Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

  • Empik Go W empik go

Vakho. Czerwone wrota - ebook

Wydawnictwo:
Data wydania:
1 stycznia 2023
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Vakho. Czerwone wrota - ebook

Front wojny polsko-bolszewickiej przesuwa się w kierunku Warszawy, a polska armia szykuje się do obrony stolicy. Marszałek Piłsudski, szukając wyjścia z coraz bardziej skomplikowanej sytuacji, zleca oddziałowi kilkunastu straceńców misję niemal niemożliwą do wykonania. Jednak świetnie przygotowani do partyzanckiej walki Janek i Kuźma Korjatowicz mają pomysł, jak znaleźć to, czego tak pilnie potrzebuje polski wywiad…

Tymczasem hordy bolszewickie przerywają polską obronę. Tam, gdzie przejdą, pozostawiają za sobą spaloną ziemię i tysiące pomordowanych w najbardziej okrutny sposób. Czy grupie polskich śmiałków uda się pokrzyżować bolszewickie plany?

– W Warszawie pasożyty elit nadal wspominają carat – zmienił nagle temat Piłsudski, wydmuchał dym, a Janek odniósł wrażenie, że prowadzi monolog sam ze sobą. – Ględzą o Kościuszce, gęby nim wycierają, mielą ozorami o jego ideałach, a on już nie żyje i nie ma jak się bronić. Każdy z tych pajaców czyni to bezkarnie, bez konsekwencji, bo oni wiedzą lepiej, co dobre dla Polski. Brylują na przyjęciach, w łajdactwach i szachrajstwach, ale do wojska zapisać się to już nie. – Zamilkł, ale po chwili utkwił oczy w Janku i dodał z jakąś zaciętością w głosie: – Kto solidaryzuje się ze mną, musi płacić wysiłkiem, męką, trudem, ofiarą z wolności, z życia, bronić ojczyzny, gdy czerwona zaraza zaczyna nas zalewać.
Kategoria: Historia
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8313-362-1
Rozmiar pliku: 1,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

W obozie panował rozgardiasz. Wpływały na to rozkazy, które zmieniano w miarę napływających do sztabu najświeższych informacji z frontu. A ten był coraz bardziej nieustabilizowany, zmieniał się z godziny na godzinę i przeobrażał; tu gdzie przed chwilą trwały walki, zapadała cisza, a parę kilometrów dalej wybuchała niespodziewana palba dział i karabinów. Krótka sielanka – wytchnienie między starciami – trwająca zaledwie parę dni minęła bezpowrotnie. Bolszewicy wznowili działania i do walki włączali nowe, wypoczęte dywizje, ściągnięte ze wschodu, które nie bacząc na straty, parły do przodu.

Pogoda też zmieniła swój stan. Na niebie dotąd błękitnogranatowym pojawiły się chmury zabarwione na różowo, dało się też odczuć pierwsze podmuchy wiatru, które przyjęto z radością, jako że dotychczasowy skwar dawał się we znaki zarówno ludziom, jak i koniom.

Między namiotami przemykały teraz szybko baterie dział i samochody aprowizacji, zdążające do wytyczonych celów, załadowane furmanki kierowały się w wyznaczonych im kierunkach, część oddziałów czekała na znak wymarszu, a inne już pospiesznie to czyniły. Adiutanci naprędce dostarczali polecenia do pułków i szybko wracali, a dowódcy, nierzadko klnąc, przekazywali nowe wytyczne dalej do podległych im oddziałów.

Skończył się chwilowy bezruch. Wieści z pola coraz bardziej zaciętych starć rozchodziły się między żołnierzami, wywołując u jednych euforię, u innych strach przed płynącą w ich kierunku czerwoną nawałnicą.

***

Po odwiedzinach w szpitalu Janek trawił to, co o tajemnicach rodzinnych, o których wcześniej nie wiedział, ujawnił mu ciężko ranny stryj Vakhtanga. Teraz dopiero zrozumiał, w jakich okolicznościach Wasyl, bo tak go we dworze nazywano, aby przed carskimi ukryć jego pochodzenie, znalazł się pod opieką pradziadka Wiktora i dlaczego ten otoczył go opieką równą tej, co swojego syna, dziadka Sylwestra.

Daleka przeszłość, jak nagle odkryte w szafie dokumenty rodzinne sprzed wieków, zaczęła żyć własnym życiem. Janek musiał je sobie przetrawić, bo jak na razie był nimi oszołomiony. O części spraw już wiedział, bo opowiedział mu o nich Vakhtang, gdy jego oddział spotkał pułk dziadka Sylwestra na dalekim zapleczu wojsk bolszewickich. W sprawach stricte rodzinnych już się nie orientował.

Obaj, Vakhtang i Sylwester, zdobyli szlify bojowe za młodu, walcząc z Rosjanami przy boku Imama Szamila na Kaukazie. Po zamachach na Imama stworzyli jego przyboczną gwardię złożoną z Polaków, a po jego śmierci jeszcze jakiś czas pracowali dla jego syna, Dżamala al-Dina. To tam, niemal na końcu świata, dziadek ożenił się z Tamriko, siostrą Vakhtanga, która zginęła podczas ataku Rosjan na twierdzę Achalciche. Po jej zdobyciu carscy bez skrupułów wyrżnęli wszystkich mieszkańców, od dorosłych po dzieci.

Po upadku jedynego wolnego państwa na Kaukazie, Imamatu Kaukaskiego, jak niepyszni razem wrócili do dworu. Tu dziadek Sylwester po kilku latach zakochał się ponownie. Z nowego związku urodził mu się syn, Andrzej, ojciec Janka, ale nieszczęście dopadło go kolejny raz. Żona zmarła przy porodzie. Dziadek załamał się, obowiązki wychowania jego syna przejął na siebie Yakhtang i mamka Jefrosinia.

Gdy Andrzej był młodzieńcem, wdał się w burzliwy romans z Pruzyną, córką Jefrosinii, której zrobił dziecko, Alika. A że było to w czasie trwającego już narzeczeństwa z panną Jadwisią, z którą też ochoczo swawolił, czego dowodem był Janek, został przez pradziada Wiktora za karę, żeby ochłonął i nabrał rozumu, wysłany do Nikołajewskiej Szkoły Kawalerii, a po jej ukończeniu do jednego z carskich pułków.

Cały więc wysiłek wychowania jego syna, Janka, na mężczyznę i Polaka, prócz rzadkich wizyt ojca i czułości matki Jadwigi, o ironio, spoczął na szwagrze dziadka o egzotycznym imieniu Vakhtang, co po polsku znaczyło Wilk, a którego we dworze nazywano Wasyl, by carscy nie zwrócili nań uwagi. Dziadek też miał nad nim pieczę, ale że i na głowie organizację mozolnie budowanej siatki wywiadowczej, to poświęcał wnukowi mniej czasu.

Tym samym przez całe lata Wasyl stał się dla Janka drugim dziadkiem, równie kochanym jak ten pierwszy. To on wpajał mu różne atrybuty żołnierskie, uczył jazdy konnej, walki wręcz i przy szabli, po niuanse taktyki wojennej. Mawiał, że kiedyś Polska, jak jego ukochany Kaukaz, odrodzi się i takie umiejętności musi poznać każdy szlachcic miłujący ojczyznę. Janek wychowywany był wraz z Alikiem, nie wiedząc wówczas, że jest jego bratem. O tym Vakhtang wbrew dziadkowi powiedział mu dopiero później, gdy oba oddziały nieoczekiwanie się spotkały.

Sylwester z Wasylem, starzy bojowcy znający osobiście Józefa Piłsudskiego, tworzyli na kresach za jego sugestią siatkę wywiadowczą opartą o lokalne, konspiracyjne organizacje. Jeszcze przed wybuchem wojny utrzymywali stały kontakt z Polskimi Drużynami Strzeleckimi i Związkiem Walki Czynnej, a później, po ich zjednoczeniu, z Polskim Związkiem Wojskowym, a następnie z Polską Organizacją Wojskową.

Losy ojca po wybuchu rewolucyjnej zawieruchy były nieznane.

Przez swoich emisariuszy Sylwester z Vakhtangiem starali się cokolwiek dowiedzieć, ale Rosja to wielki kraj, w którym na potrzeby wojny powołano pod broń ponad milion żołnierzy. Poszukiwania przypominały więc szukanie igły w stogu siana, i to po ciemku. Żadnych konkretnych informacji nie uzyskali, prócz jednego listu, który dotarł za pośrednictwem rannego kolegi ojca, którego zwolniono z wojska. Później zapadła cisza, a w Rosji rozgorzały krwawe walki między bolszewikami a ich przeciwnikami. Dziadek z Wasylem po otrzymaniu wielu sprzecznych informacji zaczęli domniemywać, że Andrzej mógł zginąć tuż po operacji kubańskiej w 1918 roku, którą przeciwko czerwonym prowadził generał Ławr Korniłow. Jedyną potwierdzoną informacją było to, że w tym okresie był w sztabie generał majora Michaiła Drozdowskiego i wziął udział w bitwie z dużymi siłami czerwonych pod Nowoczerkaskiem, gdzie bolszewicy zostali pokonani.

Ostatnia wiadomość od Andrzeja pochodziła z okresu, gdy dowództwo wojsk po zmarłym generale Korniłowie objął generał Anton Denikin. To wówczas przyłączył się do niego generał Drozdowski dowodzący dywizją znaną z bardzo wysokiego morale i odwagi.

***

Stryj po operacji wyjęcia kuli z płuc nie wyglądał najlepiej, ale jak zwykle nadrabiał samopoczucie buńczuczną miną, żartami i bagatelizowaniem odniesionych ran.

Od poznanej w szpitalu siostry Lili dowiedział się, że stary Kazak próbował nawet uciec do pułku zaraz po ocknięciu się po operacji, ale przeliczył się z siłami i po zejściu z pryczy zwyczajnie zemdlał. Gdy się ocknął, dostał za to burę od lekarza, Daniela Jakowycza, który nie licząc się z jego stopniem, krzyczał na niego tak, że cały szpital oniemiał, bo do tej pory doktor uchodził za chodzącą łagodność.

– A wie pan, że pilnować pańskiego stryja kazał sam komendant Piłsudski i nawet był tu u nas dwa razy i coś tam z pułkownikiem Vakhtangiem i pańskim dziadkiem Sylwestrem konwersowali? – Lila miała tak uroczy uśmiech, że Janek nie pierwszy raz poczuł, jak wszystko w nim zamiera, a problemy z niesfornym stryjem chwilowo odpływają na dalszy plan.

– A to waćpanna… – próbował jakoś dowcipnie zareagować, ale nie znalazł słów i stał tylko, wpatrując się w jej twarz i zmieszanie maskował głupawym uśmiechem.

Ona popatrzyła nań uważnie swoimi niebieskimi oczami, nagle zarumieniła się i spuściła głowę.

Nastąpiła niezręczna chwila milczenia.

Janek nadal wpatrywał się w pielęgniarkę, pragnąc ze wszystkich sił coś wymyślić, jakiś sytuacyjny żart, komplement, ale nic sensownego nie przychodziło mu do głowy. Wiedział już o niej więcej niż w chwili poznania, gdy z pułkiem przedarli się przez front i zaraz po tym szukał rannego Wasyla w szpitalu.

Ukończyła Lwowską Szkołę Pielęgniarstwa, a w chwili rozpoczęcia walk z bolszewikami pracowała w szpitalu powszechnym. Gdy ogłoszono, że na froncie potrzebują personelu medycznego, zgłosiła się bez wahania, wbrew kategorycznym sprzeciwom rodziców.

– Miałam akurat przenosić się na dalsze nauki do ekonomek św. Wincentego à Paulo w Krakowie, ale w tej zawierusze, sam pan wie, zostałam we Lwowie – tłumaczyła podczas pierwszego spotkania, a on słuchał zauroczony melodią jej głosu, śpiewnym akcentem, jasnymi włosami, chabrowymi oczami i uśmiechem, który powodował, że na chwilę zapomniał o wojnie. Podobnie zdarzyło mu się tylko raz, przed laty, gdy we wsi zwrócił uwagę na Hapkę, którą później zgwałcili i zabili bolszewicy.

Ich pułk operował na głębokich tyłach wojsk rosyjskich. Po zdobyciu tajnych szyfrów Rosjan przebił się na polską stronę, w momencie gdy bolszewicki Front Zachodni rozpoczął ofensywę na Białorusi i Ukrainie. Armia generała Edwarda Rydza-Śmigłego, czego dowiedział się od kapitana Kuźmy Korjatowicza, adiutanta i prawej ręki dziadka Sylwestra, dowodzącego ich jednostką, zmuszona została do odwrotu. Tocząc ciężkie walki, opuściła Kijów i wycofywała się teraz w kierunku Żytomierza.

Sytuacja dla wojsk polskich stała się ciężka. Rosjanie mieli druzgocącą przewagę w liczbie świeżych żołnierzy i systematycznie spychali polskie oddziały na zachód. Szpital, znajdujący się w rejonie nie tak odległym od linii walk, był teraz zagrożony.

– Komandir, zapraszamy do nas, jest bigoszczyk jak ta lala, no, chyba że farszirowannyj specjałami z kantyny oficerskiej – wyrwał go z zadumy uśmiechnięty całą gębą Igor Sedenkow, jeden z jego ludzi, który po walkach, gdy przedarli się przez front, został mianowany sierżantem.

– Skąd ten specjał, nie smakuje kuchnia?

– Melduję, że garkotłuki nie mają pojęcia, co jest dobre, to chłopaki na polach wyrżnęły trochę kapusty, a mięso samo podpełzło, na pielmieni było za mało, to co miało się zmarnować. Bigoszczyk świeżutki, jeszcze nieprzegotowany, ale i tak palce lizać.

Nie pytał, co im podpełzło, bardziej interesowało go, czy już Korjatowicz dostał nowe rozkazy. Ich pułk, odmiennie od regularnych oddziałów, został oddany do wyłącznej dyspozycji sztabu, a tam stale przebywał dziadek Sylwester. Nawet Janek nie wiedział, jakie są plany, bo te trzymano w ścisłej tajemnicy.

***

Kilka dni wcześniej, gdy o świcie udał się do sztabu generała Wacława Iwaszkiewicza-Rudoszańskiego, gdzie rezydował dziadek kierujący pracami wydziału wywiadu, pierwszy raz zobaczył naczelnika Piłsudskiego, choć marszałka oficjalnie tu nie było. Przyjechał bez rozgłosu, gdy jeszcze było ciemno, w otoczeniu tylko trzech oficerów. Jak się później Janek dowiedział, Piłsudski przedkładał nad dzień nocne markowanie, czym wykańczał swoje najbliższe otoczenie. I tak było wówczas, gdy w środku nocy postawił na nogi cały sztab generała.

Janek wszedł po cichu do dawniej stołowego pokoju, pewnie poprzednio ze względu na powierzchnię pełniącego funkcję bawialni, gdzie ustawiono stoły zarzucone mapami. To tu pracował dziadek, wychodząc tylko na posiłki, a i to nie zawsze. Często widywał tu oficerów, z którymi konsultował różne informacje spływające z frontu, a nierzadko też z jego zaplecza. I tym razem był tu jakiś nieznany mężczyzna, z którym pochylali się nad mapami, mrucząc coś do siebie i pokazując na nich jakieś cele.

– Tu atakuje 12 Armia wspomagana przez Grupę Jakira, a lada moment pojawią się pewnie zagony Armii Konnej – tłumaczył coś obcemu dziadek, zakreślając na mapie obszary trzymanym w ręku papierosem. – Pod Samhorodkiem przełamali nasze pozycje i sam widzisz, dlaczego tak szybko doszli do Żytomierza i Berdyczowa. Tyle wiem z meldunków, a Bóg mi świadkiem, że to za mało, a informacje są niespójne. Mają inny szyfr, bo tego, co przywieźliśmy i którym posługuje się sztab Tuchaczewskiego, nie używają, a nim moi mołojcy dojdą, jak go odczytać, będziemy mieli ich na karku. A tu, spójrz, mamy naszych sojuszników, ale zamiast kilkudziesięciu tysięcy, jak obiecywał Petlura, zgromadził tylko kilka. Po cichu negocjujemy o przejście na naszą stronę III Brygady Kozaków Dońskich, którymi dowodzi esauł Aleksander Salnikow, ale na razie się nie zdecydował.

– Kazałem przekazać Petlurze ponad trzydzieści tysięcy karabinów, kilkaset karabinów maszynowych, dział, amunicję, to mało? Co mam jeszcze uczynić? Niańczyć ich i stworzyć za nich własne wojsko? – Obcy uderzył pięścią w stół.

– Formują armię, ale idzie im jak po grudzie. Pewnie nie torpedują ustaleń, bardziej bym widział bałagan organizacyjny.

– Myślę, że – tajemniczy oficer już się uspokoił – przyczyna pewnie jest, Sylwek, inna. Petlura, jak mniemam, nie ma poparcia wśród chłopów, bo propaganda bolszewicka pomieszała im we łbach. Mamią ich rajem i ci prości, naiwni ludzie przechodzą na ich stronę. Na razie tworzą więc oddziały głównie z podchorążych i oficerów, bardzo bitne, ale co by nie wejrzeć, masz rację, taka organizacja burdel przypomina, a nie armię.

– Małe pocieszenie, ale choć dobrze, że z szeregów bolszewickich zaczynają uciekać do nas żołnierze.

– Jacy?

– Ot, chociażby – dziadek pogmerał w papierach, szukając jakiejś notatki – cała 3 Brygada Jazdy z 14 Dywizji, sami Kozacy, byli żołnierze Denikina, których czerwoni wcielili pod groźbą rozstrzelania ich rodzin. W końcu zorientowali się, że czerwony raj przypomina bardziej piekło, zabili komisarzy, a ich dowódca, pułkownik Jakowlew, przyprowadził nam sześćset szabel. Bitni, jak się patrzy, ale rzeczywiście garstka. Już zmieniliśmy ich nazwę na Brygadę Wolnych Kozaków.

– Tyle dobrze, ale tu… – Nagle zamilkł, jakby czując za plecami kogoś obcego. Nie odwracając się, spytał tylko: – Nu, czego się tak czai, masz coś do pułkownika, to gadaj i nie przeszkadzaj.

Dziadek też podniósł głowę i Janek zobaczył, że zarwane noce odbiły się bruzdami na jego twarzy.

– A, to ty, już miałem posyłać do ciebie umyślnego, potrzebny nam jesteś.

Odwrócił się też nieznajomy oficer. Ściągnął krzaczaste brwi, głowę przechylił na bok, uważnie lustrując Janka, jakby oceniał, co za dziwo ma przed sobą.

Teraz dopiero Janek zaczął się domyślać, kto to ów, w mundurze bez dystynkcji i o zatroskanej twarzy. I te wielkie wąsy, tak charakterystyczne, okalające całą górną wargę, które odruchowo gładził kciukiem.

A tom się wkopał – pomyślał szybko, wyprężył się i zasalutował. Nie bardzo wiedział, jak się przedstawić, bo wyjaśnienie „wnuk dziadka” nie pasowało do sytuacji, a stopnia formalnego przecież nie miał, był tylko cywilem. Trwał więc wyprężony, choć bez tej dozy uległości, jaką reprezentowali oficerowie, którzy walczyli pod Piłsudskim i znali go od dawna.

– Tylko dzięki zaiste niepojętej, a tak wielkiej i niezbadanej litości boskiej ludzie w tym kraju nie na czworakach chodzą, a na dwóch nogach, udając człowieka. – Marszałek rzucił w przestrzeń niezrozumiałą myśl i niespodziewanie uśmiechnął się, zadowolony widać ze swojej oceny. – A tyś, młodzieńcze, widzę mało pokorny i nie ma w tobie lizusostwa powszechnego na salonach. Tuś mi, bratku, będziesz potrzebny, choć wiem, że pułkownik – wskazał oczami na dziadka – nie skacze z tego powodu z radości.

Dziadek tylko wzruszył ramionami.

– Dobrze, robimy przerwę i niech nam podadzą herbaty.

Dziadek wyszedł, by wydać polecenia, a marszałek zapalił papierosa, usiadł na krześle i zmusił do tego samego Janka. Usiadł sztywno, nieprzyzwyczajony do obcowania z osobą, która wśród żołnierzy postrzegana była niczym grecki bóg na ziemi.

– W Warszawie pasożyty elit nadal wspominają carat – zmienił nagle temat Piłsudski, wydmuchał dym, a Janek odniósł wrażenie, że prowadzi monolog sam ze sobą. – Ględzą o Kościuszce, gęby nim wycierają, mielą ozorami o jego ideałach, a on już nie żyje i nie ma jak się bronić. Każdy z tych pajaców czyni to bezkarnie, bez konsekwencji, bo oni wiedzą lepiej, co dobre dla Polski. Brylują na przyjęciach, w łajdactwach i szachrajstwach, ale do wojska zapisać się to już nie. – Zamilkł, ale po chwili utkwił oczy w Janku i dodał z jakąś zaciętością w głosie: – Kto solidaryzuje się ze mną, musi płacić wysiłkiem, męką, trudem, ofiarą z wolności, z życia, bronić ojczyzny, gdy czerwona zaraza zaczyna nas zalewać.

Umilkł ponownie, a Janek nie wiedział, jak się zachować i o co marszałkowi chodzi. Ćwiczy jakieś przemówienie? Bada jego inteligencję? Nie znajdując odpowiedzi, już chciał się poderwać i wyjść, ale marszałek wrócił do rzeczywistości i ponownie skrzywił usta w uśmiechu.

– Takie to moje utrapienia, nie zwracaj chłopcze na to uwagi. Dziadek mi o tobie opowiadał. Znamy się z nim od dawna, to duma, że cię tak ze stryjem wychowali. Jak cię nazywa Vakhtang? Już pomnę, Vakho, wilcze szczenię, ładnie, romantycznie. – I nagle spytał: – A nie bałbyś się wrócić za front?

Janek, nim pomyślał, poderwał się i wyrzucił z siebie:

– Na rozkaz, panie marszałku.

I dopiero po tym dotarł do niego sens pytania. Za front? Przecież tam bolszewików więcej niż mrówek w kopcu. To niemal samobójstwo. Trwał wyprostowany, czekając, aż usłyszy bliższe wyjaśnienie. Przez głowę mu przelatywało, co ten starszy mężczyzna, chyba rówieśnik dziadka, ma takiego w sobie, że czuje się przy nim jak kilkunastoletni chłopiec złapany na kradzeniu jabłek w ogrodzie, i trzaska obcasami, choć do tej pory było mu to zupełnie obce.

– Siadaj, siadaj, bo mi się tu nadwyrężysz. – Na twarzy marszałka cały czas gościł kpiący grymas, a w oczach pojawiły się bliki rozbawienia. – Twoi żołnierze nadali ci tytuł pułkownika, ponoć zafascynowani opowieścią o Kmicicu. To prawda?

– Melduję…

– Nie melduj, a opowiadaj, przed generałami będziesz dygał, ja tylko pytam.

– Tak jest, tyle że nie ja im opowiadałem, a mój brat, Alik. A oni, prości ludzie, chłopi, pewnie nie przeczytali w życiu żadnej książki, to i osoba Kmicica bardzo im się spodobała. – Przerwał niepewny, czy nie za bardzo się rozgadał, ale zobaczył w oczach marszałka zaciekawienie. – Dla nich Szwedzi i ich okrucieństwo kojarzą się z bolszewikami, a że niemal każdy kogoś z ich rąk stracił, to zostałem w ich oczach pułkownikiem. Umownie, oczywiście, bo nie mam żadnego doświadczenia, tyle co…

– Ot co, tyle co to aż nadto – przerwał mu marszałek. – Tu mamy wielu utytułowanych szarż, co prócz pagonów niczego nie reprezentują. Zapominają w zadufaniu, że każdy żołnierz może zostać oficerem, jak również każdy oficer może zejść do szeregowców, czego oby nie było. A z tego, co mi Sylwester opowiadał, masz nadzwyczajną intuicję i zwariowane pomysły. No i dobrze, ale do rzeczy. Wieniawa, mój młody adiutant, też taki popędliwy jak ty… – Zawiesił głos, oczy zmrużył i pogładził wąsy. – Oficjalnie mianowałem cię pułkownikiem Wojska Polskiego. A niech to, ukręcimy nosa kilku pyszałkom. Znajdą się tacy, co będą drwili, ale nie przejmuj się, należy ci się, ale nic za darmo. Coś musisz dla nas zrobić, ryzykując życiem. Stosowne papiery odbierzesz u generała Iwaszkiewicza-Rudoszańskiego, bo on tu dowodzi, a jak dziadek wreszcie przyniesie tę herbatę, wprowadzi cię w sedno. Tylko mi się spisz, Vakho, bo bez wilczego sprytu nie podołasz.

Zamilkł, popatrzył gdzieś w dal, jak gdyby trawił jakąś myśl, po czym dodał:

– Wyznaję taką zasadę, którą wypowiedział największy człowiek na świecie, Napoleon: „Sztuką łamania przeszkód jest sztuka niezauważania tego lub owego za przeszkodę”. I coś mi się widzi, że podobna przyświeca tobie, jest więc szansa, że ci się uda.

Znów przerwał i podpalił kolejnego papierosa, po czym spojrzał na Janka nie jak dowódca, a bardziej wzrokiem, jakim czasami patrzyli dziadek i stryj.

– W was, młodych, cała nadzieja, bo ci wiekowi to tylko mielą ozorami bez potrzeby. A ty, ze swoją naiwnością i jednocześnie intuicją, dobrze rokujesz. Znam podobnego, nawet jest w twoim wieku, Leopold Lis-Kula, był w moich legionach, zdolna bestyja, brał udział w odsieczy Lwowa przeciwko wojskom ukraińskim. Jego za dokonania mianowałem majorem, czego stare pryki też nie mogły zdzierżyć. To wy zbudujecie Polskę, a przynajmniej mam takie przeświadczenie.

***

To było kilka dni temu. Zadanie wydawało się niewykonalne, a wyprawa za front niemal samobójstwem. Małym pocieszeniem była informacja, że operować będą w regionie, gdzie pozostał dziadkowy dwór, a więc na terenie dobrze mu znanym.

Miał zabrać ze sobą oddział złożony z trzydziestu żołnierzy i tu Janek postawił warunek, że sam sobie ich dobierze. Generał Iwaszkiewicz, gdy mu go przedstawił, wzruszył tylko ramionami:

– Źle wybierzesz, głową zapłacisz, i to oby tylko, ale czyń, jak chcesz. Ja mam cię tylko wyposażyć, choć pewnie, skoro przedarliście się przez front, tracąc minimum ludzi, nie tak wiele ci trzeba. Ot, z pewnością rosyjskie mundury, czapki, jakieś inne drobiazgi, aby was za szybko nie rozpoznano.

Wtajemniczył też w plan, który ponoć wyszedł od samego Piłsudskiego. W miejscu, gdzie mieli przejść linię frontu, polskie oddziały zamarkują odwrót w popłochu, powstanie wyrwa i korzystając z zawieruchy, przez nią przeskoczą na drugą stronę, a gdy to się stanie, linię zamknie się na powrót.

– Panie generale – Janek miał wątpliwości – a co będzie, gdy wedrze się tylu, że nie zdołacie zatkać przerwy?

– Młody, a taki niedowiarek. – Generał się roześmiał. – To już nie twoja głowa, a moja.

***

Sytuacja zmieniała się bardzo szybko, niemal z godziny na godzinę, i za każdym razem, gdy pojawiał się u dziadka, ten pokazywał mu płynną linię rozgraniczającą polskie oddziały od bolszewickich.

– Popatrz, tu gromadzi się Grupa Aleksandra Golikowa, a w niej groźna, bo doświadczona w bojach 7 Dywizja Strzelców, razem coś ponad siedem tysięcy pieszych i niemal tysiąc szabel. – Bruzdy na jego twarzy jeszcze bardziej się wyostrzyły, a pod oczami pojawiły się ciemne worki. – Czym ich zatrzymać? Mam tylko w odwodzie 1 Pułk Piechoty Legionów. Cóż, jakoś sobie poradzimy. Wybrałeś już żołnierzy do oddziału?

– Wezmę swoich i Korjatowicza, jeśli pozwolisz, z jego Kozakami. Moi znają doskonale teren, a Kozacy mają wojnę we krwi.

– Bierz, bierz, Kuźma, doświadczony żołnierz i służyć ci będzie radą. Tak się tylko zastanawiam, czy w decydującym momencie trzydzieści szabel to nie za mało.

– Mam nadzieję, że tam zastanę naszych, których zostawiliśmy w borze pod dowództwem porucznika Buczackiego. Do tej pory powinien ich podkurować, a to zawsze kilkadziesiąt doświadczonych szabel więcej.

– A tak, tak, z tego wszystkiego umknęło mi to z pamięci. – Dziadek zamrugał oczami, zły na siebie, że zapomniał o grupie rannych, których musieli pozostawić, szykując się do przedarcia przez front. – Wybacz, ale zaczynamy nie ogarniać wszystkiego, dlatego tak potrzebne są nam nowe szyfry Rosjan. Popatrz – spod innych wyciągnął dużą mapę – atak na Kijów Konarmii, jak przypuszczamy, miał nas odciągnąć od Białorusi, bo szykują natarcie właśnie z tamtej strony. Główne siły już gromadzą na odcinku, gdzie nasz front łączy się z łotewskim. Zgromadzili tam kilkusettysięczną armię z ogromną liczbą artylerii, piechoty i konnych. Gdybyśmy pozostawili tu wojska i wsparli w obronie Kijowa generała Sikorskiego i Żelazną Dywizję petlurowców, osłabilibyśmy tamten region, a generał Szeptycki sam nie utrzyma linii litewsko-białoruskiej. – Zmienił mapę i wskazał na następną. – A tu niespodziewanie za nasz front przedostały się cztery dywizje Budionnego, co zupełnie pomieszało nam szyki. Pod Wołodarką i pod Bystrzykiem nasi chłopcy powstrzymali je, płacąc za to krwią, podobnie pod Chorupaniem, ale oni sforsowali w tym czasie Dniepr – wskazał palcem punkt – i utworzyli niebezpieczny przyczółek pod Okuniewem. Za mało mamy ludzi, by obsadzić cały front, to zajmują wyrwy i prą dalej.

– Próbowano ich wyprzeć?

– Wiele razy kontratakowaliśmy, ale tej szarańczy jest za dużo. – Odwrócił się do Janka i dłuższą chwilę trzymał za ramiona. – Co ja ci tu zawracam głowę, ledwie cię odzyskałem i już wysyłam.

Przez chwilę Jankowi wydawało się, że zobaczył w oczach dziadka wilgoć, ale ten odwrócił się szybko i pochylił nad mapami.

– To, co powiedziałeś, ma sens, ale… – nawiązał do poprzedniego tematu Janek, by przerwać krępującą dla obu ciszę.

– To, mój mały, są tylko domniemania, bo dowodów wywiadowczych nie mamy. A jak się pomylimy, przejdą po nas jak po zbożu.

– A te szyfry, które dostarczyliśmy, przedzierając się przez front, to pewne, że nie działają?

– Działają – podkreślił z naciskiem – i to dzięki nim wiemy o gromadzeniu sił przez Tuchaczewskiego na Białorusi. Nie znamy za to zamierzeń Konarmii i Budionnego, a on, jak wspomniałem, stosuje odmienne. Chyba za sobą nie przepadają, jak się wydaje, i to chcemy wykorzystać, ale potrzebna jest dokładna informacja. Teraz rozumiesz?

***

Wyruszyli jeszcze przed świtem. Polskie oddziały zamarkowały atak na linie bolszewickie, a następnie, gdy tamci odpowiedzieli kontratakiem, wycofały się. W utworzoną lukę w linii frontu wdarły się natychmiast oddziały rosyjskie. Gdy pierwsza fala atakujących minęła ich, wykorzystali zamieszanie i nieniepokojeni przemknęli na wschód.

Odetchnęli dopiero daleko dalej, po przebyciu kilkunastu wiorst, na głębokim zapleczu, gdzie panował totalny rozgardiasz i nikt nie zwracał uwagi na samotnych jeźdźców.

Janka cały czas gnębiła myśl, czy szpital został ewakuowany na czas, czy Lili nic się nie stało i co ze zdrowiem stryja, który rwał się do pułku, nie bacząc na swój stan. Z dziewczyną zdążył się pożegnać, choć nie mógł zdradzić, gdzie został skierowany. Stryja tylko poprosił, by miał na nią baczenie, i tą samą prośbą obarczył dziadka, ale w ferworze walk różnie mogło się zdarzyć.

Gdy w środku nocy skryli się w małym zagajniku w pobliżu frontu, ten chwiał się pod uderzeniami konnicy Grupy Jakira, która okazała się dużo liczniejsza, niż przewidywały to informacje wywiadu. W tej sytuacji odsłonięcie nawet małego odcinka wydawało się bardzo ryzykowne, ale generał Iwaszkiewicz nie odstąpił od planu, stwarzając im okazję do przemknięcia na zaplecze bolszewików. Przybyły w ostatniej chwili jego adiutant przekazał ustnie, że bez względu na straty ich misja jest ważniejsza, i życzył powodzenia.

Im byli dalej, tym było spokojniej, ale mijali coraz więcej pułków zdążających pospiesznie na zachód. Nikt nie zwracał uwagi na mały oddział, który spokojnie kierował się w sobie tylko znanym celu. Nikt ich nie zaczepiał, nikt nie pytał, dlaczego oddalają się od frontu. Pod wieczór byli już tak daleko, że huk dział był ledwie słyszalny, ale strumień posiłków bolszewickich nadal się nie zmniejszył i niczym wezbrana wiosną rzeka przerażał płynącą w kierunku dalekich starć liczbą piechoty, artylerii i konnicy.

– Panie Kuźma, skąd tyle wojska nabrali? Jak nasi powstrzymają taką masę? – spytał Korjatowicza, który ze ściśniętą twarzą lustrował mijające ich pułki.

– Odrzucili Denikina, rozbili wojska generałów Millera, Kołczaka i Judenicza, to teraz wszystkie siły skierowali na Polskę. – Kuźma wzruszył ramionami, jakby to było oczywiste. Dużo częściej niż Janek przebywał u dziadka w sztabie, orientował się więc dobrze, co się dzieje. – Nie mają kłopotów jak my, gromadzą ćmę ludzką, bo każdy sprzeciw to kula w łeb, bez pardonu i dyskusji.

– Nikt się nie sprzeciwia? Nikt nie widzi zbrodni, które dokonują? Nie buntują się? Nie rozumiem…

– Ludzie, panie Janie, są z natury bezwolni, szczególnie tu, w Rosji. Ten uciska czy tamten, bez różnicy, mają we krwi uległość. Czasem tylko miarka się przebiera. Przed wyjazdem pułkownik pokazał mi meldunek z guberni tambowskiej, gdzie chłopi zbuntowali się przeciw bezwzględnym rekwizycjom i wybuchło powstanie przeciwko bolszewikom.

– I co, jak się zakończyło?

– Ostatnia informacja, że stworzyli własną armię, ale jak na mojego nosa, jak nasza wojna się skończy, czerwoni podeślą tam wojska i rozprawią się krwawo z niepokornymi.

Jechali spokojnie w ordynku, który miał postronnym rzucać się w oczy i przekonywać ciekawskich, że oddział zdąża z rozkazami, a nie ucieka z pola walk.

Raz tylko zaczepił ich jakiś komisarz, ale Kuźma, przebrany w czarną kurtkę, tak naskoczył na niego, że tamtemu odechciało się pytań i jak niepyszny szybko zawrócił do swoich.

– Mam obawy, czy czym dalej, takich zdarzeń będzie mniej… – skomentował Janek, gdy oddalili się od mijanego pułku kawalerii uzbrojonego w wozy pancerne i ciągnącego działa.

– Ano oby, ale zastanawiam się, jak zboczyć z trasy, ale to tałatajstwo jest wszędzie. – Korjatowicz pokręcił głową na lewo i prawo, gdzie w niedalekich odległościach mijały ich czerwone oddziały, a niemal każdy pod jakąś flagą z napisami _Prolietarin wsiech stran sojediniajties w borbie_ tudzież opatrzonymi gwiazdami oraz charakterystycznym skrzyżowanym młotem i sierpem.

***

Pod koniec dnia, gdy niebo ściemniało, nawała ciągnących w kierunku zachodnim oddziałów zaczęła rzednąć i teraz mijały ich tylko nieliczne. W pewnym momencie jednak pojawił się duży pułk Kozaków, w odróżnieniu od większości bolszewików w porządnie utrzymanych mundurach i z dwoma sztandarami. Liczył około ośmiuset szabel, miał ze sobą taczanki z ciężkimi karabinami i działka polowe ciągnione przez konie.

Zatrzymali się na wysokości Polaków, nie zmieniając jednak pozycji marszowej. Padł rozkaz i do oddziału Janka przygalopował jeździec. Zasalutował, po czym posłaniec, patrząc na Korjatowicza, nakazał jechać do swojego dowódcy.

– Paszoł won, jak chce, niech tu jedzie do mnie! – Kuźma zachował spokój i nie nakazał zatrzymania oddziału.

Każdy z trzydziestu ludzi Janka niepostrzeżenie chwycił za broń, by mieć ją w pogotowiu. Poziom adrenaliny podskoczył, ale zgodnie z rozkazem nie pokazywali po sobie, że gwałtowna wymiana zdań między Korjatowiczem a posłańcem zrobiła na nich wrażenie. Wiedzieli, że są pilnie obserwowani i każda nerwowość wywołałaby tylko podejrzenia tamtych.

Posłaniec wrócił do swoich jak niepyszny, a zaraz po tym z kozackiego pułku oderwało się kilku jeźdźców, kierując się na nich. Na czele jechał w czarnej kurtce komisarz, a za nim siedmiu Kozaków w futrzanych papaszkach z naszytymi gwiazdami. Widząc, że oddział Janka się nie zatrzymuje, podjechał do prowadzącego Korjatowicza.

– Pułkownik Tumotew, Wsierossijskaja czriezwyczajnaja komissija po bor’bie s kontrriewolucyjej, spiekulacyjej i priestupleniami po dołżnosti_ _– przedstawił się ostro i tylko nazwiskiem, mrużąc przy tym oczy.

Towarzyszący mu jeźdźcy jechali obok, trzymając w dłoniach zdjęte z ramion karabiny.

– Da, to znaczy, że macie prawo kontrolować każdego, ale czy na pewno, towarzyszu pułkowniku? – Korjatowicz nawet nie spojrzał w jego stronę.

Jechali w milczeniu kilka minut, po czym Rosjanin, zaskoczony lekceważeniem jego osoby, wydusił z siebie kolejne pytanie, choć jego ton nie był już taki pewny jak poprzednio.

– Na zapleczu frontu różnych się spotka, to uciekinierów, dezerterów, różne bandy.

– Czy mój oddział wygląda na wywrotowców, towarzyszu pułkowniku?

Zaległo ponownie milczenie, po czym Kuźma sięgnął do wewnętrznej kieszeni i nie spiesząc się, wyjął dokument sporządzony przed wyjazdem na użytek podobnych sytuacji przez polski kontrwywiad.

– To powinno was ostudzić, towarzyszu pułkowniku – ironicznie celowo przeciągnął dwie ostatnie sylaby. – Kontrrazwiedywatielnoje Otdielenije, Osobyj Otdieł, wydział czternasty, jakbyście nie wiedzieli, kontrwywiad na kierunku wschodnim, podległy bezpośrednio towarzyszowi Solomonowi Grigoriewiczowi Mogilewskiemu, zastępcy WCzK. Czy to wystarczy?

Schował papier, widząc, że tamten nawet nań nie spojrzał. Teraz odwrócił się do komisarza i spytał tak zimnym tonem, że nawet Jankowi ścierpła skóra:

– Na co czekacie, towarzyszu? Meldować, co tu robicie i jakie macie zadania.

Tamten przez ułamek sekundy analizował to, co usłyszał, po czym niechętnie wyprostował się, a oczy, dotąd biegające po otoczeniu, utkwił w pytającym.

– Melduję, że na front jedziemy, czwarty pułk Instruktorskij Otdieł WCzK podległy naczelnikowi Grigorijewowi Morozowi – wyrzucił z siebie jednym tchem. – Rozluźnienie w terenowych Czeka, mamy zaprowadzić dyscyplinę. Dezerterów dużo, a oni się z nimi patyczkują, zamiast kula w łeb. Dostaliśmy…

– Nie interesuje mnie, jakie macie zadania – przerwał mu Kuźma. – A za czujność pochwała. A teraz won do swoich, bo nie mam ochoty was słuchać, mam swoje zadania.

– Tak, toczna. – Komisarz jeszcze raz zasalutował, zawrócił konia i popędził ze swoimi ludźmi w kierunku czekającego nań pułku.

Nikt za nimi nawet nie spojrzał. Korjatowicz po cichu surowo tego zabronił. Czuł, że są obserwowani przez lornetki. Nie zmienili tempa, wolno oddalając się od tamtych.

– Myśli pan, że coś wyczuli? – spytał Janek.

– Nie wiem, chyba nie, ale oni nie są przyzwyczajeni do takiego traktowania, a ten pułkownik nie wygląda na takiego, którego łatwo przestraszyć. Nie powiedział prawdy, coś ukrywa, pewnie ma inne zadanie. Tacy każdego generała potrafią postawić na baczność, rozstrzelać bez powodu, a więc z pewnością, jeśli tak łatwo odstąpił, celowo zagrał z nami. Myślę, że spróbuje sprawdzić, kogo napotkali i niech Bóg ma nas w opiece, jeśli im się to uda.

– Mogą puścić za nami mały oddział.

– Nie możemy tego wykluczyć.ROZDZIAŁ 3

Do wyruszenia w dalszą drogę byli gotowi, gdy już jaśniało. Broń zapakowano na wozy, ciężki karabin umocowano na taczance, na której do tej pory bolszewicy transportowali różne ubrania, w tym suknie i kapelusze, a także setki sztućców, co wywołało zdziwienie i śmiech Kozaków.

Dmytro i Wasilij wyrazili chęć przystąpienia do oddziału, ale podobnie jak kobietom przydzielono im jedynie konie, nie dając broni palnej, a po szabli. Kazano im też włożyć uniformy ściągnięte z zabitych i czapki z gwiazdami na głowy. Kobiety były zaskoczone poleceniem, ale nie protestowały. Dzięki temu zabiegowi wizualnie oddział wydawał się liczniejszy, co mogło się przydać.

Kozacy Korjatowicza zaproponowali, aby do wozów zaprząc po sześć koni, bo u nich w stanicach tak robiono. A wówczas bez problemów mogą jechać tak szybko jak jeźdźcy.

Czujki wyruszyły pierwsze, a po nich cały oddział. Kobiety wdzięczne, że zabierają je ze sobą, nie marudziły, choć większość z nich pierwszy raz siedziała na końskim grzbiecie. Siostra Dmytra, Złata, dla której jazda konna nie była niczym nowym, instruowała je, jak kierować koniem, jak trzymać nogi i lejce, jak siedzieć i zmieniać pozycje, aby nie narobić sobie odcisków. Najbardziej pojętna była Wiera, być może ze względu na wiek, która co rusz zerkała na Łyżka, traktując go niczym ojca. Jej brat, Misza, jak i drugi dzieciak, dziesięcioletni Artem, też nie narzekali, starając się naśladować postawę Kozaków.

– Teraz co koń wyskoczy i daj Boże, abyśmy zdążyli – rzucił Korjatowicz, gdy grupa wyłoniła się spośród drzew.

Poranek przyniósł chłodne powiewy wiatru i jeszcze świeże powietrze, choć po pełnym wychynięciu słońca temperatura miała zmienić się na dużo wyższą.

– Nie spytałem nawet, czy coś istotnego znalazł pan w papierach komandira – chciał wiedzieć Janek.

– Listy i rozkazy do każdego, komu przyszłoby do głowy zaczepiać oddział. W treści podobne do naszych, co nam wywiad sporządził, ale te są autentyczne.

– A konkretnie?

– Wszyscy, którym zostaną okazane, mają pod groźbą kary śmierci podporządkować się temu, który je posiada, i udzielić wszelkiej pomocy, choćby miał inne rozkazy. Są dwa najważniejsze, jeden podpisany przez jakiegoś Żyda, Józefa Unszlichta, członka Wszechrosyjskiej Nadzwyczajnej Komisji do Walki z Kontrrewolucją, Spekulacją i Przestępstwami Nadużycia Władzy, co mocno jest podkreślone na pieczęciach i w odręcznym podpisie. I drugi, przez samego szefa tej komisji, komisarza Feliksa Dzierżyńskiego, o podobnej treści. Jest też list od Unszlichta do naszego, że tak powiem, znajomego, pułkownika Gleba Tumotewa, dowódcy pułku specjalnego Czeka. Zakazuje mu wdawania się w jakiekolwiek utarczki zbrojne, chyba że w obronie transportu, który ma jak najszybciej dotrzeć do Piotrogradu. I zalecenie, aby w przypadku najmniejszego podejrzenia o sabotaż wśród czekistów, którzy mogą złakomić się na przewożony ładunek, bez pardonu likwidować bez wstępnego dochodzenia.

– Czyli nic nowego.

– Ano tak, jak tylko spotkamy ciekawskich, mamy dobre papiery, ale te baby, co je ciągniemy, i dzieciaki trochę mnie niepokoją. Mogą zbytnio rzucać się w oczy.

– Poleciłem Sedenkowowi, by je po drodze pouczył, jak mają się zachować, gdy będziemy mijać jakiś oddział.

– Moi Kozacy od razu by rozpoznali, że dupy trzymają na koniach jak na ogniu. Będą się kryć za naszymi, niby straż wozów.

– Dobry pomysł, ale… – Machnął ręką Janek i dodał: – Może jestem za bardzo przewrażliwiony. A ci dwaj nowi, chce ich pan włączyć do oddziału?

– Ten jeden bresze i bresze, gęba mu się nie zamyka, a drugi spokojny aż za bardzo, zobaczymy z czasem, czego warci, ale zawsze to obcy, a sam pan wie, różnie bywa.

– Zobaczymy, jak się sprawdzą przy pierwszej utarczce. Poleciłem chłopakom, by ich dyskretnie obserwowali, tak na wsiakij słuczaj.

Step już się zbudził i rozbrzmiewał swoimi kryjącymi się pośród traw mieszkańcami. Od czasu do czasu pokazywały się maleńkie susły, stawały słupka na widok kawalkady i uważnie ją obserwowały. Wysoko na niebie krążyły myszołowy i jastrzębie, a niżej, nad trawami, śmigały ortolany i pustułki. Dokoła unosił się zapach kwiatów i wysuszonych traw, sięgających nierzadko ponad kłęby koni.

Wydawało się, że wojna tu nie dotarła i jest gdzieś daleko, dla tego miejsca nierealna. Spokój malował się w pochylanych wiatrem trawach i emanował charakterystyczną melodią stepu; ciszy zmieszanej z szumem fal, jakby morza, ale odmiennych i łagodniejszych w tonach. Jedyny obcy dźwięk w tym nierealnym świecie to uderzenie kopyt o ziemię.

***

Do wieczora nikogo nie spotkali. Nadal zachowywali ostrożność, wysyłając straże do przodu, do tyłu i na boki. Żadna nie spotkała obcych.

Podniecenie towarzyszące im cały czas rozluźniały kobiety. Wprawdzie Janek zabronił bratania się, bo czujność wówczas spadała, ale co rusz któryś podjeżdżał niby przypadkiem do wozów i rzucał ku babom jakiś dowcip czy miłe słowo. Te, nieprzyzwyczajone do takiego traktowania, zrazu nie odpowiadały, ale gdy historia powtarzała się, zaczęły na zaczepki reagować uśmiechami, a nawet żartować. Janek rzucił więc rozkaz Pohoreckiemu, aby uspokoił towarzystwo.

Coraz częściej pojawiały się samotne drzewa, samosiejki przyniesione przez wiatr, później kępy roślinności i młodniaki. Znak, że do boru wprawdzie mieli jeszcze wiele wiorst, ale byli bliżej niż dalej.

Na popas zatrzymali się w małym zagajniku. Napięcie w żołnierzach wzrosło, bo rozpoznawali już znajomy teren. Tam, w borze, część z nich zostawiła rannych przyjaciół i byli ciekawi, czy wrócili do zdrowia i co przyniesie wyprawa. Żaden nie wiedział, jakie są rozkazy, które otrzymali Janek i Korjatowicz, ale domyślali się, że ważne, bo inaczej po co pchaliby się tak daleko za linię frontu.

Nie rozpalali ognia, by dym niesiony po stepie nie zdradził ich pozycji. Rozstawili straże, a podwójne czujki nadal krążyły wokół. Wróciły dopiero o zmroku, meldując, że na horyzoncie, ze trzy wiorsty, dostrzeżono jakąś wieś, ale bez dymu w kominach, pewnie opuszczoną, lecz tego nie sprawdzali.

***

Janek czuł wewnętrzne napięcie, które nie pozwalało mu zasnąć. Przypominała mu się Saba, wilczyca wychowana od szczeniaka, której kazał pozostać w borze, gdy szykowali się do przebicia przez front na stronę polską. Nie mógł jej zabrać ze sobą, bo w trakcie przewidywanych walk pewnie by zginęła. Nie zdradzał tego nawet przed Kuźmą, ale tęsknił do niej, gdyż wiele razem przeżyli i zawdzięczał jej życie.

Odrzucił koc i poszedł w kierunku straży. Księżyc stał wysoko, rozświetlając przestrzeń mleczną poświatą. Mijał żołnierzy, konstatując ze zdziwieniem, że większość z nich nie śpi i ma otwarte oczy – rozmawiali po cichu lub nad czymś deliberowali. Milkli, gdy ich mijał, patrząc uważnie, czy za to ich nie zruga.

Czyżby atmosfera im też się udzieliła?

– Nie możesz pan spać, ja też. – Korjatowicz siedział na połamanym konarze i wpatrywał się w przestrzeń przed sobą.

– A jakoś wspominki mnie naszły i nie pozwoliły oczu zmrużyć.

– To normalne, ale ciągle nie mogę się przyzwyczaić, że istnieją gdzieś takie miejsca jak to, o którym wojna zapomniała.

Milczeli dłuższą chwilę, paląc fajki, pogrążeni we własnych myślach.

– Panie Kuźmicz, a może by tak zobaczyć tę wieś, co chłopaki ją dostrzegły?

– Oho, widzę, już gdzieś pan pędzi, a wyspać się trzeba.

– Część też nie śpi, widziałem, gdy tu szedłem.

Kuźmicz uśmiechnął się, wiedząc, że gdy stanowczo Jankowi odradzi wyprawę, ten i tak będzie go przekonywał.

– Znaczy, koniecznie chce się pan wyrwać?

– No nie, tak sobie tylko pomyślałem. Pojedziemy ostrożnie, jedno zerknięcie i powrót.

– To jedźcie, ale weź ze dwóch moich Kozaków, bardziej zwyczajni do nocnych wypraw niż pańscy.

Janek zaraz się poderwał, co Korjatowicz skwitował cichym śmiechem.

– Nie bierz pan tylko swojego Sewka, bo ogier biały bardziej widoczny.

Wstali, a Korjatowicz wybrał dwóch, którzy po cichu się o coś kłócili.

– Nu, maładcy, pojedzieci z komendantem, jak wam sen daleki. Migiem, zbierać się.

Gdy szykowali konie, podszedł do nich Trygłow, który też widocznie nie spał. Kołysał się z nogi na nogę, jakby chciał o coś prosić, ale czekał, aż zostanie zauważony. Gdy Janek udawał, że go nie widzi, ten się przemógł.

– Pan polkownik, ja bym też chętnie pojechał.

– Nie, Wasilij – krótko odmówił.

– Pan polkownik, ja trochę ten teren znam, my tu z popem jeździli z Diłowe, aby kupować mąkę, bo tańsza. Ta wieś, słyszał, że patrol ją widział, to Staromłyniwka, bogata, ma własny młyn i znam sołtysa, Mirona Honchara, ma powabną doczkę, Darynę, proszę, nie będę wadził.

Jakaś myśl przeleciała Jankowi przez głowę, rozbłysła i zaraz zgasła. A co mu tam, niech jedzie.

***

Do wsi zbliżyli się, ale zatrzymali się na granicy pierwszych zabudowań, aby przepatrzeć, czy zauważą jakiś ruch. Nic na to nie wskazywało. Domy tonęły jedynie w poświacie księżyca, żaden komin nie dymił, a z okien nie biło światło.

Opuszczona czy śpią? – zastanawiał się Janek, nie dając rozkazu, by ruszać dalej. Jeśli pusta, co prawdopodobne, to co stało się z mieszkańcami? A jak jakiś oddział stacjonuje, to chyba by palili ogniska.

– Czujnie, trzymać broń w pogotowiu – polecił i popuścił lejce.

Kozacy, którzy do tej pory nadal się o coś spierali, wyciągnęli z ostrów karabiny. Wolno podjechali do chat, wsłuchując się w nocną ciszę. Nic jej nie mąciło. Pokazał obu, aby okrążyli chaty z prawa i lewa, przy sobie pozostawił jedynie Wasilija, nakazując mu, by trzymał się za zadem konia.

Nadal nic nie wskazywało, by we wsi było życie.

Wjechał między pierwsze chaty. Wyglądały na opuszczone. Połamane płoty, część z wyraźnymi osmaleniami. Po minięciu kilkunastu otworzyła się przestrzeń małego ryneczku z dużą karczmą po jednej stronie i cerkwią po drugiej. Tu śladów zniszczeń było więcej: walające się na piachu połamane sprzęty, uszkodzone dwa wozy, resztki ubrań i naczyń.

Na dorodnym dębie, rosnącym niemal pośrodku, z gałęzi zwisały na powrozach cztery truchła kołysane wiatrem. Podjechali bliżej; pop, jakiś lepiej ubrany człowiek, choć w podartym już odzieniu, i dwaj zwyczajni chłopi. Pod drzewem kilku dalszych zabitych, w tym kobiety.

Oddech śmierci był na tyle wyczuwalny, że rozglądali się dokoła, czy przypadkiem sprawcy gdzieś nadal się nie czają, schowani za chatami.

Janek powstrzymał rosnące w nim zdenerwowanie i pokazał na migi, by Kozacy sprawdzili cerkiew i karczmę. Sam zsiadł z konia i podszedł do martwych. Wszyscy mieli związane do tyłu ręce, a sądząc po śladach, zakłuto ich bagnetami lub szablami. Osiem osób, w tym – ujrzał to dopiero, gdy się zbliżył – jakieś małe dziecko, może dwu- lub trzyletnie, które tuliło się do matki. Czuł coraz większe ściskanie w gardle. Nie pierwszy raz już widział podobny obrazek i myślał, że się już do takich widoków przyzwyczaił. Tak mu się tylko wydawało.

Odwrócił się do Wasilija. Ten zachował kamienną twarz, jak gdyby zamordowani byli codziennym zjawiskiem. Patrzył bez emocji na zabitych w taki sam sposób, jak na całe otoczenie, jakby oglądał przedmioty na jarmarku.

Co za swołocz, nic go nie rusza – z niechęcią pomyślał o chłopie Janek. Dotychczasowa sympatia do niego nagle się ulotniła.

– Tu jest ten twój sołtys? – Wskazał na powieszonych, bacznie się tamtemu przypatrując, jak zareaguje.

Nie spojrzał, tylko pokiwał głową, że tak. Dziwnie mechanicznie i obojętnie, jak gdyby na coś czekał. Tylko na co?

Wrócili Kozacy. W cerkwi znaleźli kolejnych zabitych, kilkanaście kobiet, mężczyzn i dzieciaki. Podobnie w karczmie, ale tu tylko mężczyzn.

– Za karczmą chata sołtysa – zrelacjonował starszy z nich, Stiepan. – Znalazłem w niej gospodynię i pewnie hospodara, ale zarzezani, z odrąbanymi rukami.

– I był też mały dzieciak przybity widłami do ściany – dodał drugi, Matwij. Umilkł na sekundę i dodał: – Musieli tu być dość dawno, bo ciała bez woni, wysuszone.

– Sołtys? – Jankowi błysnęła myśl, że coś musiał przeoczyć.

Spojrzał na Wasilija, a później sytuacja rozegrała się w mgnieniu oka.

Trygłow wyciągnął rewolwer zza pazuchy i bez namysłu strzelił do zaskoczonych Kozaków, którzy nie zdążyli zareagować, i niemal natychmiast do Janka.

Poczuł rozrywającą ciało kulę.

Jego ciało stoczyło się z konia.

***

Obudził się w ciemności.

Przez ramię przebiegała błyskawica bólu. Chciał zmienić pozycję, ale nie pozwoliły na to krępujące go powrozy. Zaczął wsłuchiwać się w otoczenie. Gdzieś z oddali, jakby zza ściany, dolatywały strzępki rozmów, ale na tyle zniekształcone, że nie odróżniał, o czym mówią.

Co się stało?

Usilnie starał się przypomnieć sobie wydarzenia, ale pamiętał tylko swoje zdziwienie, gdy zobaczył w dłoniach Wasilija rewolwer, z którego strzelał do Kozaków, a później do niego. Siedział na siodle skręcony, odwrócony do Stiepana, może dlatego kula nie trafiła go w pierś, a jedynie rozorała mięśnie i ramię. Skąd wziął broń? Przecież wyraźnie zabronił dawania jej nowym i kobietom.

Poczuł, jak mąci mu się w głowie i nie potrafi zebrać myśli, a ból zaczyna je przyćmiewać. Chciał powstrzymać nachodzącą niemoc, ale palący ogień stawał się nie do wytrzymania, promieniując na całe ciało.

Ponownie zemdlał.

***

– Kula minuła?

Jak przez mgłę usłyszał obcy głos i zaraz odpowiedź:

– Paszoł w czorty, niewdacz, zdarza się.

Ten drugi musiał należeć do Wasilija.

Przez powieki nie przebijało światło, a jedynie bliki, jakby trzymali w rękach pochodnie. Nie otwierał oczu. Niech myślą, że nadal trwa w omdleniu, może się czegoś dowie.

– To i dobrze, Wasyl, bo polkownik chętnie przepyta Lacha, a tak dałby po łbie.

_Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej_
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: