Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Vezuwia. Część 2. Elaboratio - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
4589 pkt
punktów Virtualo

Vezuwia. Część 2. Elaboratio - ebook

Gdy napięcie rośnie, jedna iskra może zniszczyć wszystko.

Vezuwia trwa… ale coraz wyraźniej słychać trzask pękających fundamentów. Wrogie armie zbliżają się do miasta, wpływowi gracze knują przeciwko sobie, a widmo rebelii zagląda nawet tam, gdzie dotąd panował porządek.

Najniebezpieczniej jest jednak w elektrowni – sercu Vezuwii, które przyciąga nieszczęścia jak magnes.

To właśnie tam tkwi Felix. Pechowiec, elektryk i… trawiony wyrzutami sumienia kłamca, który robi wszystko, by nie doprowadzić do katastrofy.

Do miasta nadciąga wojna, a napięcia w zakładzie rosną. W cieniu konfliktów rodzą się nowe sojusze, a stare tajemnice zaczynają wychodzić na światło dzienne. Gdy dojdzie do starcia między wrogimi siłami, nikt nie wyjdzie z niego bez strat…

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8423-566-9

FRAGMENT KSIĄŻKI

VEZUWIA | PRELUDIUM | STRESZCZENIE

Pochodzący z pustynnnego Sachelu, Felix, trafia do Vezuwii, gdzie na skutek nieporozumienia zostaje wzięty za elektryka. Obawiając się konsekwencji, brnie w kłamstwo, przez co porywa go Khada – socjopata i miłośnik sztuki. Ten daje mu wybór: zginąć lub zostać jego szpiegiem w elektrowni. Felix zgadza się zostać szpiegiem i niedługo później trafia do zakładu pełnego niebezpieczeństw.

Kapitan Virael zostaje niesłusznie oskarżona o napaść na elektryka (Felixa). Ponieważ ten gdzieś znika, bliźniaki – Teodor i Korneliusz – a także jej bezpośredni przełożony: Delegat Bernard, namawiają ją do wyruszenia na misję. Ma odszukać Dianę, zaginionego szpiega Vezuwii, gdzieś na granicy między Dżunglą a krainą Zenetów, którzy z nieznanych nikomu powodów zaczęli się zbroić. Po wielu trudach odnajduje ją na północy Dżungli, zanim jednak zdąży się z nią skonfrontować, traci przytomność pod wpływem odurzenia narkotykami. Budzi się zamknięta w celi. Diana informuje ją, że została oskarżona o szpiegostwo i kradzież.

W samej Vezuwii bliźniaki – Korneliusz i Teodor – na zlecenie rządzącej miastem Lady Alyss próbują dotrzeć do sedna dziwnych wydarzeń rozgrywających się w mieście: postrzelonego dziecka, krążącej obcej waluty i znikającego prochu. Zwłaszcza to ostatnie spędza wszystkim sen z powiek, okazuje się bowiem, że w kradzieże musi być zaangażowanych wiele wpływowych osób. Pomagają im Flintch – zaopatrzeniowiec odpowiedzialny za dystrybucję prochu, a także młoda i ambitna porucznik Zera.

W międzyczasie Felix stawia swoje pierwsze kroki w elektrowni – poznaje zakład i pracujących w nim elektryków, między innymi: Białego, Boba, Łebskiego, Rodzyna, gburowatego Axela i rudowłosych bliźniaków – Ola i Ala. Na zlecenie Khady stara się też dowiedzieć wszystkiego, czego się da, o buncie planowanym w zakładzie.

Jednocześnie sprawy w mieście zaczynają przyspieszać – giną kolejni ludzie, mieszkańcy stają się nerwowi, a władza wymyka się z rąk Zgromadzenia. Wychodzi również na jaw, że Krawol, zarządca elektrowni i przyjaciel Białego, ma coś wspólnego z planowanym buntem i stojącymi za nim DeCapo: Samuelem, Romanem, Dorianem i Trevorem. Grupa ta weszła w spisek z Paremczykami i planuje przejąć władzę w mieście.1

– A jeślibym się baldzo stalał… Ale tak baldzo, baldzo! To może też mógłbym kiedyś pójść na takie polowanie, co, mamo? – zapytał Ter-Rarem z nadzieją w głosie.

Pomimo znużenia Amara spojrzała na syna czule. Młody Ter stał na środku pokoju będącego jednocześnie kuchnią, jadalnią, sypialnią dzieci i pokojem dziennym. W drobnej rączce, niczym włócznię, trzymał drewnianą szczapę, zapewne pozostałość po rozpałce do kotła w warsztacie pobliskiego kowala lub wozaka. Sięgającą kolan szarą koszulę przewiązał w pasie kawałkiem sznurka, a na chudej, ciemnej twarzy malowały się determinacja i upór.

Ostatnim, czego chciała, było złamanie malcowi serca, lecz nie mogła go też okłamywać. W Sachel wierzono, że to właśnie tradycja, dyscyplina, pielęgnowanie kultury i mądrości przodków świadczą o przynależności do społeczeństwa, to one sprawiają, że ludzie są, kim są, to dzięki tym cechom górują nad zwierzętami. A skoro tak jest, to należy to uszanować i nie wystawiać cierpliwości bogów i przodków na próbę.

Pochyliła się nad synkiem i zmierzwiła mu włosy. Czarne jak węgiel kosmyki odstawały na wszystkie strony, nadając brzdącowi jeszcze dzikszy, a co za tym idzie – zabawniejszy wygląd.

– Polowania są dla mężów i dorosłych chłopców – stwierdziła wymijająco, sprytnym ruchem wyjmując mu szczapę z dłoni. – Kobiety i dzieci nie są tam mile widziane.

– Ale kiedyś przecież dolosnę! – rzucił Ter, nadymając się i wypychając dumnie pierś.

– Ale jeszcze nie teraz! – Amara zaśmiała się w odpowiedzi, po czym ukłuła go lekko w brzuch.

Z głośnym „pfff!” maluch wypuścił powietrze, kuląc się przy tym nieznacznie. Zaraz jednak odzyskał rezon, doskoczył do matki i chwycił ją za długą suknię.

– Ale jak dolosnę, to będę mógł? Będę?!

Kobieta uśmiechnęła się smutno. Nie mogła skłamać, ale nie potrafiła też zmusić się, by powiedzieć prawdę. Chciała za wszelką cenę chronić syna, podarować mu jeszcze choć odrobinę tej młodzieńczej beztroski. „Jesteś piątym dzieckiem, dla ciebie nie ma tu nic, prócz ciężkiej pracy i biedy”. Nie. Tego powiedzieć po prostu nie mogła.

– Jak dorośniesz, to porozmawiamy – oznajmiła wreszcie, podnosząc się z kucek. Choć pilnowała się mocno, głos jej zadrżał.

Wyraz absolutnego szczęścia wypełnił twarz malca. Ciemne usta rozdziawiły się, by zadać kolejny milion pytań, zaczynając od „A kiedy to będzie?” i na „A kiedy to będzie?” kończąc. Doświadczona matka wiedziała na szczęście, co za chwilę nastąpi i jak temu przeciwdziałać. Z niewielkiego blatu zdjęła kacze truchło, które należało teraz oskubać i wyczyścić, by później móc z niego zrobić potrawkę. Obróciła się zręcznie na pięcie i wręczyła je synowi.

– Na razie zajmiesz się tym! – poleciła, mrugając porozumiewawczo.

***

– Na razie zajmiesz się tym! – polecił, mrugając porozumiewawczo.

Felix spojrzał na niego z niedowierzaniem. Wyraz twarzy Białego zdradzał jedynie czystą sympatię, bez śladu ironii czy sarkazmu. Mistrz chyba jednak nie żartował.

– Za… zająć się? – dopytał lekko zdezorientowany, rozglądając się dookoła.

Stary magazynek wyglądał na z lekka zapomniany i zaniedbany. Grube warstwy kurzu leżały na wąskich półkach jak szare koce, a stos rozebranych do połowy urządzeń, głównie manometrów i zaworów parowych, piętrzył się w nieładzie pod ścianami. Ich wygięte i połamane wskazówki stanowiły ostatnie dowody niesamowitych przeżyć, które towarzyszyły sprzętom w ostatnich chwilach ich życia.

– No zająć! – powtórzył Biały ze śmiechem. – Wiesz, posprzątać trochę, ogarnąć… Poukrywać gdzieś co bardziej sprawne rzeczy, żeby się Łebski do nich przypadkiem nie dorwał…

Sachelczyk zaśmiał się na tę uwagę. „Nie ma tego złego… czego by Łebski nie rozkręcił!” – żartował Rodzyn za każdym razem, gdy łysy elektryk znosił cichaczem kolejne graty na warsztat i bezskutecznie próbował upchać je w swoich licznych skrytkach.

– No fakt, Łebski jest jak szachrańcza! – Zafascynowany Felix przyglądał się kolejnym półkom. Zadziwiało go, jak wiele małych, pozornie nieistotnych, elementów odnajdował. Tu kawałek sprężyny, tam fragment uszkodzonej obudowy, jeszcze gdzie indziej resztki uzwojeń, starannie uciętych i zabezpieczonych. Posklejane niewidzialną siłą magnesy i magnesy elektryczne, teraz uśpione, lecz czekające tylko, by zatrzasnąć się z nieprawdopodobną wręcz siłą, gdy tylko pojawi się na nich napięcie. Zaskakiwało go również, jak wiele z tych elementów jest w stanie rozpoznać, a nawet nazwać.

– Fakt… Z tą jedną różnicą, że szarańcza tylko pożera, a on cały czas coś przerabia. Tak czy inaczej – Biały klasnął w dłonie, jakby próbując wrócić na ziemię – jesteś jednym z nas, musisz więc dostać swoje odpowiedzialne obowiązki. Kiedyś robił to Kevin. Chodzi o to, żebyś rozbierał graty na części, które może się jeszcze kiedyś do czegoś przydadzą. Co ty na to?

Felix nie potrafił opanować szerokiego uśmiechu, który wypełnił mu twarz.

– Jasne, baldzo chętnie! – krzyknął podekscytowany.

Prawdziwe zadanie, z prawdziwą odpowiedzialnością i pewną ograniczoną, ale zawsze, władzą, było czymś znacznie większym niż wszystko to, na co mógł liczyć w rodzinnym Sachelu. Ten magazynek był dla niego prawdziwym znakiem, że stał się kimś. Kimś, komu można zaufać, kogo należy szanować, z kim trzeba się liczyć. Jednym z nich!

_Tyle że ja nie jestem jednym z nich!_ – uświadomił sobie od razu, a jego uśmiech momentalnie zbladł. Żebra wciąż bolały go niemiłosiernie po ostatniej wizycie szpiega Khady. Tym razem spotkali się w starej sali wykładowej, mieszczącej się na obrzeżach zakładu, przy magazynie metalurgów. Tajemnicza kobieta wypytywała go o poszczególnych elektryków: co robią, jak pracują, co potrafią, czy znikają na dłużej, a jeśli tak, to kiedy i gdzie się wtedy kręcą. Wił się, jak mógł, próbując ze wszech miar udzielać odpowiedzi na tyle szczegółowych, by uniknąć lania, ale jednocześnie tak ogólnych, by nie narazić żadnego z kolegów na niebezpieczeństwo. Skutek jednakże był raczej mizerny. Ostatecznie, ku własnej udręce, musiał wyznać, że parę razy widział Axela, jak ten wymyka się dokądś podczas wieczornego obchodu, nie potrafił jednak powiedzieć, dokąd się wtedy udaje. Szpieg mlasnął wtedy zadowolony i uderzył go znienacka w podbrzusze na znak „dobrej woli”.

– Na pewno chcesz się tego podjąć? – Głos mistrza wyrwał go z zamyślenia. Biały zmarszczył brwi, wpatrując się w młodego, jak gdyby domyślał się przynajmniej części myśli przebiegających przez jego głowę.

– Tak, tak. – Felix przywołał na twarz wymuszony uśmiech. – Jak najbaldziej.

– To dobrze. – Biały uśmiechnął się i wyprowadził młodego na zewnątrz.

Promienie południowego słońca zaświeciły im prosto w oczy, Felix uniósł dłoń do czoła, by choć trochę je osłonić. Na wprost nich grupa kilkunastu mechaników siłowała się właśnie z montowaniem wielkiego zaworu. Asystujący im inżynierowie i technicy kłócili się o coś zawzięcie, wskazując to na grube rury, to na siebie nawzajem. Nieco dalej, na płaskim podeście, pozostałości po starym warsztacie stolarskim, ktoś ustawiał właśnie wypełnione workiem piaski, a dwóch operatorów taszczyło jakieś beczki.

– Uwaga! – ryknął ktoś za nimi, a w następnej chwili powietrze rozdarł przeraźliwy huk, gdy uruchomiono olbrzymią pompę. Podmuch wiatru poderwał z ziemi drobiny piachu i maleńkie skrawki metalu i posłał je prosto w twarze elektryków, którzy czym prędzej pomknęli za róg budynku.

– Zakład wiecznie w ruchu! – wydarł się Biały, próbując bezskutecznie przekrzyczeć wyjącą maszynę.

Felix pokiwał zapalczywie głową, mrużąc zmęczone oczy. W jakiś sposób zadziałały u niego odruchy, które mówiły mu, że ostatnim, co należy robić, gdy piasek tnie w twarz, jest otwieranie ust. Gdy podążał za Białym, poczuł się nagle tak, jakby znów znalazł się w Sachelu, daleko na północny zachód stąd. Huk maszyn brzmiał w jego uszach niczym wyjący wściekle pustynny wicher, a słoneczne refleksy odbijające się od metalowych osłon i rur raziły go w oczy, zupełnie jak promienie bezlitosnego słońca w jego ojczyźnie. Uważnie patrzył pod nogi, by nie wdepnąć przypadkiem w skorpiona lub inny kawał niezwykle ostrego żelastwa. Poczuł się nagle mały i bezbronny, osamotniony na piaszczystym pustkowiu.

Czyjaś ręka złapała go za ramię i stanowczo pociągnęła w bok, ku niewielkiemu korytarzykowi schowanemu między prostokątnymi kanałami powietrza.

– Jeszcze byś mi się tu zgubił! – zażartował Biały.

Elektrownia przypominała też czasami prawdziwą dżunglę. Występowały w niej bowiem całe gęstwiny kabli, wijących się dookoła grubych, wibrujących i syczących złowrogo rur, a sterty maszyn czaiły się w ciemnych zakamarkach, na podobieństwo dzikich zwierząt polujących na kolejne ofiary. Istniały też tajemne przejścia, starannie ukryte pod fasadą naturalnych części kompleksu, o których można było nie wiedzieć, choćby pracowało się tu i dwadzieścia lat. Wąskie ścieżki przechodziły w częściowo tylko zabezpieczone kładki, na których końcach znajdowały się drabiny lub strome schody, po których przechodziło się do kolejnych korytarzy i alejek z jeszcze większą liczbą schodów i kładek. Setki urządzeń, najprzeróżniejszych kształtów i rozmiarów, huczały, buczały, trzeszczały, świeciły, buchały żarem, a czasem zalegały po prostu pod nogami w martwej ciszy. Nigdy nie można też było być absolutnie pewnym, które z nich pracuje, a które nie. Felix przekonał się o tym dość dobitnie, gdy wspiął się na silnik, co do którego był pewien, że jest niesprawny, tylko po to, by już za chwilę z niego zlecieć, gdy maszyna z przeraźliwym trzaskiem obudziła się do życia. Dodatkowo rzadko kiedy ktoś faktycznie demontował stare mechanizmy. Gdy zachodziła potrzeba przeprowadzenia modernizacji, pracownicy najczęściej odcinali po prostu stare urządzenia i zastępowali je nowymi, starając się przy tym zachować jak najwięcej fragmentów starej instalacji. Prowadziło to do powstawania wielopoziomowych układów, jeszcze bardziej upodabniających cały zakład do dżungli lub labiryntu.

Elektrycy poruszali się po nim jak mrówki, pokonywali te same trasy czasem nawet i dziesięć razy dziennie, cały czas modyfikując je nieznacznie, a to żeby „sprawdzić po drodze pomiar”, „posłuchać, jak pracuje silnik” lub „rzucić okiem na transformator”. Dla nich było to niemal jak druga natura. Ciągła troska o sprawność maszyn, ale też ciekawość i pewna trudna do określenia ekscytacja, kiedy coś się w końcu psuło, wciąż i wciąż kazały im dociekać, sprawdzać i szukać słabych punktów każdego układu. Nie jest więc niczym nadzwyczajnym, że nie minęło wiele czasu, a sami zaczęli zakładać się o to, które urządzenie zepsuje się jako następne i jakie będą tego efekty.

Biały nie był w tym wypadku wyjątkiem. Cały czas skręcał, zatrzymywał się lub zaglądał w jakiś niewyróżniający się niczym zaułek, by upewnić się swoim fachowym okiem, czy wszystko tam gra. On jednak nie zakładał się z podwładnymi, jego troska wynikała raczej z czystego poczucia obowiązku i wrodzonej uczciwości. Za każdym takim przystankiem usiłował podzielić się z młodym kolegą choćby strzępem informacji na temat mijanych obiektów. Wytłumaczył Felixowi na przykład, jak reguluje się strumień powietrza w kanałach powietrznych, pomimo że wentylatory kręcą się cały czas ze stałą prędkością (za pomocą dławiących przepływ kierownic), jak ogranicza się prądy rozruchowe dużych silników (obniżając napięcie) lub jak rozpoznać, która kopuła pracuje z jaką mocą, bazując jedynie na położeniach korb i kierownic, którymi manewrowali zaworowi. Wszystko to były czysto praktyczne informacje, żywcem wyjęte z pracy elektrowni, a zatem prawdziwie bezcenne dla młodego elektryka. Trochę dłużej Biały rozwodził się na temat transformatorów, objaśniając bardzo dokładnie zasadę działania tych urządzeń, które przemieniały energię elektryczną. Z prawdziwą dumą Felix odpowiedział poprawnie na nieco podchwytliwe pytanie: „Jak rozpoznać, która strona transformatora pracuje na wyższym napięciu?”. Rodzyn i Bob wbili mu już jakiś czas temu do głowy, że wyższe napięcie oznacza niższy prąd i odwrotnie: wyższy prąd – niższe napięcie. A gdzie wyższy prąd, tam grubsze kable. Stąd konkluzja: wyższe napięcie jest tam, gdzie cieńsze kable. Biały skinął z uznaniem głową na to rozumowanie, prowadząc chłopaka dalej.

– Idź przodem! – polecił z uśmiechem mistrz, gdy dotarli do kolejnej wąskiej kładki.

Było w tym uśmiechu coś kojącego. Kryły się w nim swego rodzaju dobroć i spokój, zaufanie i nadzieja. W ten sam sposób uśmiechała się do niego matka, ilekroć przychodził do niej ze swoim dziecięcym problemem, taki uśmiech wypełzał na twarz jego ojca, ilekroć któryś z braci wracał z polowania. I choć intencje mistrza z pewnością były szczere, to właśnie ten niewinny uśmiech dobijał Felixa najbardziej. Czuł bowiem, że żadną miarą na niego nie zasłużył: dostał się do elektrowni podstępem, na zlecenie samego Khady, i nie miał żadnej pewności, czy jego obecność tu nie zaszkodzi elektrykom, a już Białemu w szczególności. Kilka razy zbierał się nawet, by wyznać mistrzowi prawdę, opowiedzieć, co mu się przydarzyło i jak tu trafił, bał się jednak, co może się stać, gdy wszystko wyjdzie na jaw. Czy Khada go zabije? Czy zabije Białego? Czy Biały mu wybaczy?

Ścieżka załamywała się i wiła pod ich stopami, zupełnie jakby również ona w jakiś sposób uwzięła się na chłopaka. Z każdym kolejnym zakrętem Felix czuł się bardziej zagubiony, zarówno w sensie duchowym, jak i fizycznym. Przytłaczały go poczucie winy i wstyd. Idący za nim Biały milczał, potęgując jedynie ogarniające go poczucie pustki. Mijali kolejne lampy oznaczone czerwonymi szmatami, chłopak czerpał z nich instynktownie, wyostrzając zmysły i wzmacniając ciało. Nagle zdał sobie sprawę, że widzi bardzo wyraźnie, a jego policzek muskany jest przez delikatny wiatr przesączający się przez szpary między kolejnymi urządzeniami. Razem z wiatrem, na granicy słyszalności, doleciały go czyjeś słowa:

– …dureń, to mógł…

– Kretyn, kompletny kretyn! – zawodził następny.

Nie rozpoznał właściciela pierwszego głosu, ale ten drugi był mu aż nazbyt znajomy. Tylko jeden człowiek tak krzyczał: Bob. A sądząc po tonie wypowiedzi, musiał być solidnie zirytowany. Młodzieniec spojrzał ukradkiem na mistrza, lecz ten ewidentnie niczego nie słyszał.

– Tak w ogóle, to gdzie się tak mniej więcej znajdujemy? – zagadnął niby bez powodu. Biały przystanął na moment, przyłożył palec wskazujący do ust i przymrużył lewą powiekę. Rozejrzał się po otaczających ich rurach i kablach.

– Mniej więcej… Mniej więcej po drugiej stronie znajdują się odsoliny, a dlaczego pytasz?

_Szlag!_

– Bez powodu – skłamał młody, rozglądając się jakby leniwie, choć jego umysł pracował na pełnych obrotach.

Jakichś parę dni wcześniej mistrz wysłał go z misją odpięcia przewodów od wentylatora wyciągowego, właśnie przy zbiornikach odsolin. Felix, rzecz jasna, wiedział już, jak odpiąć silnik, nie był tylko za bardzo pewien, gdzie te odsoliny się w ogóle znajdują. Koniec końców odpiął nie ten wentylator, co trzeba, ale szczęśliwie dla siebie samego w drodze powrotnej napatoczył się na mechaników i inżynierów czekających już przy właściwym silniku. Odpiął więc kable i tam, a potem czym prędzej pognał ku pierwszej maszynie, żeby podłączyć ją na nowo. Istniała jednak maleńka, minimalna szansa, że w pośpiechu pomylił przewody.

Zwolnił marsz, by dać sobie jak najwięcej czasu, jednocześnie szybko zaczerpnął więcej energii i wyostrzył słuch.

– Co za debil podłączył fazę do obudowy?! – odezwał się pierwszy głos, a tym razem Felix rozpoznał w nim Axela. _Musiałem pomylić te pieprzone przewody!_ – pomyślał.

– …mocno cię pi… – Głos Boba nadpłynął i umilkł na fali wiatru.

– No w pizdu! – ryknął Axel.

– Słyszałeś coś? – zapytał nagle Biały.

– Nie, nic! – zaprzeczył Felix, uciekając oczami w bok. Coś w jego wnętrzu zakotłowało się wściekle, a na policzki wypłynęły ogniste rumieńce. Czuł, że musi działać, nieuchronnie zbliżali się do końca wąskiego przejścia, a na otwartej przestrzeni z pewnością lepiej będzie słychać wściekłych elektryków. I w razie czego trudniej będzie się ze wszystkiego wyłgać.

– …jak tylko dorwę tego… – Głos Axela raz jeszcze doleciał do jego uszu, tym razem na szczęście na granicy słyszalności. Krok za krokiem zbliżali się do wyjścia i Felix prawie już widział szeroki plac po drugiej stronie. Dwadzieścia metrów.

_Kombinuj, Felix!_

Piętnaście.

– Idiota!

– A teraz… – zaczął Biały.

– Telaz też coś słyszałem! – Felix wszedł mu w słowo. – Może jacyś zawolowi?

– Tu nie ma zbyt wielu zaworów.

_Cholera!_

Dziesięć metrów. Ich ścieżka zaczęła się już poszerzać, na szczęście Axel i Bob na chwilę przestali się wydzierać.

– To może mechanicy? – zaproponował Felix. Doleciał ich dźwięczny odgłos, zupełnie jakby ktoś walił ciężkim kluczem w coś metalowego. Na przykład w silnik.

– Może mechanicy. Wyjdziemy tam i zobaczymy – odparł Biały, wskazując przed siebie palcem.

Felix uszedł jeszcze dwa kroki, po czym stanął jak wryty. Gorączkowo szukał czegoś, potrzebował… czegoś. Czegoś, przez co uda mu się zatrzymać mistrza chociaż na parę minut, a być może do tego czasu Axel i Bob już sobie pójdą.

– Coś się stało? – zapytał Biały.

Wzrok chłopaka padł na stojący na uboczu kontener. Mały, nieco tylko wyższy od niego i tak samo szeroki. Na klamce zamkniętych na kłódkę drzwi powiewała czerwona chusta. Dwie pary przewodów: jedne grubsze, drugie cieńsze, wchodziły do jego wnętrza.

_No trudno._

– Co to za tlansfolmatol? – wypalił nagle, choć przecież doskonale znał odpowiedź na to akurat pytanie.

– Ten? – Biały upewnił się, wskazując go jednocześnie palcem. – Nie wiesz, co to za trafo?

W jego głosie zabrzmiało zdziwienie, a nawet delikatna przygana, lecz w tym momencie było to niczym wobec przekleństw, które wciąż jeszcze ciskał Axel. Felix rozłożył bezradnie ręce, tym razem patrząc Białemu prosto w oczy. Tamci dwaj raczej nie powiążą go z wadliwie połączonym silnikiem, jeśli nie dowiedzą się, że w ogóle przy nim był, a jedyny człowiek, który mógł go wydać, stał w tym momencie przed nim. Musiał więc grać na zwłokę.

– No nie wiem, jakiś ważny? – zapytał. Udało mu się utrzymać neutralny ton głosu, choć jego serce krajało się na myśl, że musi okłamać tego właśnie człowieka.

Biały wypuścił powietrze z płuc, powoli, z namysłem, jakby zastanawiając się, od czego zacząć. I jak do tego doszło.

– Dziwię się, że nikt ci jeszcze nie powiedział, osobiście prosiłem o to Rodzyna.

_Szlag by to!_

– Zdaje się, że coś mi mówił, ale ja… Tego… Chyba zapomniałem – wymruczał chłopak ze wzrokiem wbitym we własne stopy. Zawieść Białego to jedno, ale ściągnąć komuś przy okazji kłopoty na głowę to już zupełnie co innego. Może pogrążyć siebie, ale nie innych. Ze szpiegiem mu się nie udało, ale tu musi podołać!

– Nie wolno zapominać takich rzeczy, Felix… Kurde! – Zdawało się, że Biały z trudem tylko opanowuje złość.

Przekleństwa w oddali ucichły zupełnie, lecz elektrycy wciąż mogli kręcić się w pobliżu. Felix potrzebował jeszcze paru chwil, dosłownie minuty, by mieć pewność, że wychodząc, nie natkną się na Boba i Axela, dlatego z ciężkim sercem i wzrokiem utkwionym w kracie pod stopami poprosił:

– Przeplaszam, mógłbyś wytłumaczyć mi to jeszcze laz?

Cisza, która zaległa między nimi, mogła trwać najwyżej parę sekund, jednak dla niego była to chyba cała wieczność. W końcu Biały westchnął ciężko.

– No dobra, Felix, ale tym razem masz się skupić. Jasne?

Chłopak uniósł głowę, by spojrzeć mistrzowi w oczy.

– Jasne!

– Ten transformator zasila wszystkie nasze lampy. Wiesz, które mam na myśli?

– Nasze… lampy? – powtórzył chłopak jak echo, przeciągając słowa w czasie tak bardzo, jak to tylko było możliwe.

– Felix. Nasze lampy. Skup się.

Młodzieniec udawał jeszcze przez chwilę, że się zastanawia, jednocześnie całą energię kierując ku zmysłowi słuchu. Jednostajny szum wody w rurach mieszał się ze świstem wiatru przemykającego pomiędzy konstrukcjami, gdzieś w oddali wyły wentylatory i pompy, a rzemieślnicy taszczyli ciężkie rury na wąskich wózeczkach, nie potrafił jednak dosłyszeć choćby jednego szmeru dobiegającego z okolic zbiorników odsolin. Znaczy Axel i Bob już poszli.

– Aaa, te z cholągiewkami? – odpowiedział i pacnął się teatralnie w czoło. – Tak, zdaje się, że Chrodzyn mówił właśnie coś takiego.

– Tak, a zasilony jest jeszcze przed blokowym, czyli tym, który wysyła energię na miasto. Dlatego tak ważne, żebyśmy o nim pamiętali, Felix. Jeśli coś się stanie, tylko my będziemy mieć energię, i to tylko dzięki temu jednemu transformatorowi.

– Lozumiem. – Młodzieniec skinął krótko głową. – I przeplaszam.

Biały patrzył na niego przez chwilę, upewniając się, że przesłanie dotarło, po czym ruszył do wyjścia. Gdy tylko znaleźli się na placu, uderzył w nich podmuch przesyconego zapachem smaru wiatru. W oddali Felix widział jeszcze znikające za zakrętem plecy Boba.

_Udało się!_

Mistrz wyglądał, jakby chciał powiedzieć coś jeszcze, ale rozproszyło go nagłe pohukiwanie. Felix poderwał głowę. Nad ich głowami, bezgłośnie niczym duch, krążyła olbrzymia sowa. Biało-szare pióra odcinały się jasno na tle ciemniejącej z każdą chwilą góry, specyficzne brązowe plamki układały się na jej skrzydłach w osobliwe kółka.

– Sowa? Tak wcześnie? – zdziwił się Felix, zaraz jednak uprzytomnił sobie, że widział już kiedyś tego ptaka. Jakieś dwa miesiące temu, kiedy przekradał się pod oknem Białego, idąc do magazynu, by spotkać się tam ze szpiegiem Khady. Ta sama sowa przyleciała wtedy do mistrza elektryków i przyniosła mu w dziobie mysz.

– Czasem tu latają – mruknął Biały wymijająco, a lekki uśmiech zatańczył mu na ustach pomimo zmęczenia. Teraz Felix był już pewny, że to ten sam ptak.

Sowa obróciła się nad nimi jeszcze ze dwa razy, po czym wystrzeliła w dal. Z gracją mijała kolejne konstrukcje i podesty, bez krzty strachu lub zawahania przelatywała przez kłęby pary i dymu buchające z zakratowanych odpowietrzników. To był jej świat, jej dom. Dom pełen stali, miedzi, żelaza i siarki. Dom pełen rur, kabli, silników i pomp. Gdzie żar wulkanu transformowano w życiodajną energię, którą karmili się mieszkańcy Vezuwii, wykorzystując ją do tworzenia rzeczy pięknych i wielkich. Gdzie świat dzielił się na tych mieszkających wysoko i nisko, bogaczy i biedaków, sytych i głodnych, smutnych i szczęśliwych.

Śnieżnobiały ptak wzbił się jeszcze wyżej, wyglądał teraz jak ciemny punkt rzucony na błyszczący w świetle ostatnich promieni słońca szyb odległej windy, łączącej ze sobą światy, stanowiącej most między tym, co jest, a tym, co może być.

– Wlacamy? – zapytał chłopak, gdy już całkowicie stracił ją z oczu.

– Wracamy! – potwierdził Biały.2

– Koliber! – nakazał Kale, wskazując klatkę palcem.

Dziewczyna skinęła głową i z ponurą determinacją ruszyła ku niewielkiemu stolikowi w kącie pomieszczenia. Nieoheblowane deski podłogi trzeszczały cichutko w rytm jej kroków, wyśpiewując swoją przerażającą pieśń.

Spodziewała się tego zadania już od dawna, ale miała szczerą nadzieję, że ma jeszcze trochę czasu, zanim nadejdzie. Jej nauczyciel uznał jednak, że jest już gotowa, z czym nie mogła się nie zgodzić. Nie dlatego, że sama tak uważała, a dlatego, że Kale zwyczajnie nie przyjmował odmowy.

Przystanęła przed samą klatką i delikatnie ułożyła na niej dłonie. Trzy malutkie ptaszki, dwie kolorowe papużki i jeden koliber spojrzały na nią z mieszaniną ciekawości i strachu.

– Nic wam nie zrobię… – mruknęła do nich pod nosem, jednocześnie przymykając oczy.

Wyrównała oddech i oczyściła umysł. Musiała wykonać to zadanie. To cholerne zadanie. Z wciąż zamkniętymi oczami spróbowała wczuć się w otaczającą ją moc. Niemal natychmiast poczuła za sobą Kalego, z jego nienaturalnie stateczną energią. Przypominał jej latarnię morską, zawieszoną gdzieś w mroku nocy, świecącą jasnym, niezmiennym światłem, przyćmiewającym swoim blaskiem pobliskie źródła. Zmusiła się, by go zignorować, intensyfikując poszukiwania przed sobą. Już po chwili wyczuła trzy splatające się ze sobą zalążki energii, tak wątłe, że prawie niedostrzegalne.

– Ptaki są specyficzne – odezwał się za jej plecami Kale cichym pomrukiem przypominającym grzmot odległej burzy. – Ich moc jest chaotyczna i tak zmienna jak wiatr, na którym się unoszą. Nie próbuj łapać tam, gdzie jest, a tam, gdzie będzie.

Dziewczyna skinęła głową i zmarszczyła czoło, próbując dotrzeć do sensu usłyszanych właśnie słów. „_Gdzie będzie”?_ – powtórzyła w myślach. Jej rodzice byli energomantami, potrafiącymi dostrzec nawet najmniejsze zmiany w aurze człowieka, bez trudu poradziliby sobie więc z tym zadaniem. Jak na ironię, Virael, ich jedyna córka, nie posiadała tego daru. Zawsze czuła się przez to trochę gorsza, jakby była niewidoma i w jakiś sposób była to jej własna wina. Teraz więc nie potrafiła po prostu dostrzec poszczególnych źródeł, rozróżnić ptaków, oddzielić od siebie ich mocy. Musiała za to polegać na innych instynktach. Zgrzytnęła zębami.

Najprościej byłoby otworzyć oczy i skupić wzrok na ptaszku, lecz Kale zabronił jej używania wzroku. Skupiła się zatem na słuchu. Papugi siedziały spokojnie na swoich grzędach, ale koliberek latał bez przerwy tam i z powrotem. Gdyby tylko umiała powiązać zmiany energii z trzepotem maleńkich skrzydełek, wtedy może miałaby jakąś szansę.

Rozluźniła się i zaczęła powoli budować kanał. Każda energia ma jakąś częstotliwość. Dla przykładu: energia Kalego jest stateczna i prawie niezmienna, z tak niską częstotliwością bardzo łatwo jest się połączyć, ponieważ łatwo jest ocenić, gdzie będzie się znajdować za chwilę. Ptaszki stały po przeciwnej stronie skali. Błyskawiczne, krótkie zrywy, fale tak szybkie, że niemal niedostrzegalne, stanowiły znacznie większe wyzwanie dla tych, którzy próbowali się z nimi skomunikować.

Jej strona kanału odpowiadała zawsze jej własnej częstotliwości, była bowiem częścią jej samej, natomiast druga strona, czyli ta, która miałaby połączyć ją ze zwierzątkiem, powinna być jak najbardziej zbliżona do niego samego. Proste.

Ostrożnie budowała drogę, starając się nie spłoszyć ptaków. Już po chwili poczuła coś na drugim końcu kanału. Coś jakby trącanie, jak delikatne gałązki smagające jej twarz, zakłócające jej energię. Teraz musiała się tylko do tego dostroić.

Manipulowała własną energią, wpływając na częstotliwość budowanego kanału i wprawiając go tym samym w szybkie drgania. Przypominało to trochę łowienie ryb. Haczyk z przynętą drgał pod wodą, kusząc niczego nieświadomą rybę, zachęcając ją do rzucenia się na smakołyk, tak wygodnie i komfortowo zawieszony tuż nad jej głową. Początkowa ostrożność opuszczała w końcu zwierzę, które napędzało się kilkoma ruchami potężnego ogona, by z pełną prędkością wpaść na zdobycz i potężnym haustem pochłonąć ją całą.

Cap!

Coś odpowiedziało na jej wezwanie. Kanał znalazł punkt podparcia, jak most zawieszony po obu stronach rzeki. Manipulowanie częstotliwością nagle stało się trudniejsze, jakby musiała w tym celu współpracować z kimś innym. Znak, że kanał został utworzony. Zadowolona sięgnęła umysłem do zwierzątka po drugiej stronie i pociągnęła część jego energii. Niewiele, tylko tyle, by móc się upewnić, z czym się połączyła. Nie chciała go przecież skrzywdzić. Poczuła i usłyszała, jak ptaszek zaskrzeczał i opadł na ziemię. Szybko uwolniła energię i otworzyła oczy.

Czerwona papużka leżała martwa na kawałkach kory wyściełających podłoże klatki. Tuż nad nią latał beztrosko koliberek, nieświadom grożącego mu zagrożenia.

Dziewczyna zaklęła i odgarnęła włosy ze spoconego czoła.

– Nie szkodzi – pocieszył ją Kale – jutro spróbujesz znowu.

Zrezygnowana Virael opadła ciężko na drewnianą pryczę pod ścianą.

***

Zrezygnowana Virael opadła ciężko na drewnianą pryczę pod ścianą.

Siedziała w bambusowym więzieniu już od czterech dni i nic nie zapowiadało, by w najbliższym czasie miała je opuścić. Początkowo sądziła, że łatwo zdoła się z niego wyrwać – wystarczyło poczekać, by odzyskać siły i pełną kontrolę nad organizmem, następnie pobrać energię, rozwalić klatkę i prysnąć, nim ktokolwiek zdoła się zorientować. Później zamierzała zapolować na Dianę i doprowadzić ją do miasta, choćby siłą.

Plan był dobry: prosty, konkretny, łatwy do zrealizowania. W jej stylu. Miał tylko jedną wadę: tu nie było energii.

Albo inaczej: energia była, ale nie dla niej. Czuła bowiem otaczające ją zewsząd energetyczne fale, odnajdowała setki małych i żywych źródeł, jaśniejących niedaleko, tuż na granicy jej zasięgu. Ilekroć jednak próbowała skomunikować się z którymś, utworzyć kanał lub choćby wejść w jakąkolwiek interakcję z mocą, natrafiała na barierę, istny mur, którego nie potrafiła przebić. Zupełnie jakby ktoś manipulował energią, zakazując jej współpracy z wysoką cudzoziemką.

Pierwszego dnia zrzuciła to na karb narkotykowego kaca i spowodowanego nim otępienia, drugiego pocieszała się, że choć już jest trzeźwa, to może jeszcze wciąż zbyt słaba. Wczoraj uznała, że musi już być zdrowa i nie ma już czasu na więcej wymówek. Na wszelkie sposoby usiłowała połączyć się ze źródłami, ale one wciąż umykały jej w ostatnim momencie i jedynym, co udało jej się osiągnąć, było wywołanie przeraźliwej migreny.

Diana odwiedzała ją każdego dnia. Zabierała puste dzbany i kosze po owocach, i przynosiła nowe. Następnie rozsiadała się po drugiej stronie krat i wciągała ją w filozoficzne dyskusje, które nieodmiennie przechodziły na tematy trudności życia szpiega, bezsensu lojalności i dezercji jako jedynej słusznej decyzji, jaką mogła podjąć. Virael konsekwentnie obstawała przy swoim zdaniu, że lojalność i honor są wartościami nadrzędnymi, a jej wątpliwa moralnie postawa jest wyłącznie wyrazem tchórzostwa.

Zazwyczaj Diana dawała sobie wtedy spokój i wracała tam, skąd przyszła.

Ściśnięty z głodu brzuch Virael wydał z siebie znajome burczenie. Poklepała go mimowolnie i rzuciła okiem na bambus przy wejściu do celi – promienie słoneczne wpadające przez małe okienko oświetlały dwie z czterech kresek, które wyżłobiła niezdarnie paznokciem. Znak, że dochodziło południe. Diana zazwyczaj zjawiała się mniej więcej właśnie o tej porze.

Kapitan poprawiła zniszczone włosy, wzięła ostatni łyk wody z dzbanka i zapatrzyła się tępo przed siebie. Pięć minut później klapa w podłodze na korytarzu uchyliła się, a ktoś przyłożył drabinę do powstałego w ten sposób otworu. W następnej chwili przeszła przez niego Diana. Jasnobrązowe włosy upięła dzisiaj w kok, spinając go czymś, co przypominało liście palmy, krótka, czerwono-zielona sukienka, którą miała na sobie, kończyła się wysoko powyżej kolan. Ktoś z dołu podał jej dzban z wodą i worek owoców, które bezceremonialnie cisnęła na podłogę przed klatką.

– Huh, ciężkie! – sapnęła, łapiąc oddech. – Co tam, co porabiasz, jakieś plany na dziś? – rzuciła radośnie.

Virael spojrzała na nią dumnie.

– Żadnych. Podejrzewam, że będę siedzieć tutaj. Ty z kolei planujesz zapewne siedzieć na jakimś karle?

– Ho, ho! – parsknęła Diana, ocierając spocone czoło. – Widzę, że humorek dopisuje. Może. A może nie. Może dzisiaj jakaś karlica? – zastanowiła się na głos, wydymając policzki i puszczając do kapitan oczko.

Virael pokręciła głową z obrzydzeniem.

– Żałosne.

– Oj tam! – Diana machnęła ręką – Jestem tylko człowiekiem! Niegorszym niż inni. Po mojemu bardziej żałosne jest siedzenie w tej klatce.

– Wykonywałam swoje zadanie i nie byłoby mnie tutaj, gdybyś i ty potrafiła wykonać swoje! – warknęła gniewnie, zrywając się na równe nogi.

– Tak, tak, wiem. Jestem najgorsza. – Uwaloną błotem piętą zamknęła klapę. – No i co? Przynajmniej jestem wolna. A tobie co dobrego przyniosły ideały?

– Dumę i honor – odparła Virael krótko.

– I po co ci one? Wyciągniesz się z tej klatki za ich pomocą? – dopytywała Diana, przekrzywiając głowę.

Kapitan zmierzyła ją wzrokiem od stóp do głów.

– Wyciągnęłabym się, gdybyś i ty je miała!

Diana założyła ręce na piersiach, co dodatkowo uniosło jej i tak już przykrótką sukienkę i odsłoniło umięśnione łydki i uda. Z wyrazem najwyższej dezaprobaty Virael odwróciła wzrok.

– I tu się właśnie mylisz, maleńka! – oznajmiła Diana, siląc się na zachowanie spokoju. – Przybyłaś tu, bo wierzyłaś, że jestem taka jak ty. A nie jestem! Powiedzieli ci: „Idź do niej, wszystko będzie dobrze!”, a ty bez zastanowienia spakowałaś manatki i…

– Tak nie było! – wtrąciła Virael, jednak kobieta po drugiej stronie kontynuowała, nie przerywając:

– …i ruszyłaś do obcego kraju i obcego ludu, żeby sobie znaleźć koleżankę, która od dawna nie dawała znaku życia, a teraz jest czosnek i się dziwisz…

– Tak nie b… – Virael spróbowała znowu, jednak Diana uniosła głos, ponownie ją zagłuszając:

– …że nie mam jak cię wyciągnąć z tej klatki. Otóż nie mam jak, kochana, bo po prostu nie jestem tu dość ważna, a teraz mi tu wyskakujesz z honorem. Otóż nie on cię prowadził, moja droga, a zwykła…

– Tak nie…

– Zwykła, tępa głupota! – wrzasnęła Diana, wspinając się na palce i rozpościerając ręce.

– To nie tak! – wrzasnęła z kolei Virael, przybliżając się do bambusowych krat. – Nie miałam wyboru!

– Jakim, kurwa, cudem?! Podobno jesteś kapitanem, do jasnej cholery!

Ciężka cisza zaległa w pomieszczeniu. Virael z furią wpatrywała się w kobietę po drugiej stronie, której wzrok po raz pierwszy, odkąd się poznały, wyrażał coś więcej, niż tylko drwinę. Były w nim również złość, ciekawość i… żal.

– Jestem kapitanem – wycedziła Virael po chwili. – I to nie jest twoja sprawa.

– Oooch! – sapnęła Diana, waląc z całej siły ręką w bambus. – Ależ ty jesteś uparta!

– Tobie mam zaufać? – Głos kapitan podjechał do góry. – Tobie?!

– Zaufałaś tym idiotom, którzy cię do mnie wysłali, więc chyba nie powinnaś mieć z tym problemów! – rzuciła Arwenka z przekąsem. – Niedźwiedziowi też byś zaufała, że cię nie wpieprzy?!

– Oni mnie nie wystawili. Ty tak.

Diana wycofała się o krok. Drobne dłonie zacisnęła w piąstki, na jej twarzy malowała się najprawdziwsza furia. Dobrą chwilę stała w milczeniu, wpatrując się w więźniarkę.

– Gdybym wiedziała wcześniej, że tu jesteś – cedziła powoli, gdy już trochę się opanowała – to bym cię odnalazła. Ale nie wiedziałam, a teraz ty jesteś przestępczynią.

– Jak mogłaś nie wiedzieć – mówiła Virael, krzywiąc głowę – skoro od miesiąca tłukłam się po tej jebanej Dżungli, krążąc w kółko i wypytując o ciebie?!

– Byłam trochę… zajęta – odparła Diana enigmatycznie.

– Czym? Seksem i sennym zielem?

– A nawet jeśli, to co?! Co jest niby takiego złego w przeżywaniu życia?!

– To, że są na świecie ludzie, którzy na ciebie liczą, a których ty zawodzisz – rzuciła kapitan, celując w nią oskarżycielsko palcem.

– Bo to głupie korzenie! – wypaliła Diana, czerwieniąc się coraz bardziej. – Już ci to mówiłam i powtórzę znowu: są głupi, bo myślą, że wiedzą, jak zachowają się inni ludzie. Bo wierzą, że ludzi da się kontrolować. Że chaos da się kontrolować. Siedzą w swoich pieprzonych gabinetach i knują. Nie przejmują się życiami takich jak my. A ja po prostu chcę żyć, mała. Rozumiesz? Żyć! Chcę czuć zapach kwiatów, szum drzew, chcę strumienia obmywającego moje nogi, chcę serdecznego uśmiechu i beztroskiego życia. I tak, chcę alkoholu, używek i seksu! No i co?!

– „Mała”? – zadrwiła Virael. – Jestem większa od ciebie, pod każdym względem.

Arwenka przewróciła oczami, rozglądając się ostentacyjnie dookoła.

– Może. Ale pokój to masz jednak mniejszy.

Kapitan zmrużyła oczy.

– To dzięki tobie jestem w celi!

– W tej celi! – zauważyła Diana, kładąc nacisk na słowo „tej”. – Jak tak na ciebie patrzę, to chyba nigdy nie byłaś do końca wolna.

_Nie da się odebrać człowiekowi wolności. Nawet zniewolona możesz być wolna. Nawet wolna możesz być zniewolona._ – Odezwał się w jej głowie Kale. _Poczciwy, stary Kale_ – pomyślała.

– Nie wiesz nawet, czym jest wolność – powiedziała już spokojniej na głos.

– Wolność to móc robić to, co się chce…

– A konsekwencje? – zapytała szybko kapitan.

– Jakie konsekwencje?

Virael wybuchła krótkim, pogardliwym śmiechem.

– To nie jest wolność – oznajmiła. – To jest „bezkarność”.

– A co za różnica?

– Zasadnicza!

Diana ponownie przewróciła oczami, rękami wzięła się pod boki. Choć starała się tego nie pokazywać, obcesowość Virael drażniła ją jak mało co. Z drugiej strony, imponowała jej pewność siebie i niezłomność uwięzionej kapitan. Ta kobieta nie miała pojęcia, jaki mógł czekać ją los, a mimo wszystko nie traciła hartu ducha. Odwaga była wysoko cenioną cnotą wśród Arwenów, a Diana nie była tu wyjątkiem.

– W takim razie wytłumacz mi! – poleciła, siląc się na spokój.

– Nie mam ochoty – warknęła w odpowiedzi Virael, wbijając w nią stalowe spojrzenie.

– To nie! – Arwenka cisnęła pakunek pod klatkę. – Twój obiad jest w worku, wrócę jutro. Miłej nocy i dobrych snów!

Po tych słowach odwróciła się i ruszyła w kierunku klapy. Kapitan zabrała prowiant i udała się w kąt swojej celi. Ciężka klapa w podłodze zamknęła się z trzaskiem jak co dzień. Jak co dzień Virael została sam na sam ze swoimi myślami.Nakładem wydawnictwa Novae Res ukazała się również:

Wystarczy jedno zwarcie, by zaplonal caly system

Vezuwia to miasto wykute we wnętrzu wulkanu, w którym jednym z wyznaczników statusu społecznego jest zamieszkiwanie jak najwyższego piętra. To miejsce, gdzie energia zasila nie tylko lampy, lecz także… ludzi.

Właśnie tu trafia Felix, młody pechowiec z pustynnego Sachel, który zrządzeniem losu zostaje uznany za elektryka. Dzięki temu, jako jeden z nielicznych, ma szansę odkryć, co tak naprawdę dzieje się za stalowymi drzwiami potężnej elektrowni. I… chyba nie zdaje sobie sprawy, w jak wielkich tarapatach się przez to znajduje.

Są tacy, którzy zrobią wszystko, by poznać tę tajemnicę. I tacy, którzy nie cofną się przed niczym, by ją pogrzebać.

Napięcia, intrygi, spiski, a w tym wszystkim nauka – potężniejsza niż cokolwiek na tym świecie. Sekrety Vezuwii nie będą długo bezpieczne. Czy jesteście gotowi, by je odkryć?
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij