­dym członku two­jej ro­dziny...

– Nie. Wiesz, że nie o to pro­szę. – Win po­de­szła do niego, unio­sła swoje blade dło­nie do jego piersi i oparła je na twar­dych, nie­ustę­pli­wych mię­śniach. Jego ciało za­re­ago­wało gwał­tow­nie. – Pro­szę – po­wtó­rzyła, nie­na­wi­dząc się za ton de­spe­ra­cji w swoim gło­sie. – Mo­gła­bym umrzeć na­wet ju­tro, gdy­bym choć raz to usły­szała...

– Nie – wark­nął w od­po­wie­dzi, od­su­wa­jąc się.

Od­rzu­ca­jąc całą ostroż­ność, Win po­szła za nim. Chwy­ciła fałdy jego ko­szuli.

– Po­wiedz mi. Wy­znajmy w końcu prawdę i...

– Ci­cho już. Jesz­cze się roz­cho­ru­jesz.

Win roz­wście­czyła świa­do­mość, że on ma ra­cję. Już czuła zna­jomą sła­bość, za­wroty głowy, któ­rym to­wa­rzy­szyło gwał­tow­nie przy­spie­szone tętno i ciężki od­dech. Prze­klęła za­wo­dzące ją ciało.

– Ko­cham cię – oznaj­miła ża­ło­śnie. – Gdy­bym była zdrowa, żadna siła ziem­ska by mnie nie po­wstrzy­mała. Gdy­bym była zdrowa, wzię­ła­bym cię do łóżka i po­ka­zała ci, jak wiele pa­sji może kryć się w ko­bie­cie, która...

– Nie. – Uniósł dłoń do jej ust, żeby ją uci­szyć, ale cof­nął ją gwał­tow­nie, gdy wy­czuł cie­pło jej warg.

– Je­śli nie boję się tego wy­znać, dla­czego ty miał­byś się bać? – Przy­jem­ność by­cia bli­sko niego, do­ty­ka­nia go, była jak sza­leń­stwo. Przy­lgnęła do niego od­waż­nie. Pró­bo­wał ją od­su­nąć tak, aby jej nie skrzyw­dzić, ale przy­warła do niego z całą siłą, jaka jej po­zo­stała. – A je­śli wi­dzimy się po raz ostatni? Nie bę­dziesz ża­ło­wał, że nie wy­zna­łeś mi, co czu­jesz? Nie chciał­byś...

Mer­ri­pen przy­krył jej usta swo­imi, de­spe­racko pra­gnąć, aby w końcu za­mil­kła. Oboje wes­tchnęli i za­sty­gli w bez­ru­chu, wchła­nia­jąc w sie­bie to uczu­cie. Jego od­dech ude­rzał fa­lami cie­pła o jej po­li­czek. Oto­czył ją ra­mio­nami, otu­lił swoją siłą i przy­cią­gnął do swego twar­dego ciała. A po­tem wy­buchł pło­mień, w któ­rym oboje się za­tra­cili.

Czuła w jego od­de­chu sło­dycz ja­błek, go­rycz kawy i jego bo­gaty smak. Pra­gnąc wię­cej, wspięła się na palce. Przy­jął jej nie­winne za­pro­sze­nie z ni­skim, dzi­kim ję­kiem.

Po­czuła do­tyk jego ję­zyka. Otwo­rzyła się na niego i po­cią­gnęła go głę­biej, z wa­ha­niem od­da­jąc swój ję­zyk je­dwa­bi­stej piesz­czo­cie. Za­drżał, za­chły­snął się po­wie­trzem i przy­tu­lił ją moc­niej. Za­lała ją ko­lejna fala sła­bo­ści, jej zmy­sły umie­rały z tę­sk­noty za jego dłońmi, ustami i cia­łem... Cała jego moc na niej i w niej... Och, tak bar­dzo go pra­gnęła...

Mer­ri­pen ca­ło­wał ją wy­głod­niale, jego usta ata­ko­wały ją szorst­kimi, na­mięt­nymi po­ca­łun­kami. Jej zmy­sły pło­nęły z roz­ko­szy; wstrzą­sana dresz­czami, ucze­piła się go z ca­łych sił, pra­gnąc zna­leźć się jesz­cze bli­żej.

Wy­czu­wała przez war­stwy spód­nic na­cisk jego bio­der, które po­ru­szały się ryt­micz­nie. In­stynk­tow­nie wy­cią­gnęła dłoń, aby go do­tknąć, ukoić; jej place na­po­tkały twardy do­wód jego po­bu­dze­nia.

Jej usta stłu­miły jego ago­na­lny jęk. Chwy­cił jej dłoń i za­ci­snął na so­bie na je­den pa­lący mo­ment. Win otwo­rzyła sze­roko oczy, wy­czu­wa­jąc pul­so­wa­nie. Na­pię­cie wo­kół nich było tak gę­ste, że gro­ziło eks­plo­zją.

– Kev... łóżko... – szep­nęła, pą­so­wie­jąc od po­licz­ków do pal­ców stóp. Pra­gnęła go tak de­spe­racko, od tak dawna, i w końcu miało się to wy­da­rzyć. – Weź mnie...

Mer­ri­pen prze­klął i ode­pchnął ją od sie­bie. Dy­szał ciężko.

Win przy­su­nęła się do niego.

– Kev...

– Nie zbli­żaj się do mnie – rzu­cił tak wście­kle, że od­sko­czyła z prze­ra­że­nia.

Przez chwilę stali w bez­ru­chu, a w po­wie­trzu uno­siły się tylko ich gwał­towne od­de­chy.

Mer­ri­pen prze­mó­wił pierw­szy. W jego gło­sie tlił się gniew i od­raza, ale nie można było roz­po­znać, prze­ciwko komu są one skie­ro­wane.

– To się już ni­gdy wię­cej nie wy­da­rzy.

– Bo bo­isz się, że mo­żesz mnie skrzyw­dzić?

– Bo nie chcę cię w ten spo­sób.

Ze­sztyw­niała z obu­rze­nia i ro­ze­śmiała się z nie­do­wie­rza­niem.

– Re­ago­wa­łeś na mnie. Czu­łam to.

Jego ru­mie­niec stał się jesz­cze wy­raź­niej­szy.

– Z każdą inną ko­bietą by­łoby tak samo.

– Ty... ty chcesz, że­bym uwie­rzyła, że nic do mnie nie czu­jesz?

– Pra­gnę je­dy­nie chro­nić cię, tak jak każ­dego in­nego członka two­jej ro­dziny.

Wie­działa, że to kłam­stwo; czuła to. Ale jego bez­duszna re­ak­cja uła­twiała jej po­że­gna­nie.

– Ja... – Z tru­dem wy­do­by­wała z sie­bie głos. – To bar­dzo szla­chetne z two­jej strony. – Pró­bo­wała iro­ni­zo­wać, ale za­dy­szka psuła efekt. Głu­pie, słabe płuca.

– Zmę­czy­łaś się – od­parł Mer­ri­pen, pod­cho­dząc bli­żej. – Mu­sisz od­po­cząć...

– Nic mi nie jest – oznaj­miła gwał­tow­nie Win, pod­cho­dząc do umy­walni i chwy­ta­jąc się jej brze­gów dla rów­no­wagi. Zmo­czyła lekko ręcz­nik i przy­ło­żyła go do roz­pa­lo­nych po­licz­ków. Spoj­rzała w lu­stro i przy­brała swoją zwy­kłą, ła­godną ma­skę. Zdo­łała ja­koś uspo­koić głos. – Będę miała cie­bie ca­łego albo w ogóle – oświad­czyła. – Wiesz, co po­wie­dzieć, abym zo­stała. Je­śli tego nie po­wiesz, wy­jadę.

At­mos­fera w po­koju była ciężka od emo­cji. Nerwy Win krzy­czały w pro­te­ście, gdy ci­sza się prze­dłu­żała. Wpa­try­wała się w lu­stro, w któ­rym od­bi­jał się za­rys jego sze­ro­kich ra­mion. A po­tem Kev się po­ru­szył, drzwi otwo­rzyły się i za­mknęły.

Win mu­skała twarz chłod­nym ręcz­ni­kiem, ocie­ra­jąc z niej stru­mie­nie łez. Od­kła­da­jąc płótno, za­uwa­żyła, że dłoń, która go in­tym­nie do­ty­kała, za­cho­wała wspo­mnie­nie jego cie­pła. Na war­gach wciąż czuła mro­wie­nie od jego słod­kich, moc­nych po­ca­łun­ków, a jej pierś wy­peł­niał ból de­spe­rac­kiej mi­ło­ści.

– Cóż – po­wie­działa do swego za­ru­mie­nio­nego od­bi­cia – te­raz przy­naj­mniej masz mo­ty­wa­cję. – Ro­ze­śmiała się drżąco i za­częła ocie­rać ko­lejne łzy.

Cam Ro­han nad­zo­ro­wał za­ła­du­nek po­wozu, który miał wkrótce udać się do lon­dyń­skich do­ków, i nie mógł prze­stać się za­sta­na­wiać, czy nie po­peł­nia błędu. Obie­cał swo­jej mło­dej żo­nie, że za­trosz­czy się o jej ro­dzinę, a dwa mie­siące po ślu­bie od­sy­łał jedną z jej sióstr do Fran­cji.

– Mo­żemy za­cze­kać – po­wie­dział Ame­lii po­przed­niej nocy, gdy trzy­mał ją w ra­mio­nach i gła­skał jej gę­ste, brą­zowe włosy, które spły­wały falą na jego pierś. – Je­śli chcesz za­trzy­mać przy so­bie Win tro­chę dłu­żej, mo­żemy ją po­słać do kli­niki na wio­snę.

– Nie, ona musi wy­je­chać naj­szyb­ciej, jak to moż­liwe. Dok­tor Har­row ja­sno dał nam do zro­zu­mie­nia, że zmar­no­wano już zbyt wiele czasu. Je­dyną na­dzieją Win na po­prawę jest na­tych­mia­stowe roz­po­czę­cie le­cze­nia.

Cam uśmiech­nął się, sły­sząc prag­ma­tyczny ton Ame­lii. Jego żona ce­lo­wała w skry­wa­niu emo­cji, za­cho­wu­jąc tak nie­za­chwianą po­stawę, że tylko kilka osób wie­działo, jaka jest w głębi du­szy wraż­liwa. Cam był je­dy­nym czło­wie­kiem, przy któ­rym opusz­czała gardę.

– Mu­simy być roz­sądni – do­dała.

Cam prze­wró­cił ją na plecy i spoj­rzał na jej małą, śliczną twarz, na którą pa­dało świa­tło lampy. Te wiel­kie, błę­kitne oczy, mroczne jak serce pół­nocy.

– Tak – przy­znał miękko. – Ale to nie za­wsze jest ła­twe, prawda?

Ame­lia po­trzą­snęła głową, jej oczy zwil­got­niały. Cam czub­kami pal­ców do­tknął jej po­liczka.

– Mój biedny ko­li­be­rek – szep­nął. – Prze­ży­łaś tak wiele zmian w ostat­nich mie­sią­cach, a nasz ślub nie był wcale naj­więk­szą z nich. A te­raz od­sy­łam twoją sio­strę.

– Do kli­niki, żeby tam wy­zdro­wiała. Wiem, że to dla jej do­bra. Tylko że... Będę za nią tę­sk­nić. Win to naj­droż­szy, naj­ła­god­niej­szy czło­nek na­szej ro­dziny. Za­wsze nas go­dziła. Pew­nie się po­za­bi­jamy pod jej nie­obec­ność. – Jęk­nęła ci­cho. – Nie waż się ni­komu zdra­dzić, że pła­ka­łam, bo się z tobą po­li­czę.

– Nie, mo­ni­sha – koił ją i przy­tu­lał, gdy po­cią­gała no­sem. – Twoje se­krety są ze mną bez­pieczne. Prze­cież wiesz.

Sca­ło­wał łzy z jej po­licz­ków, po­woli zdjął z niej ko­szulę nocną i ko­chał się z nią le­ni­wie.

– Moja mi­ło­ści – szep­tał, gdy drżała pod nim. – Po­zwól mi za­dbać o sie­bie... – Gdy brał w po­sia­da­nie jej ciało, po­wta­rzał jej w ob­cym ję­zyku, że wielbi ją pod każ­dym wzglę­dem, że ko­cha jej wnę­trze i że ni­gdy jej nie opu­ści. Choć Ame­lia nie ro­zu­miała jego słów, sam ich dźwięk ją pod­nie­cał. Jej pa­znok­cie prze­su­wały się po jego ple­cach, a jej bio­dra uno­siły się pod jego cię­ża­rem. Za­do­wa­lał ją i sam czer­pał przy­jem­ność, aż jego żona od­pły­nęła w pe­łen za­spo­ko­je­nia sen.

Jesz­cze długo po­tem Cam tu­lił ją do sie­bie, gdy z za­ufa­niem uło­żyła głowę w za­gię­ciu jego ra­mie­nia. Był te­raz od­po­wie­dzialny za Ame­lię i za jej całą ro­dzinę.

Ha­tha­way­owie byli grupą od­mień­ców skła­da­jącą się z czte­rech sióstr, brata i Mer­ri­pena, który był Ro­mem, jak Cam. Nie­wiele o nim wie­dziano, poza tym, że zo­stał przy­gar­nięty przez Ha­tha­wayów jako dziecko, po tym jak ran­nego w ob­ła­wie na Cy­ga­nów po­rzu­cono go na pewną śmierć. Był kimś wię­cej niż sługą, ale nie cał­kiem człon­kiem ro­dziny.

Trudno było prze­wi­dzieć, jak Mer­ri­pen bę­dzie się pro­wa­dził pod nie­obec­ność Win, ale Cam miał prze­czu­cie, że nie bę­dzie przy­jem­nie. Nie mo­gli się od sie­bie bar­dziej róż­nić – ja­sno­włosa in­wa­lidka i po­tężny Rom. Ona tak wy­ra­fi­no­wana i ete­ryczna, on ciem­no­skóry, nie­ocio­sany i pra­wie nie­ucy­wi­li­zo­wany. Ist­niała jed­nak po­mię­dzy nimi więź, jak szlak ja­strzę­bia, który za­wsze wraca do tego sa­mego lasu, po­dą­ża­jąc za wska­zów­kami nie­wi­dzial­nych map, two­rzo­nych przez samą na­turę.

Gdy za­koń­czono za­ła­du­nek, a ba­gaż zo­stał za­bez­pie­czony skó­rza­nymi pa­sami, Cam wró­cił do apar­ta­mentu ho­te­lo­wego, w któ­rym się całą ro­dziną za­trzy­mali. Ze­brali się w sa­lo­nie, aby się po­że­gnać.

Nie­obec­ność Mer­ri­pena była po­dej­rzana. Tło­czyli się w ma­łym po­koju – sio­stry i ich brat, Leo, który je­chał do Fran­cji jako to­wa­rzysz i eskorta Win.

– Już wy­star­czy – po­wie­dział szorstko Leo, kle­piąc po ple­cach naj­młod­szą z nich, Be­atrix, która wła­śnie skoń­czyła szes­na­ście lat. – Nie ma sensu urzą­dzać scen.

Dziew­czyna wtu­liła się w niego jesz­cze moc­niej.

– Bę­dziesz taki sa­motny, z dala od domu. Może weź­miesz jedno z mo­ich zwie­rzą­tek, żeby ci do­trzy­mało to­wa­rzy­stwa?

– Nie, ko­cha­nie. Będę się mu­siał za­do­wo­lić ludz­kim to­wa­rzy­stwem, które znajdę na po­kła­dzie. – Leo zwró­cił się do Poppy, osiem­na­sto­let­niej, rdza­wo­wło­sej pięk­no­ści. – Do wi­dze­nia, sio­strzyczko. Ciesz się swoim pierw­szym se­zo­nem w Lon­dy­nie. Spró­buj nie za­ak­cep­to­wać pierw­szego, który ci się oświad­czy.

Poppy po­de­szła, aby go ob­jąć.

– Drogi Leo – po­wie­działa, przy­ci­ska­jąc twarz do jego ra­mie­nia – spró­buj się za­cho­wy­wać w tej Fran­cji.

– Nikt się nie za­cho­wuje we Fran­cji – od­parł Leo. – Dla­tego wszy­scy ją tak lu­bią. – Od­wró­cił się do Ame­lii. Jego pewna sie­bie fa­sada za­częła się roz­pa­dać. Ode­tchnął nie­pew­nie. Z ca­łego ro­dzeń­stwa to Leo i Ame­lia naj­czę­ściej i naj­bar­dziej za­pal­czy­wie się kłó­cili. A jed­nak to ona była jego ulu­bie­nicą. Prze­szli ra­zem tak wiele, gdy opie­ko­wali się młod­szym ro­dzeń­stwem po śmierci ro­dzi­ców. Na oczach Ame­lii Leo za­mie­nił się z obie­cu­ją­cego mło­dego ar­chi­tekta we wrak czło­wieka. Odzie­dzi­cze­nie wi­ceh­ra­bio­stwa w ni­czym nie po­mo­gło. W za­sa­dzie nowo na­byty ty­tuł i sta­tus tylko przy­spie­szyły upa­dek Leo. To jed­nak nie po­wstrzy­mało Ame­lii przed walką o niego. Na każ­dym kroku pró­bo­wała go ra­to­wać, co go sza­le­nie iry­to­wało.

Ko­bieta po­de­szła do niego i oparła czoło na jego piersi.

– Leo – po­wie­działa, po­cią­ga­jąc no­sem. – Je­śli Win coś się sta­nie, za­biję cię.

De­li­kat­nie po­gła­skał ją po gło­wie.

– Gro­zisz mi śmier­cią od lat i nic z tego nie wy­nika.

– Cz-cze­ka­łam na wła­ściwy po­wód.

Leo uśmiech­nął się, uniósł jej głowę i zło­żył po­ca­łu­nek na jej czole.

– Przy­wiozę ją całą i zdrową.

– A sie­bie?

– Sie­bie rów­nież.

Ame­lia wy­gła­dziła za­gnie­ce­nia jego płasz­cza, jej wargi za­drżały.

– Więc może le­piej już ze­rwij z ży­ciem pi­ja­nego utra­cju­sza.

Leo uśmiech­nął się sze­roko.

– Ale ja za­wsze wie­rzy­łem, że na­leży roz­wi­jać swoje na­tu­ralne ta­lenty. – Po­chy­lił się i po­ca­ło­wał ją w po­li­czek. – A zresztą ty nie mo­żesz da­wać rad na te­mat pro­wa­dze­nia się. Prze­cież wy­szłaś za czło­wieka, któ­rego le­dwo znasz.

– To była naj­lep­sza rzecz, jaką mo­głam zro­bić.

– Nie będę się kłó­cił, skoro to on opłaca moją po­dróż do Fran­cji. – Leo wy­cią­gnął rękę i uści­snął dłoń Cama. Ich zna­jo­mość nie za­częła się naj­le­piej, ale obaj męż­czyźni szybko się po­lu­bili. – Do wi­dze­nia, phral – po­wie­dział Leo, uży­wa­jąc rom­skiego słowa, któ­rego Cam go na­uczył. Zna­czyło: brat. – Wiem, że do­sko­nale so­bie po­ra­dzisz, opie­ku­jąc się ro­dziną. Mnie się już po­zby­łeś, a to obie­cu­jący po­czą­tek.

– Wró­cisz do od­bu­do­wa­nego domu i kwit­ną­cej po­sia­dło­ści, mi­lor­dzie.

Leo ro­ze­śmiał się ni­sko.

– Nie mogę się już do­cze­kać, kiedy zo­ba­czę twoje osią­gnię­cia na wła­sne oczy. Wiesz, nie każdy par po­wie­rzyłby swoje dzie­dzic­two dwóm Cy­ga­nom.

– Je­stem prze­ko­nany, że ty je­steś je­dyny.

Gdy Win po­że­gnała się z sio­strami, Leo po­mógł jej wsiąść do po­wozu i usiadł obok. Po­czuli lek­kie szarp­nię­cie, gdy czwórka ru­szyła, wio­ząc ich w kie­runku lon­dyń­skich do­ków.

Leo przy­glą­dał się pro­fi­lowi Win. Jak zwy­kle nie oka­zy­wała zbyt wielu emo­cji, jej piękna twarz była spo­kojna i opa­no­wana. Do­strzegł jed­nak plamy ko­loru na jej bla­dych po­licz­kach i palce za­ci­śnięte na ha­fto­wa­nej chu­s­teczce, którą trzy­mała na ko­la­nach. Za­uwa­żył, że Mer­ri­pen nie przy­szedł się z nimi po­że­gnać. Za­sta­na­wiał się, czy on i Win się po­sprze­czali.

Wes­tchnął ci­cho i ob­jął ra­mie­niem jej szczu­płą, kru­chą fi­gurkę. Ze­sztyw­niała, ale nie od­su­nęła się. Po chwili chu­s­teczka po­wę­dro­wała do góry; Win otarła oczy. Była prze­ra­żona, chora i nie­szczę­śliwa.

A on był wszyst­kim, co miała.

Boże do­po­móż.

– Nie po­zwo­li­łaś chyba Be­atrix wmu­sić so­bie jed­nego z jej zwie­rza­ków? – Spró­bo­wał ją roz­we­se­lić. – Ostrze­gam, je­śli masz przy so­bie jeża albo szczura, wy­rzucę go za burtę, gdy tylko znaj­dziemy się na statku.

Win po­trzą­snęła głową i wy­dmu­chała nos.

– Wiesz – oznaj­mił swo­bod­nym to­nem, wciąż ją przy­tu­la­jąc – je­steś naj­mniej za­bawną ze wszyst­kich mo­ich sióstr. Jak to się w ogóle stało, że jadę z tobą do Fran­cji?

– Mo­żesz mi wie­rzyć – pa­dła mo­kra od łez od­po­wiedź – że nie by­ła­bym taka nudna, gdy­bym tylko miała ja­kiś wy­bór. Gdy wy­zdro­wieję, za­cznę się bar­dzo źle za­cho­wy­wać.

– Jest więc na co cze­kać. – Przy­tu­lił po­li­czek do jej ja­snych wło­sów.

– Leo – za­py­tała po chwili – dla­czego ofia­ro­wa­łeś się po­je­chać ze mną do tej kli­niki? Czy to dla­tego, że także chcesz wy­zdro­wieć?

Nie­winne py­ta­nie wy­wo­łało w nim falę wzru­sze­nia i iry­ta­cji. Win, tak jak po­zo­stali człon­ko­wie jego ro­dziny, trak­to­wali jego pi­cie jak cho­robę, którą może ule­czyć okres abs­ty­nen­cji i zmiana oto­cze­nia. A tym­cza­sem było ono tylko ob­ja­wem praw­dzi­wej cho­roby – bólu tak upar­tego, że cza­sami bał się, że jego serce się prze­zeń za­trzyma.

Nie było le­kar­stwa na utratę Laury.

– Nie – od­parł. – Nie mam ta­kich aspi­ra­cji. Będę po pro­stu kon­ty­nu­ował moje sza­leń­stwo w no­wej sce­ne­rii. – Jego słowa zo­stały na­gro­dzone ci­chym śmie­chem. – Win... czy po­kłó­ci­łaś się z Mer­ri­pe­nem? To dla­tego nie przy­szedł się po­że­gnać? – Po dłu­giej chwili ci­szy Leo prze­wró­cił oczami. – Je­śli na­prawdę za­mie­rzasz mil­czeć, sio­strzyczko, czeka nas bar­dzo długa po­dróż.

– Tak, po­kłó­ci­li­śmy się.

– O co? O kli­nikę Har­rowa?

– Nie do końca. To zna­czy po czę­ści, ale... – Win wzru­szyła ra­mio­nami. – To zbyt skom­pli­ko­wane. Wy­ja­śnie­nie tego za­ję­łoby mi całą wiecz­ność.

– Mamy do po­ko­na­nia ocean i pół Fran­cji. Zdą­żymy, mo­żesz mi wie­rzyć.

Gdy po­wóz od­je­chał, Cam udał się do stajni za ho­te­lem, schlud­nego bu­dynku, w któ­rym mie­ściły się boksy dla koni i po­wo­zów. Tak jak się spo­dzie­wał, za­stał Mer­ri­pena przy wierz­chow­cach. Ho­te­lowe staj­nie za­spo­ka­jały tylko część po­trzeb swo­ich miesz­kań­ców, dla­tego też nie­które prace mu­sieli wy­ko­ny­wać wła­ści­ciele zwie­rząt. Mer­ri­pen czy­ścił wła­śnie czar­nego wa­ła­cha Cama, trzy­latka o dźwięcz­nym imie­niu Puka.

Ru­chy Mer­ri­pena były lek­kie, szyb­kie i me­to­dyczne, gdy prze­cią­gał zgrze­błem po błysz­czą­cych bo­kach ru­maka.

Cam ob­ser­wo­wał go przez chwilę, do­ce­nia­jąc jego zręcz­ność. Le­genda o tym, że Cy­ga­nie naj­le­piej zaj­mują się końmi, nie była zmy­ślona. Ro­mo­wie trak­to­wali ko­nie jak to­wa­rzy­szy, zwie­rzęta po­ezji i he­ro­izmu. Puka ak­cep­to­wał obec­ność Mer­ri­pena z sza­cun­kiem, któ­rego nie oka­zy­wał zbyt wielu lu­dziom.

– Czego chcesz? – za­py­tał Mer­ri­pen, na­wet na Cama nie pa­trząc.

Cam wszedł do otwar­tego boksu le­ni­wym kro­kiem i uśmiech­nął się, gdy Puka po­chy­lił łeb i szturch­nął go w pierś.

– Nie, chłop­cze... żad­nego cu­kru. – Po­kle­pał mu­sku­larny kark. Rę­kawy miał pod­wi­nięte do łokci; na jego przed­ra­mie­niu wid­niał ta­tuaż przed­sta­wia­jący czar­nego la­ta­ją­cego ko­nia. Cam nie pa­mię­tał, skąd go ma... Był tam od za­wsze, z po­wo­dów, któ­rych jego babka mu nie ob­ja­śniła.

Ry­su­nek od­wzo­ro­wy­wał le­gen­dar­nego ir­landz­kiego wierz­chowca, pukę, za­ra­zem zło­wro­gie i szla­chetne stwo­rze­nie, które mó­wiło ludz­kim gło­sem i prze­miesz­czało się no­cami na sze­roko roz­po­star­tych skrzy­dłach. We­dług le­gendy puka po­ja­wiał się nie­za­po­wie­dziany pod oknami lu­dzi o pół­nocy i za­bie­rał ich na prze­jażdżki, które na za­wsze od­mie­niały ich ży­cie.

Cam ni­gdy nie wi­dział u ni­kogo po­dob­nego sym­bolu. Do czasu, gdy spo­tkał Mer­ri­pena, który zo­stał nie­dawno ranny w po­ża­rze. Gdy le­czyli jego opa­rze­nia, od­kryli na ra­mie­niu ta­tuaż.

To spro­wo­ko­wało Cama do ko­lej­nych py­tań.

Zo­ba­czył, że Mer­ri­pen ukrad­kiem spo­gląda na jego rękę.

– Co można po­my­śleć o Ro­mie, no­szą­cym ir­landzki sym­bol? – za­py­tał Cam.

– W Ir­lan­dii też są Ro­mo­wie, to nic ta­kiego.

– Ten ta­tuaż skrywa ta­jem­nicę – oznaj­mił spo­koj­nie Cam. – Ni­gdy wcze­śniej ta­kiego nie wi­dzia­łem. Ty masz taki sam. A ze zdu­mie­nia Ha­tha­wayów tym fak­tem wnio­skuję, że bar­dzo się sta­ra­łeś, by go ukryć. Dla­czego, phral?

– Nie na­zy­waj mnie tak.

– Je­steś czę­ścią ro­dziny Ha­tha­wayów od dzie­ciń­stwa. A ja się wże­ni­łem. To czyni nas braćmi, nie­praw­daż?

Je­dyną od­po­wie­dzią było po­gar­dliwe spoj­rze­nie.

Cam czer­pał per­wer­syjną przy­jem­ność z przy­ja­ciel­skiego trak­to­wa­nia Roma, który tak otwar­cie nim gar­dził. Ro­zu­miał do­sko­nale, co było źró­dłem wro­go­ści Mer­ri­pena. Nowy męż­czy­zna w ro­dzi­nie, vitsa, kom­pli­ko­wał sy­tu­ację, jego sta­tus po­wi­nien być niż­szy. Cam, obcy, który wkro­czył znie­na­cka i z mar­szu prze­jął rolę głowy ro­dziny, był po pro­stu nie do znie­sie­nia. Nie po­ma­gał także fakt, że Cam był po­sh­ram, mie­szań­cem zro­dzo­nym ze związku Cy­ganki i ir­landz­kiego ga­dzia. A co gor­sza, był do tego wszyst­kiego za­możny, co ucho­dziło za praw­dziwą hańbę w oczach każ­dego Roma.

– Dla­czego go ukry­wa­łeś? – za­py­tał Cam.

Mer­ri­pen prze­rwał szczot­ko­wa­nie ko­nia i po­słał mu zimne, mroczne spoj­rze­nie.

– Po­wie­dziano mi, że to znak klą­twy. W dniu, w któ­rym od­kryję, co ten ry­su­nek ozna­cza, umrę ja lub ktoś mi bli­ski.

Cam nic po so­bie nie po­ka­zał, ale po­czuł na karku dreszcz nie­po­koju.

– Kim ty je­steś, Mer­ri­pen? – za­py­tał ci­cho.

Po­stawny Rom wró­cił do pracy.

– Ni­kim.

– By­łeś kie­dyś czę­ścią ple­mie­nia. Mu­sia­łeś mieć ro­dzinę.

– Ojca nie pa­mię­tam. Matka zmarła przy moim po­ro­dzie.

– Tak jak moja. Wy­cho­wy­wała mnie babka.

Zgrze­bło za­sty­gło w bez­ru­chu. Ża­den z nich się nie po­ru­szył. W stajni za­pa­dła mar­twa ci­sza, sły­chać było tylko po­chra­py­wa­nie koni.

– Mnie wy­cho­wy­wał wuj. Na asha­ribe.

– Aha. – Cam nie po­ka­zał po so­bie współ­czu­cia, które wy­peł­niło jego wnę­trze.

Nic dziw­nego, że Mer­ri­pen tak do­brze wal­czył. Nie­które cy­gań­skie ple­miona wy­bie­rały naj­sil­niej­szych chłop­ców i przy­uczały ich do walk na gołe pię­ści, wy­sta­wia­jąc ich prze­ciwko so­bie na jar­mar­kach i w za­jaz­dach. Ga­pie ob­sta­wiali wy­niki. Nie­któ­rzy z tych chłop­ców do­zna­wali trwa­łych uszczerb­ków, inni gi­nęli. A tych, któ­rzy prze­trwali, da­lej za­pra­wiano w bo­jach, aby stali się wo­jow­ni­kami.

– Cóż, to by tłu­ma­czyło twój słodki cha­rak­ter – za­drwił Cam. – To dla­tego zde­cy­do­wa­łeś się zo­stać z Ha­tha­way­ami po tym, jak cię przy­gar­nęli? Bo nie chcia­łeś już dłu­żej żyć jak asha­ribe?

– Tak.

– Kła­miesz, phral – po­wie­dział Cam, przy­pa­tru­jąc się mu uważ­nie. – Zo­sta­łeś z in­nego po­wodu. – Ru­mie­niec na twa­rzy Mer­ri­pena zdra­dził mu prawdę. – Zo­sta­łeś dla niej – do­dał ci­cho.Roz­dział 4

Szkar­la­tyna, która prze­szła przez ich wieś, była szcze­gól­nie zło­śli­wym szcze­pem, sie­ją­cym spu­sto­sze­nie zwłasz­cza wśród bar­dzo mło­dych i star­szych. Do opieki nad cho­rymi nie star­czało le­ka­rzy, a nikt spoza Prim­rose Place nie od­wa­żył się przy­je­chać. Po wi­zy­cie w wio­sce wy­czer­pany le­karz prze­pi­sał okłady z go­rą­cego octu na gar­dło. Zo­sta­wił także roz­twór ako­nitu. Le­kar­stwa nie dzia­łały jed­nak ani na Win, ani na Leo.

– Nie sta­ramy się wy­star­cza­jąco – oznaj­miła Ame­lia czwar­tego dnia. Pra­wie w ogóle nie spała, na zmianę z Ke­vem opie­ku­jąc się cier­pią­cymi. Wła­śnie we­szła do kuchni, gdzie Kev go­to­wał wodę na her­batę. – Je­dyne, co do­tych­czas osią­gnę­li­śmy to to, że czy­nimy ich odej­ście nieco mniej bo­le­snym. Musi być coś, co po­wstrzyma go­rączkę. Nie do­pusz­czę do tego. – Stała tak, sztywna i drżąca, wy­rzu­ca­jąc z sie­bie słowo za sło­wem, jakby pró­bo­wała po­bu­dzić się do walki.

Wy­glą­dała tak bez­bron­nie, że Keva za­lała fala współ­czu­cia. Nie lu­bił być do­ty­kany i do­ty­kać in­nych lu­dzi, ale bra­ter­skie uczu­cie po­pchnęło go do niej.

– Nie – po­wstrzy­mała go Ame­lia, gdy zo­ba­czyła, że wy­ciąga do niej rękę. Cof­nęła się o krok i mocno po­trzą­snęła głową. – Ja... ja nie je­stem ty­pem ko­biety, która mo­głaby się na kimś oprzeć. Roz­pa­dła­bym się na ka­wałki.

Kev zro­zu­miał. Dla lu­dzi ta­kich jak ona i on, bli­skość ozna­czała zbyt wiele.

– Co jesz­cze mo­żemy zro­bić? – szep­nęła Ame­lia, owi­ja­jąc się cia­sno ra­mio­nami.

Kev po­tarł zmę­czone po­wieki.

– Sły­sza­łaś kie­dyś o ro­śli­nie, która na­zywa się wil­cza ja­goda?

– Nie. – Ame­lia znała tylko zioła po­trzebne w kuchni.

– Kwit­nie tylko w nocy. Gdy wscho­dzi słońce, kwiaty umie­rają. Był w moim ple­mie­niu ad­ra­ben­gro, zie­larz. Cza­sami po­sy­łał mnie po ro­śliny, które ciężko zna­leźć. Po­wie­dział mi kie­dyś, że wil­cza ja­goda to naj­po­tęż­niej­sze zioło, ja­kie zna. Może za­bić czło­wieka, ale też wy­rwać z ob­jęć śmierci.

– Wi­dzia­łeś kie­dyś jej dzia­ła­nie?

Kev kiw­nął głową i spoj­rzał na nią z ukosa, po­cie­ra­jąc na­pięte mię­śnie karku.

– Wi­dzia­łem, jak le­czy go­rączkę – mruk­nął. I cze­kał.

– Znajdź ją – po­wie­działa w końcu Ame­lia drżą­cym gło­sem. – Może za­bić, ale bez tego oni umrą na pewno.

Z ro­śliny, którą Kev zna­lazł w rogu wiej­skiego cmen­ta­rza, ugo­to­wali gę­sty, czarny sy­rop. Ame­lia stała obok, gdy Kev od­ce­dził śmier­telny wy­war i prze­lał go do kie­liszka na jajko.

– Leo pierw­szy – oznaj­miła Ame­lia sta­now­czo, choć na jej twa­rzy ma­lo­wało się zwąt­pie­nie. – Jest w znacz­nie gor­szym sta­nie niż Win.

Po­de­szli do łóżka Leo. Nie mo­gli się na­dzi­wić, jak szybko pod­upadł na zdro­wiu, jaki stał się wy­chu­dzony. Jego jesz­cze do nie­dawna przy­stojna twarz była nie do po­zna­nia, obrzmiała, spuch­nięta i blada. Ostat­nie składne zda­nie pa­dło z jego ust po­przed­niego dnia, gdy bła­gał Keva, aby po­zwo­lili mu umrzeć. Jego ży­cze­nie miało się wkrótce speł­nić. Wszystko wska­zy­wało na to, że od śpiączki dzielą go go­dziny, je­śli nie mi­nuty.

Ame­lia po­de­szła pro­sto do okna i otwo­rzyła je na oścież, wpusz­cza­jąc do środka chłodne po­wie­trze, które roz­wiało za­pach octu.

Leo ję­czał i wier­cił się nie­spo­koj­nie, ale nie był w sta­nie oprzeć się Ke­vowi, który prze­mocą roz­chy­lił mu wargi, uniósł ły­żeczkę i wlał cztery czy pięć kro­pli na­lewki na jego su­chy, spę­kany ję­zyk.

Ame­lia usia­dła przy bra­cie, po­gła­skała jego zma­to­wiałe włosy i uca­ło­wała jego skroń.

– Gdyby to miało... wy­wrzeć od­wrotny sku­tek – po­wie­działa, a Kev od razu zro­zu­miał, o co cho­dzi – jak długo by to po­trwało?

– Pięć mi­nut do go­dziny. – Ręka Ame­lii za­drżała, ale ani na chwilę nie prze­rwała wę­drówki po wło­sach Leo.

Była to naj­dłuż­sza go­dzina w ży­ciu Keva. Sie­dzieli i ob­ser­wo­wali Leo, który rzu­cał się na łóżku i ję­czał przez sen, jakby śniły mu się naj­gor­sze kosz­mary.

– Biedny chło­piec – szep­nęła Ame­lia, ocie­ra­jąc mu twarz chłod­nym ręcz­ni­kiem.

Gdy upew­nili się, że unik­nęli kon­wul­sji, Kev wziął ze stołu kie­li­szek do ja­jek i wstał.

– Idziesz te­raz do Win? – za­py­tała Ame­lia, nie od­ry­wa­jąc wzroku od brata.

– Tak.

– Po­trze­bu­jesz po­mocy?

Kev po­trzą­snął głową.

– Zo­stań z Leo.

Wszedł do sy­pialni Win, która le­żała na łóżku ci­cha i nie­ru­choma. Już go nie po­zna­wała, jej ciało i umysł po­chła­niała czer­wona fala go­rączki. Gdy nieco ją uniósł i oparł jej głowę na swoim ra­mie­niu, wzdry­gnęła się w pro­te­ście.

– Win – po­wie­dział miękko. – Ko­cha­nie, nie ru­szaj się. – Na dźwięk jego głosu unio­sła po­wieki. – Je­stem tu­taj – szep­nął. Pod­niósł ły­żeczkę i za­mo­czył ją w kie­liszku. – Otwórz usta, moja mała. Zrób to dla mnie.

Od­mó­wiła. Od­wró­ciła twarz, a jej usta za­częły po­ru­szać się w bez­gło­śnym szep­cie.

– Co się stało? – mruk­nął, bio­rąc ją pod brodę. – Win, mu­sisz wziąć to le­kar­stwo.

Znów coś szep­nęła.

Kev zro­zu­miał jej ochry­pły jęk i spoj­rzał na nią z nie­do­wie­rza­niem.

– Weź­miesz je, je­śli zdra­dzę ci swoje imię?

Wal­czyła o każdy dźwięk.

– Tak.

Jego gar­dło za­ci­snęło się, a ką­ciki oczu za­częły pło­nąć.

– Kev – zdo­łał wy­krztu­sić. – Mam na imię Kev.

Po­zwo­liła mu wsu­nąć ły­żeczkę po­mię­dzy swoje wargi, a atra­men­towa tru­ci­zna spły­nęła do jej prze­łyku.

Oparła się o niego roz­luź­niona. Jej kru­che ciało w jego ra­mio­nach było lek­kie i go­rące jak pło­mień.

Po­dążę za tobą, po­my­ślał, ja­kie­kol­wiek jest twoje prze­zna­cze­nie.

Win była je­dyną rze­czą na świe­cie, któ­rej pra­gnął. Nie odej­dzie bez niego.

Kev po­chy­lił się i do­tknął war­gami jej su­chych, roz­pa­lo­nych ust.

Po­ca­łu­nek, któ­rego nie po­czuła i któ­rego nie bę­dzie pa­mię­tać.

Po­sma­ko­wał tru­ci­zny, ale się nie wy­co­fał. Pod­niósł głowę i spoj­rzał na sto­lik nocny, na któ­rym stała resztka na­paru z wil­czej ja­gody. Dawka wy­star­cza­jąca, aby po­wa­lić zdro­wego męż­czy­znę.

Wy­da­wało się, że je­dyną rze­czą, która po­wstrzy­muje du­szę Win od opusz­cze­nia jej ciała, było schro­nie­nie w ra­mio­nach Keva. Trzy­mał ją więc przy piersi i ła­god­nie ko­ły­sał. Przez chwilę chciał się po­mo­dlić. Nie mógł jed­nak uznać żad­nego stwo­rze­nia, nad­przy­ro­dzo­nego czy śmier­tel­nego, które za­gro­ziło, że mu ją od­bie­rze.

Jego świat skur­czył się do tego ci­chego, za­cie­nio­nego po­koju, szczu­płego ciała w jego ra­mio­nach, od­de­chu, który de­li­kat­nie uno­sił jej pierś. Po­dą­żał za jej ryt­mem swoim od­de­chem i bi­ciem serca. Od­chy­lił się na po­duszki i od­pły­nął w mroczny trans, cze­ka­jąc na ich wspólne prze­zna­cze­nie.

Nie­świa­domy upływu czasu, le­żał tak z nią, aż obu­dził go ruch i blask świa­tła na progu.

– Mer­ri­pen – roz­legł się chro­po­waty głos Ame­lii. Stała w drzwiach ze świecą.

Kev na oślep do­tknął po­liczka Win, przy­ło­żył dłoń do jej czoła i po­czuł na­gły przy­pływ stra­chu, gdy jego palce ze­tknęły się z chłodną skórą. Po­tem wy­czuł puls na jej szyi.

– Go­rączka Leo opa­dła – po­wie­działa Ame­lia. Kev pra­wie jej nie sły­szał, tak szu­miała mu w uszach krew. – On wy­zdro­wieje.

Słabe, lecz mia­rowe pul­so­wa­nie serca Win przy­wra­cało mu jego wszech­świat.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij