-
nowość
VHS Dream, czyli Dawno temu na Baranówce - ebook
VHS Dream, czyli Dawno temu na Baranówce - ebook
„VHS Dream, czyli Dawno temu na Baranówce” to zbiór opowiadań zanurzonych w pamięci – nie tej dokładnej i uporządkowanej, lecz tej prawdziwszej: emocjonalnej, rozmytej jak obraz na starej kasecie VHS. To literacki powrót do dzieciństwa spędzonego na rzeszowskim osiedlu Baranówka, głównie Baranówce 3, w czasach przełomu lat 80. i 90. – epoki bez smartfonów, bez internetu, ale pełnej wyobraźni, podwórek, piwnic i pierwszych fascynacji światem. „VHS Dream” to także hołd dla kultury VHS – epoki magnetowidów, szumiących taśm i filmów oglądanych po wielokroć. To właśnie kino, obecne w tle niemal każdej historii, staje się jednym z najważniejszych bohaterów tej książki i fundamentem wrażliwości autora.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Opowiadania |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 71 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Powiększone ziarno VHS rozmywa krawędzie moich wspomnień, ale Julka pozostaje ostro zarysowana. Pamiętam ją, jak pasła dwie krowy i jedną kozę na skraju Rzeszowa, tam gdzie osiedle Baranówka wyrastało z ziemi niczyjej. Była stara, twarz miała pooraną czasem i wiatrem, oczy ciemne jak wypalona cegła, z której zostały ruiny jej domu. Mówili, że pożar, że piorun, ale opowieści osiedlowych bajarzy płonęły jak tamte deski. Gdy przechodziłem obok, czułem zapach spalonego drewna, gorzki i ciężki, zmieszany z wonią zwierzęcego potu i mokrej trawy. Cegły pokrywał czarny, tłusty osad, a w szczelinach rosły pokrzywy, wysokie jak dziecko.
Wieczorami słyszałem pohukiwanie sów i przeciągłe rżenie krowy, niesione przez wiatr. Czasem zdawało mi się, że wśród ruin coś się porusza, jakiś cień, jakieś echo. Julka płynęła przez nasze dzieciństwo jak zjawa, jak strach na wróble, jak wyrzut sumienia. Wołaliśmy za nią: "Ej, głupia Julka!", a ona zaciskała pięści, rzucała przekleństwami, czasem ponoć siekierą, czasem łańcuchem, który świszczał w powietrzu jak bat. Jej głos był zachrypnięty, szorstki jak skrzypienie przerdzewiałej bramy. Pachniała kwaśnym mlekiem, dymem i wilgotną ziemią. Miała na sobie zawsze tę samą suknię, poszarpaną i zabłoconą.
Wybuchaliśmy śmiechem i uciekaliśmy w popłochu, chłonąc dreszcz adrenaliny. Byliśmy beztroscy, okrutni, niezdolni zrozumieć, że może to my byliśmy potworami. Może w jej oczach byliśmy chmarą czarnych ptaków, kraczących, natrętnych. Może widziała w nas złośliwych, bezimiennych diabłów, które tylko czekały na jej potknięcie. A może była po prostu samotna i bała się nas tak samo, jak my jej.
Pod blokiem rada osiedla deliberowała, co z nią zrobić. Stawiać budynek, ale co z Julką? Policja? Ośrodek? A może przeczekać, aż sama zniknie? Mówili, że to tylko kwestia czasu. Ktoś wspominał, że nocami widział jej cień, przemykający między śmietnikami. Ktoś inny zarzekał się, że kradła ziemniaki z ogródków działkowych. "To nie miejsce dla takich jak ona" – powtarzano. I rzeczywiście, zniknęła. Bez śladu, bez pożegnania. Tylko krowy i koza zniknęły razem z nią, a my nagle nie mieliśmy kogo straszyć. Było w tym coś niepokojącego – jakby osiedle połknęło ją bezszelestnie, jakby nigdy jej tu nie było. Jakbyśmy wymyślili ją sobie na własne potrzeby, dla zabawy, dla strachu, który dobrze smakował w ciepłe, letnie wieczory.
Ruiny zarosły, na górce stanął nowy blok. Świat poszedł dalej, ale w mojej głowie czasem nadal Julka snuje się między cieniami, czerwona cegła jej twarzy łuszczy się i pęka, a jej głos odbija się w pustce. Słyszę nocami, jak wiatr przewraca połamane deski, jak coś skrzypi w ruinach, których już nie ma. Czasem w szybie odbija mi się cień, który nie pasuje do żadnej sylwetki, a w trzasku gałęzi słyszę coś więcej niż tylko przypadkowy dźwięk. Myślę wtedy, że wszyscy kiedyś znikamy, że zostają po nas tylko opowieści, które bledną jak stare nagrania. Może to nie ona zniknęła. Może to my. Może to świat. Może pamięć, która zawsze rdzewieje.RADIO NA LAMPY
Powiększone ziarno VHS rozmywa krawędzie moich wspomnień. Wtedy byliśmy nierozłączni – ja i Marcin, znany wszystkim jako Ogórek. Mieszkaliśmy w tym samym bloku, chodziliśmy do tej samej klasy w podstawówce i każdą wolną chwilę spędzaliśmy na włóczeniu się po osiedlu, szperaniu w piwnicach i eksplorowaniu strychu. Byliśmy ciekawi wszystkiego, ale to Marcin miał największego fioła – elektronikę.
Jego piwniczny schowek był jak muzeum starych technologii. Gdy pierwszy raz mnie tam zaprowadził, nie mogłem uwierzyć w to, co widzę – stosy starego sprzętu, magnetofony, lampowe telewizory, płyty główne z komputerów, które wyglądały jak wykopaliska archeologiczne. Ale najważniejsze były radia na lampy.
Stały w jego pokoju jak relikwie. Dwa wielkie egzemplarze, każde z pokrętłami, wytartą skalą i dużymi, szklanymi lampami, które po włączeniu zaczynały żarzyć się ciepłym, pomarańczowym światłem. W ich wnętrzu coś syczało, brzęczało, wytwarzając dźwięk, jakiego nie dawały żadne nowoczesne radia. Gdy Marcin przekręcał pokrętło strojenia, powoli przebijały się przez szumy obce języki, dziwne sygnały i odległe, ledwo słyszalne głosy. Czasami miało się wrażenie, że nadają z innego czasu, jakby radia były portalem do przeszłości.
Wieczorami siadaliśmy przy jego CB-radiu, które było jego największą dumą. To nie była byle jaka zabawka – miało porządną antenę, szeroki zakres kanałów i pozwalało rozmawiać z ludźmi z całej okolicy. Czasami trafialiśmy na kierowców ciężarówek, czasami na innych pasjonatów. Marcin często nadawał, gadając o swoich znaleziskach, czasem wrzucał ciekawostki o radiach na lampy. To właśnie wtedy po raz pierwszy odezwał się Szperacz.
– Słyszałem, że zbierasz stare radia na lampy – powiedział niespodziewanie obcy głos w eterze. – Może cię coś zainteresuje.
Nie podał swojego imienia, więc nazwaliśmy go Szperaczem. Twierdził, że jego wujek miał składowisko takich urządzeń na osiedlu obok. Nie podał dokładnego adresu, tylko enigmatycznie rzucił: „Za budową, w starej szopie. Musicie się pospieszyć, bo niedługo jej tam nie będzie.”
Brzmiało to jak zaproszenie do prawdziwej przygody. Następnego dnia, zaraz po lekcjach, spakowaliśmy latarki i ruszyliśmy w stronę sąsiedniego osiedla. Po drodze mijaliśmy bazary z pirackimi kasetami VHS, kioski z gazetami i dzieciaki kręcące się wokół automatów na gumy. Wszyscy tu znali legendę o Radziarzu – facecie, który kiedyś mieszkał w starej kamienicy i miał obsesję na punkcie radiów na lampy. Pewnego dnia zniknął, jakby zapadł się pod ziemię. Zaczęło mnie zastanawiać, czy to możliwe, że Szperacz miał z nim coś wspólnego.
Deszcz zacinał, a droga zmieniła się w błotniste bajoro. Przeszliśmy przez nieogrodzony plac budowy, uważając, by nie ugrząźć w rozkopanej ziemi. Betonowe szkielety przyszłych bloków wyrastały w mroku, przypominając ruiny jakiegoś dawno zapomnianego miasta. Po kilkunastu minutach znaleźliśmy się na tyłach budowy. Tam, gdzie według Szperacza miała stać szopa, było tylko zarośnięte chaszczami wzgórze gruzu i błota.
– No i co? – rzuciłem, ocierając rękawem wodę z twarzy.
– Może pomyliliśmy miejsce? – Marcin rozejrzał się nerwowo.
Nagle usłyszeliśmy trzask. Jakby ktoś stąpnął na gałąź. Rozejrzeliśmy się, ale nikogo nie było. Poczuliśmy, jak ciarki przebiegają nam po plecach. Wtedy zauważyliśmy ślady butów w błocie. Prowadziły w stronę ruin starego magazynu, ale kończyły się nagle, jakby osoba, która je zostawiła, rozpłynęła się w powietrzu.
Nie było tu śladów po żadnej szopie, żadnym składowisku radiowych odbiorników. Przez chwilę jeszcze szukaliśmy, ale zimno i deszcz skutecznie odbierały nam chęci. W końcu wróciliśmy, przekonani, że Szperacz zrobił nas w konia.
Próbowaliśmy wywołać go przez radio, ale na jego kanale panowała cisza. Ani śladu po tajemniczym rozmówcy.
Kilka dni później Marcin natrafił na coś dziwnego w piwnicy – na jednej ze ścian ktoś wydrapał numer kanału, którego wcześniej tam nie było. Ciekawość wygrała, ustawiliśmy radio na nową częstotliwość.
Eter długo milczał, aż w końcu rozbrzmiał przerywany szum. Wśród zakłóceń słychać było ledwo rozpoznawalny głos. Nie był to Szperacz. Brzmiał obco, jakby nadawał z bardzo daleka. W rytmie trzasków i interferencji powoli wyłaniało się kilka niezrozumiałych słów:
– …oni… byli tu… za późno…
Potem znowu szum. Żadnych wyjaśnień, żadnych dodatkowych informacji. Spojrzałem na Marcina, a on na mnie. Serce waliło mi jak oszalałe.
Czy to był Szperacz? Czy może coś – albo ktoś – inny?EKO GRAFFITI
Powiększone ziarno VHS rozmywa krawędzie moich wspomnień. Tak samo, jak wspomnienia o mnie i Mateuszu – dwójce nastolatków z ósmej klasy podstawówki nr 5 im. Powstańców Śląskich na rzeszowskiej Baranówce. Byłem wysoki, chudy jak patyk, z zawsze rozwichrzonymi włosami. Obok mnie – Mateusz, o ksywce „Ziarenko”, młodszy o rok, ale za to bardziej krępy i zżarty rysowaniem. Byliśmy nierozłączni, chociaż czasem nieśmiało zazdrościłem mu jego talentu.
Naszym ulubionym miejscem był osiedlowy dom kultury "Katron", gdzie pod czujnym okiem pana Kazimierza – starszego artysty z brodą jak z obrazów Matejki – uczyliśmy się rysunku i malarstwa. Pan Kazimierz zachęcał nas do eksperymentów z różnymi technikami – od akwareli po szkice węglem – i często dzielił się anegdotami ze swojej artystycznej kariery. Naszym ulubionym projektem było malowanie wielkoformatowego obrazu inspirowanego osiedlem Baranówka, na którym uwieczniliśmy betonowe bloki, złote pola rzepaku i ciemnozielony las na horyzoncie. Dom kultury był dla nas azylem, miejscem, gdzie mogliśmy rozwijać swoje pasje i rozmawiać o wszystkim, co nas fascynowało – od sztuki po najnowsze kreskówki w telewizji kablowej. Wieczorami, gdy farby schnęły, opowiadaliśmy sobie historie o przyszłych planach – o komiksach, które chciałem rysować, i wystawach, które Mateusz marzył zorganizować.
Pewnego dnia, zainspirowani graffiti, które podziwialiśmy w telewizji, i wiedząc, że ten nurt zaczyna zdobywać popularność w Polsce, postanowiliśmy spróbować swoich sił. Farby w sprayu, pachnące chemiczną ostrością i obietnicą, zdobywaliśmy w hurtowniach farb i lakierów lub, jakże "przypadkiem", farby trafiały do naszych kieszeni. Pierwsze próby odbywały się na murach garaży i budynków osiedlowych. Na początku malowaliśmy proste tagi i fantazyjne litery, które projektowałem podczas zajęć w domu kultury. Mateusz, bardziej doświadczony w rysunku, dodawał do nich szczegóły – wyraziste cienie, mieniące się kolory i postaci z kreskówek, które oglądaliśmy na Cartoon Network. Ściany ożywały pod naszymi dłońmi, a zapach farby przenikał nasze ubrania i włosy, tworząc dziwną, niemal hipnotyczną aurę. Każde graffiti było jak mały bunt przeciwko szarości codzienności.
Pan Kazimierz, widząc nasze zaangażowanie, podsunął nam pomysł: „A może spróbujecie czegoś bardziej pożytecznego? Coś ekologicznego?” W ten sposób narodziła się idea eko-graffiti. Zaczęliśmy malować śmietniki osiedlowe, tworząc barwne obrazy przedstawiające zwierzęta w ich naturalnych siedliskach, drzewa, które wydawały się wyrastać z metalu, oraz hasła takie jak: „Dbaj o Ziemię” czy „Segregacja się opłaca”. Nasze prace miały na celu nie tylko upiększenie osiedla, ale także uświadamianie mieszkańców o znaczeniu ochrony środowiska. Z każdym pociągnięciem sprayu czułem młodzieńczą wiarę, że sztuka może zmieniać świat.
Na początku malowaliśmy w dzień. Jednak nasze mamy, które nie pozwalały na nocne eskapady, nie przewidziały reakcji sąsiadów. Ludzie z okien patrzyli z dezaprobatą, a niektórzy dzwonili na policję, mimo że mieliśmy wszystkie potrzebne pozwolenia. Staraliśmy się ignorować wścibskie spojrzenia, ale stres dawał się we znaki. W końcu zaczęliśmy malować wieczorami, korzystając z dłuższych cieni i cichej osiedlowej atmosfery. W blasku lamp ulicznych nasze farby lśniły niczym drogocenne kamienie, a oddechy parowały w chłodnym powietrzu nocy.
Pewnej nocy, chcąc udowodnić, że potrafię coś więcej niż tylko proste wzory, postanowiłem stworzyć graffiti w schowku na narzędzia kolegi. Zamknąłem się w ciasnym pomieszczeniu, gdzie powietrze szybko wypełniły gryzące opary farby. Każde pociągnięcie sprayu wydawało się pieśnią buntu, ale też coraz trudniejszym do zniesienia ciężarem. Kiedy świat zaczął wirować, a kolory na ścianach zdawały się pulsować, zrozumiałem, że coś jest nie tak. Byłem cały pokryty kolorowymi plamami, które potem przez godzinę szorowałem w łazience, czując jednocześnie ulgę i wstyd. Moja mama, przerażona tym incydentem, kategorycznie zabroniła mi dalszych eksperymentów z graffiti.
Mateusz jeszcze przez jakiś czas kontynuował malowanie – częściowo dla siebie, częściowo z tęsknoty za naszymi wspólnymi projektami. Jego prace stały się bardziej introspektywne – na murach pojawiały się samotne drzewa w ciemności, krople deszczu spadające na suche liście. Bez swojego przyjaciela jednak sztuka straciła swój dawny blask. Eko-graffiti na osiedlu Baranówka powoli wyblakło, ale pozostało w pamięci mieszkańców jako mały, kolorowy ślad dziecięcej pasji, wyobraźni i marzeń o lepszym świecie.