Villas - ebook
To książka o życiu i karierze wielkiej gwiazdy polskiej sceny.
Villas była jak malowany ptak, nie pasowała do szarzyzny czasów PRL-u. W latach 60.–80. stała się jedną z muzycznych ikon, towarem eksportowym. Często krytykowana w Polsce za styl i ekstrawagancję, za granicą przyjmowana była entuzjastycznie zarówno przez publiczność, jak i recenzentów. Zachwycano się jej głosem. Pisano, że jest białym krukiem wokalistyki. Śpiewała, grała w filmach i musicalach. Występowała w paryskiej Olimpii i nowojorskim Carnegie Hall, przez kilka sezonów była gwiazdą rewii Casino de Paris w Las Vegas. Autorzy mówią o swej książce, że to biografia reporterska. Szukają w niej odpowiedzi na pytanie, jak to możliwe, aby Villas, artystka jedyna w swoim rodzaju, wokalny geniusz w skali światowej, obdarzony absolutnym słuchem i sopranem koloraturowym o czterech oktawach, wielka, choć kontrowersyjna osobowość, nie tylko nie zrobiła kariery na miarę swoich możliwości, ale spędzała starość niemal w ubóstwie, wyobcowana, w atmosferze skandalu i niezdrowej sensacji. Violetta Villas zmarła 5 grudnia 2011 roku.
| Kategoria: | Powieść |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-7799-594-5 |
| Rozmiar pliku: | 2,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Scena jest pusta. Stara kobieta siedzi w fotelu. Po prawej stronie, w głębi, pianista patrzy na każdy ruch jej warg. Ubrana w długie włosy, kapelusz, na biało, jak komunijne dziecko, słyszy już tylko na prawe ucho.
– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i niepokalane serce Marii, witam – mówi do mikrofonu, a publiczność wstaje. I bije brawo. Czekała na nią dwie godziny. Mimo to stara kobieta nie wyszła uczesana, jak dawniej, w kaskadę loków. Włosy spływają po jej ramionach prosto i bezładnie.
– Jakby mi coś nie wyszło, proszę o wybaczenie, troszkę się zaziębiłam… Różnie to bywa w takim wieku.
Brawa. Uśmiechy.
– Przywitam państwa piosenką… (waha się – pianista podszeptuje). A tak. _Szczęście_. Wszystkich całuję w samo serce.
Stara kobieta powtarza refren bez końca, jak litanię. Jej niegdyś wielki głos nie daje już rady wznieść się wysoko. Z trudem też opada w dół. W _Pocałunku ognia_ wokalizy łapią fałsz. Kobieta sepleni. Nie ma połowy dolnych zębów.
– Bardzo wszystkich serdecznie witam i chciałabym przeprosić za moje spóźnienie i za to, jak mi coś nie wyjdzie, bo się zaziębiłam trochę… To proszę mi przebaczyć.
Owacje.
– Kocham was, kocham, kocham!
_Mamo, nie myśl, że się skarżę, żal mi tylko marzeń, dziecięcych dni, moich dni._
Pianista idzie za starą kobietą jak lokaj z tacą szampana: krok w krok, czujnie, na palcach. Bo ona zapomina słów. Nie czuje rytmu. Publiczność płacze.
Brawo! Brawo!
– To znaczy, że trochę mnie lubicie. Całuję was w samo serce… Co wam zaśpiewać? _Oczy czornyje?_ Nie mam sukienki.
_Plotkują przeróżnie, że w głowie mam próżnię, złe gesty, źle mówię, no różnie._
Publiczność śpiewa razem z nią.
W końcu stara kobieta próbuje wstać. Podbiegają organizatorzy. Biorą ją pod ręce.
– Starość nie radość – próbuje żartować.
Ołowianym krokiem wychodzi za kulisy.
– Jestem zmęczona. Nie będę więcej śpiewać. Chcę do domu.
– Ale chcieliśmy wręczyć pani Glorię Artis!
– W takim razie wyjdę jeszcze raz.
Wraca.
– Pani Violetta zmieniła zdanie. Nie będzie się przebierać.
Organizatorzy sadzają ją z powrotem w fotelu. Korowód nagród.
Srebrny medal Gloria Artis dla zasłużonych kulturze. Potem statuetka od Stowarzyszenia Artystów Wykonawców. Za pół wieku na scenie:
– To nie jest nagroda za sukcesy. Za wielkie zdobycze estradowe, za wszystkie glorie, które nas spotykają ze strony publiczności. To jest nagroda za lata pracy artystycznej, które wymagają wyrzeczeń i poświęceń. I za to, że wybrała pani taką niełatwą drogę – mówi, wręczając posążek, Aleksander Nowacki, przedstawiciel zarządu.
– Chciałam powiedzieć, że stowarzyszenie, w którego imieniu przyjechaliśmy, liczy około półtora tysiąca wykonawców. Największe nazwiska w Polsce, w tym również pani Violetty Villas, która jest członkiem tego stowarzyszenia.
Ewa Śnieżanka jeszcze nie wie, że Violetta jej nie poznaje.
Publiczność wstaje z miejsc. Sto lat! Sto lat! Kamery zaglądają artystce w twarz. Przepychają się na scenie. Wcześniej, po piorunochronie, wchodziły w okna garderoby. Wydrzeć resztki jej legendy.
Organizatorka (w przesadnie wieczorowej sukni):
– A teraz niespodzianka od kieleckiego biznesmena!
Na scenę wjeżdża wielki tort. W tle melodia _Strangers in the night_. Mężczyzna wręcza Violetcie długi nóż.
– Proszę kroić.
Próbuje. Wciąż siedząc w fotelu. Kładzie nóż na szczycie tortu.
– Ale ja nie dam rady, proszę pana.
Nie szkodzi. Mężczyzna bierze jej dłoń, ubraną w białą rękawiczkę, i prowadzi nóż. Po chwili podchodzi nieduża dziewczynka. Wręcza dyplom honorowego śpiewaka od Muzeum Polskiej Piosenki w Opolu. Violetta patrzy na nią przezroczyście. Musi jeszcze zaśpiewać finał.
_Ever since that night we've been together,_
_Lovers at first sight, in love forever_
_It turned out so right_
_For strangers in the night…_
– Niech was Bóg błogosławi. I wasze domy, i wasze drogi, i wszystkie wasze sprawy.
Organizatorka:
– Proszę państwa, finał został przyspieszony na prośbę naszej wielkiej artystki… A teraz proszę o przekazywanie upominków na scenę dla pani Violetty Villas do dwóch rycerzyków. Oni będą je odbierać.
Nikt nie podchodzi do artystki bliżej niż na schody prowadzące na scenę. Ochrona przyjmuje prezenty.
– Na koniec pani Violetta w podziękowaniu obsypie swoją publiczność srebrem. Takim, jakie dostała od państwa.
Na scenę leci konfetti. Duże kawałki srebrnych pasków. Sztuczne, choć efektowne. Villas podnosi głowę. Patrzy w milczeniu. Publiczność stoi. Klaszcze. Jak clownowi z piosenki Edith Piaf.
_Za to serce złamane_
_Brawo! Brawo!_
_Za szkła w twarzy odłamek_
_Brawo! Brawo!_
_Za śmierć, co wciąż przy tobie_
_Przy tobie była tuż_
_W za ciasnej garderobie_
_Przy żyłach ostry nóż_
_Za narkotyk i odwyk_
_Brawo! Brawo!_
ROZDZIAŁ I DZIEWCZYNKA, KTÓRA CHODZIŁA NA GŁOWIE
_Na wzgórzach mego Lewina świat w słońcu do mnie się śmiał, wiatr śpiewał dla mnie w leszczynach i strumień szemrał wśród skał._
(W _Lewinie koło Kudowy_, V. Villas)
Najbardziej rzuca się w oczy wiadukt. Półokrągłe sklepienia wykładane piaskowcem podtrzymują potężne ramiona kolumn niczym rzymski akwedukt. Wiadukt góruje nad miasteczkiem od 1905 roku. Suną po nim wąskie tory kolei, oplatając pobliskie wzgórza jak wstążka niesiona wiatrem.
Ośmioletnia dziewczynka leży na łące. Ma długie, kręcone włosy. Wiją się wokół jej twarzy nienaturalnie jak u lalki. Łąka pnie się leniwie w górę zbocza, a dziewczynka obserwuje pociągi i marzy. W każdym z nich – myśli – siedzi człowiek i jedzie do lepszego świata. Jak odnaleźć tam drogę? Zdobyć choć skrawek innego życia. Nie dreptać, tylko biec, co sił. Którędy?
Tu, gdzie jestem, wszystko jest takie proste i niezmienne. Kozy meczą codziennie, tłuste i lśniące, z nadętymi od koniczyny brzuchami, a ptaki każdej wiosny upijają się feerią zieleni. Potem kolor wzgórz się rozmywa. Powoli żółkną, ciemnieją, by śnieg zabielił je grubą warstwą, równo – jak w bajce. Tylko pociągi wciąż pędzą. Stukot kół po wiadukcie, ciemność tunelu, i znów mozolnie, głośno sapiąc, pod górę.
_Nocą zaś mostem kamiennym, biegł pociąg z nim iskier grad. Blask okien, stukot natrętny, słał lęk, lecz wzywał gdzieś w świat\ 1._
Jest rok 1946, dziewczynka ma na imię Czesia, a wiadukt stoi w Lewinie Kłodzkim. „Zawsze marzyłam o prawdziwym szczęściu, marzyłam o wielkiej miłości, marzyłam o podróżach i sławie”\ 2 – powie po wielu latach w jednym z wywiadów, już jako Violetta Villas.
Maleńkie miasteczko uczepione malowniczych, sennych pagórków, wygląda jak krajobraz z najpiękniejszych płócien Moneta. Nie wiadomo właściwie, dlaczego Cieślakowie – Janina i Bolesław – wybrali dla siebie i czwórki dzieci właśnie ten kraniec Kotliny Kłodzkiej. Miejsce, gdzie późno kwitną magnolie, a zima przychodzi za szybko i ociąga się – tak bardzo nie chce minąć. Może skusiło ich niemal dziewicze piękno tych terenów, uległe latem, a bezwzględne zimą?
Oboje przed wojną mieszkali w Dąbrowie Górniczej. Z niebem zasnutym siwym dymem i krajobrazem familoków stojących na podziurawionej kopalniami ziemi. Tam przyszło na świat dwoje dzieci: Wanda (1931) i Jurek (1933). Mógł być rok 1934, kiedy Bolesław, górnik, dostał szansę wyjazdu do Belgii. Inny kraj, taka sama kopalnia. Janina dołączy do męża w roku 1937, kiedy dzieci już podrosną. Z tej radości bycia na powrót rodziną urodzą się Czesia (1938) i Ryszard (1940).
Czesława Cieślak przyjdzie na świat 10 czerwca w Heusy (w walońskiej prowincji Liège), w klinice św. Elżbiety prowadzonej przez zakonnice.
„Urodziłam się z długimi blond włosami i siostry mi loki na palcu kręciły” – powie po latach.
Na temat pobytu rodziny Cieślaków w Belgii w ludzkiej pamięci zachowało się niewiele. Okruchy tamtych lat odejdą wraz z ostatnimi świadkami najwcześniejszego dzieciństwa gwiazdy. Pierwszy umrze Bolesław (1960), potem Janina (1985). Dzieci zaczną odchodzić w odwrotnej kolejności, niż przyszły na świat. Jurek dwa lata po matce, potem Wanda (2006) i najmłodszy z rodzeństwa – Ryszard (2010). Ich pamięć szczątkowo przechowają jeszcze żony braci, szwagier i kilka gazet z lat PRL-u.
Halina Cieślak, przez przeszło pół wieku żona Ryszarda:
– Jak Rysiek przyjechał z Belgii, miał sześć lat. Opowiadał mi, że nie chciał wracać. Chował się w kopalni. Ktoś proponował teściom, że go adoptuje, ale się nie zgodzili. Dzieci mówiły po francusku, znały waloński, trochę niemiecki. Pozapominały w Polsce. Ponoć najbardziej chciały wracać matka i dziewczynki. Teściowa mówiła, że wróci, bo tu przesiedleńcom za darmo dają kozy. I co najciekawsze – że teściu pracował z towarzyszem Gierkiem. Na kolanach, na dole w kopalni. Nawet gdzieś było takie zdjęcie.
Jan Mulawa, mąż Wandy (czterdzieści sześć lat razem):
– Zona i teściowa opowiadały, jak ich żegnano, zgryźliwie żartując: „Jedźcie, jedźcie, ale tam Bierut. Pojedziemy, jak będzie dajut”.
Maria Cieślak, przez trzydzieści trzy lata żona Jurka:
– Opowiadał mi, że w Belgii tak dostał od ojca, że mu krew uszami szła.
Na jedynym „belgiskim” zdjęciu, jakie Maria zachowała w swoim archiwum rodzinnym, Wanda stoi z matką pod rękę. Jej piękne, gęste włosy odbijają się od szarego tła fotografii. Po twarzy błądzi nieokreślony uśmiech. Jak grymas. Lekki ruch zadowolonych warg. Mona Lisa. W tle fragment witryny sklepu na jednej z ulic. Kanton francuski – tak można wnioskować po napisach. Liège lub okolice?
Obok kobiet, niemal na baczność, stoi Jurek. Ma na oko ze dwanaście lat, więc zdjęcie może wieńczyć koniec wojny. 1945 rok. Chłopiec przykuwa uwagę spojrzeniem pełnym strachu, niemal krzywdy, pod ściągniętymi brwiami. Kto robił zdjęcie? Bolesław?
Wanda poprzez swojego męża, Janka, powie nawet zza grobu, że Jurek z całej czwórki był przez ojca bity najczęściej i najbardziej dotkliwie. Żywy, psotny chłopiec, który nie chciał zostać skrzypkiem, bo za każdą pomyłkę obrywał smyczkiem po palcach.
Kiedy Cieślakowie zdecydują się na opuszczenie Belgii, nie będzie już szans na powrót.
„Niektórzy Polacy mieszkający w Belgii powyjeżdżali na wiosnę 1946 roku, ale już pod jesień wracali. Pytano ich, jak tam, to znaczy w Polsce, jest. Nie chcieli opowiadać. My przyjechaliśmy na jesieni. Niedługo potem okazało się, że powrót do Belgii jest już niemożliwy”\ 3 – powie po latach dziennikarzowi białostockich „Kontrastów” brat piosenkarki – Ryszard Cieślak.
Górnicy wracali w wagonach towarowych wyściełanych słomą i kocami. Podróż trwała kilka dni. Rodzina Cieślaków spróbuje najpierw zadomowić się na krótko w Nowej Rudzie. Dopiero stamtąd trafi do Lewina. Ziemie zabrane Niemcom, a pilnowane przez polskie Wojska Ochrony Pogranicza przed mającymi na nie chętkę Czechami, zaoferują im pracę i pewny dach nad głową. Powracający z Belgii i Franq'i górnicy byli uważani przez nową władzę za wartościowych przedstawicieli klasy robotniczej. Wielu miało za sobą działalność w lewicowych związkach zawodowych. W Polsce nierzadko znajdowali pracę w organach tworzącej się administracji i milicji. Cieślakom od samej Belgii będzie towarzyszyć zaprzyjaźnione małżeństwo Jaworskich. To prawdopodobnie Ignacy Jaworski namówi Bolesława na Lewin. Jest praca, jest gdzie mieszkać. No i wokół zjawiskowo pięknie.
Do domu na wzgórzu, za wiaduktem, wprowadzą się z niedużego mieszkania na lewińskim rynku, zajmowanym przez jakiś czas wspólnie z Jaworskimi. Wiadukt wyznacza granicę Lewina. Można więc rzec, że Cieślakowie osiedlą się na uboczu miasteczka. Dom z 1925 roku opuści wcześniej niemiecka rodzina. Jan Mulawa przechowa w pamięci, że młodziutka Wanda uczyła się grać na fortepianie, który Cieślakowie w tym domu zastali.
– Był wielki i piękny. Stał na środku salonu i teściowie się cieszyli, że dzieci będą miały na czym się uczyć. Ale jacyś ludzie przyszli i powiedzieli, że są z konserwatorium z Poznania. – Rekwirujemy ten fortepian – pokazali zdumionym Cieślakom jakieś papiery, wytaszczyli z domu instrument i poszli. Prawdopodobnie byli to szabrownicy. W tamtym czasie, tuż po wojnie, ograbiali poniemieckie domy ze wszystkiego. Ten kolega teścia, Ignac, jak budował synowi dom, to ciągnął do niego antyki pozbierane po opustoszałych po Niemcach domach. Nawet zabytkowe kafle z pieca. Taka była mentalność wielu ludzi na ziemiach odzyskanych.
Cieślakom dostało się kilka mebli po poprzednich właścicielach. Sypialnia z jasnego kaukaskiego orzecha i mahoniowe szafy. Kuchnię mieli skromną, tradycyjną, węglową. I zwyczajny kredens. Janina Cieślak była dobrą gospodynią. Lubiła gotować, a w jej domu zawsze pachniało ciastem. Pracowała najpierw jako bufetowa w jednej z lewińskich restauracji. Bolesław, prosty górnik, od razu został komendantem lokalnej milicji. Ale nie na długo. Tu historia zaczyna się gmatwać, ale pewne jest, że komendant wylądował w więzieniu.
– Mówiono, że przymykał oko na przemyt. Któregoś razu z tym swoim kolegą Ignacem (który też był milicjantem) pojechali do pobliskiego Jarkowa. Tam mieszkał niejaki Pieniecki (imienia nie pamiętam, on już dawno nie żyje). Popili sobie i na furmankę tego Pienieckiego nakładli broni i amunicji wojska, co tam stacjonowało. Z jakiegoś magazynu czy składu, wtedy było dużo broni. Potem darli się, że złapali przemyt. Ale wojsko się kapnęło i zamknęli go na parę lat. Może ze trzy? – to relacja Krystyny Poloczkowej z domu Chaber. Krystyna przyjechała do Lewina z Czuczmanów Zabłotnych na dzisiejszej Ukrainie. Była szkolną koleżanką Violetki – jak ją nazywa od wielu lat. A z nią wielu mieszkańców Lewina. Jednym głosem: nasza Violetka.
Jan Mulawa opowie, że ojciec artystki poszedł siedzieć za to, że przepuścił przez granicę transport czeskich butów Bata. Handel towarami z przemytu był rozpowszechniony. W każdym razie po wyjściu z więzienia (a był to już początek lat pięćdziesiątych) nie mógł pracować w milicji. Zatrudnił się więc na kolei. I założył zespół muzyczny, z którym po godzinach grywał koncerty na odpustach, imprezach okolicznościowych czy weselach. Do pobliskiej Kudowy jeździł rowerem i występował w słynnej muszli koncertowej w Parku Zdrojowym. Był bardzo sprawnym muzykiem – samoukiem. Grał na skrzypcach i chciał, żeby dzieci towarzyszyły mu w jego pasji. Był jednak despotą.
– Nie lubiłam skrzypiec dlatego, że ojciec karcił mnie, gdy się pomyliłam – wspomni Czesia już jako Violetta.
– Uczył dzieci grać na pianinie, skrzypcach, butelkach, wiolonczeli, na piłach, na czym się tylko dało. Ale pilnował, żeby dziewczynki prosto po szkole natychmiast wracały do domu – to Maria Skrzypczyk. Dziś siedemdziesięcioczteroletnia starsza pani, właścicielka jedynego w Lewinie Kłodzkim dużego ośrodka turystycznego, nazwanego od jej imienia – „Maria” (przed wojną obiekt nosił nazwę Stadtwald). Chodziła z Czesią do podstawówki. Często biegały po łąkach, ale Maria nie zapomni, że mała Cieślakówna miała w domu dyscyplinę. – Może dlatego nie za bardzo się z kimś przyjaźniła, choć bywałam w jej domu. Miała pokój na dole, zaraz po lewej stronie od wejścia. A pan Cieślak założył zespół razem z Zygmuntem Pepelem.
Pepel, kierownik w lewińskim Domu Kultury, nauczyciel i pasjonat muzyki, niewątpliwie podgrzeje w uzdolnionej muzycznie Czesi chęć zostania artystką. Powojenny Lewin sprzyjał pasjom, bo kipiało tutaj życie kulturalne.
– Pan Pepel prowadził trzydziestosześcioosobowy zespół muzyczny i nawet ja zamarzyłem o tym, żeby grać. Takich muzyków samograjów było wielu. Mój ojciec na przykład grał na mandolinie. – Andrzej Kołodziej siedzi przed domem pod cudownie kwitnącą czereśnią i wraca do dziecinnych lat. – Moja matka przyjaźniła się z Janiną Cieślak. Razem pracowały w restauracji.
Matka Andrzeja była kucharką, a Czesi – bufetową.
Ale nie od razu było tak pięknie. Wanda Mulawa zapamiętała, że tuż po wojnie Lewin Kłodzki był przysłowiową dziurą.
– Jak przyjechaliśmy, ojciec mówi: idź, zobacz rynek. I ja tak szłam i szłam, i nie widziałam tego rynku. Był jeden sklep. Wszystko tam było: mleko, masło, powidło i koniec.
Dla dzieci, które przyjechały z Belgii, musiał to być szok.
W 1946 roku Lewin utracił prawa miejskie. Dopiero w latach pięćdziesiątych miasteczko odbiło od ziemi. Cztery karczmy (gdzie po niedzielnej mszy udawała się męska płeć miasteczka), dwanaście sklepów, rozlewnia wód mineralnych, czterowęzłowa wieża ciśnień, fabryka pończoch. Do reformy administracyjnej w 1954 roku Lewin był gminą mającą w swoim obrębie administracyjnym aż siedemnaście sołectw.
– Kudowa Zdrój przy nas to była pipidówka! – Wymownie macha ręką Maria Skrzypczyk. – Ludzie mieli w Lewinie pracę i za co żyć. To były piękne czasy!
Środowisko Lewina też było specyficzne. Zżyte i dopasowane jak fragmenty rozbitego szkła. Ludzie zjeżdżali się z najdalszych krańców Polski. Tej kresowej, zabużańskiej, ale i tej górniczej, śląskiej, a nawet z innych części Europy. Przynosili ze sobą własną, odrębną kulturę i obyczaje. A pomimo to, a może właśnie dlatego, umieli żyć ze sobą jak jedna wielka rodzina.
Maria: – Mieszkali tu nauczyciele, aktorzy, wielu wojskowych, którzy też uczyli w szkole. Pamiętam, jak przychodzili na lekcje w mundurach. Wanda, siostra Cześki, też była bardzo zdolna. Pięknie grała na pianinie, akordeonie. Mam gdzieś nawet zdjęcie, na którym ona gra, a ja tańczę _Jezioro łabędzie_. Baletu uczyła nas wtedy niezapomniana pani Maciołkowa.
Ale to Czesia spośród rodzeństwa była najbardziej kolorowa. Wyróżniała się od małego.
– Nie siedziała na krześle tylko na stole. Miała swoje poglądy i do wszystkiego podchodziła inaczej niż my. Lubiła zawsze być górą, a nie żeby ktoś nią rządził. Myśmy w domu mówili, że ona chodzi na głowie – tak wspomni wspólne dzieciństwo starsza siostra.
Choć niewysoka, pulchniutka i pyzata, z charakterystycznie zadartym nosem i drobnymi, pełnymi ustami chińskiej laleczki, Czesia uwielbiała się wyróżniać. Krystyna Poloczkowa wspomina, że nosiła dwa grube ]ak pięści i długie warkocze, za które w szkole lubili ]ą ciągać chłopcy. Wiązane kokardami, czerwonymi, białymi. A jak włosy miała rozpuszczone, to wpinała weń czerwony kwiatek.
Miłość do czerwonego koloru zostanie jej na całe życie.
– Była lubiana, zgrabna i bardzo ładnie chodziła (Krystyna uśmiecha się do wspomnień). Uwielbiała kokardki, miała ]e na włosach, sukience, falbanki przeróżne… Albo pamiętam ]e] sukienkę – białą w czerwone serduszka. Do tego taka sama parasolka. Bardzo oryginalnie! Poza tym, że śpiewała, to jeszcze pięknie tańczyła. Wołałyśmy za nią „artystka ze spalonego teatru”.
Jak się okazuje, na początku marzeń Czesi Cieślakównej był balet. Maria Cieślak, żona Jurka, przypomni sobie, że razem z jej siostrą, Zosią, będą na wzgórzach robiły mostki, gwiazdy i szpagaty. Zapragną być baletnicami. Zosi jednak nie wystarczy sił na spełnienie marzeń, a Czesia spróbuje.
– Przez jakiś czas jeździła ze mną pociągiem do szkoły baletowej w Kłodzku – grzebie w zakamarkach pamięci kolejna mieszkanka Lewina, Henryka Chaber.
– Mógł to być początek lat pięćdziesiątych. Uczyła nas wtedy Włoszka, która była spokrewniona z takim gwiazdorem – Beniaminem Giglim.
Andrzej Kołodziej, lat wówczas około sześciu, może siedmiu, po raz pierwszy zobaczy Czesię podczas występu:
– To był konkurs młodych talentów. Do małego Lewina zjechała Wrocławska Estrada i wyłapywano utalentowane dzieciaki. Wyszła taka Czesia na scenę i fik, fik, gwiazda, mostek, zaśpiewała i ją zauważyli.
Ale Andrzej, rocznik 1948, choć młodszy od Violetty o dekadę, szczegółów już nie pamięta. Być może to ten prowincjonalny konkurs sprawił, że Czesia poczuła wiatr w żaglach i uwierzyła, że może zostać Violettą. Do tej pory grała na skrzypcach w szkolnym zespole. I podśpiewywała w domowej łazience (co do dziś wspomina Maria Cieślak) albo pod lasem.
– Brała ze sobą dzieci do lasu, kazała im zbierać poziomki i jagody, i mówiła, że w zamian im potańczy i pośpiewa. Już od dziecka miała kapitalistyczne poglądy na życie\ 4 – będzie się śmiał do wspomnień najmłodszy brat artystki – Ryszard.
Zamiast więc robić gwiazdy na łąkach, może właśnie wtedy postanowiła iść własną drogą?
Wyobraźmy sobie małego chłopca, dumnego jak paw ze swojej starszej koleżanki, jak siada z nią na skarpie w pobliżu jej domu. Patrzy na nich z góry stary wiadukt. Pociągi wyglądają na nim jak elektryczne zabawki. Obok pasą się koźlęta. Jest piękne lato. I na tej skarpie ona, z wypiekami na twarzy, będzie mu zdradzała tajemnice muzyki.
– To od Violetki po raz pierwszy w życiu usłyszałem, co to jest gama, allegro, solfeż. Śpiewała mi na tym wzgórzu, a ja słuchałem z rozdziawioną buzią… Mówiła: jest taki taktomierz, jakby zegar, tylko bez wskazówek. I tak chodzi na boki: tik-tak, tik-tak. A obok stoi pan magister z pałeczką. I jak nie zaśpiewałeś pod takt – to on łup! – po łapach! Tak mi to wparowało do głowy, że ja też chciałem grać.
Andrzej Kołodziej opowiada to z rozrzewnieniem, jak bajkę, którą matka szeptała mu wieczorami przed snem. Dziś w Lewinie ma gospodarstwo i hoduje kozy. W tej bajce znajdzie się miejsce tylko dla Czesi.